1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Wywiad z Beatą Pawilkowską - Ja wolna i szczęśliwa

Wywiad z Beatą Pawilkowską - Ja wolna i szczęśliwa

</a>
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Najważniejsze jest to, by mieć odwagę usłyszeć swój wewnętrzny głos, a potem pójść za nim. Koleżanki zakładały rodziny, a mnie coś ciągnęło do dżungli… – Beata Pawlikowska z Hanką Halek wyruszają w ciekawą podróż.

Łatwiej gubisz się na warszawskim placu Trzech Krzyży czy w amazońskiej dżungli?

Wiem, że w mieście zawsze zabłądzę, więc przestałam już się tym przejmować. Pamiętam, jak kiedyś w Hanoi przybyłam w umówione miejsce przed czasem i postanowiłam zrobić najprostszą sztukę pod słońcem. Pomyślałam, że pójdę ulicą prosto przez pół godziny, potem odwrócę się o 180 stopni i wrócę w takim samym czasie w to samo miejsce. I zabłądziłam! Naprawdę! Złapałam motocyklową taksówkę, pokazałam adres i kierowca wiózł mnie z powrotem 20 minut. Jak to możliwe? Nie mam pojęcia. Ja po prostu tak mam. Lubię czasem zabłądzić. Ale dzięki temu odkrywam najbardziej nieprawdopodobne rzeczy, jakich nie ma na mapie ani w przewodniku.

Czyli warto błądzić, gubić się?

Tak, naprawdę! Kierowanie się mechaniczną nawigacją pozwala tylko trafić do wcześniej ustaloneg celu. A jeśli pozwolisz sobie kierować się instynktem i zabłądzisz, to znajdziesz to, o czego istnieniu nie miałeś pojęcia. Kiedyś myślałam, że dobry podróżnik to taki, który natychmiast dociera do celu, bo ma w sobie wbudowany GPS. Teraz myślę inaczej. Bo ja podróżuję właśnie po to, żeby przeżyć wszystko, co jest po drodze. A jeżeli jeszcze trafię do celu? Super! Po prostu idę przed siebie i życie zaczyna mnie prowadzić.

Twój najpiękniejszy „wybłądzony” skarb?

Wszystkie te malutkie wioski, gdzie ludzie żyją w całkowitym odseparowaniu od reszty świata. Bez elektryczności, bieżącej wody, pieniędzy, polityki i reklam. W tym roku wyruszyłam do Ameryki Południowej z zamiarem przepłynięcia z Wenezueli do Brazylii. Z Orinoko, przez Rio Negro, aż do Amazonki. Pomysł był szalony, bo na tych rzekach nie ma transportu publicznego i można liczyć tylko na to, że pojawi się łódź towarowa albo indiańskie czółno. Już na początku na towarowej łodzi z ładunkiem jedzenia dla kur trafiłam do maleńkiej wioski. I tam utknęłam. Przez cztery dni siedziałam nad brzegiem rzeki, czekając na jakąś łódź. Psy się drapały na piasku, a ludzie w rzece prali ubrania i myli garnki.

Jak porozumiewasz się z autochtonami?

Znam hiszpański, angielski, trochę portugalskiego i innych języków. Ale kiedy żaden język nie działa, to mówię po prostu po polsku. Naprawdę. Kiedy chcesz przekazać ważny komunikat, to przecież mówisz całym sobą! Dłońmi, oczami, całym ciałem. I wtedy – obojętnie, w jakim języku powiesz, że jesteś głodny – zostaniesz zrozumiany. Oczywiście, warto się uczyć języków obcych, ale zdarzają się sytuacje, kiedy ta znajomość nie wystarcza. Wtedy mów po polsku. I uśmiechaj się.

Czekając na ciebie, przeczytałam takie oto zdanie Agaty Bielik-Robson: „Kiedy w Polsce zapominam się i uśmiecham do spacerowiczów, patrzą na mnie jak na wariatkę”.

Mam zupełnie inne doświadczenia. Wyjdź na ulicę i uśmiechnij się. Idę o zakład, że 90 proc. osób odpowie ci uśmiechem.

Tak, ale potem jakiś pan znowu będzie chciał mnie odprowadzić do domu...

Niekoniecznie. Jeżeli chcesz uśmiechem zwrócić na siebie uwagę – zwracasz. Jeśli uśmiechasz się, bo po prostu lubisz świat, ten dzień, tę chwilę – od razu to widać. Wtedy w zamian dostajesz to samo. Bo najważniejsze informacje o tobie znajdują się w twojej podświadomości. Niektórzy mówią, że nie można mieć z nią kontaktu, ale to nieprawda. Mówią tak, ponieważ boją się, że to, co tam znajdą, będzie złe albo brzydkie i nie będzie im się podobało. Strach powstrzymuje ich przed poznaniem prawdy. A przecież w podświadomości żyje twoje drugie „ja”. Twoje Wewnętrzne Dziecko, które – dopóki się z nim nie zaprzyjaźnisz – jest obce, przestraszone i w taki też pełen strachu sposób kieruje wszystkim, co robisz: twoimi myślami, słowami, decyzjami. Jeżeli nie oswoisz swojej podświadomości i nie zaprzyjaźnisz się z nią w sposób aktywny, czyli będziesz wysyłać do niej świadome komunikaty: „lubię cię”, „kocham cię”, „akceptuję cię” – podświadomość będzie cię prowadziła przez życie po bardzo wyboistych i krętych ścieżkach. Im więcej jest w niej ukrytego strachu, z którego nie zdajesz sobie sprawy, tym bardziej będziesz czuł się pokrzywdzony, rozczarowany i nieszczęśliwy.

Nie zawsze byłaś taką mądralą i swoją przyjaciółką...

Tak, było wprost przeciwnie. Nienawidziłam siebie i usiłowałam się za wszystko ukarać. I popełniałam wciąż ten sam błąd, czyli pozwalałam, żeby kierował mną podświadomy strach. Nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale żyłam w destrukcji, która prowadziła mnie w takie życiowe zakątki, gdzie co chwilę dostawałam po głowie. Obrywałam tak długo, aż w końcu dotarło do mnie, że to zły kierunek.

Droga jednak nie była ani krótka, ani łatwa.

Za to pouczająca. To najbardziej niesamowita podróż, jaką można sobie wyobrazić – w głąb własnej duszy. Do własnej podświadomości. Kiedy miałam 16 lat, zaczęłam ze sobą rozmawiać. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to jest fantastyczne narzędzie do poznania samego siebie. Brałam ołówek i tysiąc razy pisałam w zeszycie: „jestem wolna i silna”, co było wtedy dokładnym przeciwieństwem mnie. Ja tylko marzyłam, żeby taką być... A tak naprawdę byłam totalnie zagubiona i obca. A potem bardzo zbuntowana. Przychodziłam do klasy w piżamie albo kapeluszu zrobionym z nakładki na sedes. Wyrzucali mnie ze dzkoły. Zaczęłam palić papierosy, uciekałam z domu.

 Punk’s not dead?

Ja byłam raczej hippie, nosiłam dużą złotą pacyfę, którą zrobiłam z koralików, sadziłam dęby, rozdawałam ludziom na ulicy róże. A jednocześnie piłam alkohol, paliłam, pociągały mnie narkotyki, bo cały czas próbowałam uciec od siebie. W końcu zaczęło do mnie docierać, że przyczyna wszystkiego znajduje się we mnie. Nie w świecie i nie w innych ludziach. U zarania każdego zdarzenia jest jakaś decyzja, nawet jeśli to jest decyzja o niepodejmowaniu decyzji. Złe wydarzenia są ich konsekwencją. A ja lubię myśleć. I zaczęłam się zastanawiać, jak to w ogóle jest możliwe, że robię coś, czego nie chcę zrobić, albo mówię coś, czego nie chcę powiedzieć. No, jak to jest możliwe?

No jak?

Zaczęłam analizować zdarzenia i szukać prawdy. Dużo ze sobą rozmawiałam, pytałam i udzielałam sobie odpowiedzi. Byłam wobec siebie uczciwa i żądałam uczciwych odpowiedzi. Miałam chłopaka, ale tak naprawdę tylko udawałam, że z nim jestem. On dzwonił i mówił: „Znalazłem piękny domek nad jeziorem, wyjedźmy tam na weekend”. A moja pierwsza myśl: „Boże, jak się z tego wykręcić?!”. I jednocześnie druga myśl: „Dlaczego jesteś z nim, skoro wcale tego nie chcesz”. No, dlaczego?

A to był strach przed byciem samą?

Tak. Usiłowałam zachować pozory, ale prawda była prawdą, a ja mam wbudowaną w duszę uczciwość, która nie pozwala mi kłamać. Więc słyszę głos w myślach: „Powiedz mu po prostu, że nie chcesz z nim spędzić weekendu”. Ale wtedy co? On zapytałby, dlaczego i musiałabym powiedzieć prawdę: „tak naprawdę to ja nie lubię z tobą spędzać czasu”. Byłam w stanie się do tego przyznać przed sobą, ale bałam się, że sprawię mu tym przykrość. Ale już pojawia się w myślach następne pytanie: „Skoro tak naprawdę nie masz chęci z nim być, to czemu martwisz się, czy jemu będzie przykro?”. Uczciwość polega na tym, żeby przyznać się przed sobą do iluzji, nawet jeśli czujesz potrzebę ich tworzenia. Przyznać się, a potem znaleźć ich źródło. I to właśnie zrobiłam. Rozplątałam to w sobie, potem na nowo złożyłam wszystkie sznurki i zrozumiałam, o co tu naprawdę chodzi. I wtedy zaczęłam pisać książki o podświadomości, o ukrytych w nas kodach, o tym, jak znaleźć własne szczęście. Nie iluzję szczęścia, tylko najprawdziwszą prawdę.

Jesteś zatem kobietą szczęśliwą.

Jestem szczęśliwym człowiekiem. Bo człowiek to więcej niż kobieta. Słowo „kobieta” od razu definiuje i sprawia, że dokonujesz w głowie pewnego ograniczenia i uprzedzenia. A na człowieka patrzysz jak na istotę, w której jest wszystko. Dlatego ja mówię o sobie, że jestem podróżnikiem. Mnie nie interesuje, czy w podróży jestem kobietą czy mężczyzną.

A zdarzają ci się, człowieku, momenty, gdy się czegoś boisz?

W niebezpiecznej sytuacji nie myślisz o tym, czy się boisz, czy nie, tylko co zrobić, żeby tę sytuację oswoić i poczuć się bezpiecznie. Gdy utknęłam wtedy nad rzeką w maleńkiej wiosce w Amazonii, czwartego wieczoru usłyszałam głosy. Biegnę, może jakaś łódka… I rzeczywiście, łódka, a przy niej stoją żołnierze Wenezuelskiej Gwardii Narodowej i coś naprawiają. Więc mówię: „Panowie, czekam od czterech dni, nie chcę tu zostać na zawsze, proszę, zabierzcie mnie ze sobą”. O świcie wsiadam do motorówki. Jest czterech żołnierzy z karabinami, żywa małpa i ja. Mieliśmy płynąć trzy godziny. Płynęliśmy dwanaście godzin, bo dwa razy zepsuł się silnik. I teraz, wyobraź sobie, gorący dzień, dżungla po obu stronach rzeki, nie ma zasięgu, nikt nie wie, że tam jestem. I czekam z czterema uzbrojonymi żołnierzami na pomoc.

I co czujesz?

Mam świadomość tego, że to jest niebezpieczna sytuacja. Jestem sama, z całym moim dobytkiem. Mam drogie aparaty fotograficzne, telefon, jest oczywiste, że mam gdzieś schowane pieniądze. Czekamy na brzegu dżungli, aż przypłynie ktoś z pomocą. Żołnierze mają broń. I jest ich czterech, a ja jedna. Ale nie myślę o tym. Staram się wyglądać na zajętą – uzupełniam notatki, czytam książkę. Przez 12 godzin nic nie jadłam, nie piłam i nie mogłam się załatwić. Ale żyję!

A jak to z tobą jest: wyjeżdżasz z Warszawy czy tylko tu wracasz ze świata?

Dokładnie pośrodku. Uwielbiam moje mieszkanie i moje życie tutaj. Potrzebuję spać 10 godzin. Codziennie budzę się około 6.15. Leżę sobie jeszcze chwilę i uśmiecham się. I myślę sobie: „o, dzisiaj jest poniedziałeczek”.

Beata Pawlikowska, podróżniczka, pisarka, autorka ponad 40 książek podróżniczych, coachingowych i językowych. Prowadzi audycję „Świat według Blondynki” w Radiu ZET. Organizuje egzotyczne wyprawy, na których jest też przewodnikiem. Więcej na: www.beatapawlikowska.com oraz facebook.com/BeataPawlikowska.
Czyli o ósmej wieczorem idziesz już spać?!

Tak. Taki mam rytm i nauczyłam się tego właśnie w amazońskiej dżungli. Rano wstaję, idę biegać, wracam, robię sok ze świeżych owoców, a potem siadam do komputera i zaczynam pisać kolejny rozdział mojej nowej książki. Uwielbiam to. Tak samo, jak być w podróży i przeżywać poranki wietnamskie, wenezuelskie czy afrykańskie pod Kilimandżaro. Tam wszystko jest nieoczekiwane. Tutaj mam stały rozkład dnia. I to mnie też zachwyca.

Jaki koszt trzeba ponieść za takie życie?

Od razu założyłaś, że ponoszę koszt. Tak jakby trzeba było zapłacić cenę za bycie szczęśliwym. Ja myślę inaczej. Moim zdaniem najważniejsze jest to, żeby mieć odwagę usłyszeć swój wewnętrzny głos, a potem pójść za nim. Ja to właśnie zrobiłam. Czasem wbrew całemu światu i inaczej niż wszyscy. Widziałam, co robią koleżanki: rodzina, kolejne dziecko, zmiana pracy, nowy kolor włosów. A mnie coś ciągnęło do dżungli. Do Ameryki Południowej, do Indian. I tam znalazłam coś najbardziej niezwykłego na świecie, coś takiego, co pozwoliło mi spojrzeć na naszą cywilizację z zupełnie innej perspektywy. Zawsze wybierałam to, czego pragnęłam tak bardzo, że wszystko inne stawało się nieważne. Rzuciłam studia, bo nie chciałam uczyć się na pamięć formułek jak w podstawówce. Nie założyłam rodziny, bo nigdy tego wystarczająco mocno nie pragnęłam.

Presja społeczna jest ogromna.

I co z tego? Każdy sam układa swoje życie, jak uważa za słuszne. Ja nie zmieniłabym niczego. Jestem jednym z najszczęśliwszych ludzi na świecie. Nie przejmuję się przesądami i uprzedzeniami. Mieszkam sama, a ludzie często myślą, że samotność to smutek i nieszczęście. Jest odwrotnie! Ludzie pakują się gorączkowo w związki, żeby uciec przed tym, co noszą w swojej podświadomości. Ja też uciekałam. A potem zatrzymałam się, wyłożyłam wszystko na stół, uporządkowałam sprawy w mojej duszy i dlatego jestem dzisiaj szczęśliwa. I będę tak samo szczęśliwa sama, jak i z kimś.

Przerzedziły się więc szeregi twoich przyjaciół?

Trudno. Nie robię już nic ze strachu, poczucia winy albo dla zachowania pozorów. Dopiero teraz widzę, ile dookoła jest iluzji i kłamstw, w które ludzie udają, że wierzą. Otwórz pisma kobiece i zobacz, ile jest w nich rad, jak uciec od tego, co cię zniewala – starości, suchej skóry, złego szefa i złego trawienia. Można odnieść wrażenie, że wszystko dookoła ciebie jest wbrew tobie. A przecież tak nie jest! Wszystko jest w doskonałej harmonii, jeżeli tylko znajdziesz w sobie odwagę bycia sobą. Nie chodzi o to, żeby wiecznie coś udawać. Chodzi o to, żeby znaleźć prawdę o sobie. Przyznać się do niej, nawet jeśli jest przykra. A potem zakasać rękawy i naprawić to, co jest w tobie leniwe, słabe i złe. Wiesz, co się wtedy dzieje? Wtedy przestajesz udawać, że jesteś silna i odważna. Wtedy po prostu jesteś silna i odważna.

A jakie masz plany na przykład na dzisiaj?

Dzisiaj jest niedziela, więc prowadzę audycję „Świat według Blondynki” w Radiu ZET i kocham to robić. Po programie pojadę do domu i ugotuję coś wegańskiego.

Czyli już nie jesz tarantul?

To zupełnie inna historia. W dżungli często nie ma nic innego do jedzenia, więc muszę jeść małpę albo węża. Ale jeśli mam wybór, to gotuję proste potrawy wegańskie, które sama wymyślam. Nasza cywilizacja stworzyła masowo produkowane jedzenie, które jest tanie i robione z dodatkiem chemicznych substancji. One nadają mu sztuczny smak, zapach i kształt. To dotyczy prawie wszystkich rzeczy, które kupujesz w sklepie: chleba, soków, mięsa, konserw i gotowych dań. Te chemiczne substancje są legalne, ale niektóre dopiero teraz zostają dokładnie zbadane i okazuje się, że wywołują nowotwory albo niszczą komórki w mózgu. Dlatego całkowicie wyłączyłam z menu produkty wysoko przetworzone. Nie piję alkoholu, bo wiem, jak działa na komórki w organizmie. Powoli i stopniowo tracisz umiejętność koncentracji, chęć do życia oraz zdolność racjonalnego myślenia i działania, osłabia się twój naturalny układ odpornościowy. Odkąd całkowicie zmieniłam mój sposób odżywiania, odkryłam, jak cudownie przez to może zmienić się życie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło poleca

Wrześniowy "Sens" z Marleną Dietrich na okładce już w sprzedaży

Ukazanie się wrześniowego SENSu oznacza, że lato wkracza na ostatnią prostą. Proponujemy jednak, by – zamiast żałować, że to już – cieszyć się każdą chwilą.  Czyli? Po prostu być tu i teraz... I czytać SENS, w którym co miesiąc staramy się podpowiedzieć Czytelnikom, jak żyć bardziej świadomie.

„We wrześniowym SENSie przeszłość miesza się z teraźniejszością, a nawet przyszłością. Piszemy o ludziach, którzy swoje serce oddali rekonstrukcjom historycznym, a jednocześnie o jednej ze współczesnych plag – internetowym hejcie. Wygrzebujemy z niepamięci (wcale nie tak odległej) pionierki polskiej informatyki czy gwiazdę sprzed lat (ale jakże wyprzedzającą swoje czasy) Marlenę Dietrich, a kilka stron dalej uderzamy w mit miłości romantycznej, w którym od lat wychowywane są kolejne pokolenia” – pisze redaktor naczelna Joanna Olekszyk w edytorialu.

Na naszą okładkę trafiła tym razem Marlena Dietrich, gwiazda kina i estrady. Utalentowana, konsekwentna, odważna, pożądana ... prowokowała i budziła wielkie emocje. Z Tomaszem Raczkiem rozmawiamy o jej pięciu życiach i pewnej współczesnej aktorce, którą można by nazwać jej intelektualną następczynią. O kim  mowa? Zapraszamy do lektury wywiadu w numerze!

W Temacie Numeru odkrywamy zalety świadomego ograniczania – nie tylko rzeczy, ale i bodźców, powierzchownych znajomość, pożeraczy czasu i energii. W cyklu tekstów pt. „Minimalizm na nowe czasy” przybliżamy doświadczenie tych, którzy minimalizm traktują nie jako kolejną modę, ale narzędzie rozwoju.

Drugi duży blok tematyczny poświęcamy miłości do retro. Skąd w nas zamiłowanie do minionych czasów? Jak wyjaśnia terapeuta, Mateusz Ostrowski, każdy z nas tego czasem potrzebuje. O swojej pasji opowiada rekonstruktorka Marta Veil a prof. Irena Ponikowska dzieli się z Oriną Krajewską profesjonalną wiedzą o leczeniu uzdrowiskowym.

Wspomniany w edytorialu hejt to nie jedyne niebezpieczeństwo związane z rozwojem Internetu. Brak umiaru w korzystaniu z sieci grozi uzależnieniem. Jak nauczyć młodych ludzi zdrowej relacji z technologią Ewa Nowak pyta terapeutę i autora książek Krzysztofa Piersę. 

Jak zwykle, wiele miejsca poświęcamy relacjom. Wspólnie z ekspertami szukamy m.in. odpowiedzi na pytania: Co się kryje pod naszą złością na partnera? Jacy są współcześni ojcowie? Czy związek na odległość może przetrwać?

W numerze także rozmowa z uznanym pilot szybowcowym Sebastianem Kawą, który opowiada o podniebnych falach i niecodziennych lądowiskach, oraz kolejny odcinek filmoterapii Grażyny Torbickiej i Martyny Harland, w którym polecają „Pojedynek na głosy”.

Zanim przyjedzie babie lato, naładujmy wszyscy wewnętrzne baterie! Tego Wam, Drodzy Czytelnicy, i sobie życzymy na ostatniej prostej wakacji.

  1. Kultura

Nie tylko Indiana Jones i Han Solo – przegląd filmów z Harrisonem Fordem

Harrison Ford ma na koncie dziesiątki przeróżnych kreacji aktorskich, które stały się częścią amerykańskiej kultury masowej. Do takich zaliczamy m.in. Hana Solo z „Gwiezdnych wojen” oraz Indianę Jonesa. (Fot. Armando Gallo/Zuma Press/Forum)
Harrison Ford ma na koncie dziesiątki przeróżnych kreacji aktorskich, które stały się częścią amerykańskiej kultury masowej. Do takich zaliczamy m.in. Hana Solo z „Gwiezdnych wojen” oraz Indianę Jonesa. (Fot. Armando Gallo/Zuma Press/Forum)
Jego filmografia naprawdę robi wrażenie – weźmy chociażby same filmy o Indianie Jonesie, czy „Gwiezdne wojny”. Harrison Ford wielokrotnie wcielał się w kultowe postacie, jednak warto pamiętać też o innych, równie znakomitych kreacji aktorskich, które zapewniły mu międzynarodową sławę i trwałe miejsce w historii kina. Z okazji urodzin aktora przypominamy najważniejsze z nich.

”Gwiezdne wojny”

Gdy w 1975 roku George Lucas poszukiwał „nowych twarzy” do roli Hana Solo w „Gwiezdnych wojnach”, wśród kandydatów byli m.in. Sylvester Stallone, Bill Murray, Christopher Walken, Jack Nicholson, Al Pacino, Steve Martin i Chevy Chase. Lucas poprosił Forda o pomoc w przesłuchaniu: czytanie linijek z innymi aktorami oraz wyjaśnianie koncepcji i historii za scenami, które czytali. Lucas został ostatecznie przekonany i obsadził go w jednej z głównych ról. Film „Nowa nadzieja” (1977) odniósł ogromny sukces na całym świecie, stając się jednym z najbardziej kasowych filmów wszech czasów, a rola Hana Solo uczyniła z Forda supergwiazdę. Aktor z powodzeniem wystąpił też w dalszych częściach futurystycznej epopei: „Imperium kontratakuje” (1980), „Powrót Jedi” (1983), „Przebudzenie Mocy” (2015) i „Skywalker. Odrodzenie” (2019).

Filmy dostępne na: Premiery Canal+, Player, Apple TV, CHILI

Kadr z filmu „Gwiezdne wojny: Nowa nadzieja” (reż. George Lucas, 1977). (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)Kadr z filmu „Gwiezdne wojny: Nowa nadzieja” (reż. George Lucas, 1977). (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)

„Indiana Jones”

Niebywałą popularność przyniosła mu także kreacja Indiany Jonesa w filmie „Poszukiwacze zaginionej arki” (1981), wspólnej produkcji Stevena Spielberga i George’a Lucasa. Chociaż Spielberg od początku był zainteresowany obsadzeniem w tytułowej roli Forda, to Lucas miał wątpliwości. Ustąpił, dopiero gdy Tom Selleck odrzucił ich propozycję. Film odniósł wielki sukces, a rola Forda przeszła do historii kina. W związku z tym, trzy lata później powstał prequel – „Indiana Jones i Świątynia Zagłady”, a w 1989 roku sequel – „Indiana Jones i ostatnia krucjata”. Seria filmów o niezwykłym archeologu stała się fenomenem i zyskała miano kultowych. Ford powrócił później do roli Indiany Jonesa grając mały epizod w serialu „Kroniki młodego Indiany Jonesa” (1992) oraz biorąc udział czwartym filmie z serii, „Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki” (2008).

Filmy dostępne na: Premiery Canal+, Player, Apple TV, CHILI, Amazon Prime Video

Harrison Ford jako Indiana Jones. Aktor wcielił się w postać nieustraszonego archeologa aż pięć razy – wystąpił w czterech filmach z serii i serialu „Kroniki młodego Indiany Jonesa”. (Fot. Collection CSFF/Rue des Archives/Forum)Harrison Ford jako Indiana Jones. Aktor wcielił się w postać nieustraszonego archeologa aż pięć razy – wystąpił w czterech filmach z serii i serialu „Kroniki młodego Indiany Jonesa”. (Fot. Collection CSFF/Rue des Archives/Forum)

„Łowcy Androidów”

W 1982 roku Harrison Ford zagrał w kultowym thrillerze science-fiction "Łowca androidów" w reżyserii Ridleya Scotta. Główny bohater filmu, członek specjalnego oddziału policji Rick Deckard, tropi i eliminuje replikantów, czyli istoty stworzone za pomocą biotechnologii do wykonywania niebezpiecznych zadań i kolonizacji innych planet. Rola ta bez wątpienia ugruntowała pozycję Forda w Hollywood. Co ciekawe, aktor nie był pierwszym wyborem do zagrania Deckarda. Pierwotnie angaż miał otrzymać Dustin Hoffman, jednak reżyser filmu uznał, iż nie przypomina on postaci „twardego gliniarza”.

Film dostępny na: Netflix, Apple TV

Kadr z filmu „Łowcy androidów” (reż. Ridley Scott, 1982). (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)Kadr z filmu „Łowcy androidów” (reż. Ridley Scott, 1982). (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)

„Świadek”

Znacząca w karierze Harrisona Forda była również rola w „Świadku” (1985) Petera Weira, za którą aktor otrzymał swoją pierwszą, i jedyną jak do tej pory nominację do Oscara. Film opowiada historię młodego amisza Samuela Lappa, który podczas podróży z matką pociągiem staje się świadkiem morderstwa. Zabójcami okazują się skorumpowani policjanci, którzy od teraz podążają za chłopcem. Sprawę prowadzi natomiast nieustraszony John Book, którego zadaniem jest ochrona świadków zdarzenia. Mężczyzna musi zamieszkać w małym miasteczku amiszów, dostosować się do nowego stylu życia i zweryfikować swoje uczucia do matki chłopca.

Film dostępny na: Apple TV, CHILI

Kadr z filmu 'Świadek' (reż. Peter Weir, 1985). (Fot. BEW Photo)Kadr z filmu "Świadek" (reż. Peter Weir, 1985). (Fot. BEW Photo)

„Czas patriotów”

W dorobku artystycznym Forda znajdują się zarówno ambitne kreacje dramatyczne, jak też role amantów i twardych, silnych facetów. W latach 90. aktor występował głównie w thrillerach i filmach akcji, jak na przykład „Czasie patriotów” (1992), gdzie zagrał Jacka Ryana, byłego analityka CIA, który trafia w sam środek zamachu terrorystycznego. Bohaterska interwencja mężczyzny ratuje życie wysoko postawionego urzędnika, ale ma też skutki uboczne - Ryan rani śmiertelnie jednego z zamachowców, brata przywódcy i organizatora zamachu. Teraz naszego bohatera czeka najtrudniejsza ze wszystkich misji: walka o życie swoje i swojej rodziny.

Film dostępny na: Apple TV, CHILI

Kadr z filmu „Czas patriotów” (reż. Phillip Noyce, 1992). (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)Kadr z filmu „Czas patriotów” (reż. Phillip Noyce, 1992). (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)

„Stan zagrożenia”

Harrison Ford jako Jack Ryan pojawia się także w filmie „Stan zagrożenia” (1994). Tym razem będący już wicedyrektorem CIA bohater zostaje uwikłany w wojnę przeciwko narkotykom. Jego zadaniem jest rozprawienie się z handlarzami, którzy zamordowali bliskiego przyjaciela prezydenta. Ryan próbuje postępować zgodnie z prawem, ale Biały Dom nie grzeszy cierpliwością, a jeden z doradców aranżuje nielegalną akcję wojskową. Nikt jednak nie wie, jak daleko sięgają macki kokainowej mafii. Oddział wysłany do kolumbijskiej dżungli zostaje rozbity, a zleceniodawcy operacji wikłają się w układy z mafią. Kiedy zawodzą środki prawne, Ryan podejmuje działania na własną rękę.

Film dostępny na: Apple TV, CHILI

Kadr z filmu „Stan zagrożenia” (reż. Phillip Noyce, 1994). (Fot. Paramount Pictures/Entertainment Pictures/Forum)Kadr z filmu „Stan zagrożenia” (reż. Phillip Noyce, 1994). (Fot. Paramount Pictures/Entertainment Pictures/Forum)

„Ścigany”

Ważnym momentem w karierze Forda był również występ w „Ściganym” (1993), remake'u popularnego serialu. Aktor wciela się tu w dr Richarda Kimble, szanowanego chirurga z Chicago, który zostaje niesłusznie oskarżony o morderstwo żony. Jedynym wyjściem, aby udowodnić swą niewinność, jest dla niego ucieczka i odnalezienie prawdziwego zabójcy. Bohater rozpoczyna więc śledztwo na własną rękę. W pogoni za nim wysłany zostaje najlepszy i najbardziej wytrwały śledczy – obsesyjny detektyw Sam Gerard, który nie spocznie, dopóki nie pojmie uciekiniera. Film trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty – nie będziecie zawiedzeni.

Film dostępny na: Netflix

Kadr z filmu „Ścigany” (reż. Andrew Davis, 1993). (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)Kadr z filmu „Ścigany” (reż. Andrew Davis, 1993). (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)

„Frantic”

Aktor miał też okazję zagrać u polskiego reżysera, Romana Polańskiego. Film „Frantic” (1988) przedstawia opowieść, w której sentymentalna podróż do Paryża zamienia się w prawdziwy koszmar. Gdy żona dr Richarda Walkera znika bez śladu, mężczyzna przeczuwa, że było to porwanie. Zanim jednak odkryje, kto i dlaczego uprowadził jego ukochaną, musi zmierzyć się z nietypowymi wyzwaniami. W desperackiej wędrówce ku prawdzie towarzyszy mu piękna Michelle, która, jak się wkrótce okazuje, w jego towarzystwie nie znalazła się przypadkowo… Zdecydowanie warto obejrzeć, nie tylko dla roli Forda.

Film dostępny na: Apple TV

Kadr z filmu „Frantic” (reż. Roman Polański, 1988). (Fot. The Mount Company/Entertainment Pictures/Forum)Kadr z filmu „Frantic” (reż. Roman Polański, 1988). (Fot. The Mount Company/Entertainment Pictures/Forum)

  1. Kultura

Nowości książkowe – polecamy na lato

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Wakacje to dobry moment, aby odłożyć telefon na półkę i zatopić się w tradycyjnej lekturze. Polecamy książki, po które warto sięgnąć.

Dziwny ten świat

Ottessa Moshfegh „Tęsknota za innym światem”, Pauza, s. 304.

To opowiadania dla każdego, kto choć raz poczuł, że odstaje, że nigdzie nie pasuje.

Wyrozumiała jest dla swoich bohaterów Ottessa Moshfegh, Amerykanka, córka Chorwatki i Irańczyka. A jej wyrozumiałość przejawia się w tym, że autorka, choć bywa też okrutna, oszczędza im moralizowania.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Jest tu historia nauczycielki w katolickiej szkole, która ucieka w alkohol („Około dziesiątej wieczorem przerzucałam się na wódkę i udawałam, że uszlachetniam się za pośrednictwem książki albo jakiejś muzyki, tak jakby Bóg miał wpaść i sprawdzić, co u mnie”). Jest „wiceprezeska dublerka”, reprezentująca firmę na spotkaniach, gdyż jej szef „wygląda jak pasterz kóz”. Jest para „dziwadeł”: on, niespełniony aktor, wypatrujący znaków od kosmitów, podejrzliwy i przesądny; i ona, która go nie znosi, ale i nie porzuca.

Bohaterowie są, owszem, oryginałami. Jak my wszyscy, czasem tylko bardziej, i to nam Moshfegh chce przekazać, bo: „Życie bywa czasami bardzo dziwne, a wiedza o tym nie umniejsza dziwności”.

Ottessa Moshfegh „Tęsknota za innym światem”, Pauza. (Fot. materiały prasowe)Ottessa Moshfegh „Tęsknota za innym światem”, Pauza. (Fot. materiały prasowe)

Ciemno, prawie noc

Marieke Lucas Rijneveld „Niepokój przychodzi o zmierzchu”, Wydawnictwo Literackie, s. 272.

Ten debiut najpierw cieszył się ogromną popularnością w Holandii, a w zeszłym roku przyniósł Rijneveld międzynarodowego Bookera. Celowo nie piszę „autorce” czy „autorowi”, bo mówimy o osobie niebinarnej, nieidentyfikującej się z żadną z płci. To książka pisana z perspektywy dziecka, ale niezwykle mocna. Narratorką jest tu dziesięcioletnia Jas, alter ego Rijneveld. Po tragicznym wypadku jej brata Matthiesa reszta rodziny traci ze sobą łączność. Rodzice uciekają w religię, Jas dorasta samopas. „Niepokój…” jest zachętą, żeby zajrzeć w mrok, bo też bez tego nie da się go obezwładnić.

Marieke Lucas Rijneveld „Niepokój przychodzi o zmierzchu”, Wydawnictwo Literackie. (Fot. materiały prasowe)Marieke Lucas Rijneveld „Niepokój przychodzi o zmierzchu”, Wydawnictwo Literackie. (Fot. materiały prasowe)

Po drugiej stronie

Andrzej Stasiuk „Przewóz”, Czarne, s. 400.

W „Przewozie” nie ma drogi, stałego motywu Stasiuka. Jest rzeka, która oddziela Niemców od Sowietów, stając na przeszkodzie uciekinierom. Lubko pomaga im przeprawić się na drugi brzeg. Tylko czy gdzieś dalej czeka ziemia obiecana? To opowieść wojenna, w której nie ma przegranych i zwycięzców, a ludzie strzelają bez przekonania. Wojna jest realistyczna i nie ma sensu. To pierwsza od dziesięciu lat powieść Stasiuka, wyczekiwana, o której głośno było już przed premierą. I nie zawodzi pokładanych w niej nadziei.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Dom rodzinny

Ann Patchett „Dom Holendrów”, Znak Literanova, s. 336.

Patchett, która swego czasu znalazła się na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi na świecie według „Time’a”, jak mało kto potrafi uchwycić upływ czasu. Mija półwiecze, zmieniają się ludzie, nie zmienia się tylko ten dom. Nazywany jest Domem Holendrów (jesteśmy w Ameryce) ze względu na pochodzenie pierwszych właścicieli, wciąż jakoś tutaj obecnych. Tu dorasta para bohaterów, Danny i Maeve, tu się poróżnili ich rodzice, tu tych dwoje poznało swoją przyszłą macochę. I tu Danny i Maeve po latach wracają. Jaki będzie ten powrót do korzeni?

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

„Jak wywołałem byłą żonę” z Judi Dench – poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

„Jak wywołałem byłą żonę”. W rolach głównych Dan Stevens, Leslie Mann, Isla Fisher i laureatka Oscara Judi Dench w swojej najzabawniejszej roli od lat. 
(Fot. materiały prasowe M2 Films)
„Jak wywołałem byłą żonę”. W rolach głównych Dan Stevens, Leslie Mann, Isla Fisher i laureatka Oscara Judi Dench w swojej najzabawniejszej roli od lat. (Fot. materiały prasowe M2 Films)
Do kina weszła właśnie najgłośniejsza komedia tego lata. Gwiazda filmu, wspaniała Judi Dench, tylko nam zdradza, dlaczego ta produkcja ma dla niej wartość sentymentalną i, opowiadając o pracy na planie, wraca do swojej młodości i dzieciństwa.

– Propozycja, żebym zagrała Madame Arcati jest w pewnym sensie spełnieniem marzeń – mówi Dench siedząc w studiu, gdzie powstawała część zdjęć do filmu „Jak wywołałem byłą żonę”. Ta przyjemna komedia jest adaptacją teatralnej farsy brytyjskiego dramaturga Noëla Cowarda (1899-1973). Zgodnie z polskim tytułem (innym niż oryginalny „Blithe spirit”, czyli dosłownie „beztroska duszyczka”, choć u nas sztuka Cowarda znana jest jako „Seans”) to opowieść o wywołanym podczas seansu spirytystycznego duchu pierwszej żony. Duch wywołany zostaje przypadkiem, kiedy niejaki Charles Condomine, pisarz w kryzysie twórczym, wraca myślami do swojej nieżyjącej małżonki, muzy, źródła natchnienia i najlepszych literackich pomysłów. Nostalgia dopada go akurat w czasie prywatnej sesji wywoływania duchów prowadzonej przez cenione medium Madame Arcati. Efekt? Arcati ściąga panią Condomine z zaświatów, a Charles odzyskuje źródło natchnienia. Problem w tym, że w posiadłości państwa Condomine’ów rezyduje już druga żona. Czy można wysłać ducha z powrotem na tamten świat? A może lepiej próbować jakoś wytrwać w tak nietypowym trójkącie? Kto na tej sytuacji zyska a kto bezpowrotnie wszystko straci?

– Nie śmiem zdradzić, co jeszcze przydarzy się bohaterom, żeby nie psuć komuś zabawy – uśmiecha się Judi Dench. Ikona kina, słynna M. z serii o Bondzie, Królowa Elżbieta z „Zakochanego Szekspira” czy Evelyn Greenslade z „Hotelu Marigold”, o swojej najnowszej roli opowiada z rozbawieniem, ale i wzruszeniem, bo właśnie ta współpraca z kilku powodów miała dla niej wartość sentymentalną.

55-letniemu reżyserowi „Jak wywołałem byłą żonę” Edwardowi Hallowi na planie Dench cały czas powtarzała, jak bardzo przypomina on swojego ojca. Bo to właśnie ojciec Eda Halla był w karierze początkującej Judi Dench postacią kluczową. Peter Hall, wizjoner brytyjskiego teatru z doskonałą intuicją do wyłuskiwania aktorskich talentów, namówił młodziutką Judi, żeby opuściła dotychczasowy zespół Old Vic i grała u niego. Miał rację, to wtedy zaczęła się jej wielka sceniczna kariera, jej głośne szekspirowskie role, do których wkrótce dołączyły role filmowe.

– Poznałam Petera w roku 1962, przekonał mnie do rozwinięcia skrzydeł. Poznałam też wtedy jego rodzinę. Ed odziedziczył po ojcu talent. To takie osobliwe, bo „Jak wywołałem byłą żonę” jest przecież filmem o duchach i ja w pewnym sensie na planie widziałam nawet więcej niż ducha Petera w Edzie. Jestem bardzo szczęśliwa, że mogłam tego doświadczyć.

(Fot. materiały prasowe M2 Films)(Fot. materiały prasowe M2 Films)

Judi Dench przyznaje również, że jest inne wydarzenie, którego nie może zapomnieć, a które przywołują pytania o najnowszy film z jej udziałem. Film, przypomnę, oparty na sztuce Noëla Cowarda, postaci na Wyspach bardzo znanej, w środowisku teatralnym wręcz legendarnej:

– Byłam wtedy bardzo młodą aktorką i kiedy akurat nie grałam spektakli w Old Vicu, znajomi pokazywali mi wszystko, co się da w Londynie. Jednego wieczoru obejrzałam w Teatrze Savoy jakąś adaptację sztuki Cowarda, być może chodziło nawet o „Seans”, tego już nie pamiętam, w każdy razie po spektaklu powiedziano mi, że muszę kogoś poznać. To był on, Coward, ujrzałam go na szczycie schodów. Podszedł do mnie, przedstawiono nas sobie, uścisnęliśmy sobie dłonie. Nigdy tego nie zapomnę, moja ręka pachniała potem jego wodą po goleniu. Chyba potem specjalnie nie myłam jej jakiś czas [śmiech]. Dla mnie to był magiczny moment.

I wreszcie, praca na planie nad filmem, którego akcja toczy się w latach 30. XX wieku była dla Dench podróżą sentymentalną aż do czasów, kiedy była dzieckiem. Kręcili we wnętrzach modernistycznej willi zbudowanej przed II wojną światową, wypełnionej meblami z tamtego okresu, imponujący jest też wybór kostiumów, z których część pochodzi z archiwalnych muzealnych zbiorów z lat 30.

– Pamiętam te czasy. Urodziłam się przecież w 1934 roku – dodaje aktorka – Mój ojciec był lekarzem, z moją mamą, Dublinianką, mieszkali w Yorku. Najpierw urodzili się moi bracia, potem ja. Dużą popularnością cieszyło się wtedy pewne medium, kobieta nawiązująca kontakt z duchami. Mój ojciec ją osobiście poznał, nie wiem, czy jako lekarz czy to on przyszedł do niej. To był dzień po moich narodzinach. Wiem, że owa kobieta powiedziała mu „Bardzo miło mi słyszeć o twojej córce Judith”. Ojciec nie wiedział jeszcze, jak będę miała na imię. I tak właśnie zostałam Judith [śmiech].

Na pytanie, czy wierzy w życie pozagrobowe, Dench odpowiada, że ciężko jest stwierdzić, że po drugiej stronie niczego nie ma, zwłaszcza biorąc pod uwagę niektóre rzeczy, które jej się przydarzyły: – Uważam, że jest cały świat zjawisk, o którego istnieniu nie wiemy.

Dodaje też, że właśnie teraz jest idealny moment na historie takie, jak ta z filmu. O duchach, o miłości aż po grób. Zaadaptowaną na potrzeby kina, ale i naszych czasów, bo twórcy filmu postarali się, żeby wątek rywalizacji między dwoma żonami miał pro kobiece przesłanie. O zmianach względem oryginału Dench mówi z szelmowskim uśmieszkiem: – Ktoś je pokocha, kto inny uzna ją za zbrodnię na oryginale.

Ważne, jak podkreśla, że widzowie mają szansę zapomnieć. O czym?

– O słowie na sześć liter – Judi Dench najpierw zniża głos, po czym zaczyna bezgłośnie sylabizować „c-o-r-o-n-a” – Którego specjalnie nie wypowiem na głos.

I trudno nie przyznać jej racji. „Jak wywołałem byłą żonę” to film skutecznie poprawiający humor. Angielskie niebo wygląda tu jak niebo nad Toskanią, do tego dochodzą intensywnie kolorowe stroje, wnętrza i pocztówkowe krajobrazy, na czele z nieziemsko Białymi Klifami z Dover. Dzieje się dużo i szybko, sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie, a w finale sprawiedliwości staje się zadość. Przyłączam się do rekomendacji Judi Dench: skoro mamy lato, niech więc będzie lekko i przyjemnie.

  1. Retro

Walerian Borowczyk – reżyser, który zapoczątkował rewolucję seksualną w kinie lat 70-tych

Walerian Borowczyk wielokrotnie podkreślał, że chociaż większość życia spędził we Francji, nigdy nie zapomniał o swoich polskich korzeniach. (Fot. materiały prasowe HBO)
Walerian Borowczyk wielokrotnie podkreślał, że chociaż większość życia spędził we Francji, nigdy nie zapomniał o swoich polskich korzeniach. (Fot. materiały prasowe HBO)
Do czerpania inspiracji z jego filmów przyznają się Peter Greenaway, David Lynch, bracia Quay. U nas Walerian Borowczyk to postać ciągle budząca kontrowersje i nieco zapomniana, choć kilka lat temu na platformę HBO trafił film dokumentalny "Love Express. Przypadek Waleriana Borowczyka" poświęcony jego twórczości. Nadal jednak ciągnie się za nim fama libertyna, który lubił świntuszyć na ekranie.

Dokument „Love Express. Przypadek Waleriana Borowczyka” w reżyserii Kuby Mikurdy, przybliżający twórczość Borowczyka, można obejrzeć na platformie HBO.

Ktoś kiedyś nazwał Borowczyka „wizjonerem kina erotyzmu”. On sam nie znosił tego typu etykietek. Jak tylko mógł, bronił się przed przyprawianiem mu gęby filmowego speca od „tych rzeczy”, a także przed upychaniem jego fabuł jak leci w szufladce z napisem soft porno albo porno de luxe. Tłumaczył, że w sztuce trzeba umieć odróżniać temat od anegdoty i że pornografią w gruncie rzeczy może być wszystko, bo to kwestia spojrzenia i kontekstu. Przestrzegał przed dosłownym odczytywaniem jego filmów, dając tym samym do zrozumienia, że naga dusza interesuje go wcale nie mniej niż nagie ciało. Tym, którzy zarzucali mu nadmierne epatowanie seksem, Borowczyk w wywiadzie dla „Kina” odpowiadał: „Erotyka nie zabija, nie unicestwia, nie nakłania do zła, nie prowadzi do popełnienia przestępstwa. Wręcz przeciwnie, łagodzi obyczaje, przynosi radość, daje spełnienie, sprawia bezinteresowną przyjemność”.

Ani słowa o mojej matce

Znamienne, że jako dziecko lubił urządzać dla najbliższych przedstawienia kukiełkowe. Sam robił lalki, sam układał fabuły, no i sam je, oczywiście, reżyserował. To autorskie podejście do sztuki miało mu pozostać na zawsze. Jako dojrzały twórca czuł się odpowiedzialny za każdy detal swojego dzieła. W wypadku filmów był nie tylko ich reżyserem i scenarzystą, ale często także autorem scenografii oraz zdjęć, zdarzało mu się też osobiście podkładać pod postaci głosy.

Wspomnienie o kukiełkach jest tym cenniejsze, że Walerian Borowczyk był nie tylko artystą osobnym, ale i jako człowiek trzymał się na osobności. Bardzo starannie strzegł swojej prywatności, więc i z tego powodu nie wiadomo o nim zbyt wiele. Zwłaszcza że czasem wręcz zacierał za sobą ślady i mylił tropy. Na przykład w nocie do polskiego wydania zbioru swoich opowiadań „Anatomia diabła” (1992) twierdził, że przyszedł na świat w Wojnowicach w 1932 roku. Tak naprawdę urodził się 2 września 1923 roku w Kwilczu w Poznańskiem. Jego ojciec Wawrzyniec był inspektorem kolejowym, ale też malarzem. Dziś powiedzielibyśmy malarzem amatorem, jednak sam Borowczyk jego akwarele stawiał w tym samym rzędzie co dzieła największych francuskich impresjonistów. „On był powodem wyboru mojej drogi życiowej” – powie po latach. Charakterystyczne, że we wspomnieniach reżysera w ogóle nie pojawia się matka. Kiedyś przyznał, że nie ma nawet jej zdjęcia.

Uczył się w poznańskim Gimnazjum im. Ignacego Jana Paderewskiego, podczas wojny jako robotnik przymusowy trafił do podpoznańskiego Lubonia, gdzie pracował w zakładach przetwórstwa ziemniaczanego. Tylko dlaczego we wspomnieniach napisał, że kopał doły pod mostowe fundamenty?

Po wojnie w trybie przyspieszonym zrobił maturę i postanowił iść na studia. Myślał o polonistyce na poznańskim uniwersytecie, ale zanim złożył papiery, pojechał do Krakowa zdawać egzaminy do tamtejszej ASP. Kiedy się dowiedział, że został przyjęty do akademii, o żadnej polonistyce nie było już mowy. Studia zaczął w 1946 roku w pracowni malarstwa Zbigniewa Pronaszki. Był w jednej grupie z Janem Tarasinem i Jerzym Tchórzewskim, przyjaźnili się potem przez całe życie. Innym przyjacielem Borowczyka z lat studiów, takim na dobre i złe, był też (młodszy o kilka lat) Franciszek Starowieyski.

Co z innym kolegą z akademii Andrzejem Wajdą? Wstąpili na uczelnię w tym samym roku, ale stosunki między panami nie ułożyły się najlepiej. W każdym razie Borowczyk nawet po latach, gdzie tylko mógł, dawał wyraz swojej niechęci do reżysera „Popiołów”. Napisze po latach: „Mój kontakt z […] Wajdą był współżyciem przymusowym”. Doda jeszcze, że wykreślił go ze zbiorowej fotografii, którą zrobiono im po ukończeniu pierwszego roku ASP. Ktoś powie, że za niechęcią stała zwykła zawodowa zawiść. Mogły też wchodzić w grę względy osobiste. Na przykład zazdrość o kobietę. Wajda ożenił się z Gabrielą Obrembą, jedną z najatrakcyjniejszych studentek akademii, która zresztą jeszcze pojawi się w tej historii.

Był sobie raz...

Już podczas studiów zajmował się projektowaniem plakatów teatralnych i kinowych, publikował w gazetach swoje rysunki satyryczne. Rodziły się jego pierwsze filmowe fascynacje: swoją kamerą 8 mm kręcił krótkie dokumenty, własnoręcznie przygotowywał też przezrocza, malując obrazki bezpośrednio na taśmie fotograficznej. Niedługo te „dziecinne” zabawy miały się zmienić w całkiem dorosłą pasję.

W 1956 roku poznaje Jana Lenicę, ówczesnego dyrektora artystycznego pisma „Szpilki”. Borowczyk miał parę pomysłów na filmy animowane, które postanowili zrobić razem. Żaden z nich nie przypuszczał, że ta decyzja zupełnie odmieni ich życie.

Premiera ich pierwszej wspólnej animacji „Był sobie raz…” odbyła się w 1957 roku. To był szok. Okazało się nagle, że film animowany nie musi się wcale trzymać ideowych wytycznych towarzysza Żdanowa ani estetycznych kanonów narzuconych światu przez Disneya. Ba, może nawet nie mieć fabuły, być żartobliwą grą plam, kresek, figur geometrycznych i detali wyciętych ze starego pisma. Słowem – może być czystą igraszką, a przy tym reprezentować tzw. sztukę wysoką. Na ekrany polskich kin wchodził akurat „Kanał” Andrzeja Wajdy, który dał początek Polskiej Szkole Filmowej. Borowczyk z Lenicą niejako równolegle otwierali Polską Szkołę Animacji. Otwierali też nowy rozdział w animacji światowej. Marcin Giżycki, wytrawny znawca awangardy filmowej, napisał po latach w miesięczniku „Kino”, że w filmie animowanym istniały dwie epoki: „przed i po Janie Lenicy i Walerianie Borowczyku”.

Obaj zrobili razem jeszcze kilka filmów, m.in. „Dom”, który w 1958 roku zdobył Grand Prix na konkursie kina eksperymentalnego podczas wystawy światowej w Brukseli, co Borowczykowi i Lenicy otworzyło drogę do międzynarodowej kariery. Nagroda miała zresztą nie tylko honorowy wymiar, towarzyszyła jej także niebagatelna wówczas suma 10 tysięcy dolarów. Pieniądze się przydały. Zaraz po sukcesie „Domu” Borowczyk wyjechał na stałe do Francji.

Miłość francuska

Podpisuje pięcioletni kontrakt ze studiem Le Cinéastes Associés. Nadal kręci filmy animowane. I to znakomite. Borowczyk realizuje pierwszą we francuskiej kinematografii animację długometrażową – „Teatr państwa Kabal”, a za całokształt twórczości w dziedzinie filmu animowanego (zrobił ich w sumie ok. 50) dostaje prestiżową Nagrodę Maxa Ernsta.

Za granicą jest znany jako Boro. Twórca nie tylko animacji. Mówił: „Dwie różne techniki, lecz myśl jedna”. Pierwszym jego filmem aktorskim była nakręcona na kanwie noweli de Maupassanta krótkometrażówka „Rozalia” (1966), która zdobyła m.in. Srebrnego Niedźwiedzia na festiwalu w Berlinie. Zdobyła w dużej mierze dzięki Ligii Branice, żonie reżysera, grającej w filmie tytułową rolę. Nie sposób mówić zresztą o fabularnej twórczości Borowczyka, nie wspominając o Ligii.

Poznali się jeszcze w Krakowie. Wspominał: „Ożeniłem się z [...] najpiękniejszą i najinteligentniejszą, wszechstronnie uzdolnioną uczennicą Gimnazjum im. Józefa Hoene-Wrońskiego w Krakowie. W dniu ślubu w Urzędzie Stanu Cywilnego podarowałem Ligii tomik poezji Tadeusza Różewicza zatytułowany »Czerwona rękawiczka« i opuściliśmy Kraków. Zamieszkaliśmy w Warszawie”.

Był rok 1956, Borowczykowie dostali mieszkanie na osiedlu Praga II, takim praskim MDM-ie. Często odwiedzali ich znajomi z Krakowa, był wśród nich i Sławomir Mrożek, który właśnie tutaj poznał swoją pierwszą żonę Marię – jak napisze potem Borowczyk, równie piękną (!) jak jej siostra… Gabriela Obremba.

Ligia w Warszawie przez półtora roku studiowała aktorstwo w wyższej szkole teatralnej, potem przeniosła się na wydział aktorski łódzkiej filmówki, studiów tych jednak nie ukończyła, wyjechała z mężem do Paryża. W Polsce zagrała jeszcze parę epizodów w kinie. W późniejszych filmach męża będzie występować wyłącznie jako Ligia Branice. Tak było choćby w pełnometrażowym debiucie Borowczyka „Goto, wyspa miłości” (1968), kafkowskiej z ducha przypowieści o totalitaryzmie i miłości totalnej. Branice zagrała tu żonę tyrana (w tej roli Pierre Brasseur wystylizowany na Józefa Stalina) władającego skrawkiem oderwanego od lądu i rzeczywistości świata. W „Blanche” (1971), swobodnej adaptacji „Mazepy” Juliusza Słowackiego, aktorka, grając u boku Michela Simona, wcieliła się w macochę zakochaną w swoim pasierbie.

Ostatnim obrazem Borowczyka, w jakim pojawiła się Ligia, był „Za murami klasztoru” (1977). Odważnie prezentuje tu swoją nagość, Borowczyk zaś bez oporów nagość żony filmuje. Najlepszy dowód na to, że reżyser traktował ciało kobiety jak dzieło sztuki. Choć zapewne tak jak i dla Buñuela było ono też dlań „mrocznym przedmiotem pożądania”.

Filmy „Goto…” i „Blanche” Borowczyk uznawał za najlepsze w całej swojej twórczości. A jednak światowy rozgłos i komercyjny sukces przyniosły mu tytuły zupełnie inne. „Opowieści niemoralne” (1974), „Bestia” (1975), „Ulicznica” (1976) czy „Heroiny zła” (1979), które Borowczyka postawiły – obok Pasoliniego i Bertolucciego – w rzędzie najważniejszych animatorów rewolucji seksualnej w kinie lat 70. Jean-Paul Sartre o „Bestii” mówił jako o „wielkiej epopei podświadomości”, a Alberto Moravia przy okazji „Za murami klasztoru” porównywał Borowczyka do Boccaccia. Cenzura obyczajowa w różnych krajach miała w tym względzie trochę inne zdanie. Na przykład we Francji „Opowieści niemoralne” początkowo były objęte zakazem dystrybucji.

I nic dziwnego. Fellatio na początek, potem samogwałt w wykonaniu bogobojnej panienki przy użyciu ogórka, sceny z życia „wampirzycy z Siedmiogrodu”, księżnej Elżbiety Batory (w tej roli Paloma Picasso, córka wielkiego malarza), a na koniec zmysłowe karesy Lukrecji Borgii z ojcem papieżem i bratem kardynałem. Tak w największym skrócie można by streścić wątki kolejnych „niemoralnych” nowelek pomieszczonych w filmie. To było naprawdę mocne uderzenie, nawet jak na ojczyznę markiza de Sade. I to pomimo że Borowczyk w swoim filmie więcej sugerował, niż pokazywał. Za to w „Bestii” widać właściwie już wszystko, łącznie z gigantycznym penisem kudłatego monstrum uwiedzionego (ba, zamęczonego w seksualnym uniesieniu) przez Piękną.

Bezwzględny histeryk

„Chciał mnie rozbierać w scenach, które wcale do tego nie upoważniały. Nie potrafił zapanować nad swoimi emocjami” – powie po latach w wywiadzie Grażyna Długołęcka, która zagrała u Borowczyka w „Dziejach grzechu” (1975) według powieści Stefana Żeromskiego. To jedyna fabuła zrealizowana przez reżysera w Polsce, cieszyła się zresztą u nas ogromnym powodzeniem – zobaczyło ją ponad osiem milionów widzów. Długołęcka, wówczas jeszcze studentka, zagrała Ewę Pobratyńską, o której miłości i moralnym upadku film opowiada. Na łamach „Przeglądu Tygodniowego” aktorka pracę na planie wspominała jako jeden wielki koszmar. Borowczyk w wydanej we Francji publikacji „Moje polskie lata” wszystkie zarzuty Długołęckiej z pasją odpierał, nazywając aktorkę mitomanką i kobietą bezradną wobec swego nienormalnie rozbudzonego libido.

Ostro? Niby tak, ale reżyser z zasady nie bawił się w wersal. Poza tym nigdy niczego nie zapominał ani niczego nie wybaczał. Zwłaszcza najmniejszego słowa krytyki. A czytał wszystko, co się w kraju ukazywało na jego temat. Często zresztą bywał w Polsce, miał mieszkanie w Warszawie (na stałe Borowczykowie zamieszkiwali w pięknym domu w Le Vésinet pod Paryżem, mieli też dom w Rzymie, który reżyser kupił, co lubił podkreślać, za honorarium otrzymane za reżyserię „Emmanuelle V”). O tym, że bardzo emocjonalnie podchodził do drukowanych o nim opinii, świadczy choćby napisana przez niego rok przed śmiercią książka „Co myślę, patrząc na rozebraną Polkę”. To jedna wielka filipika wymierzona w tych wszystkich, których reżyser uznawał za swoich wrogów. A zaliczał do nich głównie polskich krytyków filmowych, którzy według niego robili wszystko, by go w kraju zdyskredytować i pokazać jako zboczeńca. W książce padają konkretne nazwiska, a najczęściej towarzyszącym im epitetem jest słowo „idiota”. Darowane zostaje tylko Zygmuntowi Kałużyńskiemu i Bolesławowi Michałkowi, którzy Borowczyka raczej dowartościowywali.

Z Kałużyńskim akurat szczerze się przyjaźnił, nie miał mu więc za złe, gdy ten nazywał go „bezwzględnym histerykiem”. Niebezpodstawnie. Na festiwalu w Mannheim Borowczyk jako przewodniczący jury potrafił w trakcie projekcji chodzić po sali kinowej i wymyślać tym widzom, którzy jedli cukierki i szeleścili papierkami. Podczas pokazu prasowego „Dziejów grzechu” skrzyczał szacownego doktora Płażewskiego, który zamiast patrzeć na ekran, coś tam skrzętnie notował w swoim słynnym kajecie. Czy Walerian Borowczyk nie miał dystansu do siebie? Wygląda na to, że nie. Co jest o tyle dziwne, że był jednocześnie człowiekiem o niezwykłym zmyśle ironii i niesamowitym poczuciu humoru. W końcu tzw. „momenty” w jego filmach z założenia na ogół mają nie tylko bulwersować, ale i bawić. Na tym właśnie polega przewrotność jego reżyserskich prowokacji.

Znowu w Polsce

Wielokrotnie podkreślał, że chociaż większość życia spędził we Francji, nigdy nie zapomniał o swoich korzeniach. Pewnie dlatego tak mu zależało, żeby nad Wisłą zaistnieć w podobnym stopniu jak nad Sekwaną, gdzie przez lata uchodził za twórcę nie tylko kontrowersyjnego, ale i błyskotliwego. We Francji Boro to była marka. W Polsce Borowczyk czuł się przemilczany i odrzucony przez swoich. To go bolało i wściekało zarazem, ale był bezradny, tym bardziej że przez ostatnich kilkanaście lat życia nie kręcił już filmów, jego awantury o „stare kino” musiały wydawać się więc niektórym zupełnie bez sensu. A już zwłaszcza „urodzonym romantykom” (a tylko tacy wszak pomieszkują między Odrą a Bugiem), którzy tematy dotyczące cielesności i seksualności z zasady uznają za niegodne sztuki.

I świat, i czasy, i nasz kraj się zmieniają. Może zatem czas Borowczyka, artysty niepokornego i przekornego, dopiero nadchodzi?

Korzystałem m.in. z książek: Waleriana Borowczyka „Co myślę, patrząc na rozebraną Polkę”, Oficyna Wydawnicza Rytm; Stanisława Różewicza „Było, minęło…”, wydawnictwo Iskry.

Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.