fbpx

Zdesperowane dzieciaki

123RF.com

Przed paru laty na portalu Kafeteria.pl powstał wątek pod nazwą „Nienawidzę swoich rodziców”. Temat się przyjął, wciąż nowi młodzi ludzie wpisują posty. Chcą otworzyć się przed kimś, przytulić do kogokolwiek, choćby do ekranu…

Małgosia nie pamięta, za co było to ostatnie lanie. Minęło trochę czasu, miała wtedy 15 lat, była już wyrośniętą dziewczyną z dużymi piersiami. Tata najpierw przepytywał ją w sprawie. Przeprowadzał śledztwo jak zawsze, gdy okazywało się, że Małgosia okłamała, podebrała kilka złotych albo uderzyła młodszego brata. „Przesłuchanie” trwało zwykle około godziny, po czym następowało wymierzanie kary. Pasem na gołą. Wtedy też tak było. Bała się bardzo, jak zawsze. Zsunęła majtki, położyła się na tapczanie, zacisnęła zęby i powieki. Tato to silny mężczyzna, potrafił się zamachnąć. Ale nie przesadzał z tym biciem. Jednak tamtym razem chyba się zapomniał. Tak ją bolało, że straciła rozum. Nie, nie krzyczała, była już przecież na to za duża, tylko gdzieś w środku siebie słyszała jakieś potworne wycie. Potem ogłuszona osunęła się na podłogę i szeroko otwartymi oczami patrzyła na ojca, który zwijał pas. Gdy się odwrócił plecami, poczuła, że zalewa ją fala uczucia tak silnego, że nie liczy się już nic. Nóż, gdyby miała tu gdzieś nóż na dywanie, wbiłaby go w te plecy, głęboko, aż po rękojeść. – Tak poznałam nienawiść – powiedziała Małgosia – „dla mojego dobra”.
 
Małgosię spotkałam na warsztatach twórczego pisania w W. Studiuje dziś psychologię i próbuje swych sił w poezji. Któregoś dnia po zajęciach poszłyśmy na herbatę i zaczęłyśmy rozmawiać prywatnie. To ona powiedziała mi, że jakiś zdesperowany dzieciak przed paru laty założył na portalu Kafeteria.pl wątek pod nazwą „Nienawidzę swoich rodziców”. Temat tak się przyjął, że chociaż założycielka dawno zamilkła, dorosła, może wyjechała, to wciąż nowi młodzi ludzie wpisują posty, opowiadają o sobie, dyskutują. – Równie dobrze to ja mogłam otworzyć ten wątek – powiedziała mi Małgosia tamtego dnia – bo kiedy „traci się” rodziców w taki sposób, wtedy trzeba się przed kimś otworzyć, przytulić się do kogokolwiek, choćby do ekranu…

Moje biedne nastoletnie życie

Założycielka wątku nie wymyśliła sobie żadnego nicka ani znaku, napisała: „nienawidzę swoich rodziców”, i tym incipitem była przywoływana na forum. „Gdy kolejny raz poczuję nienawiść, napiszę to, by nie tłamsić w sobie. Bo muszę coś z tym robić”. Pierwszy wpis miał miejsce 7 czerwca 2005 roku o 13.30, a o 13.31 pojawiła się już pierwsza odpowiedź. Ktoś napisał: „Ciężki temat, co? Niestety, ma konsekwencje na przyszłość”. W ciągu paru godzin pojawiło się mnóstwo postów. Jakiś chłopak pisze: „Niech zgadnę: przynosiłaś dwóje ze szkoły – afera,  przynosiłaś piątkę – reakcja prawie zerowa. Nie posprzątałaś – awantura, posprzątałaś – bez odzewu. Zrobiłaś coś fajnego z własnej inicjatywy, nie zauważyli albo wyśmiali. Twoi przyjaciele się nie podobają. Ty sama nieodpowiednio się ubierasz i fryz masz do bani, głupio się zachowujesz i kretyńsko się śmiejesz. A jak przyszła ciocia Arnoldzia, to zapomniałaś dygnąć! Nie złożyłaś w porę życzeń urodzinowych – to cholerna egoistka! Itp., itd. Tak jest czy inaczej?”. „Właśnie tak” – odpowiada dziewczyna. Dalej czytam ciurkiem następne, tak samo bolesne, wyznania kolejnych uczestników forum:

„Gdy się wysłuchuje przez całe dzieciństwo tekstów typu: żebyś wreszcie zdechła, albo: przeklinam ten dzień, kiedy przyszłaś na ten świat, albo: jak zaraz walnę w ten durny łeb, to krwią się zalejesz… Takich słów się nie zapomina”;

„Często chorowałam, ciągle zastrzyki, antybiotyki, gorączka. Dziecko jak to dziecko, nie dopilnuje się samo, czapki zapomni… A oni za każdym razem darli się na mnie. Wydzierali się, że to moja wina, że jestem chora! Często strzepywałam termometr, by nie wiedzieli, że mam gorączkę”;

„Matka bez powodu dawała mi w twarz, teraz też czasem grozi, ale po tym, jak mnie doprowadzili do depresji i wylądowałam w szpitalu, już mniej (ojciec – na szczęście – nie żyje)”;

„Oddali mnie babci na długich 6 lat, a zajęli się wychowaniem mojego brata (nie muszę chyba mówić, że jest on dla nich ide-ałem?…), potem mnie od niej zabrali i zaczął się koszmar…”;

„Moje biedne nastoletnie życie” – westchnęła w swym poście kolejna z uczestniczek tych ponurych wypominków, nie wdając się w biograficzne szczegóły.

Rozwód z rodzicami

Dzieci nie mogą pojąć, że rodzice nie potrafią ich kochać albo kochają tak źle. Tymczasem nie jest to żadna nowość w ludzkim świecie. Dzieciństwo to wynalazek stosunkowo późny w historii ludzkości. W średniowieczu nikt się dziećmi nie przejmował, rodziło się ich i umierało tyle, że nie były przedmiotem szczególnej troski. Dziecko było miniaturą dorosłego, nie miało zabawek, dziecięcych ubrań, osobnego pożywienia. Po prostu rosło i żyło, jak umiało. Jeśli było silne, przeżywało, jeśli nie, zakopywano je byle gdzie, za progiem domu, tak samo jak padłe zwierzęta. Dziecko nie miało żadnych praw i nikt go nie chronił. Od wrażliwości i empatii rodziców zależało, czy ktoś w ogóle zauważał, że ma jakąś duszę…

Dopiero w XVIII w. zaczęto dostrzegać, że dziecko „to ktoś inny”, ma inną psychikę i inne potrzeby. Pamiętam, jaka byłam wzburzona przed laty, gdy znalazłam informacje o tym, że Jean Jacques Rousseau, oświeceniowy filozof, oddawał kolejno wszystkie swoje dzieci do przytułku, w którym umierały, i nikt nie miał mu tego za złe. On sam, autor „Emila”, traktatu o wychowaniu, nie widział w tym nic niezwykłego.

Stopniowo zmieniał się model rodziny i powstawały pierwsze organizacje broniące praw dzieci. Szło to jednak opornie. W XIX w. rodził się kapitalizm przemysłowy i potrzebował jak najwięcej rąk do pracy w kopalniach i fabrykach, nawet słabych dziecięcych rąk. Wiek XX nazwano już „wiekiem dziecka”, a przecież opresje wobec potomstwa nie zniknęły, tylko ładniej się nazywają, „dysfunkcyjnym domem”, „patologią rodziny”… Do dziś niemal wszystko zależy od rodziców. Jeśli masz szczęście, rodzisz się w przyjaznej rodzinie. Jest oczywiście rzecznik praw dziecka, ale zanim sprawa do niego trafi, dziecko najczęściej dorasta i samo ma dzieci. Słyszałam kiedyś o przypadku rozwodu z rodzicami. Pewien 13-latek z USA podał do sądu rodziców i uzyskał rozwód! Przeprowadził się do zaprzyjaźnionej, miłej rodziny z tego samego miasta. Uratował dla siebie mit dzieciństwa…