Kobiece autorytety, czyli rozmowy Tomasza Jastruna i Wojciecha Eichelbergera

Tomasz Jastrun: Autorytet powinien być wzorcem zachowań i poglądów, stawać się punktem odniesienia. I miejscem oparcia. Wojciech Eichelberger: Mówiąc patetycznie – autorytety to jasno świecące gwiazdy na firmamencie naszego życia, które wskazują drogę i umożliwiają nawigację żeglującym po oceanach losu. Bez nich czulibyśmy się kompletnie zagubieni.

Tomasz Jastrun: Zagubienie jest chyba najbardziej dolegliwą cechą naszej cywilizacji. Brak punktów oparcia staje się dramatem świata. Mając tak wiele, coraz częściej nie wiemy, dokąd z tym wszystkim i po co zmierzamy. Tym ważniejsze są autorytety, a o nie coraz trudniej. Rodzice są naturalnym, pierwszym autorytetem dziecka, potem czasami bywa ktoś w przedszkolu.

Wojciech Eichelberger: Pamiętam tylko zarys twarzy mojej przedszkolanki, nic więcej. Może nic ważnego tam się nie wydarzyło?

Tomasz: Ja z kolei pamiętam tylko zarysy twarzy ludzi, którzy pochylali się nade mną, kiedy jadąc z babcią po raz pierwszy do przedszkola, w geście protestu położyłem się na podłodze trolejbusu.

Wojciech: Brak wspomnień może świadczyć o tym, że albo nic ważnego się nie działo, albo o tym, że było zbyt trudno i wolałeś o tym zapomnieć. Uderzające, że większość dorosłych opiekunów, którzy są dla nas tak ważni w pierwszym, najważniejszym okresie życia, zwykle nie jest w stanie sprostać naszej dziecięcej potrzebie posiadania autorytetu. Tak rzadko zdarzają się wśród nich ludzie kierowani pasją i miłością, świadomi wagi tego, co robią. To następstwo odwiecznie niskich pensji w szkolnictwie.

Tomasz: Jedno jest pewne – w życiu nas wszystkich to kobiety dominowały w przedszkolu, szkole, służbie zdrowia, na dobre i na złe.

Wojciech: I tak jest do dzisiaj. W bardziej cywilizowanych krajach, które do wychowania i edukacji przykładają większą wagę, już w przedszkolach pracuje wielu mężczyzn. To dobre i ważne, że dzieci doświadczają kontaktu z życzliwymi, niespieszącymi się mężczyznami, gdy w domu mają na ogół za wiele matki, a za mało ojca. Pierwsze – poza matką – kobiece autorytety to ważne osoby, relacja z nimi jest swobodniejsza, nieobciążona takimi emocjami jak relacja z matką. W moim przypadku to były kobiety z rodziny. Jedna z sióstr mojej mamy, pedagog, ta prowadząca domy dziecka, w których spędziłem część mojego przedszkolnego dzieciństwa. Niewysokiego wzrostu, z temperamentem, radziła sobie z bardzo trudnymi, zdemoralizowanymi przez wojnę dziećmi – w harmonijny sposób łącząc agresywność i stanowczość z serdecznością i poczuciem humoru. Ciocia Hela była pierwszym moim kobiecym autorytetem poza matką.

Tomasz: Rola ciotek w naszym życiu jest, jak widzę, wielka. Pierwszym bardzo ciepłym, serdecznym autorytetem była też siostra mojej mamy, czyli ciocia Zosia. Mieszkała w Poznaniu, była lekarzem, pediatrą. Moi rodzice byli raczej pesymistami, matka była czuła, ale chwiejna, nadwrażliwa, bała się świata. A ciocia Zosia dużo się śmiała i nawet panowała nad chorobami, pełna radości życia, optymizmu. Wnosiła do domu energię, śmiech i poczucie, że życie może być fajne i nie musi być groźne.

(…)

 

Więcej w książce „Męskie pół świata” Wojciecha Eichelbergera i Tomasza Jastruna, wyd. Zwierciadło. Książka dostępna w naszym sklepie internetowym.

 

Otrzymujesz tę wiadomość ponieważ Twój adres został zapisany w naszej bazie osób zainteresowanych informacjami z Wydawnictwa Zwierciadło. aby nie otrzymywać wiadomości z grupy mailingowej Zwierciadlo.pl, wypisz się z niej, odwiedzając ten link