1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Urszula Grabowska - Rośnie we mnie spokój

Urszula Grabowska - Rośnie we mnie spokój

Mówi się o niej: aktorka przedwojenna. I to nie tylko ze względu na typ urody. Także z powodu… niedzisiejszego stosunku do ludzi i zawodu. Urszula Grabowska, jedna z najzdolniejszych polskich aktorek.

– Jest coś na rzeczy w tym mówieniu o pani: niedzisiejsza, niemedialna, mało przebojowa?

– Parę razy udało mi się udowodnić, że jestem we właściwym miejscu i właściwym czasie, więc może jednak jestem „dzisiejsza”. [Uśmiech]. A niemedialność? Mam mocną potrzebę prywatności i integralności związków rodzinnych, które są dla mnie tak samo ważne, o ile nie ważniejsze, jak życie zawodowe. Nie widzę żadnego powodu, aby epatować opinie publiczną swoim życiem (choć i tak czasem mówię za dużo), bo inaczej pojmuję swój zawód. Papka komercyjna, która wciąga aktora w swoje tryby, gonitwa za sukcesem – to nie dla mnie.

– Takie podejście nie ogranicza?

– Wiem, że to mnie w pewnym sensie nawet wyklucza, ale wolę iść do celu wolniej, inną drogą. Mam nadzieję, że kiedyś znajdę się w tym samym punkcie, do którego doszłabym już teraz, gdybym wszystko postawiła na jedną kartę. Ale idąc niespiesznie, będę inaczej ugruntowana, za moim nazwiskiem będą stały inne dokonania. Przyznam, że boję się tej komercyjnej machiny, która potrafi człowieka strasznie przemielić i wypluć, a ja nie chcę się na to narazić, chcę też chronić swoją wrażliwość, którą uważam za cenną.

– Zdarza się jednak pani grać w serialach.

– Niektóre z seriali, jak „Chichot losu”, który wiosną będzie emitowany w TVP, stawiają bardzo ciekawe aktorskie zadanie. Gram w nim panią prokurator, która prowadzi śledztwo w sprawie domniemanego zabójstwa, a jednocześnie próbuje pogodzić bezkompromisowość w pracy z życiem prywatnym. To silna kobieta o niezależnej osobowości. A wracając do moich wyborów, oczywiście, idę też czasem na kompromisy, ale są one w granicach tego, na co sama jestem w stanie się ze sobą zgodzić. Dostawałam mnóstwo propozycji udziału w róznych programach. I jak przychodziły po raz kolejny, to się zastanawiałam: może nie stać mnie na więcej, może to jest tylko to, co życie chce mi zaoferować. Stawiałam na szali argumenty za i przeciw: owszem, pewne drzwi sobie pootwieram, ale inne pozamykam i to bezpowrotnie. I propozycji nie przyjmowałam.

– Wybierała pani trudniejsze wyjścia.

– Myślę, że w ogóle trudniej mi jest w tym zawodzie od początku, z różnych powodów, choćby z tego, że w mojej rodzinie nie ma żadnych korzeni artystycznych, a więc także wsparcia, przetartych szlaków. Nie mam meża reżysera ani producenta, który gwarantowałby mi szerokie kontakty. Nie kończyłam też szkoły łódzkiej czy warszawskiej, które są w centrum dziania się wszystkiego, których profesorowie pomagają w starcie. Wchodziłam w ten zawód bez ułatwień.

– Szkoła krakowska była utrudnieniem?

– Moja szkoła dała mi dobry warsztat, szanse nauki u świetnych profesorów i mistrzów, wychowanie w tradycji teatralnej. Bo to wszystko wzięło się z miłości do teatru, teatr pierwszy mnie zaczarował. Miałam możliwość debiutu na drugim roku u pani Barbary Sass, dostałam dobre recenzje, zobaczyłam, że to, co robię, ma sens. Potem otrzymałam stypendium naukowe ufundowane przez dyrektora teatru Bagatela, z gwarancją etatu. Dawało mi to poczucie bezpieczeństwa, że – po pierwsze – mogę być blisko rodziny, a po drugie – że w Krakowie, chociaż niektórzy mnie przed tym przestrzegali.

 
– Mieli rację?

– Każdy wybór ma swoje dobre i złe strony. W Krakowie otworzyły się przede mną możliwości – zostałam zaproszona do współpracy z teatrem STU jeszcze podczas studiów. Ale byłam absolwentką roku 2000, o którym mówiło się, że jest rokiem recesji, niewiele się produkowało, krakowski ośrodek zamarł. Może rzeczywiście zabrakło mi wtedy odwagi do podjęcia ryzyka, pukania do różnych drzwi, budowania życia w innym miejscu od poczatku?

– Wyczytałam, że ma pani za sobą epizod kabaretowy.

– Wszyscy się na to nabierają. [Śmiech]. Owszem, występowałam w telewizyjnych „Marzeniach Marcina Dańca” jeszcze w szkole średniej, ale jako ozdobnik. A wzieło się to stąd, że wcześniej brałam udział w pokazach mody w krakowskiej telewizji i ktoś mnie polecił Marcinowi Dańcowi. Moja rola polegała na odgrywaniu na scenie różnych wcieleń, byłam rzucana na głęboką wodę, i radź sobie, dziewczyno! Nie wiem, na ile zaważył brak świadomości tego, czego się podejmuję, na ile odwaga. Ale teraz wspominam to doświadczenie z rozrzewnieniem. Miało ogromny wpływ na decyzję o zdawaniu do szkoły teatralnej.

– Wcześniej nic a nic o aktorstwie pani nie myślała?

– Nie. Miłość do teatru, owszem tak, ale aktorstwo – nigdy. Jestem dziewczyną z Huty. Moje korzenie tkwią w głębokim realizmie, życie mnie nie rozpieszczało. I to jest moja wartość. Rodzice – mama krawcowa, tata hutnik – uczyli nas, że dorosłość oznacza samodzielne radzenie sobie w życiu. Dlatego, wzorem dwóch starszych braci, wybrałam szkołę przygotowującą do konkretnego zawodu, czyli technikum odzieżowe. W domu panował etos pracy. Mama projektowała i szyła, także całej rodzinie, ma do tego talent. Odziedziczyłam go po niej – do wszelkich robótek ręcznych, szydełkowania, wyszywania pościeli, robienia na drutach, szycia. Stąd też wzięło się moje marzenie, żeby studiować projektowanie mody. Nie myślałam o innych zawodach artystycznych, wydawały mi się niedostępne. A poza tym tata zawsze powtarzał: „mierz siły na zamiary”.

– Jak w domu jest skromnie, to potem wszystko bardziej się docenia?

– Na pewno. Nam się nie przelewało, ale mieliśmy kochający dom. Tata był co prawda dość wymagający, ale bardziej odczuli to moi bracia (o 13 i dziewięć lat starsi ode mnie). Byłam upragnioną córeczką, rozpieszczaną, tata ma do dzisiaj do mnie słabość. Powtarzał: „lepiej być czegoś pewnym, niż ryzykować i to stracić”. Wiedział, że nie może mi bardzo pomóc. I jak pojawiła się moja fanaberia zdawania do szkoły teatralnej, także w Warszawie i Łodzi, tato stawiał sprawę jasno: „możesz studiować w innym mieście, jak dasz radę się utrzymać”. Za pierwszym razem się nie dostałam. I wtedy część rodziny gratulowała mamie mojego niepowodzenia – że będzie święty spokój, bo aktorstwo to niemoralny i zdeprawowany świat.

– Nie zniechęciło pani to wszystko?

– Nie, wymyśliłam sobie kurs przygotowawczy w aktorskim Lart StudiO, płatny. Więc od godziny dziewiątej do 15 sprzedawałam odzież w sklepie, żeby mieć na zajęcia, na które jechałam prosto ze sklepu. Jestem z tego dumna. Dużo dało mi wychowanie w duchu wiary katolickiej. Bezwzględna uczciwość aż do bólu. Bóg, honor, ojczyzna. Tato był działaczem Solidarności, uczył, że choć bywa biednie, to powinno się żyć godnie i uczciwie. [Ociera łzy]. Dlaczego ja się wzruszam? Pamiętam szacunek moich rodziców do ich rodziców, zawsze, także gdy odchodzili. Szacunek do całej rodziny. Moja młodość to przykościelna oaza, Ruch Światło-Życie. Jestem dziewczyną z blokowiska położonego tuż przy kościele św. Maksymiliana Marii Kolbego. Prawie połowa klasy była w oazie. Uważam, że to jedna z najlepszych rzeczy, jaka mogła mi się przydarzyć. Nauczyła pokory, zbudowała mocny kręgosłup moralny.

 
– Nie było buntu typowego dla wieku dorastania?

– Raczej wewnętrzna przemiana. W szkole podstawowej byłam nieśmiała, wycofana. Natomiast w szkole średniej gdzie trafiłam na świetną polonistkę i bardzo fajne koleżanki – angażowałam się w pracę szkolnego radiowęzła, zakładałyśmy i redagowałyśmy szkolną gazetkę, prowadziłam imprezy dyplomowe, udzielałam się w samorządzie szkolnym. Nagle się okazało, że mam siłę przebicia. A bunt? Mama namawiała mnie na ogólniak, a ja się uparłam i poszłam do odzieżówki. Mama pchała mnie do szkoły muzycznej, a ja marzyłam o akrobatyce. Więc kiedy mama nie zgodziła się na gimnastykę z obawy, że dziecko się połamie, zbuntowałam się przeciwko szkole muzycznej. Do dzisiaj nie mogę sobie tego darować. Ale powoli realizuję marzenie mamy, które teraz stało się też moim marzeniem – w nowym mieszkaniu, które urządzam, jest miejsce na pianino. Przysięgłam sobie, że w 40. urodziny coś zagram.

– A więc nie będzie przeprowadzki z Krakowa? Potrzeba bezpieczeństwa zwycięża?

– Moje życie to jest też życie mojego dziecka. Nie chcę wprowadzać w nim rewolucji, to świadoma redukcja zawodowych ambicji. Ale jeśli przyjdzie poważna propozycja? Zwołamy naradę rodzinną i zdecydujemy. Od wielu lat dzielę życie między Kraków i Warszawę. Także z uwagi na pracę mojego męża. Jesteśmy do tego przyzwyczajeni, wszystko sobie ułożyliśmy. Kiedy wyjeżdżam, z Antosiem jest tata i moi rodzice. A ja zawsze wywiązuję się z obietnic, więc synek jest spokojnym i szczęśliwym dzieckiem. Najdłużej nie widział mnie osiem dni. Okres, kiedy grałam w serialach „Na dobre i na złe” oraz „Tylko miłość”, był najbardziej wywrotowym czasem w moim życiu. Wynajęłam w Warszawie mieszkanie i to była próba, przed którą stanęliśmy jako rodzina, Antoś miał wtedy trzy lata. Żyłam w rozkroku, byłam potwornie przemęczona. Po 14 godzinach zdjęć wsiadałam w pociąg i jechałam do domu, choćby na trzy godziny, żeby zobaczyć syna. I znów pociąg, prysznic i na zdjęcia. Nie da się długo tak działać. Chcę podkreślić, że w Bagateli też zagrałam kilka ról, z których jestem zadowolona, które mnie rozwijały, które były po coś.

– Dopiero jednak „Joanna” Feliksa Falka pokazała światu, na co panią stać.

– Od dawna tęskniłam za rolą, w której się odnajdę. I „Joanna” tę tęsknotę zaspokoiła. To rola, z której jestem najbardziej dumna, nad którą pracowałam, ale też która przyszła w sposób naturalny. Na pewno pomógł mi autorytet Feliksa Falka, któremu mogłam zaufać. A także świadomość, że mam w rękach diament w postaci scenariusza. Ta rola w pełni wyraża i moje możliwości, i moje marzenia związane z tym zawodem. A co będzie dalej? Przychodzą różne propozycje, wybieram te, które są ciekawe i najmniej komplikują życie.

– Czy da się uprawiać ten zawód bez komplikowania sobie życia?

– Wierzę, że tak. Przydarzyło mi się coś pięknego, czyli bycie mamą. Jestem głęboko wdzięczna za dar życia, traktuję to jako szansę, ale i obowiązek. Nie ma we mnie pazerności, żeby mieć wszystko. Nie muszę nic udowadniać, moją wartość jako aktorki pokazała „Joanna”. Swój zawód traktuję jako pracę, która oczywiście jest moją pasją, ale chcę ją mocno postawić na ziemi. Mam poczucie, że podejmę jeszcze wyzwania, że nie będę tylko czekać, bo jak dotąd więcej mi życie zsyła, niż sama o to walczę. Czuję, że cały czas zbieram siły, rosnę wewnętrznie. Rośnie we mnie spokój, ale też zgoda na życie w ogóle, na to, co ze sobą niesie.

– A nieustanne wyjazdy i powroty nie męczą?

– Momentami męczą. Z jednej strony polubiłam ten warszawski rytm – im więcej mam zajęć, tym lepiej sobie radzę. Lubię siebie aktywną, ale – z drugiej strony – lubię siebie „domową”, choć powroty nie zawsze bywają kolorowe. Po „Joannie”, zanim mi odrosły włosy, przez dziewięć miesięcy byłam bez pracy. Trudno się wtedy odnaleźć.

– Mąż, aktor, pomaga taki czas przetrwać?

– Na pewno, choć od dawna nie uprawia tego zawodu. Nie będę chwaliła dnia przed zachodem słońca – jesteśmy dziewięć lat małżeństwem, a znamy się – 14, od pierwszego roku szkoły teatralnej. Zaczynaliśmy jako takie dwa żółtodzioby, które mają marzenia i chcą je realizować. Samodzielnie, bez żadnej pomocy, układów, pleców. Mało jest szkolnych par, które przetrwały.

– Bez kryzysów?

– Skądże, bez kryzysów się nie obyło. Ludzie, którzy są blisko, czują, kiedy nadmiernie oddalają się od siebie. Były takie momenty w naszym życiu, ale nie tylko z powodu moich wyjazdów. Zawsze w chwilach kryzysu zwyciężało jednak obopólne pragnienie powrotu do siebie. W pewnych sferach – w tym, co niewidoczne dla świata – odnaleźliśmy się absolutnie. Nasze zawody są strasznie zaborcze, przesuwają środek ciężkości na swoją stronę, stąd rodzą się napięcia. Moim największym marzeniem jest takie poukładanie w życiu wszystkiego, żeby zachować równowagę. Bez poczucia straty po jednej czy po drugiej stronie, bez obawy, że moje zaangażowanie zawodowe źle wpływa na Antka.

Na razie nie podejmuję tych wyzwań, które bym chciała podjąć. Jeszcze sobie z tym brakiem radzę, ale nie ukrywam, że to rodzi we mnie jakieś napięcie. Być może przyjdzie taki moment, że będziemy musieli decydować, co dalej, ale będzie to obopólna decyzja.

– Widzę, że walczą w pani dwie Urszule, ta „warszawska” i ta „domowa”.

– To nie są dwie osoby, które ze sobą walczą, tylko to są dwie części mnie. Jest we mnie pokusa, by podjąć odważną decyzję, ale nie mam tego parcia tylko ze względu na siebie. Jestem w stanie bardzo dużo oddać innym, rodzinie. I widzę w tym wartość. Bo to naprawdę wielki dar od losu, że ich mam, czuję się za nich odpowiedzialna. Nie muszę umrzeć na scenie jako aktorka.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).