Olga Bołądź: Nogi na ziemi, głowa w chmurach

fot. BewPhoto

Gra u najlepszych i u ich boku. Ostatnio wystąpiła w „czerwonym punkcie” z Ewanem McGregorem. Ale nie zadziera nosa. Ona robi swoje i nie zastanawia się już tak bardzo, co ludzie powiedzą, bo „ścigać najlepiej jest się ze sobą”.

(Wywiad z numeru 4/2017)

Kiedy patrzysz w lustro, kogo widzisz?

Siebie. Mam kontakt z tą, którą widzę, lubię ją – dziewczynę z drugiej strony lustra. Obserwuję proces dojrzewania, stawania się kobietą, stawiania na siebie. Widzę swoje mocne i słabe strony, uczę się bycia w sam raz. To dla mnie idealne na ten moment – być akurat, nie wymagać od siebie ponad miarę. Tak, mogę przenieść wóz z całą wsią, ale po co? W końcu dotarłam do takiej informacji o sobie, że wiem, jak ułożyć się na tej wadze, żeby nie było ani za ciężko, ani zbyt lekko. Dotarło do mnie, że fajnie jest siebie dawać, ale tylko tam, gdzie potrafią brać, czyli tam, gdzie przetworzą to, co dostali, w coś dobrego.

Jednak potrafisz wychodzić ze strefy własnego komfortu, gdy przy 30-stopniowym mrozie przez kilka godzin wyciągasz z zamarzniętej nory porzuconego psa. Albo czatujesz pod sklepem, aż wyjdą właściciele psa, którego wcześniej przywiązali na zimnie przed wejściem, po to, żeby dać im do wiwatu.

Ale to są akurat rzeczy ważne na tyle, że gdybym ich zaniechała, to przed lustrem, zamiast patrzeć sobie prosto w oczy, raczej spuszczałabym wzrok. To jest coś, co ma bezpośredni związek z sumieniem. Nie mogę, jak się okazuje, mieć w domu kotów, bo ostatnio, kiedy wzięłam dwa ze schroniska, żeby znaleźć im dom na stałe, okazało się, że mam uczulenie. A na psa chcę jeszcze poczekać, by móc stworzyć mu lepsze warunki do życia, czyli moją większą obecność, ale poza tym? Staram się brutalnie wykorzystywać w tej kwestii wszystkie możliwości, jakie daje mi popularność.

Jak to robisz?

Wspomagam na przykład różne fundacje, ostatnio zafascynował mnie toruński Azyl dla Królików, którego hasłem jest „Zakochaj się w uszach po uszy”. Dowiedziałam się o nim od przyjaciółki. Gdyby nie ona, nie przyszłoby mi chyba do głowy, że króliki też mają takie problemy jak psy czy koty, że ludzie biorą je, bo są malutkie i słodkie, a potem one rosną i ta miłość nagle pryska. Azyl leczy je, stara się o ich adopcję, daje im schronienie. Wsparłam też ostatnio Chatę Zwierzaka, która szukała nowego miejsca, by stworzyć dom opieki paliatywnej dla starych psów i kotów, których właściciele umarli. Dobra, OK! Poszłam z tą sprawą do telewizora i tydzień później dostałam mejl z informacją, że udało im się uzbierać 180 tysięcy, za co kupiony został były dom starców dla ludzi, który teraz stanie się domem starców dla zwierząt, z możliwością rehabilitacji. Myślę, że najlepsze w tej Chacie Zwierzaka jest samo branie pod dach zwierząt starych i chorych, które co chwilę będą przecież umierać, to już jest megawykon. Jaką inteligencję emocjonalną i siłę trzeba w sobie mieć, żeby w taką grę życia ze śmiercią wejść. Niedawno umarł mój pies. Flo przyszła do nas, kiedy zdawałam maturę. Była z nami 14 lat, a proces jej umierania i rozterki, czy ją uśpić, bo bardzo cierpi, czy może ma jednak żyć, były nie do wytrzymania. Tym bardziej że weterynarz powiedział w pewnej chwili, że zwierzęta cierpią w ciszy i może nie być oznak udręki… Zastanawiałyśmy się z siostrą, jakie mamy prawo decydować, czy ma umrzeć, czy żyć. Flo umarła sama, a ja mogę jedynie podziwiać moją siostrę, bo to ona była z nią na co dzień i to ona wraz z mężem dźwigała przez cztery miesiące ciężkiego retrievera po schodach. I to w końcu ona jako pierwsza zderzyła się
z tym, że Flo odeszła.

Wierzysz, że zwierzęta mają dusze?

Myślę, że są wspaniałe. Na Facebooku mam znajomych wolontariuszy z różnych schronisk i zawsze, kiedy jakiś pies odchodzi, wrzucają posta, że odszedł za tęczowy most. Piękna jest ich obecność, a brak dojmujący. Wierzę, że zwierzęta mają dusze, odkąd zobaczyłam Pana Kleksa i psi raj. Miałam wtedy z pięć lat i do dziś uwielbiam tę scenę – jak Adaś przylatuje do psiego raju. Potem był jeszcze mały Atreyu z „Niekończącej się opowieści”, który uważał, że zwierzętom trzeba pomagać, i wyciągał konia z bagna… Jak ja wtedy płakałam! Teraz widzę, jakie piętno odcisnęło na mnie kino familijne na VHS.

VHS to twoje dzieciństwo. Co jeszcze utkwiło ci w pamięci z tamtych czasów?

Pamiętam, gdy miałam z siedem lat i mój kuzyn, który jest jak mój starszy brat, puszczał w samochodzie na kasecie Bajm. Kojarzę to z latem i jazdą nad morze. Jak ja się zakochałam w tych piosenkach! Od tamtej pory Beata Kozidrak rozbija bank, uwielbiam ją. Świetnie łączyła mi się z Beastie Boys, Kalibrem 44, Hey, Lennym Kravitzem, Skunk Anansie czy z klasykami: Breakoutem i Niemenem – może mamałyga, ale mnie się to w głowie komponowało. Teraz zresztą też mam różnorodny gust. Do kina chodzę nie tylko na filmy artystyczne, uwielbiam na przykład Liama Neesona i każda sensacja z nim jest obowiązkowa. Kocham książki, ale czytam bardzo różne. Uwielbiam fantastykę,
a przygodę z nią zaczęłam od „Sagi o Ludziach Lodu”, którą siostra mojej kumpeli kupowała w kiosku Ruchu, i tak oto klasyk krążył po naszym osiedlu. Efekt? Wszystkie tomy przeczytane w wakacje po trzeciej klasie podstawówki. Jakoś w ogóle doceniam różnorodność. Lubię, gdy ludzie noszą różowe skarpetki albo różne buty, tworzą swój własny styl. To jest piękne, że są tacy, jacy chcą! Cenię odwagę bycia sobą. Podziwiam Madonnę, Krystynę Jandę, Michelle Obamę, Meryl Streep i Korę, która ma świadomość, charyzmę i odwagę. To osobowość, na której mogę się oprzeć, wiem to. Dzięki takim kobietom jak ona mam jeszcze więcej siły, by uprawiać ten swój własny ogródek i dbać o to, by przyzwoicie się w nim żyło. By przychodzili do niego wzajemnie wspierający się ludzie, by mój syn dobrze się czuł w tej małej rodzinno-przyjacielskiej strukturze i chłonął ją według świętej zasady, że dziecko nie bierze przykładu z tego, co mu powiem, tylko z tego, co robię. W związku z tym wiem też jeszcze jedno – gapiąc się w wiadomości, nie zmienię świata, tak samo jak nie pomogę syryjskim dzieciom, zadręczając się przekazem ich cierpienia. Dlatego jestem na detoksie od telewizji i portali informacyjnych. Zamiast tego loguję się na stronę Caritas Polska i czytam, jak mogę pomóc, robię przelew na organizację lekarzy, którzy pomagają w Syrii, albo na poszkodowane rodziny. To jest coś konkretnego do wykonania. Realna umowa z życiem, z której będzie jakiś skutek, a doprowadzić do tego mogę ja sama.

„Ja siama” – to w ogóle pierwsze słowa, jakie w życiu powiedziałaś. A co powiedział twój synek?

„Koko”, czyli światełko. To było w czasie, kiedy wszyscy nosili go na rękach i mówili: „O, zobacz, jak się świeci, spójrz, światełko, światełko”.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »