1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Władysław Frasyniuk - cośmy najlepszego zrobili!

Władysław Frasyniuk - cośmy najlepszego zrobili!

Władysław Frasyniuk, podstawówka na Jemiołowej/ fot. Łukasz Gwroński
Władysław Frasyniuk, podstawówka na Jemiołowej/ fot. Łukasz Gwroński
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Do kin wchodzi oparty na faktach film „80 milionów”. Wśród bohaterów na ekranie pojawia się młody Władysław Frasyniuk grany przez Filipa Bobka. Widać go na czele strajku w legendarnej zajezdni autobusowej na Grabiszyńskiej. Film to dobra okazja, żeby zapytać, jak było naprawdę. Nie tylko wtedy, w Sierpniu ’80, ale też pięć, dziesięć, dwadzieścia lat wcześniej

Jest we Wrocławiu kilka miejsc z mojej przeszłości, do których mam szczególny sentyment. Czasem specjalnie jadę tamtędy, żeby sobie powspominać. Z dzieciństwa to choćby stara poniemiecka szkoła podstawowa przy Jemiołowej z pięknym boiskiem. Lubię też skręcać koło mojego dawnego przedszkola. Ale inny okres w moim życiu, który wspominam z jeszcze  większym sentymentem, to opozycja. Czasy od 1980 do 1990 roku. Dziesięć lat przygody. Młodość ma w sobie coś wspaniałego. Opowiadam o tamtych czasach nieobiektywnie, ze śmiechem mówię, że w wieku lat 30 byłem już recydywistą, to się nazywa kariera. Nie chcę pamiętać złamanych żeber, przesłuchań, bólu takiego, że nie można oddychać. Siedziałem tyle razy, robiłem tyle zadym, a pamiętam tylko, że byłem młody. Wszystkie więzienia umiem wspominać dobrze. Jakkolwiek by to zabrzmiało, to też są te moje cudowne lata.

80 MILIONÓW

W całej historii opowiedzianej w filmie „80 milionów” odgrywam marginalną rolę, powiedziałem swoje i tyle. Ale po kolei. Sprawa dotyczy pieniędzy, składek ludzi, którzy zapisali się i należeli do NSZZ „Solidarność”. Fenomen lat 1980–81 polegał na tym, że żyliśmy w totalitarnym kraju, ale mieliśmy bardzo mocne zręby społeczeństwa obywatelskiego, dużo mocniejsze niż dzisiaj. W filmie można zobaczyć, jak czwórka chłopaków z naszej wrocławskiej opozycji wypłaciła z konta Solidarności i ukryła 80 milionów złotych związkowych pieniędzy na dziesięć dni przed ogłoszeniem stanu wojennego. Wypłacili, bo wiadomo było, że robi się gorąco, coś się szykuje i że te podarowane przez ludzi pieniądze władza zaraz z państwowego banku zarekwiruje, przepadną, a są niezbędne do budowania struktur, działań konspiracyjnych, w ogóle do tego, żeby związek funkcjonował. W filmie jest wątek sensacyjny, trochę humoru jak z „Vabanku”. Tak naprawdę w momencie, kiedy stało się dla nas jasne, że trzeba podjąć te składki, skarbnik Solidarności Józek Pinior zadał mnie jako przewodniczącemu pytanie: „ile mam wypłacić?”.

Trzeba było Piniora zobaczyć, w czasach PRL-u wyróżniał się w szarym tłumie, w marynarkach w kratkę, z fularem pod szyją wyglądał jak brytyjski arystokrata. Odpowiedziałem trochę złośliwie: „ty jesteś tu skarbnikiem, decyduj”.

I zdecydował. Już po wybuchu stanu wojennego słuchamy z Piniorem i resztą komunikatu o nas w radiu. Zrobili z nas złodziei, mówili o okradaniu klasy robotniczej, podawali listę innych zarzutów i wyliczali lata więzienia, które nam grożą, łącznie z karą śmierci za zdradę. Roześmieliśmy się, ale coś mnie tknęło, więc zadaję Józkowi pytanie: „słuchaj, a właściwie ile tych pieniędzy wyciągnąłeś?”.

Zatkało mnie. 80 milionów to była dla mnie niewyobrażalna kwota. Dla tych, którzy obejrzą film i będą się zastanawiać, jak dalej potoczyła się historia po tym „wielkim skoku”, spuentuję. W rzeczywistości dopiero wtedy się wszystko zaczęło. Te pieniądze nas paliły. Jak rzetelnie księgować, jak tym zarządzać, żeby nie nadużyć społecznego zaufania.

W wolnej Polsce przetransportowaliśmy torby z gotówką z naszej kryjówki w kurii, mieliśmy wszystkie rozliczenia i wtedy zobaczyłem banknoty na własne oczy, dwie wielkie torby sportowe pełne pieniędzy. Dużo wcześniej zamienione były na dolary, żeby nie traciły na wartości, jak je z powrotem przeliczono na złotówki, było nawet trochę więcej, mimo wydatków. Śmiałem się, że to cud, coś jak zamiana wody w wino.

PASEK TATY

Rodzice byli raczej pragmatyczni. U mnie w domu nie było wielkiego patriotyzmu, kultywowania narodowych zrywów. Mimo że moja mama, warszawianka, w czasie wojny straciła bliskich. Brat mamy zginął na Pawiaku, ona sama była zesłana na roboty do Niemiec. Jak mama wracała po wyzwoleniu, wyłapali ją prosto z wagonu gdzieś na Dolnym Śląsku. Potrzebowali księgowej, a ona miała zrobioną tzw. małą maturę, więc się nadawała. Zamieszkała w poniemieckim domu, w którym poprzedni właściciele zostawili wszystko, łącznie z kryształami i pościelą. W mamie zakochał się miejscowy lekarz, zostałaby, ale właśnie nadciągała Armia Czerwona i opowieści o tym, co żołnierze radzieccy robią z samotnymi kobietami, skutecznie ją stamtąd wymiotły. Tak trafiła do Wrocławia. Po wojnie przeżyła lata stalinowskie, wszystkie te koszmary, które przeszło jej pokolenie. Za każdym razem, kiedy w telewizji nadawali filmy wojenne, wychodziła z pokoju. Nie była w stanie oglądać. Tak jak mówiłem, to był pragmatyczny dom, mama nauczona doświadczeniem uważała, że każdy bunt kończy się rozlewem krwi. Za to na co dzień była wulkanem energii, wychowana przed wojną w zamożnej rodzinie, ciekawa świata i otwarta na ludzi. Dziadek, którego już nie poznałem, w przedwojennej Warszawie pracował jako główny księgowy w Monopolu Tytoniowym. Moi rodzice zawsze się denerwowali, kiedy w wywiadach mówiłem, że tylko w socjalizmie mogli się poznać i pobrać, ale coś w tym jest. Tata z biednej rodziny, ślusarz. W odróżnieniu od mamy – siła spokoju. Można mu było skakać po głowie. Z taką może trochę flegmą, przynajmniej tak myślałem aż do pewnego zdarzenia, o którym jeszcze opowiem. Gdy się kłócili, mama krzyczała, a on nic, ani słowa. Piekliła się wtedy: „Patrzcie, prawdziwy Ukrainiec. Milczek, nawet się pokłócić nie można!”.

Kiedy była wściekła na któreś z nas, rzucała w jego stronę: „no zrób coś z tym!”. Wtedy tata powolutku zdejmował pasek. Zwykle wystarczyło, że raz śmignął, a mój brat w krzyk. Mama na ojca, przerażona: „zakatuje mi dzieci!”. Więc tata spokojnie odkładał pasek. Na tym kończyło się bicie.

FABRYCZNA

Mieszkałem z rodzicami, bratem i siostrą przy Żelaznej 51, w dzielnicy Fabrycznej, gdzie mieszkał lumpenproletariat. To było skupisko zakładów przemysłowych. FAT, Fadroma, Dolmel, Pafawag. Ojciec był ślusarzem Pafawagu, potem przeniósł się do ZREMB-u, mama pracowała w Cefarmie. W takiej dzielnicy trzeba było mieć silny charakter. Pamiętam też gruzy. Przy naszej ulicy stały tylko trzy budynki, stare kamienice, z wielkimi mieszkaniami po wojnie podzielonymi na wiele małych. W bramie ślady bogatej sztukaterii, dawniej musiały być to domy zamożnych Niemców. Wokół kamienic gruzowisko sięgało pierwszego piętra, do tego wysokie krzaki. Jak byłem mały, bałem się tamtędy chodzić, bo starsze chłopaki czaiły się w krzakach i wyłapywały małolatów, łupiąc nas po 20, 50 groszy. Starsi nieraz stawiali nas na czatach, jak obrabiali kiosk czy piwnicę. Chociaż trzeba też dodać, że jak na dzielnicy wybuchała awantura, ktoś komuś podpadł albo mąż pobił żonę, od razu ludzie się zbierali. Rozsądzali i pomagali. Moi koledzy z kankami na mleko biegali po piwo dla ojców. Mój był ewenementem, bo alkoholu nie brał do ust. Widział ktoś, żeby ślusarz nie pił? To się nie mieściło w głowie. Więc po pierwsze, nie pił, po drugie, gotował, co nie zawsze było dla nas korzystne. W jego krupniku można było stawiać łyżkę, taki był gęsty. Po trzecie, tata zmywał i sprzątał. Jak na tamte czasy małżeństwo moich rodziców było nietypowe, dzisiaj powiedzielibyśmy, że partnerskie.

SZTANGA Z TORÓW

W dzielnicy Fabrycznej sport był sposobem na życie. Zapewniał szacunek. Ja byłem niezłym sprinterem, co jest zgodne z moim charakterem. Szybki wynik, a nie krew, pot i łzy, długich dystansów nie lubiłem. Nieźle skakałem w dal, grałem w piłkę nożną. Potem, już w liceum, zajmowałem się trochę ciężarami. W całej Polsce zapanowała wtedy moda na kulturystykę. Raczej przez małe „k”, bo w żadnym sklepie sportowym nie było odpowiedniego sprzętu. Chłopaki same robiły sobie sztangi, kradło się metalowe poprzeczki, łączniki z torów kolejowych, zalewało puszki betonem. Sam miałem w domu sztangę z kół od jakiejś ciężkiej maszyny czy wagonu kolejowego. Próbowałem też boksu, ale trener uznał, że nie mam do tego serca. Wróciłem do tej dyscypliny dopiero po wielu latach, dzisiaj pomagam w prowadzeniu klubu bokserskiego, współpracuję z młodzieżą.

OKLAHOMA

W mojej szkole podstawowej byłem „bohaterem”, bo poderwałem koleżankę, której wszyscy się bali. Chodziła do równoległej klasy, nazywała się Grażynka, była supersportsmenką. Koszykarką i lekkoatletką ze świetnymi wynikami. Do tego dobrze się uczyła. Odważyłem się spróbować i się udało. Zaczęliśmy się spotykać w siódmej klasie. Nasz związek był bardzo burzliwy i dramatyczny, bo Grażynka miała tatę sierżanta, który ją niemiłosiernie tłukł. Odprowadzałem Grażynkę do domu wieczorami. Mieszkała na Wróbla, na osiedlu wojskowym. Trzeba było po drodze przejść przez park, gdzie na kilku drzewach białą farbą ktoś napisał „Oklahoma”. Tak nazywał się działający w tamtej okolicy gang. Niebywałe, vis-à-vis Śląski Okręg Wojskowy, a tam, na tych drzewach, ta Oklahoma. W parku co chwila wybuchały bójki. Chłopacy z gangu byli starsi ode mnie kilka lat, ale poznałem się z nimi i zakolegowałem. Dzięki temu bez problemu mogliśmy tamtędy z Grażynką chodzić nawet nocą. Byliśmy ze sobą dwa lata. Nikt nikogo nie rzucił, samo się rozeszło. Grażynka była moją pierwszą wielką miłością.

TECHNIKUM SAMOCHODOWE

Szkoła mieściła się przy ulicy Borowskiej. Trudno się tam było dostać. W podstawówce byłem dobrym uczniem, na wywiadówkach nauczyciele mówili o mnie: zdolny, ale zadaje się ze złym towarzystwem. W technikum sobie odpuściłem, realnie na pięć lat szkoły gdzieś tak dwa i pół spędziłem poza nią. Jak mnie dyrektor widział na korytarzu, od razu zaczynał: „Frasyniuk, to ty tu jeszcze jesteś? Jeszcze nie wziąłeś stąd papierów?”.

Jedyne lekcje, na które regularnie chodziłem, to język polski. Mieliśmy cudowną polonistkę, panią Bogusławę Zadworną. Kilka pierwszych minut lekcji opierdzielanie, że się lenimy, takie matczyne. O Leśmianie mogła mówić tak, że nam szczęki opadały.

WIZYTA

Opowiem wreszcie o tym, jak to kiedyś zaskoczył mnie mój ojciec. Byłem w trzeciej klasie. Wracam z wagarów. Pukanie do drzwi, otwieram, patrzę: dwóch smętnych panów, „bezpieczniacy”. Jeden z nich wchodzi do pokoju, siada tyłkiem na stole. Okazało się, że szukają chłopaka, który wdał się w bójkę. Bałem się, bo chociaż nie byłem tego dnia nawet w okolicach miejsca, gdzie się bójka rozegrała, to jednak w szkole też nie byłem, alibi żadnego nie miałem. Ponoć sprawca miał zielony sweter, tak jak ja. Tata akurat zmywał w kuchni naczynia. Było lato, gorąco, nie miał koszuli. W pewnym momencie wychodzi z kuchni, rozebrany do pasa. Widać było mięśnie, bo tata zawsze sporo ćwiczył w domu. „Panowie skąd?” „Służba Bezpieczeństwa”. „Na czole nie macie wypisane, macie jakieś legitymacje? I o co w ogóle chodzi?”

Tamtych wmurowało. Opowiadają o bójce, o swetrze. Ojciec patrzy najpierw na mnie. Mówi, że zielony sweter może mieć każdy. A zaraz zwraca się do jednego z esbeków. Tego, który się rozsiadł na naszym stole: „był pan kiedykolwiek w kościele?”. „Byłem”. „A widział pan, żeby ksiądz na ołtarzu siadał? Nie? To proszę zejść z tego stołu”. Szybko wyszli.

WOLNOŚĆ W PEKAESIE

Technikum samochodowe wybierałem już pod tym kątem, że będę kierowcą wielkich ciężarówek. Marzyłem, żeby dołączyć do floty międzynarodowej PKS-u i jeździć za granicą. To była wolność! Papiery złożyłem w roku 1980. Tuż po strajkach w sierpniu, gdzieś w okolicach 10 września, dostałem pismo, że mnie przyjęli. Zastanawiałem się, co zrobić, i myślałem, żeby się jednak zmyć ze związków i wziąć tę robotę. Paręnaście dni później dostałem sprostowanie, że jednak mnie nie przyjmą. Dostali informacje, że to ten Frasyniuk, co strajki organizował, dziękują bardzo. Była jeszcze wymiana korespondencji, która na dobre skończyła się w grudniu 1981 roku. Powiem pani zupełnie szczerze, że nie wiem, co by było, gdyby się jednak zgodzili. Zresztą nie zapomnę, jak podczas moich pierwszych przesłuchań na SB kapitan, który je prowadził, powiedział mi w niewybrednych słowach: „Frasyniuk, ja p......., co myśmy zrobili! Gdybyśmy cię przyjęli do tego p.......... PKS-u, mielibyśmy teraz z tobą spokój!”.

OBUDŹCIE MNIE NA STRAJK

Miałem 26 lat, gdy zostałem przewodniczącym związku na Dolnym Śląsku, związku liczącego już wtedy milion osób. Władza była zaskoczona skalą strajków na Dolnym Śląsku. Pamiętam dobrze same początki, Sierpień ’80. Po strajkach na Wybrzeżu rozmawialiśmy z kolegami, że warto by było zastrajkować i solidarnie wesprzeć ludzi z Gdańska. Wszyscy u nas czekali na „to coś”, ale nie wiadomo było jeszcze na co. Zaczęło się tej nocy, kiedy z kolegami dużą grupą staliśmy w zajezdni, brakło paliwa, dłużej tankowaliśmy autobusy, zrobiła się kolejka, rozmawialiśmy o strajkach. Było tam takie małe okienko, z którego się wychylił ormowiec, zakładowy ubek. Krzyknął w moją stronę: „ej, ty, chodź no tu”. Nie zareagowałem, raz, drugi, trzeci. W końcu odparowałem: „A ty co? Nie znasz mojego nazwiska?”.

Tak się zagrzał, że pobiegł naokoło, wpadł do nas. Zaczął iść w moim kierunku. Było nas sporo i wszyscy zgodnie krzyknęli do niego: „wyp........ stąd!”. Pomyślałem: jest w nas potencjał, można go wykorzystać. Dwa albo trzy dni później, po mojej nocnej zmianie, wróciłem do domu i powiedziałem, że wszystko wskazuje na to, że jutro będzie strajk. Obudźcie mnie, kiedy zobaczycie, że komunikacja stoi. Rano budzi mnie jednak słońce, które wpada przez okno. To był 26 sierpnia, miałem mieć dzień wolny. Wychodzę na balkon. Obserwuję ulice i nagle widzę autobus linii 111 załadowany na ful. Wiedziałem, że o tej porze nie ma prawa być tak załadowany, czyli część autobusów w ogóle nie wyjechała, to oznaczało strajk. Szybko się ubrałem, wyskoczyłem z domu, wsiadłem do pierwszego tramwaju. Pytam motorniczego: „co się dzieje?”. On na to: „strajkują, ja chyba też zjeżdżam, boję się, ale ludzie mi mówią, żebym zjechał, aż mi głupio”.

Wpadam do zajezdni, słyszę, na hali rozpoczyna się zebranie. Zadaję pytanie: „chłopaki, a komitet strajkowy jest?”.

„Nie ma”. „No to trzeba powołać”. „Słusznie!” – krzyczy mój kolega. To już nas było dwóch w komitecie strajkowym. Dalej poszło samo.

Pamiętam, jak w trakcie strajku wpadłem do rodzinnego domu. Wszyscy przerażeni, jak zareaguje mama. Wchodzę, a brat prosi: „może jej nie mów, jeszcze dostanie zawału!”. Ale powiedziałem. Spojrzała tylko: „Są takie chwile, że trzeba się przyzwoicie zachować. Uważaj na siebie”.

ZA PODOBNY

W filmie „80 milionów” gra mnie Filip Bobek. Jak usłyszała o tym moja córka, była zachwycona. Bo taki przystojny… Ale potem, kiedy zobaczyła go na zdjęciach z planu, stwierdziła, że jest jednak za podobny. I że tak to już się jej mniej podoba.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).