1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Atelier Amaro - projekt autorski

Atelier Amaro - projekt autorski

fot.Tomasz Kin
fot.Tomasz Kin
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
W zeszłym roku Michelin przyznał Atelier Amaro Wschodzącą Gwiazdkę. W tym roku restauracja zyskała pierwszą w Polsce gwiazdkę Michelin.

Wydałeś dwie książki, które odniosły sukces, otworzyłeś restaurację, no i masz fajny adres: Agrykola 1. Interesuje mnie kontekst, w jakim chciałeś dokonać rewolucji w myśleniu o kuchni polskiej. Receptury to jedno, ale nie mniej ważna jest forma.

Jeśli chce się stworzyć autorski projekt, to ciężko znaleźć na rynku elementy, które do niego pasują. Pierwszym momentem, w którym doszedłem do wniosku, że muszę zabrać się do organicznej pracy była druga moja książka, „Natura kuchni polskiej”. Trzeba było przemierzyć Polskę wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu dostępności produktów i środków, dzięki którym będę mógł coś stworzyć i czarować dania na talerzu. Zajęło mi to ponad rok.

Jak to wyglądało? Usiadłeś z kartką i ołówkiem i zaplanowałeś wszystko na sucho czy te autentyczne przygotowania zaczęły się w chwili, gdy zorientowałeś  się, co będziesz mógł dostać w Polsce?

Dwie rzeczy: pierwsza to produkty spożywcze, druga to zastawa. Narysowałem szkice porcelany, na której chciałem podawać dania. Łatwo poszło. Gorzej było ze znalezieniem kogoś, kto by to zrobił. Producenci  nie zajmą się niczym, co jest  mało nakładowe. Najmniejsze zamówienie to tysiąc sztuk. Przy trzydziestoosobowej restauracji nie ma szans, by udźwignąć to finansowo. Do tego dochodzą  procesy technologiczne i procedury produkcji. Mówienie o tym wydaje się to śmieszne, bo przecież to wielkie firmy, które znają się na produkcji doskonale. A jednak twierdzili, że to niemożliwe i piętrzyli problemy. I tak zamykały się przede mną kolejne drzwi.

Dziwne, że nikt nie chciał wypuścić sobie przy okazji prestiżowej autorskiej linii?

Nie ma w Polsce takiego myślenia, że można z kimś zrobić coś autorsko, inaczej. Firmy nie wychodzą poza standardowe ramy i dosyć ciasne myślenie o biznesie.

Wszystko musi się opierać na znajomościach. Ktoś kogoś zna, dostajesz od niego i numer i dopiero wtedy możesz zacząć powolne dreptanie do celu. Okazało się, że w Inowrocławiu jest człowiek z pięćdziesięcioletnim doświadczeniem plastycznym, który potrafi zrobić z ceramiki wszystko, nie potrzebując przy tym najnowocześniejszych programów 3D do projektowania. Zobaczył moje nędzne szkice i od razu zbudował całą formę talerza, miski i naczyń, jakie chcieliśmy stworzyć. Byliśmy zaskoczeni tym, że one praktycznie nie wymagały poprawek. Kiedy kilka tygodni później spotkaliśmy się ponownie, wypadało mi tylko przyklęknąć i powiedzieć: Ale Pan ma talent!

Co tłumaczyłeś temu projektantowi?

Co będę serwował. Jakie będą to dania i co chcę przekazać. Wiadomo, powtarzalność musiała być zachowana, ale zależało mi, żeby było widać, że każdy talerz był toczony na kole ręcznie i misternie przygotowywany. Idealnie zostało to przez uchwycone przez tego plastyka. Później, kiedy formy były gotowe, pojawiło się pytanie, kto je wypali i finalnie wyprodukuje. Podjąłem kolejne próby. Początek był jednak taki, że zapisaliśmy się z dziećmi do fabryki gliny na zajęcia, by zobaczyć, jak tworzy się w tym materiale. Chciałem to wiedzieć na wypadek, gdyby ktoś chciał ściemniać i wpuścić mnie na minę przy zamówieniu. Polepiłem sam przez kilka zajęć i zorientowałem się, jakie są możliwości  surowaca. Ale kiedy przyszło mi poznać artystów zajmujących się ceramiką po domowemu, dowiedziałem się, że efekt, jaki chcę uzyskać jest ciągle niemożliwy.

Słucham? Nikt w kraju nie potrafi zrobić miski kucharzowi?

Bardziej chodziło o mnożące się problemy. Odpowiedni piec, wypiek, nie za wysoka temperatura, problem szkliwienia atestowanego, bo naczynia mają kontakt z żywnością itd. Znałem się z Maciejem Jarosem, producentem genialnych miodów pitnych, który kilkanaście lat temu zetknął się z identycznym problem. W momencie, kiedy chciał nalać swój wyrób w butelkę, koniecznie glinianą, nie było takiej na rynku. Obok zakładu, w którym te miody dojrzewają, postawił minifabrykę glinianych naczyń, żeby wypalać  butelki na własną rękę. Zawieźliśmy nasze formy, zaczęliśmy robić odlewy i metodą prób i błędów w ciągu pół roku pojawił się pierwszy talerz… Z kolei jedna pani miała na swojej stronie talerz o nazwie „cream”. Pofalowany w całości  jakby wyłożyć bitą śmietanę na blacie. . Zadzwoniłem i poprosiłem od razu czterdzieści. Robiły się dwa miesiące. Część zastawy dokupiłem też w Hiszpanii i Francji Skorzystałem z wielu różnych adresów, zanim powstała całość.

Nie przesadzasz z oryginalnością? Dlaczego te talerze są takie ważne?

Widzę, jak to odbierają klienci. To ma gigantyczne znaczenie. Moment, w którym wydajemy dania, składając je w całość, trwa krótko.  Potem talerz ląduje na stole. Ale klienci spędzają tu kilka godzin i mają czas przyjrzeć się uważnie wszystkiemu i sprawdzić, czy gdzieś nie ma fuszerki, oszustwa. Diabeł zawsze tkwi w szczegółach. Nigdy nie wystarczą białe ściany, nóż i widelec. Kiedy goście  spożywają potrawę, doświadczają dodatkowych walorów, podziwiając piękno i pomysłową prostotę form.

Wówczas lepiej smakuje?

Tak (śmiech). To również dopełnienie całości. Ważne jest też,  że niektóre talerze stworzone są pod jedną określoną potrawę. Tuba, na której lądowały kolory jesieni, czyli płatki z pigmentami produktów dostępnych jesienią i do tego chrupiące liście w kolorach października,  była naczyniem idealnym, bo  zwyczajny talerz odebrałby cały efekt.

Dzięki tym ceramicznym doświadczeniom pojawiła się ciekawa propozycja. Otóż będziemy pracować z Markiem Cecułą, prowadzącym kieleckie centrum designu. Tam  różni zapaleńcy mogą trafić do wspaniałego środowiska, które dysponuje piecami, narzędziami, materiałami i współpracuje z ludźmi z otwartymi głowami. Stworzenie linii pięćdziesięciu autorskich naczyń pod okiem doświadczonych ludzi jest wtedy możliwe w  kilka dni.

Dziwne że nie zrobiłeś z tego kolejnej gałęzi swojej działalności. Pamiętam, że - będąc jeszcze w Klubie - projektowałeś tacki z łupków, na których serwowałeś potrawy. Można zresztą było je zobaczyć w  telewizyjnych materiałach. Później ten patent podchwycili niemal wszyscy. Masz nosa!

Ale nie ma to przełożenia w drugą stronę, nikt nie puka do drzwi. Mimo sukcesu pierwszej książki nie było odzewu i sam wydałem drugą. Z porcelaną było tak samo.

Skąd taki talent, miałeś artystyczne przygody?

(śmiech) Miałem. Przygotowywałem się do egzaminu na Akademię Sztuk Pięknych w Katowicach. Jeździłem z Sosnowca na zajęcia rysunku i malarstwa kilka razy w tygodniu. Większość  ludzi była z liceów plastycznych i było to od razu widać, kiedy stawiali kreskę. Nasz wykładowca powtarzał jednak, że ludzie, którzy szybko załapują tę kreskę, kończą na przykład jako  rzemieślnicy, nałogowo rysują portrety. Albo  nagle na piątym roku wypalają z czymś totalnie odjechanym. Mimo że widziałem, jak ludzie tworzą cuda w pięć minut, a ja męczę się i mierzę proporcję na ołówki , nie miałem poczucia straconego czasu. Przydało się to po latach.

Na końcu wylądowałeś na „studiach” w londyńskiej kuchni.

Dziwne, co? (śmiech) Te doświadczenia dały mi jednak pewność, że świat nie może się kończyć na jednym talerzu, wymyślonym dwie dekady temu w Barcelonie. Rachunek ekonomiczny nie może być jedynym argumentem decydującym o jakości restauracji.  Łatwiej jest kliknąć w sklepie internetowym niż objeżdżać tysiące kilometrów w poszukiwaniu czegoś.

A co by było, gdybyś na przykład nie znalazł tych eko producentów, kupowałbyś drób w Tesco?

Wyjechałbym z Polski i tworzył tam, gdzie te produkty są. Znowu wracamy do sytuacji, że ktoś kogoś zna. Na Mazurach jest pani, która genialnie wędzi węgorza. W okolicach Bydgoszczy jest inna pani, która ma dostęp do znakomitej dziczyzny, a koło  Piły mieszka pan, który zbiera ciekawe owoce, typu: rokitnik, głóg, dereń,  i sprzedaje je . Można oczywiście znaleźć działkowiczów, którzy oferują pięć kilogramów jakiegoś produktu.  Ale co mi po tym? Jak wprowadzę coś do karty, to za dwa dni będę potrzebował kolejnych dziesięciu kilogramów. Do tego dochodzi kontrola jakości, bo zawsze muszę dostawać taki sam produkt .

Są w kraju eksperci, jak Jacek Szklarek, prezes Slow Food czy Zbyszek Kmieć . Albo Gieno Mientkiewicz, który ma gigantyczną wiedzę i zjeździł całą Polskę, poszukując serów zagrodowych i katalogując je. Producentów jest prawie trzystu i niebawem ten katalog pojawi się na rynku.  Takie znajomości skracają  podróże w poszukiwaniu dobrych produktów. Szczęście, że poznałem kogoś takiego jak Gieno, bo nie musiałem pukać do wszystkich, tylko do wybranych. Tych ludzi poznałem najpierw przez telefon albo korespondencyjnie. Potem spotkaliśmy się, żeby porozmawiać bezpośrednio i ustalić, czego potrzebuję , jakie są moje cele, standard jedzenia i do czego aspirujemy. Trzeba było to zrobić, żeby uniknąć sytuacji, w której odsyłam towar , bo jest marnej jakości.

Manufaktury z Mazur i Kaszub są w stanie produkować takie ilości jedzenia?

Pamiętaj, że jesteśmy małą restauracją. Pospinaliśmy logistycznie wszystko tak, żeby wielkość zamówień nam odpowiadała. Jakość produktów zawsze była kluczowym argumentem, niektóre moje pytania mocno dziwiły producentów. Pytałem na przykład, czy  mogę zobaczyć łój zwierzyny?

Po co te oględziny?

Wiem dużo na temat uboju zwierząt i jak bardzo wpływa to jakość mięsa. Stres zostaje w mięśniach i później, sztuka mięsa nawet z najlepszej hodowli jest niesmaczna.  Dziwne, bo przecież   idealnie czerwona.  A  jednak mięso jest powyginane, napięte, twarde i ciągnące. Wszystko było prowadzone jak należy, a na samym końcu jakiś amator rzeźnicką masakrą zniszczył lata starań.

Były też śmieszne sytuacje z eko warzywami: producent starał się długo o certyfikaty i kiedy je wreszcie dostał, zaczął odpuszczać do tego stopnia, że nie jego tego, co sprzedaje, bo to nie jest najlepszego gatunku.  Kolejnym przykładem jest producent genialnej szynki dębowej, zakopywanej w beczce do ziemi na dwa lata. Po drugim zamówieniu, kiedy telefonuję pochwalić jego produkt, facet nagle oferuje zamówienie na tysiące sztuk..– Chwileczkę - mówię - to Pan przewidział, że tak to ludziom zasmakuje, że dwa lata temu zakopał pan tysiąc beczek? Okazuje się, że facet zwietrzył interes i już jest wędzarnia  i wszystko robią na łapu capu, byle opchnąć. Musiałem się nauczyć takiej się ostrożności, bo na końcu tej drogi jesteśmy my, w kuchni, z produktem, który albo się nadaje, albo musi iść do kosza.

Często masz dostawy?

Codziennie coś przyjeżdża. To są przesyłki, kurierzy itd. Jedyna rzecz, jakiej nie przewidziałem w biznesplanie, ale na co i tak nie byłoby mnie stać, to trzy samochody dostawcze kursujące non stop.

Gdzie w tym wszystkim kreatywność?

No właśnie, teraz chyba rozumiesz moje zniecierpliwienie. Wolałbym siedzieć w kuchni , nie użerać się z kontrolą każdego produktu i uganianiem się za oszustami. Czy na przykład mój towar spod Bydgoszczy nie został nadany PKS-em? Bo tak się zdarzało.

To bierz z Zachodu. Tamtejsi dostawcy przecież i  tak wszystko biorą z Polski, tylko Polacy tego nie wiedzą.

Nie da się całkowicie tego uniknąć. Oni mają dostęp do znakomitej polskiej ryby, grzybów, dziczyzny. Jeździłem do Berlina wielokrotnie.  Ale wszystko zależy od obłożenia restauracji.  Kiedy mam rezerwacje na dwa tygodnie,  mogę zamówić towar bezpośrednio u rybaka.

Masz tak rozległe kontakty i możliwości działania. Nie masz poczucia ograniczenia małą kuchnią?

Absolutnie to nie ten etap. Założyłem sobie, co chcę osiągnąć zawodowo i tego się będę trzymał. Priorytetem jest zdobycie gwiazdki Michelin. Nie chcę powiedzieć, że jest fajnie, a za chwilę odcinać od tego kupony. Odkąd otworzyliśmy restaurację, czeka kolejka inwestorów chętnych, by zrobić jakiś biznes.

Chodzi o to, byś dał swoje nazwisko?

Tak. Jednak absolutnie nie może tak być, że ktoś będzie coś tam gotował, a ja wezmę za to odpowiedzialność. To proces zebrania zespołu i wykształcenia go, przypilnowania, jak pracuje itd. Poświęcam swój czas i energię tutaj nie po, by łapać sto srok za ogon i rozmieniać się na dobre. Gwiazdka, a później w planach mam wprowadzenie Atelier do pięćdziesiątki najlepszych restauracji na świecie. Będziemy harować, żeby to osiągnąć. Mało tego, jeśli miałbym otwierać kolejny lokal, to już na pewno nie w Polsce. Marzy mi się światowa stolica, gdzie można pokazać polską kuchnię. Tam klient jest wyedukowany, ciekawy. Interesująco byłoby tam zaistnieć. Ale nie mogę teraz wyjechać, bo zacznie się kręcenie nosem, że już go nie ma. To kwestia wiarygodności.  Mam nadzieję, że na wszystko przyjdzie czas.

Atelier przydałoby się drugie piętro.

(śmiech). Chciałbym je powiększyć, ale od strony zaplecza edukacyjnego. Marzy mi się przestrzeń laboratoryjna. Kreatywność pociąga mnie niesamowicie. Zbadanie możliwości, sięgnięcie jeszcze głębiej w tę naturę. Produktów jest mnóstwo i tak samo możliwości eksperymentów. Co tydzień mam zapytania od młodych ludzi, którzy chcieliby przyjechać na staż. Gdybym miał taką przestrzeń do eksperymentowania i zabawy w gotowanie, „bez ciśnienia”, że zaraz będzie sala pełna gości, można byłoby rozwinąć działalność edukacyjną. Jest cała masa aparatury, którą przydałoby się jeszcze wypróbować w kuchni.

Widzisz potencjalnych partnerów?

Na razie nie. Gdyby przyszło mi kooperować z ministerstwem czy państwową agencją, znów wpadłbym w pułapkę zależności i zasad zupełnie nieadekwatnych do naszej pracy i możliwości. Ludzie piszą, że chcą się uczyć według zasad, jakie stworzyłem. Takie przedsięwzięcie byłoby w stanie podciągnąć kulinarnie cały kraj. Nie można patrzeć na gastronomię tylko z punktu widzenia Warszawy.  Ale  to musi jeszcze poczekać, choć ja jestem już gotów.

Będzie nowa książka?

Jasne. Niebawem pojawi się „Atelier Amaro Cook Book”. Z kreacjami, inspiracjami, pomysłami i tym, co serwowaliśmy w restauracji. Z różnych zeszytów i świstków musimy wybrać to, co trafi do książki, by każdy mógł sam gotować w domu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).