1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Magdalena Łazarkiewicz - Jest coraz jaśniej

Magdalena Łazarkiewicz - Jest coraz jaśniej

Kiedy się upada, nie można wstawać z pustymi rękoma – mówi za chińskim przysłowiem. Ponad dwa lata temu niespodziewanie zawalił się jej świat, przeżyła osobistą tragedię. Reżyserka Magdalena Łazarkiewicz mówi o sile, jaką teraz czuje, i okolicznościach powstania nowego filmu, który pomógł jej znaleźć drogę.

– Za chwilę premiera twojego nowego filmu „Maraton tańca”. Wiem, że długo chodziłaś wokół tego tematu. Dlaczego tak bardzo cię pociągał?

– Chciałam opowiedzieć historię realistyczną, łącząc ją z elementami magii. Ważne było pokazanie, że za tym, co się nam przydarza, kryje się głębszy, metafizyczny sens i że to, co się dzieje, dobre lub złe, na końcu jest w stanie wygenerować dobro. To może naiwna wiara, ale z niej powstał ten film, którego akcja dzieje się w niewielkim miasteczku, gdzie pewna grupa oszustów trzymających władzę organizuje maraton tańca dla miejscowej ludności.

– Z Maciejem Kowalewskim, współautorem scenariusza, zesłaliście tam dwa dosyć dziwne anioły.

– Na tym właśnie polega przewrotność tego pomysłu: rzeczywiście zjawia się tam para szemranych aniołków, mocno podejrzanych typków. Świat, w którym się pojawiają, nie jest przypadkowy. Kręciliśmy w Dobromierzu na Dolnym Śląsku, bo dla mnie to kraina magiczna, biograficznie łącząca się z miejscem pochodzenia mojego męża Piotra, ale też z jego wtajemniczeniem mnie w ten świat. Już sam krajobraz uruchamia magiczne myślenie. Chciałam złożyć Piotrowi hołd. Nie wyobrażałam sobie tej historii w innej przestrzeni. Kiedy odszedł, byłam pewna, że chcę kręcić właśnie tam.

– Bo się tam wychował?

– Piotr zawsze był naznaczony tym krajobrazem, mimo że był zwierzęciem miejskim, potrzebował rytmu miasta, jego tłoku. A wychował się w środku lasu, w prewentorium dla dzieci z chorobami dróg oddechowych prowadzonym najpierw przez jego ojca, a po jego śmierci – przez matkę. Z tego dzieciństwa w głuszy wyrywał się ku światu, dużo czytał, śledził wszystkie ważne wydarzenia kulturalne. Siedział w swoim pokoju z nosem w książce, przyroda go nie obchodziła. Ale kiedy już zakosztował wielkomiejskiego życia, pojawiły się tęsknoty... Miały one mieć swój finał, który się nie dokonał. Zdecydowaliśmy się kupić dom pod Warszawą. Piotr cieszył się, że będzie kosił trawę, że stworzy miejsce przypominające dom jego dziadków. Dziadek był organistą, babcia gospodynią domową. Ich dom był ciepły, rodzinny, z ogrodem i własnym warzywnikiem. Piotr chciał wrócić do tych klimatów. Tyle że zamiast warzywnika chciał tam zrobić prawdziwą salę kinową.

– Kiedy realizowałaś film, wróciłaś do jego miejsc?

– Przejechałam tamtędy, wrażenie było przygnębiające. Wypieszczony, pachnący ciastem dom, którym opiekowali się rodzice Piotra, zamienił się w ruinę. Prewentorium strawił pożar, w stanie wojennym zostało przejęte przez wojsko czy też służby leśne, wielkie połacie lasu wyginęły z powodu wirusa, otoczenie zrobiło się łyse i brzydkie.

– Zdążyłaś porozmawiać z Piotrem o „Maratonie…”?

– Był świadkiem powstawania scenariusza. Przyłapywał nas z Maćkiem na pisaniu, czasem się włączał, czasami przeszkadzał, bo zabierał Maćka na balkon na papierosa. Bardzo wierzył w ten projekt. Przez całe wspólne życie była między nami wymiana energii, myśli. Najbardziej brakuje mi tej komunikacji z nim. Oczywiście, to było też potwornie absorbujące, ta jego potrzeba ciągłego przegadywania różnych spraw. We mnie było może więcej ciszy, potrzeby odsuwania się, przeżywania w sobie. Może to zabrzmi podejrzanie, ale teraz, w samotności, która przyszła tak nagle, często czuję się dość luksusowo. W większym stopniu mogę skupić się na życiu duchowym. Mam możliwość odpuszczenia sobie, ucieczki od intensywnego życia rodzinno-towarzyskiego, które się w naszym domu toczyło.

Kochałam ten ruch, ale czasami dla mnie jako dość wymagającej od siebie gospodyni bywało to dość męczące. Nagle ze śmiercią Piotra wszystko się zawaliło. Dom stał się głuchy. Odejście Piotra w ogóle było dosyć symboliczne. Akurat sprzedaliśmy mieszkanie, spakowaliśmy się, Piotr też spakował swoje rzeczy i odjechał. Bo mam poczucie, że gdzieś odjechał. Do tej pory nie jestem w stanie zrozumieć, że go nie ma. Stałam się właściwie bezdomna, użyczyli mi swojego mieszkania przyjaciele. Dom, który kupiliśmy, wymagał remontu, nie mogłam go sprzedać w takim stanie, więc musiałam spakować swoje rzeczy, wrzucić do magazynu i zostałam prawie bez niczego. Tragedia, jaką przeżyłam, przywróciła mojemu życiu prawdziwe proporcje, oprócz wszystkich negatywnych emocji poczułam również siłę i lekkość, uświadomiłam sobie, że w życiu stosujemy za dużo podpórek – opieramy się na rodzinie, na sferze posiadania, za mało skupiamy się na sobie. Poczułam się jak wędrowiec, który niczego nie ma i dzięki temu zrzuca z siebie pęta, jest tylko tym, kim jest w danym momencie. Jednocześnie – wraz z bolesnym poczuciem osamotnienia – uświadomiłam sobie, że nasza wspólna droga miała wielki sens.

– Jak to rozumiesz?

– Jestem przekonana, że po naszym związku, po obecności Piotra został wyrazisty ślad we mnie, w przyjaciołach, w ludziach, z którymi miał bliskie kontakty. Mam poczucie, że jego energia i optymizm do mnie wracają. To daje mi siłę. Dzięki temu nigdy nie poczułam się tak naprawdę opuszczona. Czasem samotna, ale nie opuszczona.

– Twój nowy film był ci potrzebny, prawda?

– „Maraton tańca” to chyba jeszcze nie jest mój najważniejszy film. Najważniejsze filmy mam przed sobą. Absolutnie to czuję. Ale był mi potrzebny. Był dla mnie bramą, przez którą przeszłam po śmierci Piotra. Znalazłam się znów na planie, z wieloma naszymi wspólnymi przyjaciółmi, którzy dali mi oparcie i poczucie wspólnoty. To mnie zbudowało wewnętrznie, chociaż było trudne, bo mieliśmy mały budżet, za mało dni zdjęciowych. A zamierzyliśmy sobie to, co najtrudniejsze – akcja filmu toczyła się w ciągu 24 godzin w plenerze. Zbiorowy bohater plus miejscowi nieobyci z filmem statyści, zmieniająca się aura, trudne elementy inscenizacyjne. Ta praca była wyczerpująca, a mimo to dała radość. Gdybym nie zrobiła tego filmu, pewnie bym zwariowała. Najbardziej się cieszę, że udało nam się – wbrew okolicznościom – zrobić film pogodny, po obejrzeniu którego – takie mam sygnały od pierwszych widzów – człowiek wychodzi z kina naładowany dobrą energią. W ten film jest zaplątana jeszcze jedna dusza: w trakcie przygotowań umarła też producentka Ania Iwaszkiewicz, bliska mi osoba, dzielny i mądry człowiek. Dusze Ani i Piotra ciągle się unoszą.

 
– Miałaś siedem lat, kiedy odszedł twój ojciec Henryk Holland. Najpierw mówiono, że został wypchnięty przez okno przez bezpiekę, później okazało się, że popełnił samobójstwo. Jak to na ciebie wpłynęło?

– Nie byłam bardzo związana z ojcem, bo rodzice rozeszli się, kiedy miałam cztery i pół roku. Ojciec nie mieszkał z nami, był człowiekiem bardzo zajętym, dużo wyjeżdżał. Nieraz myślałam, że byłabym ciekawa dorosłego spotkania z nim. Ponieważ mało go znałam, mam wyidealizowany jego obraz, zwłaszcza kiedy swoje wspomnienia konfrontuję z opiniami starszej siostry Agnieszki. Ma do niego żal, że się nie sprawdził jako ojciec. Pamiętam same miłe zdarzenia, że zabierał mnie na wystawy czy do teatru. Chłonął kulturę. Mnóstwo czytał. Co tydzień chodził na koncerty do filharmonii. Kilka razy zabrał mnie do opery, a ja starałam się sprawdzić w roli widza, tak strasznie chciałam zasłużyć na jego pochwałę, choć przeżywałam potworną mękę nudy – całą uwagę koncentrowałam na tym, żeby nie zasnąć. Z książki o ojcu i z materiałów, które ostatnio czytam w IPN-ie, zdeponowanych po rewizji w jego domu, wyłania się obraz człowieka wrażliwego, który miał olbrzymi potencjał intelektualny i erudycyjny, ale przez czas, w którym żył, popełnił szereg błędów. Teraz widzę go jako tragiczną postać. Był naznaczony traumą wojny, Holokaustu, nie umiał sobie z tym poradzić. Co rozumiałam z jego odejścia? Dziecko sporo czuje i rozumie.

– Jakie emocje pamiętasz z dzieciństwa?

– Nie było dla mnie krainą szczęśliwości. Wprawdzie niczego mi nie brakowało, byłam otoczona opieką, miłością, ale miałam bolesne poczucie, że świat jest nie najlepiej poukładany, że strasznie w nim dużo cierpienia. Nosiłam to piętno w sobie. Może to genetyczne, poholokaustowe obciążenie? Taki wdrukowany stygmat? Pomyśl, przecież urodziłam się zaledwie dziewięć lat po wojnie – te wszystkie traumy musiały być w ludziach, wśród których się wychowywałam, jeszcze bardzo świeże, na pewno to podświadomie czułam. Ciągle były we mnie pytania. Teraz oglądam się za siebie i widzę małą dziewczynkę z kręconymi blond włoskami, która wygląda jak aniołek, ale ma w sobie smutek, ciemne emocje. Miałam kłopot z identyfikacją, z wiarą, niewiarą, nie miałam przewodnika. Czułam się osamotniona w tych dziecięcych niepokojach.

– A wspomnienie szczęścia?

– Najszczęśliwsza byłam pod koniec liceum i później na studiach. Czułam, że jestem dorosła i mogę podejmować decyzje. Wiedziałam, że będę robiła coś, co ma związek z twórczością. Na początku myślałam o teatrze. Miałam grupę przyjaciół, byłam zakochana, świat był piękny. Wybrałam kulturoznawstwo we Wrocławiu. Festiwale Teatru Otwartego organizowane przez teatr Kalambur, przy których pracowałam, teatr Grotowskiego, Jazz nad Odrą. Moim profesorem był Kazimierz Braun, który udostępnił nam w teatrze salę prób, stworzyliśmy grupę, której część później współtworzyła teatr Gardzienice. To był czas fermentu artystycznego, opozycji do salonowej Warszawy. Mało kto miał we Wrocławiu dom, do którego można było zaprosić gości. Moi kumple sporo pili, dużo recytowali. Kochaliśmy się w poezji Jesienina, piliśmy do dna. Dworzec nocą, kino non stop, ludzie, którzy przyjeżdżali z całego świata i tułali się po mieście. W życiu dorosłym tak intensywnie szczęśliwa czułam się też po urodzeniu dzieci, ale to było inne szczęście, zaprawione jakimś egzystencjalnym niepokojem.

– We Wrocławiu poznałaś Piotra?

– Studiował na polonistyce, był chłopakiem koleżanki ze studiów. Kiedy przychodziło się do biblioteki Ossolineum, siedział tam zawsze: potwornie chudy facet z długim nosem w książce. Stamtąd szedł do kina na dwa albo trzy seanse, spotykaliśmy się w dyskusyjnych klubach filmowych. Często widywałam go na stołówce studenckiej. Pojawił się na moim balu podyplomowym ze swoim przyjacielem Waldkiem Krzystkiem i wtedy nasza wspólna znajoma, późniejsza żona Janka Różewicza, Małgosia, widząc Piotra i mnie, powiedziała: „oj, widzę, że coś z tego będzie”. Potem zupełnie straciliśmy się z oczu, spotkaliśmy się na egzaminach do łódzkiej szkoły filmowej, gdzie się nie dostaliśmy.

– To kiedy wasze drogi się zeszły?

– Napisał do mnie już jako student reżyserii szkoły katowickiej. Prosił, żebym ściągnęła Agnieszkę na spotkanie ze studentami. Agnieszka nie chciała jechać sama. Wyruszyłyśmy razem, spóźniłyśmy się na pociąg. Powiedziała: „w takim razie trudno”, ale miałam determinację i zaproponowałam, żebyśmy złapały stopa. Umówiłyśmy się, że jeśli w ciągu dziesięciu minut nie złapiemy samochodu, to wracamy. Dojechałyśmy do Katowic z opóźnieniem, większość uczestników spotkania już się wykruszyła, Agnieszka pojechała dalej do Krakowa, ja zostałam. Potem zdecydowałam się zdawać do Katowic.

– Już wiedziałaś, że chcesz robić filmy?

– Wybierałam teatr, bo nie chciałam być posądzona, że naśladuję drogę Agnieszki. Nie żałuję tego, trochę czasu spędziłam w teatrze w Olsztynie, w sekretariacie literackim, i potem kilka anegdot z tego okresu sprzedałam Agnieszce, która spożytkowała je w scenariuszu do filmu „Aktorzy prowincjonalni”. Zgłosiłam się do Wajdy, który akurat robił „Panny z Wilka” i szukał asystenta. To był chyba jedyny wypadek w moim życiu zawodowym – chociaż wiem, że nikt w to nie uwierzy – kiedy skorzystałam z protekcji Agnieszki.

– W Katowicach już byliście z Piotrem parą?

– Nawet więcej niż parą, bo w brzuchu istniał już obywatel Antoni. Później pojawiła się Gabrysia. Jakoś sobie radziliśmy, nasze mamy bardzo nam pomagały. Ale nie ukrywam, patrząc z perspektywy, że niosłam duży ciężar. Nie mogę powiedzieć, że Piotr mi nie pomagał, ale dla Piotra religią była praca. Długo dojrzewał do umiejętności czerpania przyjemności z życia. Dopiero kiedy został dziadkiem, ze wzruszeniem obserwowałam, z jaką uwagą i czułością zajmuje się naszymi wnuczkami, bliźniaczkami Antosią i Milenką, czułam, że jest w tej roli szczęśliwy i spełniony. Chciałabym coś jeszcze powiedzieć o naszej relacji. Świadomie zdecydowaliśmy się, żeby dawać sobie bardzo dużo wolności. To rozprzestrzeniło się na nasze kontakty z dziećmi. Antek na pogrzebie Piotra powiedział o tym bardzo pięknie. Mówił, że miłość Piotra do niego polegała na tym, że go obdarował wolnością. Nawzajem zostawialiśmy sobie swoje terytorium i nie wchodziliśmy w nie.

– Pamiętasz wasze pierwsze mieszkanie?

– To właśnie to, w którym rozmawiamy, do którego wróciłam po śmierci Piotra. Życie zatoczyło koło. To mieszkanie udostępnili nam przyjaciele rodziców, którzy wyjechali za granicę. Najpierw tu mieszkali Agnieszka z Laco Adamikiem, tu urodziła się ich Kasia. Potem zamieszkałam w nim z Piotrem i tu urodziły się nasze dzieci. Potem one tu mieszkały, potem znów Kasia. Przechodziło z rąk do rąk i w końcu stało się już naszym mieszkaniem, ale bardzo trudne było podjęcie decyzji, że tu wrócę. Potwornie się tego bałam. Takie wejście dwa razy do tej samej rzeki. Postanowiłam zupełnie zmienić przestrzeń, zbudować na nowo, została jedna oryginalna ściana. Teraz już czuję się tu bardzo dobrze. Jednym z powodów, dla których tu wróciłam, jest mama, która mieszka za ścianą.

– Mama ci matkuje?

– Już nie w takim stopniu jak kiedyś, kiedy codziennie podawała przez balkon obiady, ale wciąż ma w sobie tytaniczne siły. Ciągle kogoś gości, robi obiady rodzinne, na których się zbieramy, jest bardzo aktywna. Mama była dziennikarką i ma silny nawyk czytania gazet, jest ciągle ciekawa świata.

– Jak jest za bramą, którą przeszłaś?

– Dosyć jasno. Czuję się naładowana energią. Mam poczucie siły, która mnie prowadzi, czuję się zaopiekowana przez tę siłę.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).