Marilyn Monroe: Czego brakowało jej w życiu?

fot. bewphoto

Marilyn Monroe nazywana ikoną kina, uznawana za symbol seksu i kobiecości. Dzięki ogromnemu talentowi zyskała sławę i pieniądze. Dlaczego życie nie napisało tej historii równie optymistycznego końca? Czy życie Marilyn mogło potoczyć się inaczej? Rozmawiamy z psychoterapeutką Katarzyną Miller.

JOANNA OLEKSZYK: Reżyser Billy Wilder powiedział kiedyś, że powstało więcej książek o życiu Marilyn Monroe niż o II wojnie światowej i że obydwa wydarzenia mają ze sobą coś wspólnego – oba były piekłem, ale było to piekło potrzebne. Sądzisz, że jej życie było piekłem, tragedią? Czy szczęście też w nim gościło?

KATARZYNA MILLER: Czy i jak często czuła się szczęśliwa, tego oczywiście nie mogę wiedzieć, bo nie byłam w niej, ale jej życie bezsprzecznie było tragedią. Znam taki typ dziewczyn jak ona… Bardzo wiele z nich poddaje się swojemu nieszczęściu. Ona jednak wygrała pomimo cierpienia.

Taki typ, czyli jaki?

Typ dziewczyn, które się pętają w środku siebie, nie wiedzą, czyje są, do kogo przynależą, z czego wyrosły. Nie mają backgroundu i spokoju w sobie, w konsekwencji nie mają poczucia własnej wartości. Marilyn często powtarzała: „Ja jestem zrobiona dla mężczyzn, tego ode mnie chciano, więc tak się ruszam, tak mówię, tak patrzę“. Takie wieczne dziecko, które nade wszystko chciało się podobać. A że była prześliczna i bardzo inteligentna emocjonalnie, to jej to idealnie wychodziło. Mieściła w sobie i uosabiała wyobrażenia milionów ludzi na całym świecie. Paradoksalnie dlatego, że nie miała poczucia własnej tożsamości, mogła stać się ikoną.

Umiała być kimś, kim wszyscy chcieli, by była.

Według teorii osobowości o nazwie Enneagram taki ktoś nazywa się Dawca. Podświadomie czuje, jak ma się zachować przy danej osobie, by była zadowolona i miała dobre samopoczucie.

To jest pewien talent…

Owszem. To właśnie rodzaj inteligencji emocjonalnej, tylko trochę krzywo wykorzystanej, bo Marilyn nie korzystała z niej dla siebie, tylko po to, żeby przetrwać. Musiała odnajdywać się w cudzych oczach, bo we własnych siebie nie widziała. Jej życie było tragedią pełną sukcesów. Ale czy życie Whitney Houston nie było tragedią? Albo Amy Winehouse?

Czyli jest to jednak opowieść o sławie?

To opowieść o biednym, małym i zagubionym wewnętrznie dziecku, które nigdy nie dostało możliwości, by stanąć na swoich nogach w spokoju i ciszy, tylko było szarpane przez tych, którzy chcieli je wykorzystać i na nim zarobić. Przecież Amy Winehouse mówiła: „Ja chciałam śpiewać w małych klubach“. To jej otoczenie, ten pazerny dwór, pchało ją na wielkie sceny. W tym sensie one wszystkie – i Marilyn, i Amy, i Whitney – były zakładniczkami ludzi wokół nich. Ale Amy widzimy na wielu zdjęciach zaćpaną, Marylin nigdy. Pokazywała się spóźniona, ale wtedy kiedy już mogła się pokazać.

Mimo presji, praca, w której mogły się realizować, dawała im jednak szczęście, spełnienie i uznanie?

Mam nadzieję, sądzę, że miały okresy dumy, satysfakcji i spełnienia. Myślę o filmach z Marilyn Monroe, które po prostu uwielbiam. Ona była cudowną, genialną aktorką. Miała w sobie światło. Tego nie można się nauczyć, wyćwiczyć. Sądzę, że w kilku filmach udało się jej pokazać swoją głębię i że praca nad nimi dała jej wiele radości. Niedawno widziałam zupełnie przypadkiem „Skłóconych z życiem”. Nic się nie zestarzał. To film o patriarchacie, który niszczy życie, i o kobiecości, która nie jest w stanie dać sobie z tym rady.

Pamiętam zwłaszcza scenę, w której ona krzyczy na łowców mustangów: „Wy jesteście mordercy!“. I nie jest tam słodkim kociaczkiem, jest oskarżającą, ale jednocześnie bardzo wrażliwą kobietą. Arthur Miller, jej trzeci mąż, napisał opowiadanie o parze, która idzie wzdłuż plaży. Ona wrzuca z powrotem wszystkie rozgwiazdy, które morze wyrzuciło na piasek. On najpierw się nią zachwyca, że taka słodka, a potem zaczyna go to wkurzać, bo przecież wszystkich rozgwiazd na świecie nie uratuje. To było o Marilyn.

Mam przed oczyma też scenę z filmu „Niagara“, gdzie ona stoi na ganku domku kempingowego, w głębi mąż, który nie potrafi dać jej szczęścia, ale jest strasznym zazdrośnikiem. Światło księżyca pada na jej twarz, a ona marzy o miłości. O miłości, która nie może się spełnić. W tym jej spojrzeniu jest wyrażona cała dojmująca tęsknota, by być kochaną – nie tylko jej, ale nas wszystkich.

Dlatego właśnie wydaje się tak bliska, choć jednocześnie tak nieosiągalna.

Ona uosabiała najbardziej pierwotne i podstawowe marzenia o życiowym szczęściu. I nadal uosabia. Co więcej, sama tego marzenia nie zrealizowała, choć wydawałoby się, że tak dużo dostała: bo i urodę, i karierę, i talent, i mężczyzn – najsłynniejszego sportowca, najsłynniejszego pisarza, całą masę aktorów i jeszcze prezydenta. (Choć akurat „dostać“ prezydenta nie było wtedy wielkim szczęściem i przywilejem, bo John F. Kennedy był seksoholikiem). Zobacz,Marilyn nigdy nie utrzymywał żaden mężczyzna. Za to ona utrzymywała Artura, by mógł pisać. A z DiMaggio rozstała się dlatego, że żądał, by zrezygnowała z pracy i została tylko jego żoneczką.

A jak kobiety na nią reagowały?

Bardzo różnie, niektóre były z nią blisko. Opiekowały się nią. Jak Amy, żona Miltona Greene’a, która stworzyła dla niej dom. Marilyn u nich czuła się jak u siebie i to ją bardzo wzmocniło. Były kobiety, które zdawały sobie sprawę z jej poranienia i nie czuły się przez nią zagrożone. Amy nie miała wątpliwości, że mąż jej nie zostawi dla Marilyn. Ona nie byłaby dobrą partnerką na stałe. Choć próbowała. A poza tym gdyby Marilyn była kochana i kochała tylko jednego, to co by było z tą całą resztą? Przecież na tym też polegał jej fenomen. Mężczyźni myśleli: „Jeśli tamtym się nie udało, to może mnie się uda?”.

Miała wszystko, a była nieszczęśliwa. To dość niskie, ale pocieszające. Nam też się coś czasem nie udaje.

Myślę, że choć jej życie zakończyło się tragicznie, to było w nim jednak co nieco szczęścia. Miała chwile spełnień, radości, zabawy, chwile poczucia swojej wartości. Dostawała dowody tego, że jest kochana, ale te dowody trzeba mieć od bliskich ludzi. Wtedy dają prawdziwą siłę. Miała też wielu autentycznych przyjaciół, jak chociażby fotograf Milton Greene, ale ta znajomość im się urwała, rozlazła, bo ona nie umiała dbać o relacje – pojawiały się nowe osoby, nowe wyzwania i ona za nimi szła.

Jak w jednej osobie może się mieścić tyle kontrastów? Tak wielki talent i tak mała pewność siebie?

Oj, mogą, mogą…

Z jednej strony przekonanie o tym, że ciałem można przyciągnąć mężczyznę, a z drugiej swoboda, z jaką czuła się w tym swoim ciele.

Marilyn była ekstraktem pewnego typu kobiecości, związanej głównie z seksualnością, z jednej strony kierował nią instynkt i wolność, a z drugiej spełnianie zachcianek mężczyzn. To bardzo trudny, dziwny i fascynujący zestaw.

Czy erotyzm, którym emanowała, mógł być skutkiem molestowania w dzieciństwie, o którym wspomniała podczas jednej z sesji
ze swoim terapeutą?

Moim zdaniem – z tego, co w niej zaobserwowałam – ona musiała być w dzieciństwie molestowana. Ten rodzaj pewności, że jej seksualizm działa na mężczyzn, właśnie z tego się bierze. Ewidentnie za wcześnie dostała przekaz, że jej największą wartością jest to, czego od niej chcą faceci. I co mogą w niej zobaczyć – swoją wielkość i władzę. Ujarzmienie tajemnicy i natury.

Na ile to, jak się potoczyły jej losy, było zależne od jej osobistych uwarunkowań, a na ile od czasów, w których żyła i zepsutego środowiska Hollywood lat 50.? To, jak była traktowana przez wielkie wytwórnie, jest przerażające… Choć w sumie współczesny Hollywood nadal jest bardzo opresyjny wobec kobiet.

Marilyn była przez świat filmu wykorzystywana okropnie i przez długi czas się dawała wykorzystywać. Bette Davis na przykład się nie dawała, bo była mocno osadzona w sobie. A Marilyn… Cóż, po pierwsze miała chorą psychicznie matkę, która trafiła do szpitala psychiatrycznego. Mała Marilyn zaczęła błąkać się pomiędzy mnóstwem rodzin zastępczych. Jej życie jest wręcz podręcznikowym przykładem historii dziecka wytrąconego z własnego losu. Z jednej strony wiedziała, że ma matkę, a z drugiej wcale jej nie miała. O ojcu nic nie wiadomo, matka miała jakieś mitomańskie pomysły, że to był wielki i znany aktor, więc później Marilyn marzyła, żeby to był Clark Gable, na stoliku przy łóżku miała zdjęcie Abrahama Lincolna, o którym mówiła, że tak mógł wyglądać jej ojciec. Każde dziecko wymyśla sobie różne rzeczy, kiedy nie ma poczucia tożsamości. Poza tym poradzić sobie z życiem, w którym pętasz się od ludzi do ludzi i panie cię nie lubią za to, że jesteś ładna, a ich mężowie zaczynają cię za to właśnie nadmiernie lubić i chcieć zjeść – jest niesamowicie trudne psychicznie.

Marilyn dość szybko się zorientowała, że jej uroda jest jej atutem. Jej kariera zaczęła się przecież od rozbieranych sesji fotograficznych – to był sygnał, że jej wdzięki to coś, na czym można zarobić, od czego można zacząć jakiś rodzaj drogi życiowej. A to tylko wzmacniało w niej tę cechę, którą miała już od urodzenia „chcę się wszystkim podobać“. A żeby się podobać, nie mogę się narażać, czyli muszę godzić się na to wszystko, co proponują. Przy czym z fotografami się zwykle przyjaźniła, z reżyserami prawie w ogóle, nietrudno się domyślić dlaczego. Gdyby akcja #MeToo mogła wydarzyć się w tamtych czasach, ona byłaby pierwszą, która by wzięła w niej udział. To była feministka!

Marilyn była pierwszą w historii aktorką, która wygrała z wielką wytwórnią.

Już samo to, że ośmieliła się wejść na wojenną ścieżkę z wielkim potentatem filmowym, który zmuszał ją, by przyjmowała każdą rolę, wykorzystując jej wdzięki nawet w najgorszej szmirze, było wydarzeniem. Choć wszyscy jej mówili, że jak się nie podporządkuje, zniknie, że nikt nie będzie o niej pamiętał – skończyło się dokładnie na odwrót. Nie tylko wygrała wojnę, ale po tym zwycięstwie stała się jeszcze większą gwiazdą. I wreszcie mogła dyktować warunki. Marilyn była świadoma swojego powołania aktorskiego i drogi, jaką trzeba codziennie pokonywać, by być coraz lepszą. Ona się stale czegoś uczyła, pochłaniała mnóstwo ksiażek, chodziła na kursy, poddawała się psychoterapii…

Dziś Marilyn czytałaby gazety podobne do SENSu. Była zainteresowana wszechstronnym rozwojem.

Dlatego gdybym ja ją dzisiaj miała za klientkę, chętnie bym z nią pracowała. Jestem też po lekturze książki „Ostatnie seanse“, opisującej pracę jej psychoanalityka Ralpha Greensona i powiem ci, że bym go nieźle sponiewierała za to, co jej robił. Oczywiście trzeba pamiętać, że to były początki terapii w ogóle, terapeuci popełniali wiele błędów, które dziś byłyby niemożliwe. Później dopiero zaczynała się strukturalizować litera tego, jak należy pracować z klientem. Greenson nie tylko bywał bezustannie w domu Marilyn i traktował ją jak członka rodziny, ale też się w niej kochał – w sumie trudno mu się dziwić, ale nie powinien prowadzić jej terapii. Dziś mamy już tego świadomość. Już może byłoby lepiej, gdyby ją adoptował, ale tylko wtedy, gdyby mógł się zatrzymać na poziomie miłości ojcowskiej.

Nie sądzisz, że typowe dla psychoanalizy zagłębianie się w przeszłość, zamiast skupiania na przyszłości, mogło dodatkowo źle wpływać na jej funkcjonowanie?

Ja psychoanalizę cenię bardzo jako wiedzę, zbudowała podwaliny pod zrozumienie ludzkiej psychiki, ale chadzanie latami na terapię może utrzymywać w problemie, babrać w nim, zamiast z niego leczyć. W jakimś sensie do tego, że Marilyn było smutno i źle, doszło to, że wiedziała, dlaczego jest jej smutno i źle. Dziś mamy całe mnóstwo szkół psychoterapii, które zajmują sie bardziej tym, jak sobie człowiek radzi aktualnie – z emocjami, z relacjami, z ciałem. Można wybierać i dobrać do siebie metodę albo też terapeutę, który trafia do mnie, do mojego wnętrza.

Jedną rzeczą, którą podczas takiej terapii trzeba zbudować, to są stałe punkty, takie nawyki życiowe, które cię niejako „uziemiają“. Pewien mój pacjent, alkoholik, rozpoczął trzeźwienie od codziennego ścielenia łóżka. O tej samej porze. To wprowadziło w jego życie pierwszy rytm i porządek. A Marilyn nie miała porządku. Nikt zresztą o to nie dbał – a to się piło, a to balowało, a to się gdzieś jechało. Nie miała swojego domu, mieszkania, jadała byle co, piła dużo, połykała całe tony leków, ciągle zmieniała hotele lub mieszkała u znajomych. Choć to nadmierne picie i narkotyki pojawiły się pod koniec życia. Przedtem bardzo dbała o swoją formę i dużo ćwiczyła.

Dlaczego w jej wypadku terapia nie zadziałała? Czy dzisiaj mogłoby być inaczej? Jak ty byś ją prowadziła?

Oczywiście nie wiadomo, na ile ona byłaby naprawdę zmotywowana do leczenia i pracy nad sobą. Jeśli się ma takie bardzo ponętne zyski w postaci sławy i powodzenia, to łatwo pomylić je z miłością. Przynajmniej na początku. Ale przecież nie można być zbyt blisko z fanami, bo oni cię zjedzą. Trzeba być blisko z bliskimi osobami.

Czuję intuicyjnie, jak bym z nią chciała pracować, co mogłabym jej zaproponować, jaką kolejność kroków terapeutycznych zastosować. Myślę, że w jej terapii nie została ujawniona ani przyjęta i uznana ta bezpańska, nadużywana, zagubiona dziewczynka i cały kocioł sprzecznych w niej uczuć, jak lęk i wściekłość. Rozpacz i beznadzieja, uległość i siła, niezależność i bunt. Ja bym tę dziewczynkę bardzo lubiła.

Ważne by było, żeby z Marilyn nie pracował terapeuta mężczyzna, bo on się zakocha. Ona była bardzo uwodząca, kobieta mogłaby te jej sztuczki szybciej rozbroić. Ponazywać, powiedzieć, po co one są. I nie mieć jej ich za złe. Oczywiście mogliby to zrobić też niektórzy terapeuci mężczyźni, jeśli byliby na tyle dojrzali, by wiedzieć, że nie muszą zdobywać marzenia, bo marzenie powinno pozostać marzeniem.

Czy Marilyn była uzależniona od miłości?

Absolutnie, była też uzależniona od mężczyzn i ich uwagi. W ogóle była podatna na wiele uzależnień, także od leków, narkotyków i alkoholu.

Ciężej się leczy z uzależnienia od leków czy miłości?

To zależy, jak człowiek się do tego przykłada. Czy chce się z tego wyzwolić, czy woli nieustannie się powoływać na swoją krzywdę i szukać nierealnych wyrównań lub ekwiwalentów – wtedy leczy się trudno. Marilyn miała wielkie ekwiwalenty w postaci miłości choćby mężów, kochanków i fanów, ale jej nie wystarczały. Bo to jest bardzo indywidualna sprawa – jedna dziewczyna ma związek, w którym jest kochana, i ona tą miłością się napełnia, a inna nie, ciągle chce więcej. Ona była raczej z tych, którym było ciągle za mało. Może więc nie byłaby taką łatwą klientką (śmiech).

Ten sam Billy Wilder, zapytany na planie „Pół żartem, pół serio“, kiedy czekał na spóźniającą się aktorkę, czy nie lepiej byłoby zamiast Marilyn zatrudnić bardziej subordynowaną gwiazdę, odpowiedział: „Gdyby zależało mi na kimś, kto jest zawsze punktualny i zna swoje kwestie, zaangażowałbym ciotkę z Wiednia. Wstaje codziennie o piątej i nigdy nie ma luk w pamięci. Ale kto chciałby ją oglądać?”.

Oto cała prawda o Marilyn, wewnętrznie i zewnętrznie niepoukładanej, ale jednak niesamowicie pociągającej.

Co dobrze byłoby dostrzec w jej historii?

Każdy dostrzega w niej to, co chce. Ona jest inna w „Mężczyźni wolą blondynki“, a zupełnie inna w „Skłóconych z życiem“. W „Księciu i aktoreczce“ mogę ją jeść łyżkami. Najsłynniejszy aktor tamtych czasów – Laurence Olivier – niknie przy niej. Ona gra całym ciałem, głosem, mimiką. Zawieszeniem, ciszą, wycofaniem się, niemocą i totalną spontanicznością, i jak gra! Nie wiem, jak to się mogło stać, że świat wkrótce potem poszedł w kierunku ideału kobiety o chłopięcej figurze. Próbowano zrobić ikonę z Twiggy, ale to i tak Marilyn jest ideałem kobiecości, nic nie ujmując wszystkim szczupłym i ślicznym dziewczynom.

Nie rozsądzimy pewnie w tej rozmowie, czy Marilyn miała szczęśliwe czy nieszczęśliwe życie…

Można powiedzieć, że każdy z nas ma i szczęśliwe, i nieszczęśliwe życie, tak jak ona, tylko nie każdy jest gwiazdą filmową. Na ten jej status gwiazdy złożyły się jej warunki, czyli wygląd i talent, oraz okrutnie istotny fakt, że wcześnie umarła, więc możemy ją nieustannie podziwiać w jej najdoskonalszej postaci. Brigitte Bardot żyje dalej i dlatego prawie zniknęła z pamięci. A Marilyn umarła, więc żyje dalej. Nienaruszona.

 

Marilyn Monroe (właśc. Norma Jeane Mortenson), ur. w 1926 w Los Angeles, zmarła 5 sierpnia 1962 r. Zagrała w ponad 30 filmach, laureatka Cezara i Złotego Globu, pracowała z takimi reżyserami, jak Billy Wilder czy John Huston. Trzykrotnie wychodziła za mąż: za robotnika Jamesa Dougherty’ego, basebalistę Joe DiMaggio i dramatopisarza Arthura Millera. Nazywana ikoną kina, uznawana za symbol seksu i kobiecości. Zdaniem Glorii Steinem Monroe jest też symbolem feminizmu.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »