1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Rockowy trans komiksowy

Rockowy trans komiksowy

Tworzy niezwykłe komiksy, w których realizm podszyty jest surrealistycznym niepokojem. Jacek Frąś to człowiek wielu talentów: malarz, plakacista, ilustrator książek, perkusista zespołu Dick4Dick. – Chciałbym, żeby Polacy dostrzegli w komiksach medium, dzięki któremu można przekazywać takie same treści jak w poważnej książce czy filmie – mówi. – Język komiksu to uniwersalny język, równie ważny co mówiony.

 

„Jak mam stworzyć coś przejmującego, skoro wszystko wokół jest białe, miękkie i bezpieczne?!” – krzyczy jedyny żyjący na ośnieżonej planecie Albinii i przeżywający kryzys twórczy artysta. Współtwórca tej zdesperowanej komiksowej postaci siedzi zgięty wpół nad kartką papieru. Bolą go plecy, co chwilę drętwieje noga. – Tak w rzeczywistości wygląda artysta przy pracy – śmieje się 33-letni Jacek Frąś. Jego komiks „Ostra biel”, opowiadający o albiniańskim artyście i stworzony do scenariusza Grzegorza Janusza, zdobył Grand Prix na ubiegłorocznym Międzynarodowym Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi. Jacek odebrał nagrodę, po czym wyjechał w krajową trasę z zespołem Dick4Dick – jednym z najciekawszych na polskiej scenie muzyki alternatywnej.

Jacek Frąś to cichy człowiek orkiestra, potulny rockman, który codziennie zawozi syna do przedszkola i potrafi spędzić cały dzień na rysowaniu. Nagradzany w Polsce i za granicą, maluje obrazy, ilustruje książki, robi plakaty, a przede wszystkim tworzy komiksy, w których łączy realizm z własnym, wzbogaconym o surrealistyczne elementy stylem.

– Praca nad komiksem jest monotonna, po prostu siedzisz i rysujesz – mówi. – Muszę to jakoś odreagowywać, dlatego koncerty są dla mnie świetną odskocznią. Daję sobie wycisk, a potem znów wracam do rysowania.

Złota Kaczka przynosi sukces

– Tutaj to my trochę inaczej rysujemy – powiedział profesor Korczak, gdy zobaczył prace Jacka na kursie przygotowującym do egzaminu do liceum plastycznego w Łodzi. Na jego rysunkach można było bowiem podziwiać wyłącznie zaciekłe kosmiczne bitwy między siłami dobra i zła. – Moje plastyczne predyspozycje dostrzegła siostra mamy. Pod koniec podstawówki zapytała, co mam zamiar dalej robić. Jako dzieciak mało przejmujący się przyszłością planowałem iść do zasadniczej szkoły gastronomicznej. Pomyślałem, że smażenie pączków to może być fajna sprawa, szczególnie że szła tam większość moich kolegów – wspomina. Dzięki ciotce zdał jednak do liceum plastycznego, gdzie zamiast na kosmicznych wojnach skupił uwagę na układanych z porów i jabłek martwych naturach.

– Nie wydaje mi się, żebym miał za młodu jakiś wyjątkowy talent, bazgrałem jak wszyscy inni. Każdy człowiek ma artystyczne predyspozycje, ale nie każdy je rozwija – twierdzi Jacek.

Przenieśmy się na chwilę do okupowanej Warszawy, gdzie ukrywający się w podziemiach oddział nieletnich powstańców spotyka Złotą Kaczkę. Ta zwodzi młodych żołnierzy obietnicami, po czym wydaje ich Niemcom. W komiksie „Kaczka” wśród partyzantów są karykaturalne stwory, a czerwonookim nazistom bliżej do krwiożerczych zombi niż zwykłych ludzi. Wszyscy osadzeni są jednak w realistycznym świecie wojny. Ostatni kadr komiksu przedstawia zdjęcie uwięzionych w obozie dzieci, na które autor nałożył kontury swoich bohaterów. Pracując nad tym komiksem, Jacek nie mógł nawet podejrzewać, że w przyszłości pojawi się na okładce wydanej w Wielkiej Brytanii książki analizującej nowoczesny sposób opowiadania o historii.

Pierwsze komiksy tworzył już w podstawówce. Wraz z kolegą z podwórka Łukaszem Seligą (dziś uznanym artystą sceny elektronicznej) rysowali je w zeszytach w kratkę. – To była nasza pasja, spędzaliśmy tak całe godziny. Może dlatego, że nie uczono nas tego w szkole – śmieje się. Połykał „Tytusa…”, „Kajko i Kokosza”, „Przygody Jonki, Jonka i Kleksa”, komiksy Tadeusza Baranowskiego. Dzięki dopingującej go i często podróżującej do Szwecji ciotce miał także pokaźną kolekcję zachodnich komiksów. W czasach licealnych poznał innych miłośników rysowania, z którymi założył Grupę 8, nieformalne stowarzyszenie twórców rysowanych historyjek.

Rok 2001. Jacek studiuje na łódzkiej ASP i wraz ze swoją dziewczyną Olą, projektantką ubioru, wynajmuje mieszkanie w starym, rozpadającym się domu. Telefon. Jacek odbiera, słyszy łamaną angielszczyzną wiadomość: komiks o zdradliwej Złotej Kaczce zdobył nagrodę Alph-Art w kategorii młody talent na największym europejskim konkursie komiksu w Angoulême. Nie mógł w to uwierzyć: ta nagroda jest dla komiksiarza tym, czym dla filmowca Oscar. To wtedy postanowił na poważnie zająć się komiksem. Ale ponieważ trzeba było jednak z czegoś żyć, płacić rachunki, Jacek musiał współpracować z agencjami reklamowymi. – Na początku zdobywałem doświadczenie, uczyłem się pracy na czas. Szybko stało się to jednak zbyt monotonne – mówi. – Zdecydowanie wolę zlecenia, w których nie ma odgórnych, sztywnych ram.

Wielotygodniowy trans

Franek z „lynchowsko-kafkowskim rozdwojeniem jaźni koloru zielonego” przyjeżdża na pogrzeb wuja do małej wsi Glinno. Mimo pozorów normalności we wsi panuje dziwna atmosfera, a jej mieszkańcy są wrogo nastawieni wobec przybysza – mieszczucha. Co więcej, Franek nie ma pojęcia, że za wszystkim kryje się przebiegły plan jego zaborczej matki. Nazwa tajemniczej wsi to tytuł autorskiego komiksu Jacka. Zrealizowany techniką malarską, podszyty jest grozą i niewytłumaczalnym strachem. – Lubię się bać. Fascynuje mnie strach, ale nie taki z tanich horrorów, tylko taki podskórny, oparty na narastającej emocji.

„Glinno” rysował przez trzy lata. Przyznaje, że dużo w nim z jego życia. – Jest wieś, do której jeżdżę i skąd pochodzi część mojej rodziny, są wnętrza, w których mieszkałem, jest też bardzo dużo moich znajomych. Jest to swego rodzaju zbiorowy portret mojej rodziny i obrazkowy pamiętnik fragmentu mojego życia. Wszystkie komiksy są trochę jak pamiętniki. Kiedy je przeglądam, przypomina mi się, w jakim byłem momencie życia, kiedy je rysowałem, i co widziałem za oknem.

Robiony na zamówienie „Przekroju” komiks o stanie wojennym przywołuje u Jacka wspomnienia z pierwszych miesięcy ojcostwa. – Mieszkaliśmy wtedy w Łodzi. Ola jeździła do Gdańska do pracy, a ja zostawałem z Tymonem. Dopiero kiedy wieczorem zasypiał, siadałem do rysowania. Po dwóch, trzech godzinach budził się, więc znów musiałem go ululać. W rezultacie zasypiałem razem z nim, budziłem się około północy, pracowałem do czwartej, kładłem się na dwie, trzy godziny i o siódmej byłem z powrotem na nogach. To był zarazem ciężki, ale i bardzo miły czas. Wydaje mi się, że ze względu na te okoliczności wyczuwa się w tej pracy takie fajne, zmęczeniowe ciśnienie.

 
Separator stron

W „Stanie” Jacek splótł trzy narracyjne porządki, z których każdy utrzymany jest w odmiennej poetyce. Jest tam fabuła oparta na autentycznych wydarzeniach w Lubinie, są barwne fantazje chłopca, którego ojciec ginie w zamieszkach, a całość spaja realistyczna i czarno-biała część dokumentalna. – Ten ostatni wątek opiera się na wspomnieniach moich i Oli rodziców – dopowiada Jacek.

23 godziny pracy dziennie i czarne od tuszu palce – tyle kosztowało go narysowanie innej opowieści również związanej z historią Polski. Zrealizowana do scenariusza Grzegorza Janusza na zamówienie Płockiej Galerii Sztuki, nasycona mrocznymi kolorami „Tragedyja płocka” opowiada historię księcia Ziemowita, którego odwiedza grupa aktorów. W formie spektaklu przedstawiają mu oni koszmarne i skrywane dotąd epizody jego życia. W charakterystyczny dla Frąsia sposób granica między inscenizacją a rzeczywistością powoli się zaciera.

Zanim Jacek zaczyna opowieść osadzoną w realiach historycznych, stara się poznać epokę. – Gdybym w „Tragedyi...” narysował hełm, który w rzeczywistości pojawił się 200 lat później, znaleźliby się tacy, którzy by mi to wytknęli. Nigdy nie robię niczego na ilość albo byle jak. Pod swoimi pracami podpisuję się całym sobą.

Zazwyczaj pracuje etapami – najpierw wykonuje szkice tuszem albo kredkami, potem dodaje kolory i obrabia całość na komputerze. Jego praca jest, jak mówi, przeciwieństwem ścigania się w Formule 1. – Praca nad komiksem wymaga dużo czasu, nie widzisz nawet, jak mija tydzień za tygodniem. Wprowadzasz mózg w taki tryb, który bardzo uspokaja. To jest rodzaj transu. Codziennie kładziesz się spać z myślą o odwaleniu kawałeczka dobrej roboty, a po trzech miesiącach okazuje się, że już wszystko skończyłeś.

Czasem Jacek, czasem Jacques Gdańsk, okolice Motławy, obdrapana brama kamienicy.

– Dostaliśmy ten lokal od burmistrza za zasługi dla miasta – mówi. – Budynek miał zarwany dach, a całe wnętrze było pokryte grzybem. Remontowaliśmy go przez ostatnie trzy miesiące i dziś mamy tu studio. – Mówiąc „my”, Jacek ma na myśli zespół Dick4Dick. A oto, jakie były początki jego grania.

– W liceum miałem deskorolkę – opowiada. – Chciałem jeździć, ale za późno się do tego zabrałem, a poza tym byłem słabo wygimnastykowanym dryblasem. Mój kolega, bardzo dobry skejt Stasiu, miał staruteńką perkusję. Zaproponował, żebyśmy się zamienili, i tak się zaczęło.

Kiedy Jacek przyniósł perkusję do domu, rodzice się przeżegnali… Na studiach wstąpił do zespołu Brain, ale jego muzyczna kariera rozkręciła się na dobre w 2001 roku wraz z powstaniem Cool Kids of Death. Jacek grał z nimi przez pierwszych siedem lat ich istnienia. – Masa przygód, masa miejsc, masa płyt – to był bardzo intensywny czas. W zespole zdobyłem szlif perkusisty scenicznego.

Kiedy członkowie grupy ubierali się na czarno, on zakładał hawajską koszulę. Był buntownikiem wewnątrz zbuntowanego zespołu. – Nie czułem potrzeby udawania kogoś na scenie. Jestem osobą krnąbrną i jeżeli ktoś mnie do czegoś zmusza, nie potrafię się poddać. Myślę, że właśnie dlatego odbył się nade mną „sąd kapturowy” i zostałem z grupy wydalony.

Odnalazł się w Dick4Dick, w którym jako Jacques le Dick gra od niecałego roku. Zdążył już nagrać z zespołem płytę i wyjechać w trasę koncertową po kraju. Granie nie kłóci się w jego życiu z tworzeniem komiksów. – Koncerty to mój żywioł, ale nigdy nie uważałem się za rockandrollowca. Przez cały ten czas rysowałem, zawsze w trasę zabierałem ze sobą warsztat pracy. Dla mnie komiks to przede wszystkim forma, dzięki której mogę opowiadać innym jakieś historie.

 
Jacek ubolewa, że komiksy są w Polsce mało docenianą formą wyrazu. – To ultranowoczesne medium o wielkiej sile przekazu. Posługuje się skrótem i idealnie wpasowuje w sztukę  postmodernistyczną. Z jednej strony komiks to tekst pisany, a z drugiej kadrowanie, „montaż” i zbliżenia, czyli opowiadanie obrazem identyczne jak w filmie. Jest w tym coś magicznego, że jedna osoba może opowiedzieć historię z pogranicza tych dwóch dziedzin. Po przeczytaniu komiksu czuję się jak po obejrzeniu filmu. Chciałbym, żeby ludzie w Polsce dostrzegli w komiksach medium, za pomocą którego można przekazywać takie same treści, jakie przekazuje poważna książka czy poważny film. Poznanie i zrozumienie języka komiksu jest jak poznanie uniwersalnego języka, zupełnie innego, ale równie ważnego co język mówiony.

W swoich komiksach Jacek próbuje pokazać, że można coś robić wbrew utartym regułom.

– Otacza nas zbyt wiele oczywistości. Kiedy idę na horror, to oglądam duchy, wampiry, truposze i szkielety. Na komedii – wywrotki na bananowej skórce albo pana przebranego za panią, a oglądając dramat – zrozpaczoną żonę, która nakryła męża z przyjaciółką. Mnie bardziej emocjonuje sytuacja, kiedy bananowa skórka jest duchem, który zakochał się w mężu przebranej za wampira kobiety. Zamiast powielać, lubię dekonstruować popkulturowe szablony. Lubię to, co niedopowiedziane. Nieoczywiste zakończenie w „Kaczce” na przykład sprawia, że komiks ten jest na swój sposób wstrząsający.

Jacek ma problem z oddzielaniem czasu wolnego od czasu pracy. – Często siadam do pracy, a po chwili łapię się na tym, że myję podłogę. Lubię sprzątać, widzieć efekty. Można powiedzieć, że sprzątanie to moje hobby – śmieje się. – Lubię też wiedzieć, jak coś działa, lubię naprawiać rzeczy sam.

Najbardziej lubi wejść do zrujnowanego pomieszczenia i pomyśleć, że za trzy miesiące będzie w nim studio nagrań, albo usiąść przed pustą kartką i powiedzieć sobie, że za pół roku stworzy 56-stronicowy album. – Dla realizowania takich pomysłów warto żyć.

JACEK FRĄŚ ur. w 1977 r., twórca komiksów (m.in. „Glinna”, „Stanu” i „Tragedyi płockiej”), a także grafik, ilustracji i obrazów olejnych, perkusista zespołu Dick4Dick. W 2001 roku jego komiks „Kaczka” został wyróżniony prestiżową nagrodą Alph-Art  w kategorii młody talent na festiwalu komiksów we Francji. Jego komiksy nagradzano również w Polsce.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kuchnia

W upały pijmy lassi!

Mango lassi z wanilią i kardamonem to hinduski specjał, który od dawna jest wszechobecny na subkontynencie indyjskim. Występuje w rozmaitych wariantach smakowych, na słodko i na wytrawnie. (Fot. iStock)
Mango lassi z wanilią i kardamonem to hinduski specjał, który od dawna jest wszechobecny na subkontynencie indyjskim. Występuje w rozmaitych wariantach smakowych, na słodko i na wytrawnie. (Fot. iStock)
33 stopni Celsjusza w cieniu. Jak przeżyć? Zwiewna sukienka w kwiaty, słomkowy kapelusz, hektolitry wody i... rozpaczliwe poszukiwanie chwili wytchnienia. Znacie to?

Ku pokrzepieniu rozpalonych serc i ciał, moje myśli biegną w bardziej skwarne zakątki świata. Ot, takie Indie na przykład. Tam mają przecież jeszcze cieplej! Czerwiec to sam środek pory monsunowej, więc nie dość, że wściekle parno, to jeszcze leje jak z cebra. Nie ma czego zazdrościć. Można współczuć. Świadomość, że gdzieś jest gorzej, od razu poprawia mi nastrój. W ramach solidarności ze wszystkimi dręczonymi upałem, wznoszę toast szklaneczką lassi: cieszmy się z tego, co mamy! Zauroczona orzeźwiającą mocą mango lassi z wanilią i kardamonem, postanowiłam bliżej przyjrzeć się temu hinduskiemu specjałowi. Od dawna jest wszechobecny na subkontynencie indyjskim. Występuje w rozmaitych wariantach smakowych, na słodko i na wytrawnie. Ogromną popularność zawdzięcza swoim niesamowitym właściwościom przynoszenia ulgi podczas upału, co w takim kraju jak Indie, jest na wagę złota.

Tradycyjne lassi to mieszanka mleka, jogurtu i wody różanej, przyprawiona kminem, kardamonem, chili lub garam masala. Bardzo osobliwą odmianą tego napoju jest bhang lassi, mająca w swoim składzie wyciąg z liści i kwiatów konopi indyjskich. Obecnie szalenie modne są owocowe wersje na słodko. Prym wśród nich wiedzie mango lassi, którym raczę się regularnie przy takiej aurze jak dziś.

Mango lassi z wanilią i kardamonem

  • mleko 1 szklanka
  • gęsty jogurt naturalny 1 szklanka
  • cukier z prawdziwą wanilią 1 opakowanie
  • miód 1 łyżka lub do smaku
  • mango 1 dorodna sztuka
  • cynamon mielony ½ łyżeczki
  • kardamon mielony ½ łyżeczki

Mango obieramy ze skórki i kroimy na mniejsze kawałki, wrzucamy do blendera. Wlewamy mleko i jogurt. Dodajemy cukier waniliowy oraz miód. Całość miksujemy. Napój przelewamy do szklanek lub pucharków. Posypujemy mieszanką cynamonu z kardamonem. Podajemy schłodzony. Z podanych składników otrzymamy niemałą, romantyczną porcję dla dwojga.

  1. Moda i uroda

Oversize - co to za trend w modzie? Jak go nosić ?

Vicher (Fot. materiały prasowe)
Vicher (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 22 Zdjęcia
Moda na oversize zostanie z nami na dłużej, bo jest bardzo wygodna i bardzo praktyczna. Ale co to właściwie znaczy „oversize” i jak nosić takie ubrania?

Bizuu (Fot. materiały prasowe)Bizuu (Fot. materiały prasowe)

Co to jest oversize ? Jak nosić ubrania oversize?

KappAhl (Fot. materiały prasowe)KappAhl (Fot. materiały prasowe)

Ubrania oversize, to takie, które są dla nas specjalnie za duże. Żeby uzyskać taki efekt najprościej jest oczywiście kupić T-shirt lub koszulę w większym niż nasz standardowy rozmiar. Popularnym sposobem jest też zakładanie przez kobiety męskich koszul lub swetrów. Dziś jednak wiele marek produkuje ubrania oversize (już wyjściowo o takim kroju), wtedy ich konstrukcja jest inna i lepiej leży na kobiecej sylwetce. W końcu nawet ubrania oversize mają swoje rozmiary (choć zdarzają się też tzw. one size - czyli w jednym rozmiarze dla wszystkich). Z łatwością możemy kupić taką „za dużą koszulę” , która będzie stylowa i modna. Bez problemu dostaniemy ją także w wersji eleganckiej, która jak najbardziej sprawdzi w się pracy. Ubrania oversize niekoniecznie muszą być casualowe.

Bialcon (Fot. materiały prasowe)Bialcon (Fot. materiały prasowe)

Jak nosić koszule oversize? Jak nosić swetry oversize?

Cos (Fot. materiały prasowe)Cos (Fot. materiały prasowe)

Najbezpieczniej zestawiać szerszą górę z węższym dołem. Czyli do obszernej koszuli dobrze bedą wyglądały węższe jeansy, cygaretki czy w wersji bardziej swobodnej leginsy. Możemy ją też połączyć z szortami (także szerszymi) lub z krótszą spódniczką. Jeżeli lubimy eksperymenty możemy zestawić oversizową górę z szerszym dołem (szerokie spodnie, spódnica maksi), tylko wtedy warto włożyć chociaż część koszuli czy swetra do spodni/spódnicy, żeby zaznaczyć talię. To będzie wyglądało korzystniej dla sylwetki.

Cos (Fot. materiały prasowe)Cos (Fot. materiały prasowe)

Cos (Fot. materiały prasowe)Cos (Fot. materiały prasowe)

Kiedy nosić ubrania oversize?

The Odder Side (Fot. materiały prasowe)The Odder Side (Fot. materiały prasowe)

Właściwie nadają się na każdą okazję. Oversizowe sukienki zestawione z butami na obcasie będą wyglądały bardzo elegancko, z trampkami natomiast zyskają luzu. Co ważne oversizowe kroje sprawdzają się podczas upałów ( nic nas nie uciska, nie obciera, a powiewający materiał wręcz chłodzi), no i są bardzo łaskawe dla sylwetki (pomogą nam ukryć co chcemy). Uwaga - osoby niewysokie - powinny zachować ostrożność przy bardzo szerokich sukienkach maksi, bo mogą ich przytłoczyć. W tej sytuacji lepiej postawić na krótsze modele lub takie, które kończą się przed kostką. Odsłanianie najwęższych części ciała (kostki, nadagrstki) odciąży sylwetkę i nada jej lekkości (ten patent sprawdza sie nie tylko w ubraniach oversize).

Loriini (Fot. materiały prasowe)Loriini (Fot. materiały prasowe)

  1. Moda i uroda

Wygoda na pierwszym miejscu – odkryj modne sukienki dresowe!

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Twoje życie to niekończący się sprint? Praca, dom, spotkania z przyjaciółmi i wieczory spędzane na angażującym hobby? Jeśli szukasz ubrań, które wyglądają modnie, a przy tym pozwalają czuć się swobodnie przez cały dzień, czas odkryć sukienki dresowe! Wybierz model skrojony idealnie pod Twoje potrzeby.

Sukienka dresowa – alternatywa dla klasycznych dresów

Dres dresowi nierówny. Lubimy wygodę, jednak dresowe bluzy i spodnie nie zawsze pozwalają nam poczuć się kobieco. Na szczęście sukienki dresowe w niczym nie przypominają wyciągniętych, poplamionych zestawów, kojarzonych z oglądaniem „Netflixa” pod kołdrą i z paczką czipsów u boku.

Współczesne sukienki dresowe to strój 2w1: są funkcjonalne, a przy tym świetnie wyglądają. Ich atutem jest miękkość tkaniny, która układa się przyjemnie pod palcami. W sukience dresowej możesz komfortowo pracować z domu. A kiedy dołączysz do wideospotkania albo otworzysz drzwi kurierowi, nie będziesz musiała się wstydzić. Dodatkowo sukienkę zakłada się w mgnieniu oka, bez wystawania przed szafą przez pół godziny. Narzucasz ją na siebie i gotowe!

Trendy 2021: sukienki dresowe na każdą okazję

Dresowe sukienki zaskakują swoją uniwersalnością. Widzisz sukienkę z dzianiny dresowej i myślisz: „Wygodna, ale niezbyt elegancka”? To modowy mit! Wszystko zależy od koloru i kroju konkretnej sukienki. Modele w stonowanych barwach założysz nawet do pracy, a na nieformalne spotkania (randka, wyjście z przyjaciółmi, kawa z mamą) możesz wybrać te w mocnych kolorach. Z kolei sukienki neonowe stworzą cudowny duet z opaloną skórą – to idealny wybór na lato!

Sukienki dresowe mogą mniej lub bardziej przylegać do ciała. Podkreślają kobiece kształty lub kreują oversizowy look, ozdobiony przyciągającą oko taśmą przy dekolcie. Bardzo popularne są też modele ze ściągaczem w pasie, które pięknie wyeksponują figurę klepsydry. Duże znaczenie ma również wykończenie sukienki. Asymetryczny dół optycznie wyszczupli sylwetkę, a urocze falbanki nadadzą stylizacji figlarnej dziewczęcości.

Na lato, na zimę – sukienki dresowe modne przez cały rok

Ubrania z dzianiny dresowej możesz śmiało nosić przez okrągłe 365 dni w roku! Letni look od tego ze śniegiem w tle odróżnią jedynie dodatki. W chłodniejszych miesiącach sukienkę dresową wzbogać ciemnymi rajstopami, kardiganem, skórzaną torbą i botkami lub kozakami. W sklepach znajdziesz nawet modele z golfem! Latem sukienka dresowa będzie prezentowała się wyśmienicie, jeśli dodasz do niej balerinki lub adidasy i obowiązkowe okulary przeciwsłoneczne. Przewiewna sukienka z kimonową, luźną górą sprawi, że poczujesz azjatycki vibe.

Fot. materiał partneraFot. materiał partnera

Jak nosić sukienki dresowe? Inspirujemy!

Poznałaś już zalety tego typu sukienek, ale nadal nie jesteś przekonana? Nie wiesz, jak je „ograć”, aby stworzyć niebanalne i praktyczne stylizacje? Prezentujemy kilka pomysłów na zestaw z sukienką dresową w roli głównej.

  • Na spacer, na wycieczkę – w takich sytuacjach najlepiej sprawdzi się sukienka z rękawami ¾, do kolan lub do połowy uda. Myśl praktycznie – wybierz model z kapturem i pojemnymi kieszeniami. Całości młodzieżowego, trochę nonszalanckiego stroju dopełni jeansowa narzutka lub kurtka bomberka. Dorzuć modne sneakersy i plecak, a zyskasz wygodny i stylowy wygląd.
  • Kiedy ruszasz w miasto i marzysz o stylizacji „z pazurem”, załóż sukienkę dresową z dodatkiem metalicznych aplikacji lub ze spódnicą z ekoskóry. Kiedy zarzucisz na nią nieśmiertelną ramoneskę, świat będzie stał przed Tobą otworem!
  • Na ważną okazję – myślisz, że w sukienkach dresowych nie możesz wystąpić np. na przyjęciu w ogrodzie lub na urodzinach rodzeństwa? To błąd! Wystarczy, że zdecydujesz się na odpowiedni model. Sukienka dresowa z elegancką wstawką, np. paskiem delikatnego tiulu, błyszczącymi cekinami lub perłową aplikacją, to super kobiecy strój.

Ogromny wybór sukienek dresowych w różnych kolorach i fasonach, eleganckich i bardziej sportowych, znajdziesz na: https://jestesmodna.pl/

  1. Psychologia

Czy potrafisz docenić swoją codzienność?

Postarajmy się spojrzeć na naszą codzienność jak na wątek naszego życia: to wokół jej nitek może snuć się osnowa tych ciekawszych, bardziej rozrywkowych wydarzeń. (Fot. iStock)
Postarajmy się spojrzeć na naszą codzienność jak na wątek naszego życia: to wokół jej nitek może snuć się osnowa tych ciekawszych, bardziej rozrywkowych wydarzeń. (Fot. iStock)
Dzień powszedni kojarzy się nam z rutyną, szarością i znojem. A przecież jest i może być wyjątkowy. Jeśli tylko nasz umysł będzie obecny tu i teraz, dziwiący się wszystkiemu i wiecznie ciekawy świata.

Stawianie znaku równości między codziennością a szarzyzną jest trochę jak nielubienie własnych płuc, które pracują bez przerwy, by utrzymać nas przy życiu. Bo nawet jeśli nie umiemy docenić wyjątkowości chwili, to powinniśmy cenić naszą powszedniość. Ona jest jak węgiel i diament. Oba związki mają taki sam skład i tylko od nas i naszej pracy zależy, czy nasza codzienność będzie pierwszym czy drugim.

Podstawowe wartości

Postarajmy się spojrzeć na nią jak na wątek naszego życia: to wokół jej nitek może snuć się osnowa tych ciekawszych, bardziej rozrywkowych wydarzeń. Na przykład przygody, które tak lubimy, mogą się nam przydarzać tylko dzięki codzienności, która stanowi dla nich idealną oprawę. Dni wolne od pracy, weekendy i święta są atrakcyjne głównie przez odmienność.

Tak to jest zorganizowane, by codzienność ze swoim znojem, powtarzalnością i szarością podkreślała odświętność – tak jak głos szczekającego w oddali psa podkreśla ciszę nocy. Wiele osób potrzebuje pięciu dni pracy, stale w tym samym miejscu, z tymi samymi ludźmi, wypełniając te same obowiązki – żeby naprawdę poczuć, docenić i przeżyć weekendy. To pasuje nam także w kontekście religijnym: Stwórca przez sześć dni pracował, a jeden dzień wypoczywał.

Codzienność to podstawa, kwintesencja naszego istnienia, bo:

  • daje poczucie bezpieczeństwa. Jest swego rodzaju koleinami pozwalającymi nam działać jak automat. O tej samej godzinie dzwoni budzik, który wyłączamy tym samym ruchem ręki, po czym spuszczamy z łóżka nogi tym samym gestem w te same, stojące w tym samym miejscu kapcie. Z jednej strony – nuda, ale z drugiej – wszystko jest na swoim miejscu. Gdyby coś się zmieniło, dopiero zaczęlibyśmy się niepokoić… Zwykle boimy się, że jak znikną znane nam ramy, rozpadniemy się na kawałki. Te wszystkie automatyzmy i nasze rutyniarstwo są spoiwem, które nas przed tym chroni.
  • jest podstawą bliskości. Związki między ludźmi zacieśniają się nie tylko podczas romantycznych kolacji przy świecach czy w chwili wręczania raz na jakiś czas bukietu kwiatów. Buduje je przede wszystkim zwykła codzienność – wspólne robienie zakupów, gotowanie posiłków i ich spożywanie, sprzątanie czy organizacja życia dnia powszedniego. Ludzi spajają drobne gesty, które mówią, że jesteśmy dla siebie ważni i pamiętamy o sobie na co dzień, a nie tylko przy wielkich okazjach.
  • ukorzenia w teraźniejszości. Człowiek ma tendencje do wybiegania myślą w przyszłość, błądzenia w przeszłości, tworzenia równoległych rzeczywistości, najmniej uwagi poświęcając swojemu „tu i teraz”. A przecież chwila obecna jest tak naprawdę wszystkim, co mamy, nawet jeśli mijające sekundy są do siebie podobne jak dwie krople wody. Kiedy funkcjonujemy automatycznie – bezmyślnie, bezrefleksyjnie i rutynowo – nie przeżywamy świadomie naszego życia, pozwalamy mu przepływać gdzieś obok, ślizgamy się tylko po samej jego powierzchni, wyczekując urlopu czy momentu, kiedy wydarzy się coś nadzwyczajnego. A co z czasem, gdy nie dzieje się nic? Czy naprawdę musi pozostać stracony, niezauważony, niedoceniony? „Teraz” jest wszystkim, co mamy. W tym kontekście, nie ceniąc codzienności, nie cenimy własnego życia. Jaki jest tego efekt? Z każdą minutą życie niczym piasek przepływa nam przez palce.

Koniki z karuzeli

Pewna historia dla dzieci opowiada o konikach z karuzeli – marzyły, żeby jak prawdziwe konie pobiegać sobie po łące. Któregoś dnia zebrały się na odwagę i uciekły! Popędziły co sił na łąkę, a tam… biegały cały czas w kółko, bo nic innego nie przyszło im do głowy. Podobnie jest z nami: automatyczne, bezrefleksyjne podążanie każdego dnia tym samym torem otępia nas. I trudno się temu dziwić. Codzienność przypomina nieco marsz przez pustynię: wciąż mijamy wydmy, a wszystkie wydają się być identyczne... W dodatku przed nami podążają całe pokolenia, które nauczyły się żyć w sposób zautomatyzowany. Wyrastając w takim schemacie trudno zachować świeżość spojrzenia na codzienność. Ale czy nie można tego zmienić? Można. I warto to zrobić. Trzeba tylko włożyć w to nieco wysiłku, bo gra się toczy o najwyższą stawkę – o nasze życie. Wygramy, jeśli nasze codzienne istnienie stanie się bardziej świadome. Ale ta metamorfoza musi się dokonać w umyśle, nie na zewnątrz!

Znudzeni poszukujemy zwykle nowych wrażeń, podróżujemy, zapisujemy się na różne niezwykłe kursy, wchodzimy w nowe ekscytujące związki… Tylko że nowość stymuluje na krótki czas, po czym szybko przestaje być nowością i znowu dopada nas nuda. Bez świadomej zmiany w ogólnym nastawieniu do życia nie będziemy potrafili dostrzec, że niepowtarzalna i cenna jest tak naprawdę każda jego minuta.

Powrót do teraźniejszości

Albert Einstein powiedział kiedyś: „Życie można przeżyć tylko na dwa sposoby: jeden, jakby nic nie było cudem, i drugi – jakby cudem było wszystko”. Zdecyduj się żyć według drugiej części tej maksymy.

Jeśli ci to pomoże – wieszaj sobie w widocznych miejscach karteczki, które będą cię napominać, żeby być uważnym i obecnym. Wykorzystaj również potęgę zmysłów. Ich obserwacja pozwoli mało uważnemu człowiekowi wrócić do chwili obecnej – bo one są „tu i teraz”. Czym innym jest zapamiętanie zapachu kwiatu, a czym innym – czucie go. Zmysły pracują dla nas bez przerwy, ale czy potrafimy z tego korzystać? Czy ktokolwiek, np. myjąc naczynia, zwraca uwagę na to, jak jego dłonie „czują” wodę – jej fakturę, siłę strumienia, temperaturę? Wchodząc w kontakt ze zmysłami zaczniesz przeżywać i celebrować każdą chwilę swojego życia.

Zrób sobie ćwiczenie: codziennie 10 minut poświęć na świadome wejście w kontakt ze zmysłami. Najpierw usiądź spokojnie, rozejrzyj się, postaraj się zapamiętać wszystkie detale i szczegóły otoczenia. Potem zamknij oczy i wychwyć jego zapachy, usłysz dźwięki, poczuj na skórze wiatr, słońce czy mróz. Przekonasz się, że nawet to, co jest ci znane, jest bogate w nowe niezwykłe doznania – tylko trzeba je dostrzec.

Prawdziwą plagą naszych czasów, pokazującą, jak bardzo nie szanujemy codzienności, jest robienie dwóch lub trzech rzeczy naraz. Tłumaczymy to pośpiechem, tym, że życie tego od nas wymaga, że obowiązki gonią... – ale tak naprawdę wyrażamy w ten sposób brak szacunku dla obecnej chwili, nie jesteśmy w stanie być w żadnej z nich. Kiedy robimy jednocześnie więcej niż jedną rzecz, działamy jak automat. Staraj się żyć najpiękniej, jak tylko potrafisz – to zakłada obecność.

I nie chodzi tu bynajmniej o perfekcjonizm, bo on zakłada porównywanie się. Nie ukierunkowuj się na superwyniki. Po prostu pięknie żyj. Zachowuj świadomość, ciekawość i poczucie, że w to, co w danej chwili robisz, wkładasz całego siebie. I nie zrażaj się, jeśli ci coś nie wychodzi. Bądź jak dziecko, które w kaloszkach buszuje po łące. Fascynuje je i żaba, i mucha, i kropla rosy, i to tak bardzo, że maluch kuca, by im się przyjrzeć. Nie myśl, że wszystko widziałeś. Przecież każda żaba jest inna.

To może być trudne, ale jeśli choć raz na 5 minut, raz na 5 godzin, a nawet raz na 5 dni wyrwiesz się z rutyny i naprawdę zauważysz trzymaną w dłoni szklankę, to już będzie dobry początek.

  1. Psychologia

Czego mężczyźni nie lubią w kobietach i czego się boją?

Mężczyźni lubią takie kobiety, które MAJĄ moc i nie muszą ciągle podkreślać tego albo się o to bić.  (Fot. iStock)
Mężczyźni lubią takie kobiety, które MAJĄ moc i nie muszą ciągle podkreślać tego albo się o to bić. (Fot. iStock)
Przeceniamy, co może nam dać mężczyzna, a nie doceniamy tego, co możemy sobie dać same - przekonuje Katarzyna Miller i wyjaśnia, czego mężczyźni nie lubią w kobietach.

Gdy facet ignoruje kobietę to ważny sygnał w relacji. Wiele kobiet niszczy partnerów i związek przez nieumiejętność komunikacji. Wszystkie ciężkie sprawy emocjonalne nie są dla facetów - są dla psychoterapeuty.

Czego mężczyźni nie lubią w kobietach? Czego się boją?

Poniżej lista przydatnych wskazówek:

  • Facet boi się kobiet, które nie dają mu przestrzeni. Niektóre kobiety trzymają faceta telefonami, SMS-ami, bo boją się, że jak dostanie za dużo wolności, to je zdradzi.
  • Facet nie lubi czuć się jak w pułapce.
  • Facet nie lubi, jak kobieta zmienia się po tym, gdy już stanowią związek. Czyli na początku była słodka, dzika, lubiła seks po butelce szampana, nie dbała o kasę, a nagle jest już z nim i zaczyna... wchodzić do łóżka z wałkami, krzyczy na niego, gdy się spóźnia, zaczyna go rozliczać z jego pracy i z tego ile on zarabia... I odwrotnie: na początku związku gra megasilną laskę, która poradzi sobie ze wszystkim, a później okazuje się słaba, płaczliwa i przytulona do jego koszuli - "ratuj mnie"...
  • Czego jeszcze mężczyźni nie lubią w kobietach? - Facet nie lubi czuć się oszukiwany dwiema wersjami kobiety: na etapie zdobywania i na etapie związku. Lepiej mu pokazać się od początku taką, jaką jesteś, bo wtedy on będzie wiedział od początku, czy cię chce.
  • Faceci boją się kobiet, które chcą mieć za dużo... Wiele kobiet tak robi: nie wystarcza im to, że mają fajnego faceta, ale zaczynają chcieć, żeby zapewniał im coraz więcej rzeczy materialnych i atrakcji - ich apetyt róśnie. Pojawiają się wymagania: co one powinny mieć, co dzieci powinny mieć itd. Kiedy facet tłumaczy, że jemu jest dobrze z tym, co mają, one oskarżają go o brak ambicji i siły męskiej. Facet zaczyna się męczyć przy takiej kobiecie i czuć, że jest niewystarczający. Często wtedy znajduje kochankę, żeby też dać coś sobie za ciężką pracę.
  • Faceci boją się kobiet, które nie mówią, o co im chodzi, nie mówią wprost tylko czekają aż się facet domyśli, a jak się nie domyśli, to zaczynają go niszczyć i poniżać...
  • Faceci boją się kobiet, które używają seksu jako broni i karzą brakiem seksu.
  • Faceci boją się kobiet, które nudzą się w czasie seksu lub seks jest dla nich jawnie nieprzyjemny.
  • Faceci nie lubią, gdy kobiety mówią... o innych facetach z podziwem, zaangażowaniem i podnieceniem: "A ten mój kolega z pracy, to naprawdę jest taki młody, a taki utalentowany...".
  • Faceci uciekają zawsze od królowych dramatu życiowego, biedy i klęski... To jest coś, czego mężczyźni nie lubią w kobietach.
  • Kiedy facet pragnie kobietę? - Faceci lubią być potrzebni - tak, lubią ratować z opałów, ale jak kobieta zaczyna dramatyzować sytuację, dodawać do niej wszystkie złe aspekty, dodawać emocje, lęk, czarną przyszłość... Wtedy facet chce uciekać.
  • Faceci boją się kobiet, które wyolbrzymiają zagrożenie, czekając na to, aż facet je wybawi.
  • Faceci boją się sytuacji, w której kobieta jest równocześnie twarda i zimna. To jest dla nich koszmar! Możesz być twarda w swoim postanowieniu, ale ciepła dla niego - wtedy postawisz na swoim, ale nie zniszczysz mężczyzny, a jak robisz i to i to - on poczuje się odcięty i nieważny.
  • Faceci boją się oszukiwania i zdrad... to jest znak, że nie dał sobie rady, nie zaspokoił kobiety. Jego ego bardzo cierpi.
  • Faceci boją się kobiet, które walczą o moc i pozycję. Lubią takie, które MAJĄ moc i nie muszą ciągle podkreślać tego albo się o to bić. Taka walka jest dla nich wyjątkowo trudna i jeżeli naprawdę masz tę moc i pozycję, to wykorzystaj ją tylko wtedy, gdy chcesz się go pozbyć.

Kiedy facet pragnie kobietę? - Tak naprawdę, facet lubi fajne, pozytywne, lubiące życie i siebie kobiety... No i lubiące seks. Znajdź sobie fajnego chłopa i daj mu żyć... - podkreślają autorki książki „Instrukcja obsługi faceta”.

Więcej w książce „Instrukcja obsługi faceta” Katarzyny Miller i Suzan Giżyńskiej, Wydawnictwo Zwierciadło.