1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Zamiast oglądać się na innych, zacznij myśleć o sobie! I zadbaj o swoją niezależność finansową – namawia Anna Łukaszyn

Anna Łukaszyn (Fot. materiały prasowe)
Anna Łukaszyn (Fot. materiały prasowe)
Inwestycja w siebie przynosi zysk. Przekonuje o tym Anna Łukaszyn, która pisze o tym, jak osiągnąć niezależność finansową, czyli coś o czym marzy wiele kobiet. Autorka radzi również, jak oszczędzać pieniądze i czas, nie rezygnując z tego, co dla nas ważne. Poniżej fragment jej książki „Niezależność finansowa i emocjonalna dla kobiet”.

Żyj po swojemu - fragment książki „Niezależność finansowa i emocjonalna dla kobiet”, Anna Łukaszyn, wyd. Feeria

Porównywanie się jest naturalnym i uzasadnionym procesem zachodzącym w społeczeństwie. Pozwala rozpoznać swoje cechy i umiejętności. Porównując się z innymi, sprawdzając, jak wypadamy na ich tle, możemy określić swoje mocne strony i to, nad czym jeszcze powinniśmy popracować. Jednocześnie porównywanie się wpływa na samopoczucie. Jeśli stwierdzasz, że masz więcej pieniędzy, bardziej udaną rodzinę czy fajniejszą pracę, to możesz się poczuć lepsza od innych. Ale – uwaga! – zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie miał to, czego ty nie masz, a na czym ci zależy. Może będzie to lepszy samochód, większy dom, przystojniejszy mąż albo mądrzejsze dziecko. Nie ma znaczenia, co to będzie dokładnie, ale coś na pewno się znajdzie. Co wtedy?

W 1954 roku Leon Festinger opracował teorię porównań społecznych, odwołującą się do ogólniejszej teorii dysonansu poznawczego, zgodnie z którą ludzie wykazują wrodzoną tendencję do definiowania siebie na podstawie porównań z innymi i do wybierania na przyjaciół i partnerów osób do siebie podobnych. Taka ocena siebie może nas ciągnąć w górę albo w dół. Co ciekawe, teoria ta mówi, że oceniając własne zdolności, potrzebujemy, aby były one zgodne z naszymi przekonaniami o sobie. Kiedy informacje są ze sobą sprzeczne, ludzie odczuwają dyskomfort zwany dysonansem poznawczym, więc aby go zminimalizować, zmieniają swoje przekonania, postawy lub zachowania. Na przykład, jeśli ktoś wierzy, że odkładanie pieniędzy jest ważne, ale tego nie robi, odczuwa dysonans poznawczy, ponieważ jego przekonanie o oszczędzaniu pieniędzy jest sprzeczne z jego postępowaniem. Aby zmniejszyć dyskomfort, ta osoba może zacząć wierzyć, że oszczędzanie pieniędzy jednak nie jest tak ważne, jak myślała. Ale może też zainteresować się tematem finansów osobistych i stworzyć swój pierwszy budżet, co pomoże jej zacząć budować oszczędności…

Na podstawie obserwacji tego, jak człowiek buduje przekonania o sobie w wyniku porównań, Festinger wysnuł kilka hipotez:

  • Jeśli nie mamy obiektywnych danych do oceny swoich osiągnięć, to porównujemy się z osiągnięciami i opiniami innych osób.
  • Tendencja do porównywania się z innymi zanika w miarę zwiększania się różnic między opiniami oraz osiągnięciami własnymi i innych osób. Podczas eksperymentów zauważono, że jeśli przepaść między osiągnięciami była zbyt duża, to osoby na niższym poziomie traciły motywację i przestawały współzawodniczyć.
  • Tendencja do podnoszenia swoich umiejętności w wyniku porównania się do lepszych od nas osób pojawia się wtedy, kiedy mamy wsparcie grupy i utożsamiamy się z opiniami osób, do których poziomu chcemy dążyć.

Jaki z tego wniosek dla nas? Bądź świadoma tego, do kogo się porównujesz, ponieważ może to być dźwignia twojego sukcesu. Obserwuj osoby, które są kilka kroków przed tobą i podzielają twoje wartości oraz styl życia, jaki chcesz prowadzić. Rób to jednak uważnie. Przez wiele lat porównywałam się ze szkodą dla mnie do pewnej znanej polskiej przedsiębiorczyni – bardzo mi imponowała droga, jaką przeszła, i styl życia, jaki prowadziła. Czułam, że nie dorastam jej do pięt, że robię za mało i jestem niewystarczająca. Później miałam okazję ją bliżej poznać. Powiedziała mi o piętnie, jakie odciska na niej wymagający styl życia, i pozwoliła mi podejrzeć się podczas pracy. Był to dla mnie kubeł zimnej wody. Nadal ogromnie podziwiam wiedzę, mądrość i przedsiębiorczość tej osoby, wiem jednak, że jej działania mają wysoką cenę. Zdaję też sobie sprawę, że moje porównania prowadziły do mrzonek, a nie realnych celów. To doświadczenie dało mi niesamowicie ważny zasób: wiedzę, czego chcę, a czego nie. Nie chcę być non stop poza domem, w ciągłych rozjazdach, a przynajmniej nie w tym momencie życia. Ważne są dla mnie równowaga pomiędzy życiem osobistym a pracą oraz czas spędzony z rodziną, ponieważ jeszcze tylko kilka lat dzieli nasze dzieci od wkroczenia w dorosłość i opuszczenia domu.

Jak porównywać się pozytywnie? Pomyśl o osobie, która już jest tam, gdzie ty chcesz być. Jakie ma ona nawyki, jakie wartości wyznaje? Co może ci pomóc w dojściu do miejsca, w którym ona jest i w którym ty też chciałabyś się znaleźć? Moja znajoma z pracy postanowiła wspiąć się na kolejny szczebel kariery w ochronie zdrowia. Dzięki porównaniu się z innymi dostrzegła umiejętności, jakich jej brakowało. Zanim zgłosiła się na nowe stanowisko, napisała do osoby, która już na nim pracowała, żeby dowiedzieć się, jakich kwalifikacji potrzebuje. Po kilku miesiącach rozpoczęła studia podyplomowe, a dzisiaj już od prawie dwóch lat pracuje na wybranym przez siebie stanowisku. A wszystko zaczęło się od porównania i wiary we własne możliwości.

Porównanie może więc albo wskazywać nam drogę do rozwoju, albo hamować nas przed podejmowaniem działań i pogłębiać naszą frustrację. To drugie dzieje się, kiedy zbyt duży dystans dzieli nas od osoby, do której się porównujemy.

Kiedy Festinger tworzył teorię porównań społecznych, ludzie funkcjonowali w małych grupach, bez social mediów, które wyniosły porównywanie się na najwyższy poziom. Dziś bowiem możesz zajrzeć już nie tylko do sąsiada, ale i do mieszkańca Australii, podpatrzeć rodaka mieszkającego na Wyspach czy obejrzeć azjatyckiego vlogera. Zresztą nie tylko możesz, ale i chcesz, bo zżera cię ciekawość, co u nich i czy sobie radzą. A jak na ciebie wpływa jej zaspokajanie?

W 2014 roku naukowcy z University of Houston5 opublikowali wyniki dwóch badań, obejmujących odpowiednio 180 i 152 osoby, z których wynikało, że istnieje powiązanie pomiędzy czasem spędzonym na przeglądaniu Facebooka a nasileniem objawów depresyjnych. W Danii w 2016 roku przeprowadzono natomiast badanie z udziałem 1096 osób, które korzystały z tego portalu przez godzinę dziennie. Badani mieli średnio po trzydzieści cztery lata i trzystu pięćdziesięciu facebookowych znajomych. Uczestników podzielono na dwie grupy. Członkowie pierwszej mieli zrezygnować z używania Facebooka, a pozostali mogli korzystać z niego jak zwykle. Jak się być może domyślasz, w grupie, która miała przerwę, odnotowano wzrost satysfakcji życiowej i odczuwania pozytywnych emocji. Efekty były tym wyraźniejsze, im więcej czasu użytkownik spędzał na portalu przed podjęciem eksperymentu. Jaki z tego wniosek? Ograniczmy korzystanie z mediów społecznościowych i dokonujmy porównań świadomie. Zastanawiajmy się, czy dane porównanie jest konstruktywne, czy coś wnosi do naszego życia, czy też, przeciwnie, sprawia, że czujemy złość i zniechęcenie.

Choć, jak wiesz, prowadzę działalność w internecie, i ja nie ustrzegłam się negatywnych skutków porównań. Widziałam sukcesy obserwowanych osób, konsumowałam kursy, które obiecywały powodzenie, i… narastała we mnie frustracja, bo u mnie to nie wychodziło. Próbowałam różnych modeli prowadzenia kanału, co jakiś czas przyjmowałam nowe tożsamości i wizerunki, ale wciąż panicznie bałam się odsłonić, żeby nie zostać odrzuconą. Podobnie jak ludzie z sieci chciałam pracować mniej i zarabiać więcej, chciałam też spędzać więcej czasu z dziećmi. Wierzyłam, że tylko praca w trybie online i prowadzenie własnej działalności są w stanie mi to zapewnić. Skończyło się wypaleniem zawodowym i poczułam, że doszłam do ściany. Poważnie rozważałam zamknięcie swojego kanału na YouTubie i zniknięcie z internetu. W lipcu 2022 roku zrobiłam więc sobie przerwę, aby przeanalizować swoje dotychczasowe wybory i ustalić plan działania, bo wiedziałam, że dalej tak być nie może. Wykasowałam wszystkie social media z telefonu. Nadal uczestniczyłam w terapii, więc mogłam przegadać swoje problemy ze specjalistą. W takich sytuacjach jednak zazwyczaj wystarczy po prostu znaleźć kogoś, kto zechce nas wysłuchać bez przerywania i dawania rad. To pozwala sobie poukładać różne sprawy w głowie. Spróbowałam technik uziemiania – chodziłam boso po trawie i plaży, co uspokajało gonitwę myśli. Pytałam siebie, czego JA potrzebuję. Odcięcie się od social mediów mi pomogło, bo dostałam dzięki temu przestrzeń do namysłu, ale wiem, że nie jest ono odpowiedzią na całe zło tego świata. Przecież social media tworzą w jakimś stopniu naszą współczesną rzeczywistość. Oczywiście możemy całkowicie zrezygnować z internetu, ale zrezygnujemy tym samym z jakiejś części życia. Druga opcja to nauczyć się żyć z internetem. To ostatnie wymaga jednak pracy nad samoświadomością.

Podczas przerwy od social mediów dokonałam wielu przewartościowań. W ciszy znalazłam odpowiedź na pytanie, kim jestem i co uwielbiam robić. Przypomniałam sobie, ile radości dawało mi prowadzenie kanału wtedy, kiedy robiłam to dla sie- bie. Pomyślałam, że może nie tylko ja widzę efekty tego, o czym opowiadam w filmach. Przypomniałam sobie też, że dostałam setki sygnałów od kobiet, które dzięki udostępnianym przeze mnie treściom uświadomiły sobie, że nie muszą godzić się na okruchy z pańskiego stołu, wzięły sprawy w swoje ręce i po- stanowiły zawalczyć o siebie. Ich historie do dziś budzą moje wzruszenie i dumę.

Praca mentalna, wszystkie działania i ćwiczenia (...) sprawiły, że znalazłam w sobie odpowiedzi. Dokopałam się do tego, czego JA chcę. Przyjrzałam się SWOJEMU życiu. Bo nikt za mnie życia nie przeżyje, życie mam tylko jedno i rodzinę również. Czy chcę tracić dany mi czas na gonienie króliczka, który nie jest mój? Napocę się, namęczę, a po kiego grzyba?

Bardzo długo nie umiałam zachować równowagi między pracą w ochronie zdrowia a tą w internecie. Czas, który nastąpił po tym, jak dałam sobie zgodę na krok w tył, bardzo mi pomógł uświadomić sobie, czego tak naprawdę chcę. Szukając odpowiedzi na pytania o to, jak pracować mniej i spędzać więcej czasu z bliskimi, odkryłam, że odpowiedź mam przed sobą. „Przecież jestem pielęgniarką – pomyślałam – a w Szkocji istnieją agencje pielęgniarskie!”. Postanowiłam wprowadzić dość duże zmiany w sferze zawodowej. Nie zadziały się one w ciągu jednej nocy, zresztą wciąż wprowadzam w tej dziedzinie mojego życia drobne udoskonalenia, jednak fundamenty nowego podejścia są już dość dobrze ugruntowane. Jak więc doszłam do tego etapu i co ty możesz wyciągnąć z mojej historii dla siebie?

Najpierw oczywiście spojrzałam szerzej na to, jak mogę pracować i co jest dla mnie najważniejsze. Odpowiedzią był grafik. W Szkocji pielęgniarki mogą być zatrudnione nie tylko bezpośrednio przez szpitale, przychodnie czy domy opieki, ale również przez agencje pielęgniarskie, za pośrednictwem których świadczą swoje usługi różnym placówkom ochrony zdrowia. Polega to na tym, że kiedy trzeba uzupełnić obsadę w danej placówce, to wysyła ona prośbę do agencji, a ta zapewnia personel, którego brakowało na poszczególnych zmianach.

Praca w agencji jest dobrze płatna, jednak nie daje gwarancji liczby godzin w miesiącu ani nie zapewnia stałej pensji. Zanim podjęłam decyzję o zmianie formy pracy, zrobiłam porządny wywiad. Znałam pielęgniarki agencyjne ze szpitali czy z domów opieki, w których byłam zatrudniona, zaczęłam więc je pytać, jak wygląda ich praca, z czego są zadowolone, a co uznają za wadę. Ponieważ od lat prowadzę budżet, wiedziałam, ile co miesiąc muszę zarobić, żeby nie brakowało mi na sprawy ważne dla mnie i moich bliskich. Zrobiłam symulację i uznałam, że praca w agencji powinna spełnić moje oczekiwania finansowe. Na podjęcie ryzyka mogłam sobie pozwolić także dzięki stałemu dochodowi męża i posiadaniu wspólnej poduszki bezpieczeństwa, z której moglibyśmy skorzystać, gdyby zaistniała taka potrzeba.

Decyzja o przejściu do agencji pielęgniarskiej nie była dla mnie łatwa, bo miałam wtedy tylko mniej więcej półtoraroczne doświadczenie w zawodzie, a poza tym wcześniej pracowałam w zespole i mogłam liczyć na czyjąś pomoc czy radę. W agencji zwykle działa się solo. W wielu miejscach, w których pracuję, jestem jedynym medykiem na zmianie. Wokół mnie panuje często chaos. Ta praca jest też kompletnie nieprzewidywalna. Każdego dnia podejmuję w niej samodzielnie ryzyko i trudne decyzje. Ale nie zamieniłabym tej pracy na żadną inną. Dzięki temu, że od pewnego czasu działam samodzielnie, wzięłam odpowiedzialność za swój rozwój i naukę. W wyborze szkoleń i kursów kierowałam się tym, co sprawdziło się u starszych stażem koleżanek. Efekt? Widać go dobrze, jak się prześledzi poszczególne etapy rozwoju mojej kariery w zawodzie. Zaczęłam w 2020 roku od szesnastu zmian w miesiącu, a każda z nich trwała 12 godzin. Pracowałam sześć dni z rzędu, bez przerw na herbatę czy kawę, a do pracy dojeżdżałam 40 minut w jedną stronę. Nigdy nie wyszłam z niej o czasie i nikt nigdy nie zapłacił mi za nadgodziny. Odeszłam stamtąd i podjęłam pracę w nieodległym od mojego domu szpitalu. Higiena pracy była tam trochę lepsza: przerwy były świętością i raczej nie zostawało się po godzinach. Jednak w tamtejszym systemie nie można było znaleźć równowagi między pracą a życiem prywatnym. Na oddziale panowały wieczne braki, a ja w kółko dostawałam wiadomości w rodzaju: „Może przyjdziesz na pół dnia?” lub „Wiem, że masz wolne, ale może dasz się namówić na wzięcie nocki?”. Doszło do tego, że na sam dźwięk dzwonka telefonu robiło mi się gorąco. Zresztą ze szpitala dzwoniono do mnie z pytaniem o możliwość przyjścia do pracy nawet wtedy, kiedy byłam tak chora, że wylądowałam w ambulatorium. W grudniu 2021 roku powiedziałam STOP i złożyłam wypowiedzenie. Działalność online szła mi dobrze i generowała przyzwoity miesięczny dochód, a ja, jak już wiesz, uznałam, że mogę mieć wszystko to, co mają inni infuencerzy. Mogę mieć czas dla siebie, pieniądze na koncie i leżeć do góry brzuchem. I zaczęłam swój plan przekuwać w rzeczywistość. Wtedy zadziało się coś, czego się nie spodziewałam. Miało być pięknie, a wyszedł klops. Zamiast pracy z radością i lekkością pojawiło się uczucie totalnego zamrożenia. Dosłownie nie mogłam podnieść się z łóżka. Ciało zaczęło odmawiać mi posłuszeństwa. Prosty zabieg usunięcia ósemki skończył się miesiącem niesamowitego bólu, którego nie łagodziły nawet leki przeciwbólowe. Nie mogłam nic zrobić, w tym oczywiście nie mogłam zarabiać. Czułam się jak totalny przegryw.

„Uczę kobiety oszczędzania i niezależności, a sama leżę w łóżku, bezrobotna i bez grosza przy duszy” – tak wtedy o sobie myślałam, mimo że na koncie miałam poduszkę bezpieczeństwa na dziewięć miesięcy, a formalnie wciąż byłam zatrudniona przez szkocką służbę zdrowia, tyle tylko że na tzw. umowie zero godzin. Pogrążałam się we frustracji i lęku i, cholera, nie wiedziałam, skąd się to uczucie wzięło. Pytałam siebie, dlaczego wciąż się boję i mam katastroficzne myśli.

Podjęłam kolejną terapię i podczas niej dowiedziałam się, że uczucie zamrożenia jest reakcją mojego układu nerwowego na spowolnienie aktywności zawodowej. Wszystko wskazywało na to, że mój układ nerwowy stał się nadreaktywny w okresie rozstania z byłym mężem. Żyłam wówczas w ogromnym napięciu, każdego dnia bojąc się o życie swoje i dzieci, i skończyło się to zespołem stresu pourazowego. Praca na dwa etaty pozwalała mi jednak spychać traumatyczne przeżycia na sam dół świadomości, a spowolnienie wyzwoliło głęboko skrywane obawy. Dzięki terapii zrozumiałam, jak działa mój układ nerwowy, i poczułam ulgę. Wiedziałam już, że lęki nie wzięły się znikąd. Uświadomiłam sobie też, że po raz kolejny w życiu goniłam nie swojego króliczka, próbując odwzorować cudze życie i wartości. Byłam zaślepiona wizją życia, które nie było moje, i wpadłszy w pułapkę porównywania się z innymi, dostałam granatem w twarz. Uświadomienie sobie przebytej traumy i nieustannych porównań stało się pierwszym krokiem do zbudowania zdrowej relacji ze sobą i ukojenia mieszkającej w moim wnętrzu przerażonej kobiety, która wynosiła śmieci z telefonem w ręku, gotowa włączyć szybkie wybieranie numeru policji. Nie zrozum mnie źle, nie jest tak, że całą pracę mam już za sobą. Nie żyję na samotnej wyspie własnej zajebistości. Poza tym nadal porównuję się z innymi, ale wiem, czego te porównania dotyczą i kiedy dobrze mi służą, a kiedy zdecydowanie nie.

Przede wszystkim staram się porównywać tylko ze sobą z przeszłości. Robię to, m.in. analizując pliki Excela dotyczące budżetu domowego. Dzięki nim widzę, jak zmienia się moja sytuacja finansowa i czy moje długoterminowe cele finansowe są realizowane. Do tego co jakiś czas wykonuję ćwiczenie z kołem życia, żeby uświadomić sobie, jakie są moje obecne wartości. Jeśli działam zgodnie z nimi, odpowiedzialnie i z zachowaniem niezależności finansowej (poduszka bezpieczeństwa, inwestycje, prowadzenie budżetu), to wiem, że moje życie idzie w dobrym kierunku.

Z innymi porównuję się tylko pod kątem tego, czego mogę się od nich nauczyć. Bardzo wnikliwie obserwuję to, czego się nie mówi albo co można wyczytać między wierszami. Miałam ogromne szczęście i zaszczyt poznać osobiście część ludzi spośród tych, których podziwiałam od lat w internecie, i uwierz mi, sukces nie wygląda tak, jak się spodziewasz. Doba niesamowitych, silnych kobiet z sieci również ma tylko 24 godziny. Tym, co z pewnością różni je od wielu z nas, jest dobrze zorganizowane i dopasowane do nich samych zaplecze. Te kobiety dbają o siebie i swoje potrzeby, jasno określając, komu oddają swój czas i pieniądze. Od kilku miesięcy się nimi inspiruję. Przestałam wyznaczać sobie deadline’y, a zamiast nich ustalam w pracy priorytety. Nie godzę się na projekty, które mi nie do końca odpowiadają albo zbiegają się w czasie z innymi, bo wtedy pracowałabym ponad siły.

Za cudownym życiem osób, które oglądasz w internecie, stoją poświęcenie i długie godziny pracy oraz zaplecze w postaci pieniędzy rodziny lub po prostu bogatego męża. Czasem jest to po prostu kwestia szczęścia: trafienie na dobry moment i wyciśnięcie go jak cytryny. Jednak podglądanie życia tych kobiet pokazało mi, jak mogłoby wyglądać moje życie, gdybym poszła tą samą ścieżką, co one. I że ja tak naprawdę tego nie chcę.

Dlatego zamiast oglądać się na innych, zacznij myśleć o sobie, bądź egoistką i zadbaj o siebie i swoje potrzeby. Pomyśl, ile jeszcze przed tobą nowych doświadczeń, ile ludzi do poznania! Może spotkasz jeszcze najlepszą przyjaciółkę, zmienisz karierę zawodową, poznasz miłość swojego życia, jeśli jeszcze jej nie spotkałaś, przeprowadzisz się do nowego miejsca i zwiedzisz świat. Czego ty chcesz? Ale tak naprawdę, w głębi duszy! Gdyby wszystko było możliwe i złota rybka dałaby ci trzy życzenia, to o co byś poprosiła? Odpowiedz sobie na to pytanie, a potem poszukaj ludzi, którzy już zdobyli to, czego chcesz, i zacznij zadawać im pytania, jak to osiągnęli – jestem pewna, że dadzą ci wskazówki. Kiedy robisz krok do przodu i nie boisz się podejmowania decyzji, to wiele drzwi się otwiera, nawet te, których się nie spodziewasz.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze