fbpx

Bartłomiej Topa: Ściema

Bartłomiej Topa: Ściema
fot. Rafał Masłow

Nie wierzy w dobro i zło. Jest przekonany, że żyjemy w matriksie, a nasze życie zostało dawno temu zaprogramowane i ma na to dowody. Bartłomiej Topa opowiada o tym, jakie jest jego ulubione słowo, dlaczego nie je mięsa, sam przygotowuje sobie wodę i co myśli o Bogu.

„Nie jestem fanem szczerych rozmów” – mówi grany przez pana komisarz Warski. A pan?

Lubię rozmawiać, może nawet jestem fanem rozmów, ale mam w sobie obawę, że słowa się wymykają.

Wymykają się czemu?

Intencji. Wie pan, to nawet nie jest obawa, ale świadomość, że słowa zawodzą. Próba zdefiniowania intencji słowami zazwyczaj skazana jest na porażkę. I wtedy w trakcie rozmowy używamy coraz więcej i więcej słów, które znaczą coraz mniej i mniej. Słowa są hakami do spotkania, w tym sensie są użyteczne. Pomagają się rozpoznać, czasami poznać, rozpocząć wspólnie jakieś przedsięwzięcie albo relację, a w końcu się rozstać. Warski, o którym pan wspomniał, główny bohater filmu „Sługi boże”, korzysta ze słów jak każdy z nas, dzięki temu może rozwiązywać zagadki kryminalne.

Poza tym biega, skacze, strzela – jak się pan przygotowywał do tej roli?

Oczywiście, przy skomplikowanych scenach korzystam z pomocy kaskaderów, ale już przed udziałem w filmie wojennym „Karbala” sporo czasu poświęciłem na fizyczne przygotowania, i to zaprocentowało. Przeszedłem zawodowe szkolenie dotyczące poruszania się, posługiwania bronią. Traktuję swoje ciało jak narzędzie i staram się je utrzymywać w dobrym stanie.

Choćby biegając w triatlonach.

Ta przygoda zaczęła się w 2012 roku, kiedy razem z Piotrkiem Adamczykiem, Łukaszem Grassem i Tomkiem Karolakiem rozkręcaliśmy w Polsce triatlon. Dlatego Warski, który skacze i biega, nie był aż tak wielkim fizycznym wyzwaniem.

„Sługi boże” to film o tym, co złe, o śmierci, również samobójczej, ściganiu zbrodni. Jaką cenę trzeba zapłacić, zanurzając się w taki świat na wiele tygodni?

Chciałbym umieć sobie powiedzieć, że to tylko spotkanie z fikcją, ale przecież zanurzam się w nią cały. Doświadczenie obcowania ze złem wraca w snach, obrazach. Od czasu do czasu potrzebuję się oczyszczać, brać symboliczny prysznic po tym prawdziwym kłamstwie, którym jest aktorstwo.

Jak się pan oczyszcza?

Bieganie pomaga, dbałość o to, co jem, co piję, jak żyję. Pomaga również świadomość tego, po co przyjmuję określoną rolę, co chcę przekazać widzom. Ale czasami ponoszę klęskę, bo poddaję się nurtowi, który płynie i gdzieś mnie porywa. Pomaga również odmawianie. Niedawno dostałem propozycję użyczenia głosu do gier wojennych. Zdaję sobie sprawę, że ci, którzy grają w wirtualne gry, mogą rozwijać logiczne myślenie, komunikację, ale zwyciężyła we mnie wątpliwość – oto świat, w którym chodzi o zabijanie, szkolenie się w zabijaniu. Odmówiłem. Może zabrzmi to banalnie, ale zachwyca mnie ludzkie ciało, doskonałe narzędzie, które mamy, zachwyca mnie cała paleta emocji. Myślę, że warto to wykorzystywać do tego, by ten świat był piękniejszy, bardziej świadomy swojej unikalności.

Dlatego angażuje się pan w pomoc cierpiącym na autyzm, w różne społeczne inicjatywy?

Pewnie tak, ale również dlatego, że jestem niecierpliwy. Gdybym miał potraktować pana i czytelników uczciwie, to musiałbym powiedzieć, że nie mam nic do powiedzenia. Gram w filmach, czasami komuś pomogę, a czasami ktoś pomoże mi, mam rodzinę, żyję, to wszystko.

Adam Wajrak powiedział mi jakiś czas temu, że popularność trzeba utylizować, że popularność to nie tylko przywileje, ale i obowiązki.

Zgadzam się, rozpoznawalność trzeba wykorzystywać, to słuszna idea, wokół nas morze potrzeb.

Porozmawiajmy o pana ideach.

Słowa, słowa, słowa.

Haki!

Czasami najwłaściwszym rozwiązaniem wydaje mi się powyjmować z siebie te wszystkie haki, usiąść w ciszy i posłuchać swojego oddechu.

Medytuje pan?

Potrzebuję dla siebie zatrzymania. Nie chcę tych momentów nazywać. One są tylko moje, nieprzypisane do żadnej religii i duchowych praktyk. Moim zdaniem dobro i zło są konceptami, skomplikowaną mentalną konstrukcją, która została zaszczepiona tutaj na ziemi. A my w niej, w niezrozumiałym dla nas świecie, życiu po życiu rzeczywistości.

To co jest realne?

Świadomość, że pojawiamy się tu na chwilę, że po śmierci – również na chwilę – zmieniamy stan i znów zjawiamy się bez wspomnień, oddzieleni i zagubieni. Mam wrażenie, że idee dobra i zła są niczym więcej niż fikcją. Co z tego, że jesteśmy genialnymi biologicznymi komputerami z przekraczającym nasze wyobrażenia potencjałem, skoro nie radzimy sobie sami ze sobą? Gdy tylko zatrzymujemy się na chwilę, rozglądamy dookoła, to rozumiemy, że coś jest nie tak, że nasz ludzki świat toczony jest przez wirus zła, nienawiści i nieustającej manipulacji.

Niektórzy jednak wierzą w dobro i zło.

No jasne, a gdy uwierzą, to próbują innych do swoich idei dobra i zła przekonać. Mówią: „Zobowiązuje cię wiek, płeć, kolor skóry”. Mówią: „Nie powinieneś tak myśleć, tak się zachowywać, tak wyglądać”. To strasznie powierzchowne.

Co kryje się pod powierzchnią?

Nierozpoznana w nas jedność, my wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni w sensie dosłownym. Pod powierzchnią jest matryca ciszy i cierpliwości, matryca łagodnej obserwacji tego, co się dzieje ze światem, z ludźmi. Czasami ktoś z nas otwiera na chwilę oczy, rozumie, że to wszystko za daleko już zaszło. Zbyt dużo jest cierpienia, samotności, bólu, śmierci. Do tego dochodzi zalew informacji serwowany przez media, ciężko się w tym odnaleźć.

Co jest ważne?

To, co robimy na co dzień. Co kładziemy na stół, jak na siebie patrzymy, jak oddychamy. Każdy z nas ma swój wewnętrzny wszechświat, gdy spotykamy się z innymi, te wszechświaty się przenikają. Spotkaliśmy się dzisiaj tu i teraz, istnieje tylko jeden wszechświat, ten, w którym jesteśmy. Nie ma nic innego i możemy zająć się tylko tym. Chodzi o skupienie.

Na sobie?

Tak! Poznamy swoje ograniczenia, potrzeby i wartości, więc będziemy mogli prawdziwie skomunikować się z ograniczeniami, potrzebami i wartościami innych. Wtedy zazwyczaj okazuje się, że nie różnimy się od siebie tak bardzo, jak się nam wydawało na tym powierzchniowym poziomie. Pojawia się pytanie: a co jeśli nasze życia, nici naszych codziennych zdarzeń i doświadczeń są zaprogramowane, skonstruowane i realizujemy je, wierząc, że świadomie je wybraliśmy?

Brzmi jak fabuła filmu „Matrix”.

Dobrze brzmi, genialny film i opowieść, która metaforycznie pokazuje, że każdy z nas żyje według ustalonego programu. I wszystko, co nas otacza, to ściema.

Jednak Ściema to przy okazji imię pana suczki.

Szukaliśmy przyjaciela wśród zwierząt i pojawiła się Ściema. Znaleźliśmy ją pod betonową płytą gdzieś w Świętokrzyskiem. Październik, spadł śnieg, leżała tam ze swoim rodzeństwem. Ściema, czyli ułuda, gęstość, hologram. Uwielbiam to słowo, bo przywraca mnie do realnego momentu. Nie jestem pozbawiony ściemy, chciałbym, ale przecież żyję w tym świecie. Czasami udaje się być w tym, co realne, prawdziwe, pozbawione iluzji. Gdy spotykamy się z mocnym cierpieniem, chorobą, zagrożeniem życia, bólem ciała, gdy ktoś chce nas zranić – to czasami pomaga obudzić się, zobaczyć swoje życie i to, co jest w nim fałszem.

Pamiętam pana opowieść sprzed lat. Trzymał pan swojego syna za palec, a on umierał. Mówił pan, że ten moment był pewnym przebudzeniem.

To był bardzo uświadamiający moment, ale nawet teraz, po latach, trudno mi o tym mówić. W tę historię zaangażowana jest również moja była żona, więc powiem krótko i o sobie. Śmierć kogoś bliskiego, najbliższego, jest czymś w rodzaju szarpnięcia, również fizycznego szarpnięcia, ekstremalnie bolesnego. To jest doświadczenie, które zmienia albo potrafi zmieniać na wszystkich poziomach. Gdy umierał Kajtek, miałem dojmujące poczucie, że tkwię w matriksie, że nie ma drogi.

Żadnej?

Chyba że na chwilę, tu. Siedzimy i rozmawiamy, tu jest wszechświat, nasz upragniony Bóg, teraz. To jest droga, nie ma innej i my o niej decydujemy, nikt inny. Tu jest moje niebo i mój raj, nie ma innego. A jak skończymy rozmawiać, to moim rajem będzie droga do samochodu, a później to, że nim jadę.

Udaje się panu być w tym stanie?

Bywam, staram się. Przez głowę przelatuje wtedy sporo myśli i uczuć: mój syn, moja miłość, Ściema, praca, to, co się wydarzyło wczoraj, przygotowania do spektaklu, który ma mieć premierę za kilka tygodni, troska o dziecko, zepsuty samochód. Ale gdy zostajemy tylko my, pojawia się jakiś impuls, patrzymy sobie w oczy i możemy się do siebie uśmiechnąć, powiedzieć: „Dobrze, że jesteś”. To jest ten stan.

W co pan wierzy?

Ma pan pewnie na myśli Boga, bo w cóż innego ludzkość mogłaby wierzyć jak nie w Boga, który nas stworzył.

W Boga, którego stworzyła ludzkość.

Nie, jednak odwrotnie. Ale mogę sobie wyobrazić dwóch. Tego, o którym pan mówi, pod wieloma postaciami. I pierwszego, w którym nie ma dualności, jest obecność niemożliwa do nazwania i oceny.

Od ponad 25 lat nie je pan mięsa, dlaczego?

W tamtym momencie byłem na tak zwanym życiowym zakręcie, zacząłem siebie pytać o to, co mnie kształtuje, buduje, o to, czym się karmię – metaforycznie i dosłownie. Nie chcę przyczyniać się do cierpienia zwierząt, nie chcę się żywić ich cierpieniem. Takie na dzisiaj są moje wybory.

Dlatego wybrał pan technikum weterynaryjne?

Mój dziadek miał gospodarstwo, mieszkał na wsi. Rzemiosło, wiedza na temat wiejskiego życia wydawały mi się ważne, potrzebne. Pamiętam oczekiwania wobec mnie, żebym zajął się czymś konkretnym, przydatnym, a nie tylko ćwiczył umysł. Wybór weterynaryjnej szkoły był też wyborem pod prąd, chciałem inaczej niż moje koleżanki, koledzy.

Jak to się stało, że z technikum weterynaryjnego trafił pan do szkoły filmowej?

Znowu musimy wrócić do miłości. Moja była dziewczyna chciała zostać aktorką i poszedłem za jej namową. Już w podstawówce lubiłem wygłupy, w rodzinnym domu muzyka była istotną częścią naszej edukacji, siostra grała na wiolonczeli, brat na skrzypcach, ja śpiewałem w chórach. W szkole średniej udzielałem się w zespole tańca ludowego. Jeździłem na konkursy recytatorskie. Szukałem innych światów, w których zabawa, dowcip byłyby też ochroną przed szarą rzeczywistością komuny. Aktorstwo to był nieustający spektakl emocji, doświadczeń, droga pomagająca poznać siebie.

Ponoć lubi pan wódkę.

Lubię! Ktoś lubi cukier, ktoś kawę, ktoś inny zajada się fast foodami.

A wodę cały czas sam pan sobie przygotowuje?

Bo wodę też lubię! Od kilku lat faktycznie przygotowuję ją w domu. Woda to nośnik życia, energii, materii, a nawet pamięci. Mam więc jonizator, w dwie tuby wlewam zwykłą wodę i po kilkunastu minutach otrzymuję wodę kwaśną i zasadową.

Dla mnie jedną z najważniejszych ról zagrał pan w telewizji śniadaniowej, wcielając się w mężczyznę chorującego na autyzm, by wesprzeć fundację Synapsis. Z perspektywy lat co to panu dało?

Sporo się dowiedziałem o samotności. To właśnie było najbardziej dojmujące, najtrudniejsze w całej tej historii. Cierpiący na autyzm, niepełnosprawni, wszyscy, których uważamy za innych, odbiegający od naszych norm doświadczają niezrozumienia, wykluczenia, niesprawiedliwych ocen. To doświadczenie uwrażliwiło mnie na to, czego nie znam, pokazało, że cierpiący na autyzm mogą być nauczycielami, przewodnikami po – dla nich bliskim, a nam nieznanym – świecie zmysłów i emocji.

Świecie pełnym ściemy. Jak sobie z nim radzić?

Zadawać pytania. Co czuję? Dlaczego się tak czuję? Czego słucham? Dlaczego piję tę kawę? Po co tam idę? Dlaczego tutaj pracuję? Dlaczego mam rodzić? Dlaczego mam być ojcem? Po co się tym zajmuję? Co chcę osiągnąć?… O co w tym wszystkim chodzi?

 

Bartłomiej Topa ur. w 1967 r. w Nowym Targu; aktor filmowy i teatralny. Właśnie pojawił się najnowszy film „Sługi boże”, w którym gra główną rolę. Znany m.in. z kreacji w filmach: „Drogówka”, „Karbala”, „Boisko bezdomnych”, „Wesele”. Ambasador Mistrzostw Polski w triatlonie na dystansie długim. Współpracuje z fundacją Synapsis. Miłośnik nart i wegetarianin.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze