1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Danuta Wałęsa – Ta książka jest do bólu szczera

Danuta Wałęsa – Ta książka jest do bólu szczera

fot. Forum
fot. Forum
W księgarniach jest już książka Danuty Wałęsy pt. „Marzenia i tajemnice“, w której Pani Prezydentowa przygląda się wielkiej historii z innej, kobiecej perspektywy. Z żoną Lecha Wałęsy rozmawia Michał Chaciński.

- Zacznijmy od podstawowego pytania: Jak się do Pani zwracać? Żartuje Pani w książce, że kiedy słyszy zwrot „Droga Pierwsza Damo“, od razu słyszy napuszenie.

-Ludziom wydaje się, że jeśli kiedyś pełniło się jakieś funkcje, to tytuł jest potem przynależny danej osobie...

- Raz minister – zawsze minister.

- Właśnie. Dla mnie to niezrozumiałe. Uważam, że zawsze pozostaje się człowiekiem, a tylko w pewnym momencie pełni się funkcje. Jest się prezydentową, ministrem, posłem, posłanką. Nie uważam, że kiedy ktoś zwraca się do mnie „Pani Danuto“, to jakaś ujma dla mnie. Pamiętajmy, że król, minister czy żebrak to człowiek i trzeba go tak samo szanować.

- Pani Danuto, zaskoczyła mnie pani książka w mnóstwie miejsc. Nie jest to lektura, której można było się spodziewać.

- To czego się Pan spodziewał?

- Wiemy, czego oczekiwać od biografii, a kiedy sięgamy po książkę żony prezydenta, partnerki postaci legendarnej czy historycznej, to spodziewamy się po prostu produktu. Okaże się z lektury, że on był zawsze szlachetny, ona zawsze silna – przeszli wiele, było ciężko, ale będą żyli jeszcze długo i szczęśliwie. Tymczasem w Pani książce jest dużo rozczarowań.

- Ta książka jest do bólu szczera. Nie ma w niej obłudy i kamuflażu. Nie opowiadam jej nieprawdą. Wiem, że zostanie to odebrane w różny sposób, ale ta książka jest napisana życiem.  Mój wnuczek zapytał zdziwiony „Babciu, ty napisałaś książkę?“ Odpowiedziałam, że tak do końca nie. Na co on: „Twoje życie ją napisało?“ Ta książka jest tak szczera, jak stwierdzenie tego dziewięcioletniego dziecka.

- Książkę podzieliła Pani na etapy. O latach 70. pisze Pani jako o okresie najspokojniejszym i najlepszym dla rodziny.

- Dla rodziny tak. Wtedy podział ról był prosty. Matka była w domu. Kiedy patrzę dziś na ciężko pracujące panie, marzę, żeby choć na chwilę mogły się wyłączyć, na przykład pół roku poświęcić się rodzinie i czerpać z tego satysfakcję. Niektórzy mówią, że była wtedy bieda, było nam ciężko. Nie, nam było dobrze pomimo biedy. Zawsze brałam życie z takim założeniem, że tak jak jest, jest dobrze. Nie wymagałam rzeczy, których nie dało się zdobyć. Mąż dostarczał tego, co było potrzebne do utrzymania rodziny, a ja dbałam o rodzinę. Dopiero teraz, kiedy moje dzieci wprowadziłam w dorosłe życie i „oddałam je światu“, chciałabym może inaczej żyć, ale czuję się już zmęczona. W zasadzie nie wiem jeszcze do końca, jak chciałabym dziś żyć.

- Skąd wzięło się zadowolenie z tego, co się ma? Czy to coś, co wyniosła Pani z domu?

- Takim jestem po prostu typem – cieszę się z tego, co mam. Oczywiście zawsze chciałam czegoś, ale na miarę swoich sił i dążeń. Zmieniały się z czasem, bo na przykład moje marzenia jako dziewczynki dotyczyły wyjazdu z mojej miejscowości. Ostatnio pomyślałam, że już nie marzę, co oznacza, że źle ze mną. Ale wiem, że jednak znowu zacznę marzyć.

-Czytając Pani książkę zastanawiałem się chwilami, czy niektóre marzenia nie spełniły się za szybko. Znalazłem w książce takie stwierdzenia: „Telewizor kupiliśmy za wygrane przez męża w totolotka pieniądze“. Parę stron dalej znowu: „Pralkę kupiliśmy za kolejną wygraną w totolotka“. Wałęsowie jako dzieci szczęścia od samego początku?

- Spotkały się po prostu dwie osoby o innych charakterach, ale o wspólnych marzeniach. Jakoś tak było, że marzenia nam się spełniały. Kiedy brakowało trochę pieniędzy, to mąż...

- Mówił, że idzie wygrać w totolotka?

- W piłkarskiego, ale tak naprawdę nic mi nawet nie mówił, że gra. Siedział, skreślał i w końcu wygrywał, więc kupowało się, co trzeba. Dawało nam to satysfakcję, że potrafimy sobie sami poradzić. Mąż naprawiał też samochody, żeby dorobić. Czasami coś wygrał i tak mogliśmy kupić wszystko, co trzeba.

- A potrzeb było zawsze wiele. Planowaliście Państwo ile będziecie mieć dzieci?

- Nigdy. Nie było takiego tematu. Wiedziałam tylko, i to od wczesnej młodości, że na pewno nie chcę mieć jedynaka. Sama pochodzę z rodziny, w której było dziewięcioro dzieci, więc może stąd wzięło się przekonanie, że musi nas być wiele. Nie planowałam, że będzie ośmioro, ale wiedziałam, że na pewno więcej niż jedno.

- Jako ojciec dwójki dzieci wiem, że problemem staje się w pewnym momencie czas dla siebie. Znajdowaliście go, kiedy była dwójka, trójka, czwórka dzieci?

- Nie miałam nigdy takiej potrzeby, żeby mieć czas dla siebie. Nawet zaskakuje mnie, kiedy słyszę, jak młodzi ludzie mówią, że są zajęci i nie mają czasu dla siebie. W tamtym czasie było mi dobrze, bo miałam dzieci i męża, realizowałam się w rodzinie. Nie potrzebowałam kariery, żeby realizować się poza rodziną. Rodzina była dla mnie spełnieniem i skarbem. W tamtym czasie w ogóle była dla mnie wszystkim. Mówię „w tamtym czasie“, bo dziś dzieci są dorosłe, poza domem. Mają swoje życie, a ja swoje.

- Zaskakuje mnie, że Pani książka to opowieść o dojrzewaniu do samodzielności – do wniosku, że nikt nie pomoże i trzeba sobie pomóc samej.

- Tak mnie hartowało życie. Napotykałam przeszkody, w których pokonaniu nikt mi nie pomagał. Kiedy wychodziłam za mąż, mąż był 6 lat ode mnie starszy. Wydawało mi się wtedy, że jest bardziej doświadczony, wie lepiej. W ogóle inaczej myślałam wtedy o mężczyznach. Miałam w głowie taki obraz mocnego mężczyzny, który zabezpieczy i w ogóle. Potem okazało się, że to nieprawda. Może dlatego wtedy byłam tak szczęśliwa, bo jeszcze tego nie wiedziałam. Dopiero potem okazało się, że muszę polegać na sobie. Życie zaczęło się toczyć według scenariusza, który to ja musiałam mieć w głowie i realizować. Przestałam szukać pomocy u innych, ale się nie zagubiłam. Ktoś może pomyśli teraz, że jestem jakaś hetera baba. Nie, jestem delikatna, wrażliwa i w ogóle. Ale życie mnie hartowało, tak jak stal w ogniu.

- Czy to właśnie to przekonanie, że mężczyzna jest doświadczony, wie lepiej itd. powodowało, że – jak pisze pani w książce – choć w latach 70. mąż nie mówił w domu nic o swoich planach, nie buntowała się Pani?

- Tak. Miałam przeświadczenie, że jak zrobi, tak będzie dobrze. Nie dopytywałam się, nie byłam ciekawa. Powiedział, że będzie dobrze, to ma być dobrze. Ale jednocześnie tamto życie uświadamiało mi pomału, że muszę polegać na sobie, bo nikt mi nie pomoże. Od wtedy uwielbiam trudne sytuacja, bo jak je rozwiążę, czuje się dowartościowana. Czuję wtedy, że to moje życie.

- Ale chciałoby się myśleć, że są granice sekretów. Tymczasem z książki dowiadujemy się, że w sierpniu 80 mąż wyszedł z domu, żeby zarejestrować noworodka, a w rzeczywistości poszedł do stoczni i nie wrócił.

- A myśli pan, że gdyby mi powiedział, że tak naprawdę idzie do stoczni, to by coś zmieniło? Nie chciał pewnie jakieś przykrej sytuacji. Obawiał się może, że będę dramatyzować, że powiem „nie rób tego czy tamtego“. Zrobił, co uważał, a ja w tamtym czasie uważałam to za normę – że tak powinno być.  Zresztą uważam, że dobrze wtedy robił, że nie przygotowywał mnie na to, co się stanie. I nie chodzi o to, że mieliśmy podsłuchy. Nigdy nie mówiliśmy sobie „Wiesz, są podsłuchy, więc nie mogę ci czegoś powiedzieć “. Człowiek by mógł wtedy zwariować. Nie chodziło o podsłuchy. W domu po prostu nie było między nami dyskusji politycznych. Nawet kiedy męża zatrzymywali na 48 godzin – a nikt by nie zliczył, ile razy to się stało – nie mówiliśmy potem o tym w domu.

- Napisała Pani w książce, że kiedy pierwszy raz zobaczyła Pani męża w stoczni mówiącego do tysięcy ludzi, to nie czuła ani dumy, ani zadowolenia.

- Tak. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Z jednej strony wydawało mi się to normalne. Fajnie było oczywiście widzieć w tym tłumie wielkie emocje. Ale jednocześnie poczułam, że jest ten wielki tłum, mąż i ja sama. Zaczęłam wtedy czuć, że jest tłum i mój mąż, a ja stoję gdzieś obok. Byłam w tłumie, ale mnie nie było.

- To siła Pani książki. Na historyczne wydarzenia, obrosłe legendą między innymi dzięki zdjęciom, patrzymy Pani okiem. Zdajemy sobie sprawę, że w głowie żony działo się coś innego – że pojawiła się myśl „chyba go tracę“.

- Wiedziałam wtedy, że najgorszą rzeczą jest być samotnym w tłumie. Czułam to wtedy i czułam później w stanie wojennym. Był wokół tłum ludzi, ale ja w tym tłumie czułam się sama. Nie chodzi o to, że oczekiwałam pomocy, bo byli przecież i przyjaciele, i rodzina. Ale to nie zmieniało faktu, że czułam się samotna.

- Otwiera Pani tą książką oczy, że kiedy Polska na dobre zyskała Lecha Wałęsę, Danuta Wałęsa zaczęła go tracić.

- Tak już w naturze jest – jedni zyskują, inni tracą. Mam nadzieję, że nie odbiera tego pan jako skargę. Nie chodzi o to, że się skarżę i coś bym zmieniła. Opisuję po prostu, jak czułam i jak było. Będzie mi miło, jeśli okaże się, że inne panie będą się w stanie z tym utożsamić. A jeśli ktoś z młodszego pokolenia przeczyta książkę, mam nadzieję, że zobaczy w niej dwie rzeczy. Po pierwsze, że nic nie ma za darmo, za wszystko się płaci. Ale po drugie, że wszystko się zmienia – jeśli jest źle, będzie w końcu dobrze. Trzeba tylko ufać, że wszystko się zmieni.- Nie odbieram tego jak skargi. To mądre spostrzeżenie, że żadne zdarzenie w życiu – niezależnie od tego, jak nam się w pamięci odłożyło – nie ma jednej strony. To, co innym wydaje się historycznie wielkie, dla kogoś innego może oznaczać trudności na poziomie osobistym.

- Po prostu te zmiany polityczne zaskoczyły mnie też w życiu prywatnym. Kiedy skończył się strajk w sierpniu 80, kiedy było wiadomo, że rząd dogadał się ze stoczniowcami, rozpoczął się inny etap życia. Skończył się spokój w domu, pojawili się dziennikarze. A jak się przenieśliśmy do nowego mieszkania w dzielnicy Gdańsk-Zaspa, to już praktycznie zrobił się kocioł.

- Parę tygodni po sierpniu doszło w domu do wybuchu, który w książce opisany jest trochę komicznie, a trochę tragicznie.

- Zaczęłam wtedy walczyć o swoje miejsce w życiu mojego męża. Można uznać, że mój mąż miał wymarzone warunki do życia w polityce, bo uważał, że ja sobie bez niego poradzę. Ale trochę przesadził. Kobieta sama, choćby najtwardsza i najsilniejsza, nie da rady pewnych rzeczy ustawić i upilnować.

- Czy najtrudniejszy był moment stanu wojennego, kiedy mąż zniknął nagle na prawie rok?

- Wie pan, wprowadzenie stanu wojennego, a w każdym razie jego pierwsze dni, jakoś też nie zrobiły na mnie szczególnego wrażenia. Być może dlatego, że byłam wtedy w ciąży i to była taka samoobrona, że nie przejmowałam się sytuacją. Dopiero kiedy urodziła się córka, Maria, a właściwie dopiero od dnia chrzcin nagle zdałam sobie sprawę, że to kolejny etap. Że muszę wszystkiemu podołać już zupełnie sama.

- Prosiła Pani o pomoc? Czy ludzie zdawali sobie sprawę, że Danuta Wałęsa potrzebuje pomocy, bo poza gromadką starszych dzieci ma też noworodka?

- Ludzie pomagali jeszcze przed sierpniem, przed powstaniem Solidarności. Zgłaszali się członkowie KOR-u i pytali, czy pomóc. Ale później już nie. Kiedy powstała „Solidarność“, ludzie przychodzili raczej z myślą, że może jakoś skorzystają, może coś otrzymają albo może coś im się załatwi. Zaczęłam wtedy tracić ufność do ludzi. Co jakiś czas zawodziłam się wtedy na innych i musiałam się uporać z tym własnym zawodem ludźmi, że jednak nie wszyscy, którzy mówią, że chcą zrobić coś dobrego, faktycznie tego chcą. Wielu zachowywało tylko pozory, a ja nie lubię pozorów. Dla mnie albo coś jest czarne, albo białe. Nie lubię rzeczy rozmazanych.

- Na razie nasza rozmowa sugeruje, że po pięknym okresie przyszło pasmo rozczarowań. Ale w Pani książce są też na szczęście te wspaniałe momenty, przy których pisze Pani, że coś w Pani wielkiego urosło. Jednym z takich momentów była wizyta w Oslo i odbiór Nagrody Nobla dla Lecha Wałęsy, który nie mógł pojechać osobiście, bo obawiał się, że nie pozwolą mu wrócić.

- Całe moje życie do sierpnia 80 to był okres budowania rodziny, kładzenia podwalin pod rodzinne życie, żeby rodzina wzrastała. Po sierpniu nastąpił etap zmiany, wszystko było inaczej. Mąż zajął się polityką, a ja rodziną i tylko co pewien czas brałam udział w zdarzeniach politycznych. Nagroda Nobla to była bardzo polityczna sprawa. Z natury jestem typem, który jeśli się czegoś podejmuje, to musi to wykonać dobrze. W okresie od sierpnia 80 do momentu odbioru Nagrody Nobla w 1983 roku nabierałam, powiedzmy, doświadczenia, chociaż słowo „doświadczenie“ to nie do końca to, o co chodzi. Nikt przecież nie mógł przewidzieć, że będą zdarzały się takie rzeczy. Z chwilą, kiedy mąż stwierdził, że żona z synem pojedzie odebrać nagrodę Nobla, zrobiłam sobie postanowienie, że nie jadę jako Danuta Wałęsa, żona. Jadę jako kobieta-Polka, jako reprezentatka polskich kobiet. Nie po to, żeby wykonać wolę męża. Nawet nie po to, żeby pokazać coś Służbie Bezpieczeństwa, a przecież po latach dowiedziałam się, że gdybym wypadła źle, to pokazywaliby mnie wszędzie w telewizji, że niby pojechała kurka wiejska i ośmieszyła polski naród. Jechałam jako kobieta i zrealizowałam to w 100 procentach. Potwierdzenie tego przyszło po latach, bo kiedy jeździłam z mężem w czasie jego prezydentury, to wielokrotnie mówili mi ludzie, że pamiętają swoje wzruszenie i łzy podczas tamtej uroczystości. To było moją zapłatą. Zatem faktycznie, były i piękne chwile.

- Pamiętamy Pani sukces w Oslo, ale nie znamy kulisów tego wyjazdu. Dowiadujemy się, że wielokrotnie ćwiczyła Pani przemówienie. W książce jest nawet zdjęcie, na którym widać, jak ćwiczy Pani w hotelu.

- To był mój pierwszy samodzielny wyjazd za granicę. Jechałam w synkiem, ale był to tylko trzynastoletni chłopiec. Wiadomo było, że przemówienie trzeba ćwiczyć, bo nawet z tłumaczką musiałam ustalić, gdzie będziemy robić przerwy na akapity. Po prostu tak to trzeba było zrobić i tak się zrobiło.

- I w tej książce i w tej rozmowie zaskakuje mnie Pani ciągle stwierdzeniem, że tak się po prostu stało. Coś wydaje mi się najdzwyczajne, a Pani mówi o tym tak po prostu.

- Ale czy to nie jest piękne w życiu? Gdybyśmy wpadali w panikę, wszystko by się waliło. A jest inaczej: postanowienie, wykonanie i jest pięknie. Jest zadanie, to trzeba je wykonać.

- Tyle, że nie wszystko da się przewidzieć. Na przykład nie to, w jakim stopniu zadanie zmieni nas samych. Napisała Pani, że w pierwszym roku prezydentury zauważyła Pani kolejną zmianę u męża i był to dla Pani kolejny etap usamodzielnienia.

- Tak. Cofnęłabym się nawet jeszcze bardziej, do sierpnia 80. Już w tamtym momencie... trudno mi to nawet nazwać... nastąpił jakiś taki odstęp. Polityka stała się dla mojego męża zobowiązaniem. Zastąpiła rodzinę. Myślałam o tym podobnie, jak sama myślę o różnych swoich zadaniach: skoro to zaczął, to musi to zrobić dobrze. Ale on się wtedy nie zastanawiał nad tym, że polityka kiedyś przycichnie i trzeba się będzie od niej odsunąć i znowu zwrócić wtedy uwagę na ten fundament, który dla polityki zostawił.  Dziś z perspektywy czasu myślę, że mąż patrzył na mnie wtedy jak na osobę, która jego zdaniem da sobie po prostu radę, będzie robić w rodzinie za ojca i za matkę, i do tego jeszcze w polityce pomoże. Bo przecież w trudnych czasach to ja byłam „do odstrzału“ – pod pomnik szłam ja, po Nobla jechałam ja (za co zresztą ogromnie mu dziękuję, bo było to wielkie wyróżnienie).

- Znajduję w Pani książce dużo potwierdzeń prawdy, która dla każdego, kto ma dzieci, jest zrozumiała: nie wolno przegapić nawet kilku lat w rozwoju dzieci, bo strat w budowaniu więzi nie da się już nadrobić. Można być wielką postacią z piedestału, ale druga strona medalu jest taka, że płaci się czasem rodziny. Pytanie, co mają z tego dzieci może być gorzkie.

- Trudno mi o tym mówić, bo trzeba by oczywiście zapytać dzieci. Moim zdaniem mają kogoś, kto zabezpiecza życie, kto odgrywa ważną rolę, ale nie mają ojca. Nie da się go nikim zastąpić i nie da się już dziś tego zmienić. Tak się zresztą zmienił świat – ludzie nie mają dla siebie czasu, nie mają możliwości się ze sobą ponudzić. Mieszka ze mną teraz nasza córka z małym synem i słyszę czasami, że chłopiec wylicza: „Mama, miałaś dla mnie dziś tylko godzinę“. Bardzo ubolewam na tym, jak w dzisiejszych czasach wygląda życie polskiej rodziny. Nie widzę sensu takiego życia w pośpiechu. W życiu rodziny trzeba starać się tworzyć dla siebie nawzajem momenty szczęścia. Momenty, ktore dają nam poczucie bycia razem tu i teraz. A my dziś nie mamy czasu dla siebie. Nie mówię oczywiście tylko o mojej rodzinie – my jesteśmy małżeństwem, pochwalę się, już 42 lata. Choćbyśmy dziś powiedzieli sobie, że trzeba było poświęcić więcej czasu sobie czy dzieciom, to już się tego nie wróci. Mówię ogólnie. Jeśli ma pan małe dzieci, to nadal może pan poświęcić im czas, być razem, a one dzięki temu będą później inaczej żyć. W życiu najważniejszy jest drugi człowiek.  Nie polityka, nie kariera, nie osiągnięcia, tylko drugi człowiek.

- Opisuje Pani w książce moment przegranych wyborów prezydenckich w 1995 roku. Ale może przełożyło się to na życie rodziny, skoro pojawiło się więcej czasu? Czy nastąpił moment odbudowy, odzyskiwania tego, co wcześniej gdzieś się odsunęło?

- Z przykrością muszę stwierdzić, że nie widzę więcej tego czasu. Mąż ciągle jest zajęty. Stwarza nawet pozory zajętości, sam stara się, żeby być ciągle zajętym. Myślę, że dziś brakuje mu tych emocji, tej adrenaliny, dlatego sam je sobie wytwarza. Ale sądzę, że zawsze jest szansa na odbudowanie relacji. Tylko trzeba chcieć. Jednak z czasem zatracamy odruchy serdeczności. Zanikają one w nas i zatracamy umiejętność zatrzymania się i zastanowienia nad sobą.

- Przed 1989 rokiem była Pani częścią świata polityki chcąc nie chcąc. Czy w demokratycznej Polsce ciągnęło Panią kiedyś do polityki?

- Polityka jest dla mnie brudnym interesem. Brzydzę się knuciem, podejrzliwością i opluwaniem nawzajem. Powiedziałam kiedyś nawet, że nie o taką Polskę walczyłam. Walczyłam o idee, wspólne sprawy, nie o to, żeby ludzie między sobą się opluwali. Nawet ci, którzy kiedyś się rozumieli i dogadywali, są dziś przeciwko sobie. A przecież my po to żyjemy, żeby upiększać świat dla innych i dla siebie. Za dużo w tym zakłamania, a to nie jest w mojej naturze. Problem polityki jest w tym, że ci, którzy są idealistami, mają pomysły i chcą w polityce przejrzystości, nie mają siły przebicia. Zwycięża knucie.

- Pod koniec książki czytamy wypowiedzi innych o pani i powtarza się tam stwierdzenie, że ma Pani w sobie niezwykłą siłę. Jest prosta odpowiedź na pytanie skąd taką siłę wziąć?

- Bo ja wiem, czy to prawda, że ja jestem taka silna? Ludzie zawsze oceniają rzeczy ze swojego punktu widzenia. Ktoś przygląda się mojej sytuacji i myśli, że może zabrakłoby mu na to siły. Ale kiedy coś się dzieje, nie zadajemy sobie takiego pytania, tylko robimy co trzeba.

- Zatytułowała Pani książkę: „Marzenia i tajemnice“. Jak w 2011 roku wygląda wymarzony dzień Danuty Wałęsy?

- Dziś nie planuję swoich dni z wyprzedzeniem. Każdy dzień przynosi swoje sprawy. Szukam w nich czasu dla siebie, takiej chwili, żeby przez moment się ponudzić. Ale jestem człowiekiem czynu, więc ciągle coś robię, spotykam się z ludźmi. Korzystam z wolności. W tym sensie każdy mój dzień jest wymarzony. Być może ktoś poczuje niedosyt w tym, że nie opisuję i nie opowiadam dokładnie o relacji z mężem, ale mamy dziś dwoje światy. I uważam, że to dobrze. Kiedy mogę, pomagam mężowi, żeby był szczęśliwy i robił to, co chce. Ale widzę, że on jest dziś trochę... jakby zagubiony, nie może się odnaleźć i ciągle poszukuje. A ja bym chciała, żeby był szczęśliwy, zadowolony z tego co jest. Szczęście innych powinno dawać szczęście nam. Życie razem powinno polegać na tym, że tworzymy sobie sytuacje i możliwości do tego, by być nawzajem szczęśliwymi.

- Paradoksalnie to brzmi tak, że Danuta Wałęsa czuje się bardziej spełniona niż Lech Wałęsa.

- Bo to zależy od wielu czynników i każdy może na nie spojrzeć inaczej.

-Czy coś z tych najważniejszych marzeń pozostaje jeszcze niespełnione?

- Nie, nie została już żadna z wielkich spraw. Mogę szczerze powiedzieć, że wszystkie marzenia, jakie miałam w różnych momentach co do własnego życia, w końcu się realizowały. Dziś myślę o życiu swoich dzieci, chciałabym żeby jak najlepiej je sobie ułożyły. Chciałabym spojrzeć z satysfakcją, że sobie radzą. Na dziś to najważniejsze marzenie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).