1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Martyna Jakubowicz - A dusza sobie pędzi dalej...

Martyna Jakubowicz - A dusza sobie pędzi dalej...

Dla wielu to symbol i głos swojego pokolenia. Od zawsze osobna i zbuntowana. Nie jest polską Joan Baez, Janis Joplin ani polskim Bobem Dylanem. Martyna Jakubowicz, prawdziwa diwa z gitarą, w szczerej rozmowie opowiada o spójności swojego różnorodnego świata.

– „Stałem na warcie, na mrozie, i śpiewałem sobie cały czas »Kołysankę dla misiaków«. Naprawdę rozgrzewało”. „Andrzej Nowak, gitarzysta Martyny, mieszkał w akademiku SGGW na Ursynowie, w moim tapczanie trzymał swojego stratocastera, a w piwnicy naszego akademika motor Sokół. Czy mogło wówczas być piękniej?” „Dostałam imię po Martynie Jakubowicz, moja mama ją uwielbiała, ostatnio włączyłam jej piosenki. Uwielbiam ją”. „Ostatnio słuchałam jej 20 lat temu, a teraz razem z moją córką Martyną”. To głosy, jakie znalazłem pod pani piosenkami w Internecie. Co pani na to?

– Mam poczucie, że fani chcą, abym była częścią ich życia. Po koncertach przychodzą do garderoby ze swoimi dziećmi, traktują moje koncerty jak uroczystość domową, opowiadają o sobie, mówią, co przeżywali, słuchając mojej muzyki. Moi słuchacze to fajni ludzie. Nie śpiewam dla elity. Moich słuchaczy spotyka pan codziennie na ulicy. Od pięciu lat praktycznie jestem w trasie i na koncertach zazwyczaj są pełne sale. A przecież nie robię show, aby w ten sposób oddziaływać na publiczność. Wchodzę na scenę z gitarą i jestem z nimi.

– To ludzie z domów z betonu?

– I z domów z betonu, i z domków z ogródkami.

– Dom z ogrodem to pani marzenie?

– Moja babcia miała ogródek, który uwielbiałam. W pewnym sensie do niego wróciłam, bo mieszkam na wsi. Wydaje mi się, że rekonstruuję przeszłość. Chyba zrekonstruowałam sobie ogródek babci, bo posadziłam rośliny, które pamiętam z dzieciństwa. Rekonstruuję dom rodziców. Mam trochę mebli i sprzętów po bliskich, którzy odeszli, więc wciąż ze mną mieszkają. Myślę, że wiedzą, że wpuszczam ich przeszłość do mojej teraźniejszości. To, że ich nie widzimy, to nasza ułomność.

– Zna pani przeszłość domu, w którym mieszka?

– Szukaliśmy czegoś za miastem, bo nie chcieliśmy już mieszkać we Wrocławiu. Byliśmy bez grosza, chcieliśmy wziąć kredyt. Jeździliśmy po Dolnym Śląsku, oglądaliśmy ruiny i wszystkie były za drogie. Któregoś razu pojechaliśmy oglądać kolejną, do niczego się nie nadawała, ale niedaleko mieszkali znajomi. Odwiedziliśmy ich, kolega powiedział, że jest dom do kupienia. Byłam już zrezygnowana, ale powiedziałam: „no dobra, to pójdziemy, zobaczymy”. No i zobaczyliśmy obraz nędzy i rozpaczy. To 200-letnie poniemieckie gospodarstwo obrazowało przeszłość wysiedleńców ze Wschodu wrzuconych w nową rzeczywistość. Nie remontowali swoich domów, nic w nich nie zmieniali, bo byli biedni i spodziewali się, że pewnego dnia Niemcy wrócą. Nie było łazienki, ubikacji, za to był wychodek. W kuchni nie było wody, tylko rura z kranikiem. Gołębie mieszkały w jakiejś budce, więc wszystko było zafajdane. W mojej sypialni jaskółka miała gniazdo. Powiedziałam do mojego faceta: „wiesz co, kochanie, chyba to jednak nie to”. Wróciliśmy do znajomych, wypiłam jeszcze jedno piwo i zaczęłam: „ale ta stodoła taka fajna, co nam zależy, przecież możemy tylko na lato przyjeżdżać, jest miło, zielono”. To był maj. W lipcu dom z pomocą znajomych i dobrych duszków był nasz.

– W którym momencie poczuła się pani u siebie?

– Praca związała nas z tym domem. Energia, którą w niego włożyliśmy. Zaczęliśmy remontować. Zostały gołe mury i było widać dach przez legary. Można albo wpaść w rozpacz, albo uwierzyć, że to jest najważniejsza sprawa, na której ci zależy. Robiliśmy wszystko własnymi rękami, bo nie mieliśmy pieniędzy. Ale kiedy efekty tej pracy zaczęły być widoczne, poczułam się u siebie. Ten dom to dzieło życia. Lubię wstać rano, spokojnie zjeść śniadanie, napić się herbaty, popatrzeć na świat. A kiedy jestem wkurzona, biorę łopatę i kopię ogródek. Ten dom daje mi poczucie bezpieczeństwa i w jakimś stopniu równowagę wewnętrzną.

– Jaka jest trasa pani spaceru w Srebrnej Górze?

– Ograniczona, bo to mała wieś. Poza tym zawsze gdzieś pasą się barany. Mam cztery psy z rozwiniętym instynktem myśliwskim, więc staram się omijać barany. Lubię te spacery, bo pozwalają mi zbliżyć się do absolutu. Zobaczyć, że wszystko stoi niewzruszone, a ja jestem w tym jak ta pchła głupia, która skacze, myśląc, że wszystkie rozumy pozjadała. Natura uczy pokory.

 
– Kiedy ostatni raz miała pani takie poczucie?

– To się może wydarzyć w każdej chwili. Wystarczy wyjść przed dom i zobaczyć sierpniowe niebo. Staram się przyzwyczaić, że kiedyś stanę się częścią tego wszystkiego i będzie tylko spokój. Obserwowałam, jak moja babcia umierała, widziałam, jak gaśnie, jakby się świeczka wypalała. Pomimo że była sprawna intelektualnie. Ciało się wyłącza, a dusza sobie pędzi dalej.

– Pani w to wierzy?

– Mama opowiadała, że po śmierci ojca, siedząc przy stole, gdzie ojciec siadywał i pisał na maszynie, usłyszała brzęczenie. To przypominało bzyczenie pszczół w ulu, jakby była w ogrodzie. Odwróciła się w tym kierunku i zobaczyła snop światła od podłogi do sufitu.

– Rekonstruuje pani dom rodziców, ale czy chciałaby pani wrócić do tamtego domu?

– Małemu dziecku trudno jest być pod opieką dwójki pourazowych neurotyków, którzy mają ze sobą kłopoty. Moi rodzice byli ludźmi, którzy utracili dzieciństwo, otaczała ich przerażająca rzeczywistość. Ojciec był starszy od mamy. Kiedy wybuchła wojna, mama miała siedem lat, na jej dzieciństwo złożyły się utrata domu, wagony bydlęce, ucieczki, obozy przejściowe. Dziadek, ojciec mamy, miał majątek pod Poznaniem, niedaleko Wrześni. W ich domu pojawił się oficer niemiecki i powiedział, że mają 24 godziny na spakowanie. I to był koniec beztroskiego dzieciństwa. Mój ojciec był w partyzantce. Nie wiedziałam o tym, bo w domu się nie rozmawiało o przeszłości. Długo nie wiedziałam, że był w AK. Tak naprawdę nic nie wiedziałam, bo dzieciom nie wyjawiało się szczegółów –  mogłyby coś powtórzyć w szkole i sprowadzić na rodziców nieszczęście. Ojciec liczył się z tym, że któregoś dnia może przyjść po niego SB. Bał się kroków na schodach i dźwięku dzwonka. Historię ojca poznałam już jako dorosła kobieta, późno, z wywiadu, jakiego udzielił Adamowi Michnikowi. Mój dom był katolicki, ojciec był publicystą „Tygodnika Powszechnego”, ale nie był katolikiem pokornym, uznającym bez zastrzeżeń autorytet kościelny. Poszukiwał głębszego sensu w sferze duchowej. Chciał wiedzieć, że jego życie ma sens. Był bardzo zamkniętym człowiekiem. Nie rozmawialiśmy dużo, bo zawsze był w opozycji do mnie, a ja byłam w opozycji do niego. Nasze charaktery i temperamenty były podobne.

– Jakie miała pani marzenia w dzieciństwie?

– Chciałam zostać tancerką. Chodziłam m.in. do studium baletowego przy Operetce Krakowskiej. Taniec dawał swobodę ekspresji, był ucieczką w świat innej rzeczywistości. Pozwolił mi wyrażać ciałem emocje, których nie mogłam wyrazić inaczej. A kiedy ciało zawiodło i przestałam przypominać łabędzia, kiedy okazało się, że będę solidnie zbudowaną brunetką, przeżyłam dramat. Zdałam sobie sprawę, że moje ciało stało się nieprzydatne do tego, co rozumiałam jako sens życia. Takie rozczarowania zawsze są okropne. Ale to doświadczenie doprowadziło mnie do gitary, bo potrzeba uzewnętrznienia emocji i wrażliwości była we mnie bardzo mocna. Odejście od tańca było cierpieniem, a ja już nie chciałam cierpieć. Odrzuciłam taniec, przestałam się nim interesować. Ale blizna została. Kiedy oglądam balet, robię się strasznie zła, bo zazdroszczę tancerkom. I jestem też trochę smutna. To naprawdę poważne, bo granie nigdy nie doprowadzało mnie do takiego stanu euforii, poczucia metafizyki jak taniec. Wiem, że taniec i tak skończyłby się pewnego dnia, bo nie ma we mnie takiej żelaznej dyscypliny, nie umiem się poddawać żadnym rygorom. Taniec to przede wszystkim rygor i praca, też wysiłek fizyczny i ból.

– Miała pani oparcie w rodzicach?

– Nie miałam. Musiałam sobie radzić sama. To nie znaczy, że się nami nie zajmowali. Mówię tylko, że relacje z różnych względów były trudne.

– Brat?

– Też żył w swoim świecie. Wszyscy byliśmy osobni. Byliśmy pozamykanymi światami, każdy zajmował się sobą, żeby się nie rozpaść. Ale nie mam prawa do narzekania. Dostałam wystarczająco dużo, żeby sobie z życiem poradzić. Dostałam upór. Ale dostałam też wrażliwość. Rodzice byli historykami sztuki. Nauczyli mnie umiejętności przeżywania piękna. Myślę, że mam też ich niepokorę.

– Gniew?

– Gniewna pewnie będę zawsze. Gniew mam po ojcu, miał go w sobie bardzo dużo, chociaż starał się go nie okazywać poza domem. Jednak myślę, że ten gniew go zżerał. O tym akurat nie chcę mówić. Wolę, aby ojciec był zapamiętany dzięki temu, co robił, co pisał, a nie przez to, co mogę przypuszczać, że wiem. W relacji twórca – odbiorca nie należy odsłaniać za dużo.

 
– Dlaczego zawsze będzie pani gniewna?

– Bo nie ma we mnie zgody na pokaleczoną konstrukcję świata i człowieka. Na to, co człowiek potrafi generować. Jest we mnie nieustająca wizja raju, kompletna utopia. Mimo że to wiem, zawsze marzę, że będzie piękniej.

– Przez całe życie pisze dla pani teksty pani były mąż Andrzej Jakubowicz. To ciekawe, że o pani intymnym świecie opowiada mężczyzna.

– To metafizyka. Dzięki niej rzeczywistość nie jest do końca upiorna. Mój były mąż potrafi napisać tekst z wyprzedzeniem czasowym, to znaczy pisze piosenkę, a potem to rzeczywiście się dzieje. Na płycie „Skórka pomarańczy” była piosenka „Pin-up Man”. Już po jej nagraniu poznałam faceta, z którym miałam krótką historię mniej lub bardziej miłosną. Na nowej płycie znalazła się piosenka „Lorca jest snem”, do której Andrzej napisał tekst, nie słysząc nawet muzyki. Idealnie pasowała.

– Myśli pani, że jeśli wasze małżeństwo trwałoby nadal, teksty byłyby idealne?

– Nasze małżeństwo było sytuacją dosyć skomplikowaną. Myślę, że moglibyśmy być dobrymi przyjaciółmi. Nie wierzę, że bylibyśmy w stanie tworzyć dobry układ damsko-męski.

– Kiedy czyta się teksty pani piosenek, można powiedzieć, że Andrzej to Martyna Jakubowicz.

– Albo Martyna to Andrzej.

– Co czuje pani, kiedy staje na scenie z gitarą w ręku?

– Oj, co za pytanie! Myślę, żeby gitara stroiła, żeby nie trzeba było koncertu przerywać. Uniesienia twórcze zdarzają się rzadko. Śpiewając, nie osiągam stanu nieważkości. To moja praca, wykonuję ją z pasją, a nie lewitując. Chociaż owszem, przez 30 lat kilka razy miałam poczucie, że lekko oderwałam się od ziemi.

– Zaczynała pani po uszy zakochana w balladzistce Joan Baez, ale lata później nagrała pani płytę z tekstami Dylana. W czyjej skórze lepiej się pani czuje?

– Będąc młodą dziewczyną, bardzo lubiłam Joan Baez, nawet podobnie do niej śpiewałam, nauczyłam się różnych jej patentów. Ale zrozumiałam, że trzeba być sobą.

– A Dylan? To pani męska część duszy?

– Myślę, że na początku Dylan był ważniejszy dla mojego męża. To ten moment, kiedy Martyna Jakubowicz jest Andrzejem. Cały czas wracam do Dylana. Jego teksty często są twarde i widzą rzeczywistość taką, jaką ona jest. Dużo nauczył się na bluesie, na muzyce czarnych, którzy śpiewali o swoim życiu. Dużo też zaczerpnął z folku i z folkowych tekstów pisanych przez ludzi takich jak Woody Guthrie. To świat robotników sezonowych. Pracowali dorywczo i przemieszczali się wagonami bydlęcymi po Stanach. Nie mieli stałego zatrudnienia i często byli zamykani do więzienia za włóczęgostwo. Wreszcie śpiewa o swoim życiu i własnych przemyśleniach. Dylan zwyciężył nad głupotą świata, nad hipokryzją i nad konformizmem, który jest śmiertelną chorobą.

– Jaka jest pani nowa płyta?

– To dwanaście różnych opowieści, fragmentów mojego życia. Zresztą ma tytuł „Okruchy życia”. Śpiewam o jego radości, o śmierci, o tym, gdzie jestem, a gdzie mnie nie ma. Śpiewam o World Trade Center, bo to wciąż we mnie siedzi. Po ataku z 11 września przez tydzień płakałam. Kiedy pojechałam do Nowego Jorku, ludzie opowiadali mi o tym, jak długo chodniki na Manhattanie były gorące i jak długo czuli swąd spalonego ciała. Śpiewam, że nie poznamy prawdy. Śpiewam też gniewną piosenkę, którą Andrzej napisał przed laty, poświęconą problemowi segregacji rasowej. Soweto stało się symbolem walki z rasizmem po interwencji białej policji. Zginęło wtedy wiele osób, w tym bardzo dużo dzieci. Zmieniliśmy tekst, aby miał bardziej uniwersalny wydźwięk. Ale gniew pozostał.

– Apartheid, World Trade Center… Punkowe tematy piosenek.

– No, irokez trochę rośnie, jak się pomyśli o tym wszystkim, ale nie popadam w nihilizm. Punk to „no future”.

– Odkryła już pani, kim jest Martyna Jakubowicz?

– To skomplikowane. Myślę, że mój zespół jest odbiciem mojej osobowości, czyli kilka światów w jednej głowie. Przemek jest praktycznie muzykiem jazzowym, Mazi przypomina mnie z czasu, kiedy byłam młoda, jest muzykiem rockowym i blues-rockowym, Darek był heavymetalowcem, miał włosy do pół pupy i jeszcze tatuaże mu zostały z tego okresu. Jest skłonny do różnych zabaw w hotelach, co sama dobrze znam. Łukasz to nadwrażliwiec, muzyk klasyczny. Każdy jest naprawdę z zupełnie innego świata, ale z mojego świata. To jeszcze nie jest cała prawda o Martynie Jakubowicz. Sama nie odkryłam siebie do końca i wciąż coś w sobie poprawiam.

– Jakie są pani marzenia?

– Chciałabym skończyć dom, bo drzewa już zasadziłam, mam córkę Patrycję, która prowadzi klub muzyczny, jaki założyłam przed laty we Wrocławiu.

– Czego się pani boi?

– Cierpienia, fizycznego bólu, bo jeśli się zdarzy, to nie wiem, jak będę sobie z nim radziła.

– A co to znaczy „malować bez farb”? Tak śpiewa pani w „Kołysance dla misiaków”.

– Przecież maluję bez farb. Nieustająco.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).