1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Diane Ducret: dla Polek jest to kluczowy moment w historii

Diane Ducret: dla Polek jest to kluczowy moment w historii

fot. Michał Janica
fot. Michał Janica
Diane Ducret opowiada, o tym jak sytuacja w państwie wpływa na postrzeganie kobiet. Pisarka była gościem Apostrofu, Międzynarodowego Festiwalu Literatury, któremu patronuje Zwierciadło. Autorka spotkała się z czytelnikami w piątek (20.05) w Gdańsku i w sobotę (21.05) w Poznaniu.

fot. Michał Janica fot. Michał Janica

Można powiedzieć, że pierwsze pani książki były o psychice kobiet. Pisała pani o żonach i kochankach dyktatorów („Kobiety dyktatorów”, wydawnictwo Znak). Czy ostatnia pani książka – „Zakazane ciało. Historia męskiej obsesji”– skupia się na cielesności kobiet? Czy może bardziej na psychice mężczyzn?

Jest to książka, która skupia się jednocześnie na cielesności kobiet, jak również na psychice mężczyzn. „Zakazane ciało” pokazuje, w jaki sposób od zarania dziejów mężczyźni postrzegali kobiety, pożądali ich, czasami pragnęli sprawować nad nimi władzę, nad ich seksualnością, jak również nad funkcjami reprodukcyjnymi kobiecych organów. W czasie lektury zdajemy sobie sprawę z tego, że jako kobiety z jednej strony spotykamy się u mężczyzn z dużym niezrozumieniem, jak też z obawą, które to mogą niekiedy prowadzić do przemocy, a z drugiej strony mężczyźni są ciekawi kobiecej natury i darzą nas prawdziwym uczuciem.

Przyjeżdża pani do Polski z okazji Międzynarodowego Festiwalu Literatury Apostrof. Biorąc pod uwagę pani twórczość trudno nie zapytać o to, co sądzi pani o obecnej sytuacji kobiet w naszym kraju?

Sądzę, że dla Polek jest to kluczowy moment w historii, a wydarzenia w Polsce mogą wpłynąć na sytuację kobiet w Europie. Propozycje ustaw ograniczających  wolność kobiet w kwestii praw reprodukcyjnych, ale też wolność par, a konkretnie ustaw wprowadzających penalizację aborcji przeprowadzanej również w poważnych przypadkach, stanowią nie tylko naruszenie praw kobiet, ale przede wszystkim naruszenie praw człowieka. Mam nadzieję, że Polkom uda się znaleźć siłę, aby przeciwstawić się kampanii, której celem jest upolitycznienie ich organów i uczynienie z nich narzędzia propagandy.

Z „Zakazanego ciała” dowiadujemy się, że z reguły kryzysy w państwie odbijają się na sytuacji kobiet Skąd bierze się ta zależność?

Niestety jest to pewnego rodzaju stała w dziejach ludzkości. Mamy tutaj do czynienia z politycznym odruchem zawłaszczenia praw. Otóż gdy fundamenty społeczne, takie jak gospodarka, religia, polityka, trzęsą się w posadach, mężczyźni odruchowo odbierają kobietom prawo do decydowania o sobie, chcąc tym samym sobie udowodnić, że sprawują nad czymś władzę – nad życiem, nad swoim dziedzictwem, a także nad źródłem rozkoszy. Fakt ten zasmuca, ale kiedy już zdajemy sobie z niego sprawę, możemy się lepiej przygotować do takich kroków w tył, do których zresztą często dochodzi.

Czy uważa pani, że ta książka została wydana w Polsce w dobrym momencie?

Tak, mam wrażenie, że „Zakazane ciało” rzeczywiście może pomóc kobietom w Polsce. Będzie towarzyszyć im w tym trudnym momencie, kiedy muszą walczyć o swoje prawa, o wolność i godność.

Czy można powiedzieć, że wszystkie pani książki, te wydane w Polsce, dotyczą dyktatorów i ich relacji z kobietami?

Można powiedzieć, że moje książki pokazują, w jaki sposób kobiety zmagają się z dyktatem, który jest im niekiedy narzucany, oraz jak mimo wszystko udaje im się uzyskać wolność i znaleźć miłość.

A czy myślała pani o napisaniu książki o historii męskich narządów płciowych?

Nie, ponieważ historia męskich narządów płciowych została już spisana, a pozycja ta nosi tytuł „Dzieje ludzkości”... Poza tym nie mam obsesji na punkcie seksualności.

Czy pisze pani tylko o kobietach? W pani najnowszej książce, „Lady Scarface”, znów uwaga skupia się na płci pięknej.

W „Lady Scarface” koncentruję się przede wszystkim na tym, w jaki sposób można wywalczyć sobie wolność, a także jak miłość i uzyskana wolność mogą czasami przyczynić się do powstania przemocy. Jako że jestem kobietą, piszę obecnie o tych aspektach z perspektywy kobiecej – tej, która jest mi najbliższa.

Przełożył Krzysztof Żebrowski

Diane Ducret - francuska pisarka i dziennikarka. Studiowała filozofię, historię i historię sztuki w Rzymie oraz w Paryżu. Autorka bestsellerowych „Kobiet dyktatorów” - przetłumaczonych na osiemnaście języków i tylko w Polsce sprzedanych w nakładzie stu tysięcy egzemplarzy oraz „Kobiet dyktatorów 2”. Współpracuje z kanałami pierwszym i trzecim francuskiego radia. Jej najnowsza książka „Zakazane ciało. Historia męskiej obsesji” spotkała się z ogromnym zainteresowaniem na całym świecie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Manuela Gretkowska - Koniec cierpień

Na pieczęci znajduje się cała symbolika masońska, którą Manuela Gretkowska wykorzystała w „Faworytach” i pisaniu o Wenecji, mieście XVIII-wiecznych tajemnic, erotyki i masonerii. (Fot. Manuela Gretkowska)
Na pieczęci znajduje się cała symbolika masońska, którą Manuela Gretkowska wykorzystała w „Faworytach” i pisaniu o Wenecji, mieście XVIII-wiecznych tajemnic, erotyki i masonerii. (Fot. Manuela Gretkowska)
Stuletnia pieczątka całkiem skutecznie zamknęła trudny etap w życiu pisarki Manueli Gretkowskiej.

Ta pieczątka jest ważna dla mnie z kilku powodów. Po pierwsze, dlatego że to wyjątek. Przez całe życie nie udało mi się nic zachować, często się przeprowadzałam, dużo rzeczy musiałam zostawiać, inne się tłukły, zużywały. Natomiast ta jest solidnie niezniszczalna, zrobiona z litego metalu. Przetrwała sto lat, jak nie więcej. Po drugie, potwierdza moją wiarę w synchroniczność świata, jak powiedział Jung, a jak ktoś inny by to nazwał – w magiczność. Według mnie świat jest psychiczny, to znaczy nic się nie zdarza przypadkiem. I po trzecie, na pieczątce widnieje ważne zdanie, które stanowi mocną cezurę w moim życiu.

Skąd mam tę pieczątkę? W 1994 roku wróciłam do Polski z emigracji. To był przełomowy rok. Zamknęłam małżeństwo, skończyłam następny niezbyt udany związek, zaczęłam pierwszą pracę, przeprowadzałam się. W tym czasie wyreżyserowano w Bydgoszczy spektakl na podstawie mojego „Kabaretu metafizycznego”, więc z bandą znajomych pojechaliśmy na ostatnie próby i premierę. Podczas przedstawienia widzę siedzącego w pierwszym rzędzie człowieka koło trzydziestki, mówiącego razem z aktorami ich kwestie. Znał moją książkę na pamięć! A wiem, że to nie aktor. Po spektaklu podszedł do mnie, wręczył w prezencie tajemniczą pieczątkę i poprosił o spotkanie. Umówiliśmy się na Nowym Świecie, bo okazało się, że on przyjechał specjalnie na tę premierę z Warszawy. Bardzo mnie to wszystko zaintrygowało. Tym bardziej że siedziałam wtedy głęboko w Janie Potockim i w ogóle w XVIII wieku, co fascynuje mnie do dziś. Już w domu namoczyłam pieczątkę, przystemplowałam i zobaczyłam napis: „Tu koniec cierpień”. Na tej pieczątce jest kruk, trupia czaszka, czyli cała symbolika masońska, którą wykorzystałam w „Faworytach” i pisaniu o Wenecji, mieście XVIII-wiecznych tajemnic, erotyki i masonerii.

Spotykamy się w kawiarni, miło rozmawiamy. Dowiaduję się, że facet wie wszystko o mnie i mojej rodzinie. Zna mój numer telefonu, adres, PESEL i pewnie rozmiar buta. Przyznał, że gdybym się nie zgodziła na spotkanie, to by mnie porwał z ulicy. A to były nieciekawe czasy, pełne szemranych afer, ludzie znikali, wyławiano ich jak w „Długu” Krauzego z Wisły. Powiedział wprost o współpracy ze służbami. Fascynowała go moja twórczość i chciał mnie poznać. Więcej go nie widziałam. Może dlatego, że byłam miła i się spotkałam? Bo ja jestem miła dla wariatów. Kontakty z szaleństwem mam od urodzenia. Urodziłam się w szpitalu psychiatrycznym, gdzie mama pracowała przez 30 lat. Tomasz Mann pisał, że pewne rodziny przyciągają pieniądze, ja przyciągam szaleńców oraz okolice poczytalności. Męża poznałam, gdy pracował w szpitalu psychiatrycznym w Sztokholmie. Moje pisanie, obwarowane logiką, jest jednak, czego nie ukrywam, na granicy magii, psychodelii i odmiennych stanów świadomości. Może dlatego, że wcześniej, przez pracę mamy, wiedziałam, kim jest Korsakow (od zespołu alkoholowego) niż Czajkowski.

Ta pieczątka zmieniła dużo w moim życiu. Od tamtego czasu lepiej się chronię, i przed służbami, i przed szaleństwem. Rzeczywiście przyniosła mi koniec cierpień. Teraz tylko czasem życie ćmi, ale bez tragedii.

Manuela Gretkowska pisarka. właśnie ukazały się dwie jej książki: „Faworyty” (Znak) i nieoczywisty przewodnik „Wenecja. Miasto, któremu się powodzi” (Wielka Litera).

  1. Psychologia

Jakich mężczyzn potrzebują współczesne kobiety? Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Czy w czasach równych praw, liberalizmu i demokracji sami podejmujemy decyzje, jak chcemy żyć, czy coś lub ktoś decyduje za nas? Czy kobiety i mężczyźni mogą w takim samym stopniu decydować o swoim losie, wyborze drogi życiowej, o byciu lub niebyciu singlem, założeniu rodziny, posiadaniu dzieci? Czy to naprawdę efekt naszych świadomych wyborów, że jest tak dużo singli i samotnych matek – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Stereotyp jest taki, że podejmując decyzje, kobiety kierują się emocjami, poświęceniem, a mężczyźni – karierą, realizacją siebie.
Teraz to się zmieniło, młode kobiety stają przed zupełnie nową perspektywą życiową. A ponieważ jest ona nowa, nie mają wzorców, z których mogłyby skorzystać, by wybierać świadomie i mądrze szacować ryzyko. Obowiązująca w tej chwili instrukcja dla kobiet rozpoczynających życie to: nie ma co liczyć na mężczyzn, trzeba liczyć tylko na siebie, zdobyć wykształcenie i pracę, żeby być niezależną ekonomicznie i życiowo. Koniec z marzeniami o księciu, rycerzu czy misiu, który ci w tym pomoże. I większość młodych kobiet nie uznaje już tej do niedawna rozpowszechnionej strategii: Wykształcę się trochę, żeby być kulturalną panią domu, a potem spotkam odpowiedzialnego mężczyznę, założymy rodzinę, będziemy mieli dzieci. On będzie pracował, ja zajmę się domem i jakoś to życie nam przeleci.

Mainstreamowa obyczajowość postuluje nowy model życia kobiety i ostatecznie odbiera nadzieję na to, że stary jest coś wart. Dlatego kobiety są tak zdeterminowane, by za wszelką cenę – nawet nadużywając siebie – zrealizować ten nowy autonomiczny model.

W jaki sposób młode kobiety, decydując o swoim życiu, nadużywają siebie?
Na przykład sponsoring to forma nadużywania siebie w imię realizacji nowej strategii. Nadużyciem są też nałogi, bo trzeba się jakoś znieczulić, dopieścić, mieć pod ręką dopalacz, kiedy już brakuje siły, wiary, nadziei i wsparcia. Byle sięgnąć ideału, którym są praca, kredyt, samochód, mieszkanie. Dopiero wtedy z pozycji samodzielnej singielki kobieta może się rozglądać za stałym partnerem, który – jeśli wszystko dobrze pójdzie, a ona dalej pozostanie w pełni niezależna – będzie nadawał się na ojca jej dzieci. Do niedawna młode kobiety mogły jakoś realizować taki scenariusz. Ale na skutek kryzysu coraz częściej zderzają się z bezrobociem. I to jest tragedia, bo choć tak wiele pracy, wyrzeczeń i nadużyć zainwestowały w batalię o autonomię, bez pracy nieuchronnie wpadają we wtórne uzależnienie od lepiej urządzonych mężczyzn – często z pokolenia ich ojców – albo od własnych rodziców.

Nie jest łatwo być kobietą, która wybrała aspiracje do miejskiego dobrobytu i autonomii.
Nie dość, że brakuje drogowskazów, to na dodatek wsparcie systemowe jest w powijakach. Rzesze zdeterminowanych kobiet uciekają z małych miejscowości do dużych miast (mężczyźni wykazują w tej sprawie mniej inicjatywy) i przystosowując się do środowiska miejskiego, odcinają się od rodzinnych korzeni i ich kulturowego przekazu. Mało tego – potrzeba im wręcz entuzjazmu neofity w asymilowaniu nowych wartości i obyczajów. Bo gdy porzuca się wszystko, co znane, można tylko brawurowo i bezrefleksyjnie łykać nowe. Być gotowym na wszystko bardziej niż dzieci z zasiedziałych wielkomiejskich rodzin. Wtedy wybiera się tylko to, co korzystne z punktu widzenia upragnionego celu. Wokół złamane serca, zawiedzione przyjaźnie, rozbite rodziny. A na końcu drogi czyha samotność – niechciana cena za poświęcenie wszystkiego i wszystkich.

Samotność? A gdzie są mężczyźni dla autonomicznych kobiet?
No właśnie, tak wypracowany sukces wyklucza zgodę na jakiegokolwiek „miśka”. Wymagania są duże. To musi być wojownik, który budzi szacunek, który się rozwija i ma aspiracje, jest odpowiedzialny, ma podobne zainteresowania – a takich jest coraz mniej albo już założyli rodziny. Na pewno nie ogłaszają się na portalach randkowych. Więc rozczarowane i roszczeniowe neofitki pytają: „Dlaczego rynek nie oferuje facetów w lepszym gatunku?”. Kilka fakultetów i języków, dobra praca, mieszkanie, pieniądze, sylwetka – a w męskim supermarkecie półki puste albo badziewie. Zanika świadomość, że relacje buduje się długo i cierpliwie, gotowych nie dają i gdy kalendarz przypomni, że czas na dzieci, zaczynają się nieprzemyślane wybory, np. angażowanie w trójkąty, bo mężczyźni z wyższej półki są już w związkach i nie chcą z nich rezygnować. A jeśli zrezygnują, to życie w patchworkowej rodzinie bywa trudne. Heroiczna decyzja o samodzielnym macierzyństwie też nie daje pełni satysfakcji, bo w głębi serca kobiety ciągle potrzebują ciepłego, bezpiecznego związku i partnera w domu.

Jak więc wybierać, by mimo woli nie wybrać samotności?
Gdybym miał wychowywać córkę, prawdopodobnie – zważywszy na dominujący kulturowy kontekst – na wszelki wypadek przygotowywałbym ją do samodzielności. W nadziei, że samodzielność nie musi oznaczać samotności, bo ta nigdy nie jest naturalnym wyborem. Jest klęską na różne sposoby oswajaną: Bo faceci są beznadziejni; A po co mi facet? Nawiasem mówiąc, zanika w słownictwie kobiecym termin „mężczyzna” (nawet mężczyźni wstydzą się tego słowa). A gdy myśli się „facet”, to spotyka się facetów, a nie mężczyzn. Nasze słowa i przekonania tworzą świat, w którym żyjemy. Aby więc znajdować partnerów i unikać pułapki samotności, kobiety powinny uważać na słowa i myśli, których używają i które pielęgnują w kontekście mężczyzn i związków z nimi. Inaczej nie da się w etos autonomii kobiety włączyć bliskiej, trwałej i opartej na szacunku i partnerstwie więzi z mężczyzną. I to jest krytyczny dylemat w etosie współczesnej kobiety: Jak zachować autonomię i jednocześnie zdolność wchodzenia w bliskie, partnerskie relacje?

Kobiety, które miały siłę, żeby się usamodzielnić, w obawie przed tradycyjnym związkiem wybierają na partnerów słabych mężczyzn.
Kulawy i gorzki związek z mężczyzną, którego kobieta sobie podporządkuje i którego nie szanuje, to mierna alternatywa dla singielstwa. Wybranie słabszego mężczyzny pozwala jednak mieć nadzieję na zachowanie autonomii. Dlatego też wielu mężczyzn nadal poszukuje słabych i niemądrych kobiet. Rozkapryszonej kizi-mizi, która czasem pokrzyczy, potupie, strzeli focha, której nie trzeba traktować poważnie i nadal można się cieszyć wygodną wolnością. Ci mężczyźni nie zdają sobie sprawy, że to, co próbują uchronić, to nie wolność, lecz niedojrzałość. Czasy i obyczaje jednak się zmieniają i teraz kobiety mają ten problem, zastanawiają się, czy nie stracą po ślubie swojej z trudem wywalczonej wolności – niedojrzałości.

A mężczyźni – jaki jest ich główny problem z decydowaniem o sobie?
Mężczyznom wydaje się często, że samo bycie mężczyzną czyni ich autonomicznymi i nie muszą nic w tej sprawie robić. A skoro kobiety się usamodzielniają, to coraz więcej mężczyzn zwalnia się z odpowiedzialności za materialne bezpieczeństwo nie tylko rodziny, lecz nawet własne. Mężczyzna może sobie wyobrazić coś, co do niedawna nie mieściło się w męskiej głowie: „Skoro nie mam szansy na dobrą pracę, to znajdę sobie dobrze zarabiającą kobietę, zaakceptuję słabszą pozycję, przyjmę rolę gospodarza domu, którego żona utrzymuje – i święty spokój”. Przeciw staremu etosowi męskości działa też system ekonomiczno-społeczny. Piramida sukcesu robi się coraz bardziej stroma, rozwarstwienie – absurdalne. Coraz trudniej być samcem alfa.

Czy to znaczy, że mężczyzna nie ma wyboru, nie decyduje, czy dalej mieszkać z babcią, czy założyć rodzinę?
Przy kurczącym się rynku pracy mężczyznom zostaje coraz mniej możliwości – a oczekiwania kobiet i wymagania męskiego etosu pozostają na tym samym, wyśrubowanym poziomie. Systemowe ograniczenia są wielkie, bo dotykają etosowych potrzeb mężczyzn – jak, nie mając pracy, zakładać rodzinę? Co gorsza, nie ma się gdzie wykazać męstwem, stąd ta potrzeba tworzenia mitów o czyhających wewnętrznych i zewnętrznych wrogach. Stąd potrzeba wyżywania się w zastępczych wojnach na piłkarskich stadionach.

Ilu jest nowoczesnych mężczyzn?
Ciągle jeszcze niewielu mężczyzn gotowych jest na wersję: Razem będziemy klepać naszą małą biedę, mamy siebie, wynajęty pokój, dwa rowery i barterową wymianę w środowisku, w którym żyjemy. Jeśli to świadomy wybór, a nie upokarzająca konieczność – to super. Ale nawet wtedy, przy tak anemicznym wsparciu państwa posiadanie dziecka staje się ryzykownym przedsięwzięciem. Przerzucanie przez państwo odpowiedzialności za młodych na dziadków emerytów świadczy o systemowej niewydolności. I niebawem przyniesie katastrofalne demograficzne skutki. Dlatego trzeba zacząć inaczej myśleć o roli państwa, o możliwościach, które rynek stwarza mężczyznom. Mężczyźni muszą pracować nad zmianą etosu i realnie dzielić się z kobietami władzą, wolnością i odpowiedzialnością. Trzeba mieć nadzieję, że unikniemy tragicznej powtórki z matriarchatu, że mężczyźni nie zaakceptują wersji: Wyjdę za bogatą albo zapiszę się do jej haremu.

No, ale mężczyzna może wnieść wiele do związku, nawet jeśli nie ma kasy.
Może, jeśli nie jest sfrustrowany, nie ma depresji, nie czuje się upokorzony zależnością od kobiety. Na razie nie ma takiej możliwości, by statystyczny mężczyzna mógł poczuć męskość w związku z kobietą, od której całkowicie zależy ekonomicznie. Nie może przypisać sobie zasługi urodzenia i wykarmienia dzieci, by czując się godnie, pobierać od partnerki dożywotnie dowody wdzięczności. Mężczyźni niechętnie – jakby nie porzucili nadziei na powrót dawnych reguł – rozpoczynają dopiero pracę nad zmianą etosu. Nadal dla zdecydowanej większości płeć nie jest genderowa, definiowana społecznie i obyczajowo, lecz jest biologiczna, raz na zawsze ustalona. Potrzeba pokoleń, by mogli na innej zasadzie wchodzić w związki z kobietami. Jeszcze długo mężczyzna będzie się czuł upokorzony, gdy mu zabraknie na kawę dla adorowanej kobiety. Jeszcze długo kobiety będą oceniać mężczyzn, patrząc na ich zawodową i ekonomiczną pozycję, ambicje i dążenia. Kobiet, które odniosły sukces i wybierają mężczyznę ze względu na inne niż ekonomiczne zalety, jest bardzo mało. Najczęściej są samotne i biorą na utrzymanie młodszych od siebie mężczyzn. Nierzadko ma to charakter sponsoringu, choć zdarza się, że i takie związki są szczęśliwe.

Czyli dla kobiet kasa liczy się najbardziej w ocenie partnera?
Przede wszystkim liczy się partnerstwo. Ale to wydolność finansowa mężczyzny jest jednym z istotnych wskaźników zdolności do niego. Nawet gdy ją najbardziej cieszy wspólna jazda na rowerach, to ważne jest, aby on miał rower tej samej klasy i mógł za nią nadążyć. Rowery tandemy już się nie przyjmą – niezależnie od tego, kto miałby trzymać kierownicę.

Współczesne związki muszą się opierać na partnerstwie finansowym, gwarantującym obu stronom wolność podejmowania decyzji o wyjściu ze związku, gdy inne atrybuty – te najważniejsze – zawodzą. Ekonomiczne partnerstwo zaczyna w dużym stopniu decydować o szacunku. Także dla kobiet urodzenie dziecka jest coraz rzadziej wystarczającym argumentem do rezygnacji z własnych dochodów i kariery.

Niezależność ekonomiczna nowym fundamentem związków?
Na to wygląda. Bo co ma począć 30-latka, która odniosła sukces zawodowy, a zakochała się ze wzajemnością w równolatku, który nie ma pracy i mieszka z mamą? Prawie nieuchronnie po wielkiej eksplozji ich uczucie przejdzie w fazę implozji. On nie może znieść upokorzenia, że go nie stać na jej poziom życia. Ona, nie chcąc rezygnować ze słodkich owoców sukcesu, płaci za niego i pokazuje mu świat, do którego on beznadziejnie aspiruje – co frustruje go jeszcze bardziej. On czuje się jak Kopciuszek macho, który żąda od ukochanej księżniczki, by nie zabierała go do pałacu, lecz na dowód ich miłości zamieszkała z nim w komórce. W czasach narastającego rozwarstwienia i usamodzielniania się kobiet partnerstwo ekonomiczne staje się równie ważne jak intelektualne. Dlatego rozwiązaniem, które pojawia się teraz na masową skalę, jest singlowanie. Ufajmy, że to tylko faza przejściowa.

Jak mimo wszystko uratować miłość i budować trwałe związki?
Wiele zależy od tego, czy kobietom sukces nie przewróci w głowie: Skoro zrobiłam taki wysiłek, to teraz należy mi się królewicz, rycerz albo choć śliczny paź. Królewiczów i rycerzy jest coraz mniej, a paziowie boją się kobiet. Ale też odpowiedzialni mężczyźni nie wyrywają się do zakładania rodzin, bo męskie superego szepcze im nadal do ucha: „Albo cię stać na kobietę i rodzinę, albo nie. A jeśli nie, możesz zostać tylko kłusownikiem”.

Wojciech Eichelberger – psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca  i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii; www.ipsi.pl

  1. Psychologia

Perfekcyjne macierzyństwo - dylematy współczesnych matek

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Współczesna matka ma poczucie porażki, gdy dziecko nie mówi w wieku pięciu lat po angielsku, nie jeździ konno, jest grube albo chude. O tym, jak dałyśmy się zapędzić w perfekcyjne macierzyństwo, opowiada socjolożka, profesor Anna Giza-Poleszczuk.

Czym młode matki różnią się od matek pani pokolenia?
Pierwsza różnica to wchodzenie w macierzyństwo. Kiedyś jak rodziło się dziecko i matka przychodziła z nim do domu, to nagle roiło się tam od kobiet. Wpadała babcia, teściowa, kuzynka, siostra. Kobieta była wprowadzana do macierzyństwa przez inne kobiety. To było społeczne wydarzenie. Kładło się ją spać, ktoś inny zajmował się dzieckiem, udzielało jej się rad wynikających z doświadczenia. Natomiast dzisiaj kobieta wraca do domu tylko z mężczyzną i dzieckiem.

Bo jej mama jest zupełnie w innym mieście?
Jej rodzina jest rozsiana gdzieś po Polsce. A nawet jak jest blisko, to jednak daleko. Ostatnio miałam rozmowę z młodą dziewczyną, która urodziła pierwsze dziecko i od razu zapowiedziała swojej matce i teściowej, że nie chce ich widzieć. Że chce wrócić do domu i być sama z dzieckiem i mężem. Nawet jeżeli to starsze pokolenie jest dostępne, to ono już nie jest godne zaufania. I to jest ta druga różnica – macierzyństwo stało się medyczno-naukowe. Do macierzyństwa wdraża nas psycholog, terapeuta, pediatra, położna ze szkoły rodzenia, a nie jacyś amatorzy. W badaniach społecznych nazywa się to odbieraniem macierzyństwa środowisku społecznemu. Rodzicielstwo stało się umiejętnością nabytą, którą zdobywamy poprzez czytanie książek, na warsztatach i kursach różnego rodzaju. Kiedyś noworodka witało się z dużą ciekawością w domu, bo tkwiło w nas założenie, że dziecko jest już jakieś, że ono przynosi ze sobą coś określonego, w miarę gotowego, co musi się ujawnić.

A teraz już tak nie jest?
Nie, dziecko od samego początku jest zadaniem do wykonania. Powinno dostawać do norm rodziców, spełniać nasze oczekiwania. Od razu patrzy się na dziecko w sposób zobiektywizowany, mamy różne „programy”, odniesienia. Dziecko to jest taka walizka, którą my musimy zapakować i przygotować do życia. Jedna z moich studentek zrobiła analizę treści porad dla przyszłych matek. „Jeśli planujesz zajść w ciążę, to się do tego przygotuj. Już dwa tygodnie wcześniej zrelaksuj się, żeby poczęcie odbyło się w miłej atmosferze, bo to jest wdrukowanie osobowości dziecka. Jak jesteś w ciąży, bacz, co robisz, bierz witaminy. Słuchaj odpowiedniej muzyki”. To straszenie matek konsekwencjami ich postępowania. W jednym z analizowanych artykułów była sugestia, że jak matka w ciąży dużo płacze, to może urodzić dziecko z zespołem Downa. Zawsze się uważało, że kobieta w ciąży nie może pić czy palić, ale to jest dosyć oczywiste. W tych pseudoporadach mówi się o kwestiach emocjonalnych. Kiedyś matka była odpowiedzialna za rzeczy fizyczno-pragmatyczne. Moja babcia uważała, że jak dziecko jest czyste, nakarmione, chodzi do szkoły, a nie na wagary, i przynosi jako takie stopnie, to matka mogła być z siebie dumna. Bycie dobrą matką było proste.

A jak się ten repertuar rozbudował?
Coraz częściej kwestie bytowe zdejmuje nam z głowy marketing. Producent ugotuje za nas zupkę, dostarczy jednorazowe pieluchy. Współczesna matka jest odpowiedzialna za rozwój psychologiczno-emocjonalny dziecka, którego nie da się zmierzyć. Innymi słowy, o ile łatwo odhaczyć, czy syn umył zęby, czy nie, o tyle trudno wieczorem stwierdzić, czy jest szczęśliwy i spełniony. Czy ja, matka, odkryłam jego wewnętrzny potencjał? Czy on, kurczę, powinien jeszcze grać w rugby? W związku z tym kobiety mają emocjonalną sinusoidę. Raz im się wydaje, że są dobrymi matkami, za chwilę – że beznadziejnymi.

A wy tego nie czułyście?
A skąd! Kobiety dbały o swoje dzieci i przeżywały różne dylematy, ale nie w ten sposób. Ja pamiętam radę, jakiej mi udzieliła babcia: „Aniu, pamiętaj, dziecko jest człowiekiem i musisz je szanować. Ale ty też jesteś człowiekiem i dziecko też cię musi szanować. Więc jeżeli boli cię głowa, a ono akurat postanowiło walić kijkiem w blaszak, to po prostu ma tego nie robić”. Kiedyś była większa równowaga, teraz rodzice są przystawką do dziecka. Wszystko jest naszą winą, naszą odpowiedzialnością.

Przykład?
Byłam w odwiedzinach u młodej matki. W salonie stał nocnik z kupą. Moja znajoma podaje herbatę, ciasteczka, a kupa stoi. A ja mówię: „Słuchaj, a to?”. Ona: „Wiesz, co ja wyczytałam? Kupa to jest cząstka dziecka tożsamości, dziecka dzieło. Nie możesz mu pokazać braku szacunku i po prostu jej wyrzucić”.

Czy to nie jest tak, że my przeraźliwie boimy się być toksycznymi matkami. Nawet nie złymi, ale właśnie toksycznymi.
Tak, dziewczyny są naprawdę zastraszone. Efekt jest taki, że młode kobiety boją się zostawać matkami. Nie dlatego, że nie mają pieniędzy, tylko wyczuwają ogromną odpowiedzialność. Poza tym został zdewaluowany przekaz tradycji – dziadkowie są źli, to ci, którzy przegrzewają dziecko. A współczesnej matce odebrano wszystkie naturalne kompetencje do wychowania dziecka i zostawiono poczucie winy. Kiedyś wierzono, że kobieta ma naturalne odruchy, które jej pomogą, gdy stanie się matką.

Było nawet coś takiego jak instynkt macierzyński.
Już dawno go nie ma. „To jest produkt kulturowy, bardzo zły”. Tak to się pozycjonuje, że kobieta nie wie nic, nie potrafi wziąć dziecka na ręce, dotykać go, myć, przewijać. Musi się tego wszystkiego nauczyć. Kobiety dały sobie wmówić, że nic nie potrafią, ale mają do wykonania zadania – muszą wychować geniusza, obudzić w nim olbrzyma itd.

I za zdobycie tych wszystkich umiejętności płacą. Robi się przepaść życiowa, muszą na to wszystko zarobić, więc nie mają czasu na bycie z dzieckiem i robienie ludzików z kasztanów.
Kiedyś moja znajoma pracująca w korporacji była na zwolnieniu i poszła ze swoimi bliźniaczkami na spacer. Usiadła przy piaskownicy, panie na nią spojrzały i powiedziały: „O, dziewczynki mają nową nianię”. Niezwykle to przeżyła, ponieważ to trafiało w sedno jej dylematu – spędzała całe dnie w korporacji, żeby wynająć nianię dla swoich dzieci, żeby być dobrą mamą. Żeby ją było stać na te wszystkie gadżety, które są podobno niezbędne do wychowania dziecka.

Paradoks polega na tym, że im więcej pracujemy, tym więcej wydajemy. Niania kosztuje 19 tysięcy złotych rocznie.
Tak, ale z drugiej strony – znalazłyśmy się w pułapce bez wyjścia, ponieważ świat kobiet opustoszał. Matka, która idzie na urlop macierzyński, staje się więźniem własnego dziecka. Nie ma dokąd pójść, nie ma co ze sobą zrobić. Nagle okazuje się, że gdzieś tam świat się kręci, a ona siedzi z dzieciakiem w domu jak głupia. Kiedyś kobiety włóczyły się bandami. Chodziłyśmy z maluchami do kuzynki, koleżanki, siostry. Pamiętam, że podrzucałyśmy sobie nawzajem dzieci. Nie siedziałyśmy w tych grodzonych osiedlach, były rozwinięte sieci społeczne.

Teraz te kontakty zastępujemy produktami i płatnymi usługami.
Macierzyństwo się sprofesjonalizowało i skomercjalizowało, a branża dziecięca to jeden z większych przemysłów na świecie. Teraz jak się otwiera drzwi pokoju dziecięcego, to zalewa nas lawa zabawek. Pamiętam, że mój syn dostał wiele lat temu klocki Lego. To nie był żaden komplet, tylko kilkanaście elementów, które ktoś nam przysłał z Zachodu. Jaki to był skarb, każda palemka w tych klocuszkach, każdy kwiatuszek był przez niego szanowany. Na zabawki trzeba było wówczas zasłużyć. Dziś nie wiadomo, co kupić dziecku, bo ono wszystko ma.

Jak jeszcze zmieniła się pozycja dziecka w rodzinie?
Dziecko stało się wehikułem spełnienia wszystkich naszych zadań, aspiracji, co powoduje, że zamęczamy i przeciążamy je lekcjami dodatkowymi. Wyścig o rangę społeczną przeniósł się już chyba do żłobka. Słyszałam, że matki na zebraniu w sprawie założenia żłobka pytały, czy dzieci będą uczone angielskiego. Zaczynam sobie zadawać pytanie, czy myśmy wszyscy po prostu nie oszaleli. To, co dziecku jest potrzebne w myśl mojego tradycyjnego światopoglądu, to dużo serdeczności, czułości i poczucie bycia użytecznym. Dla mnie najbardziej uderzające jest to, że dzieci dzisiaj nie mają żadnych obowiązków domowych. Oczywiście, myśmy z siostrą jęczały pod rządami „megatoksycznej” matki, bo trzeba było posprzątać i pójść po zakupy, zrobić pranie, ale jednocześnie miałyśmy poczucie, że jesteśmy potrzebne w domu. Nasz dom, nasza rodzina były wspólnym przedsięwzięciem. A dziś dziecko jest…

Księciem?
Też nie do końca, bo ma przecież obowiązki, chiński i angielski od przedszkola. Teraz dziecko powinno błyszczeć, być najlepsze w klasie albo przynajmniej bardzo dobre.

Czy to nie jest tak, że jeżeli ktoś nam daje jakąś propozycję udoskonalenia naszego macierzyństwa, to my zawsze z niej skorzystamy?
Czytałam wspaniałą książkę amerykańskiego etyka medycyny, filozofa Carla Elliotta: „Better than Well” [Lepiej niż dobrze]. Opowiada on o tym, że wiele procedur medycznych było wynajdowanych, żeby pomóc wąskiej grupie w nieszczęściu. Jest tam rozdział poświęcony historii ritalinu (lek stosowany np. przy ADHD). Powstał, żeby pomóc dzieciom, które miały problemy z koncentracją. W trakcie leczenia okazało się, że pośrednio prowadzi też do osiągnięcia lepszych wyników w szkole, więc matki zdrowych dzieci też zaczęły dawać im ritalin. Nagle stało się to powszechne i dzieci, którym rodzice nie dawali tego leku, zaczynały odstawać od grupy. Mówię o tym, bo trudno takiemu mechanizmowi nie ulec. Każdej matce chodzi o to, żeby dziecko poradziło sobie w życiu. Najgorszy koszmar dla rodzica to widzieć własne dziecko bez pracy, niekochane, sponiewierane, gdzieś na dnie. Wydaje mi się, że cała presja wywierana na matki trochę na tym żeruje.

Wydaje mi się, że we współczesne rodzicielstwo wpisany jest jakiś konkretny obraz. Oddzielny pokoik, wisząca karuzela nad kołyską, puszysty dywanik. To dzieciństwo ma być piękne i bogate. Nie chcemy, żeby było przypadkowe.
Absolutnie tak. Młodzi ludzie myślą, że rodzicielstwo to jest monstrualne wyzwanie, do którego nie wiadomo, jak trzeba się przygotować finansowo i psychicznie. Nie mamy stałej pracy, więc zwlekamy, nie mamy mieszkania – czekamy. Ale jak sobie pomyślimy, w jakich warunkach kiedyś ludzie mieli dzieci, to perspektywa się zmienia. Moja mama zawsze mawiała, że na dziecko nie sposób się zdecydować racjonalnie. To zawsze jest taki element: „O, stało się”.

Dziś usłyszałaby, że takie nastawienie to jest nieodpowiedzialność.
Tak, ale gdybyśmy mieli to sobie wszystko idealnie ułożyć, to byśmy tych dzieci nie mieli... Jakby narodzenie dziecka to była ruina życia. Musimy się wyrzec siebie, kariery, wolności, a nie myślimy, że po prostu przychodzi do nas mały przybysz.

Czy wasze pokolenie w ogóle zastanawiało się: „Czy stać mnie na dziecko?”.
Nie. I tak było wiadomo, że własnego mieszkania doczekamy się po czterdziestce. 80 procent małżeństw mieszkało z rodzicami. Medycyna też była mniej rozwinięta, więc kobiety nie miały tego złudzenia, że mogą urodzić po czterdziestce. Jak ja rodziłam swojego syna w szpitalu, mając 25 lat, to mówiono o mnie „stara pierwiastka”. Trzeba dodać, że w czasach mojej młodości nie było tak szeroko dostępnych środków antykoncepcyjnych. W związku z tym myśmy musiały liczyć się z tym, że dziecko może się przytrafić. Dziś mamy pokolenie młodych kobiet i mężczyzn, którzy nie znają dzieci.

Zastanawiam się, jak zachować zdrowy rozsądek przy tych rosnących oczekiwaniach wobec współczesnych rodziców?
Pokładam duże nadzieje w ruchu minimalistów i  świadomych konsumentów, bo to się łączy z  rodzicielstwem. Najważniejsze jest to, żeby nie stracić kontaktu z  samym sobą. Zadawać sobie pytania: Co ja czuję? Czego chcę? Kim jest moje dziecko? Czego potrzebuje? Ponieważ kiedy wszystkie dzieci w wieku dziesięciu lat mówią po angielsku, to to przestaje mieć znaczenie. Może w przyszłości wygrają osoby, które będą umiały ograniczyć swój apetyt, uśmiechnąć się do kogoś. Trudno powiedzieć, świat stał się bardzo nieprzewidywalny.

Anna Giza-Poleszczuk profesor, specjalizuje się w temacie socjologii rodziny i więzi społecznych, w latach 2012-2019 prorektor Uniwersytetu Warszawskiego, autorka wielu książek i pomysłodawczyni uniwersyteckiego żłobka. Oprócz rozwijania kariery naukowej zajmuje się wnukami.

  1. Psychologia

Być blisko, tłumaczyć, czyli jak wychowuje Ałbena Grabowska

Ałbena Grabowska z dziećmi (Fot. Szymon SZcześniak/ LAF
Ałbena Grabowska z dziećmi (Fot. Szymon SZcześniak/ LAF
Jako mama składam się z samych sprzeczności. Ale jestem ich świadoma i z nimi walczę – mówi Ałbena Grabowska, lekarka, pisarka, mama Juliana (18 lat), Aliny (16) i Franka (11).

Powieść „Stulecie Winnych” zmieniła nie tylko moje życie zawodowe, ale i rodzinne. Cztery lata od wydania pierwszego tomu już była ekranizacja! I ten fakt mocno wpłynął na moją rodzinę. Przede wszystkim zrezygnowałam z pracy w szpitalu, mogłam pozwolić sobie, żeby więcej czasu spędzać w domu i jeździć z Frankiem na terapie. Dzieci zauważyły też, że mama jest rozpoznawalna, że mówi się o „Stuleciu…”. Zachęcam je do czytania moich książek, ale nigdy nie powiedziałam „musicie” czy „powinniście”, nawet przy książce „Tam, gdzie urodził się Orfeusz”, napisanej specjalnie dla nich. Julian przeczytał pierwszy tom, teraz uczy się do matury, więc na pozostałe nie ma czasu. Córka też na początku sięgnęła tylko po pierwszy tom. Nie pytałam, dlaczego nie czyta drugiego i trzeciego, co się jej podobało, a co nie. Do tej rozmowy wróciłyśmy dopiero teraz, kiedy jest po lekturze wszystkich trzech tomów. Przyznała, że wcześniej trudno jej było wziąć moje książki do ręki, bo się denerwowała, że nawet jeżeli nie są o mnie, to może w jakiś sposób się w nich odsłaniam.

Przed pierwszym sezonem zapytałam dzieci, czy chcą wystąpić w filmie jako statyści, zwłaszcza że było wiadomo, że wystąpiłyby ze mną (zagrałam epizod). Znały moje młodzieńcze marzenia o byciu aktorką. Ale nie chciały statystować, a ja nie naciskałam.

Potem oglądaliśmy wspólnie serial, każdy odcinek z drżeniem serca, ja z powodu oglądalności, one – bo były ciekawe, jak losy moich bohaterów zostaną pokazane. Franek zadawał najwięcej pytań, przeżywał porażki bohaterów, a nawet wszedł ze mną w dyskusję o tym, dlaczego wymyślam ludzi, którzy cierpią, a nie szczęśliwych. Na koniec ostatniego odcinka wszyscy się wzruszyliśmy. Franek powiedział wtedy, że chciałby zagrać w drugim sezonie. Zapytałam producentów, czy może stanąć do castingu. Stanął, został wybrany i wypadł fantastycznie.

Nigdy nie wolno się poddawać

To był dla mnie szczególny i wzruszający moment. Ale nie dlatego, że syn zagrał w ekranizacji mojej książki, tylko z zupełnie innego powodu. Otóż jak miał trzy lata i poszedł do przedszkola, ujawniły się problemy, których wcześniej nie było – zaczął być agresywny wobec innych dzieci, nie chciał się bawić, nie reagował na polecenia nauczycielek. To było dla mnie ogromne zaskoczenie, ponieważ w domu tak się nie zachowywał ani wobec rodzeństwa, ani zaprzyjaźnionego syna niani, z którym spędzał dużo czasu.

Od razu poszłam na rozmowę z panią psycholog, która stwierdziła, że to autyzm. Mnie się to wydawało absurdalne, przecież nie miał objawów typowych dla autystyków, jak niepatrzenie w oczy, unikanie kontaktu. W tym czasie zaczął się u niego regres mowy, przez kilka miesięcy cofnął się do tego stopnia, że nie mogłam się z nim porozumieć. Zmieniliśmy przedszkole na integracyjne. Udało się zapisać go na terapię w bardzo dobrym ośrodku. Mimo to cały czas się cofał.

Nie poddawałam się, woziłam go trzy razy w tygodniu na kilkugodzinne bloki zajęć terapeutycznych. Poprawa następowała jednak powoli. Na zakończenie pierwszego roku w przedszkolu, w tym czasie, gdy dzieci występowały, Franek siedział pod krzesłem. Po drugim – stanął obok nich. Po trzecim – coś próbował zaśpiewać. A po pierwszej klasie już wystąpił z dziećmi. W czwartym roku zajęć terapeutka powiedziała, że jest przełom. Ja tez zauważyłam progres – zaczął mówić, być aktywny.

Opowiadam o tym tak szczegółowo, bo chcę pokazać, jakie efekty dała praca, przede wszystkim Franka, ale i terapeutów. I że nigdy nie wolno się poddawać. Na koniec kolejnego roku szkolnego grał w przedstawieniu głównego bohatera! Potem zapisałam go do Warsztatowej Akademii Musicalowej, gdzie chodziła Alinka. I tam, wśród dzieci, muzyki, ruchu, dostał skrzydeł. Na dorocznym koncercie denerwowałam się, jak sobie poradzi ze względu na jego deficyty, bo tam występują zdrowe, utalentowane dzieci. I Franek dał rade! Odetchnęłam z ulga.

Na planie filmowym też wspaniale się odnalazł – bez szemrania powtarzał kilka razy scenę, był skupiony, doskonale wiedział, jakie ma zadanie, a na koniec zapytał, czy może zagrać w trzeciej części. Dla mnie to był niesamowity moment, wynagradzający wszystkie trudy i wyrzeczenia. Bo mimo że się nie poddawałam, to czasem wydawało mi się, że on nigdy z tego nie wyjdzie, że nigdy nie pomyśli abstrakcyjnie, nawet gdy nauczy się mówić, że nigdy nie zażartuje. A okazało się, ze wszystko to udało mu się osiągnąć! Od października nie chodzi już na terapię indywidualną. Terapeutka przez rok przygotowywała go do zakończenia zajęć. Nie jestem aż tak skłonna do wzruszeń, ale ilekroć o niej pomyślę, to mam łzy w oczach, ona przywróciła nam życie.

Chodzi do czwartej klasy, jest bardzo dobry z polskiego i historii, interesuje się drugą wojną światową. Ale nie ma jeszcze nawyku uczenia się, musimy nad tym pracować. Powtarzaliśmy do klasówki, pytam, czy pamięta, jak ma na imię wielki książę litewski. On: „Witold, jak imię dowódcy Dywizjonu 303 (Witold Urbanowicz)”. „Skąd ty to wiesz”, pytam, a on zdziwiony: „A ty tego nie wiesz?”.

Julian z kolei jest totalnym indywidualistą, ogromnie niezależnym, zmuszenie go do czegokolwiek jest niemożliwe. O ile z autystycznym Frankiem można było usiąść i się pobawić, to dwoje starszych nie usiedziało w miejscu. Przyzwyczaiłam się, że mam dzieci trudniejsze do wychowywania. Wcześniej wyobrażałam sobie, że jak będę miała dzieci, to zasiądziemy na kanapie, jedno z lewej strony, drugie z prawej, poczytam im książki, a one będą słuchać. Ponoć ja byłam takim dzieckiem.

A moje starsze dzieci były bardzo ruchliwe, energiczne, rozbiegane. Jak wracałam z pracy, to zanim pojawił się mąż, nie mogłam nic zrobić, bo one psociły. Cały czas powtarzałam: „Nie otwieraj, nie wyrzucaj, nie wchodź tam”. Nie miały przy tym problemu z koncentracją. Syn miał naturę myśliciela, córka – trzpiotki, roześmianej od rana do wieczora, uważającej, że życie to wielki tort i wszystkie wisienki z tego tortu są dla niej. Patrzyłam na nie z zachwytem. Wierzyłam, że wyrosną z tej nadruchliwości, że trudności miną, a więź, która zbudujemy, pozostanie.

Ona mają prawo do własnej drogi

Dzieci to prawdziwy cud, jaki mnie spotkał. W końcu. Bo bardzo chciałam mieć dzieci, a nie mogłam zajść w ciążę przez trzy lata. Podjęłam leczenie, wydawało się jednak, że nic z tego nie wyjdzie, zaczęłam już rozmawiać z mężem na temat adopcji.

Kiedy poczułam się zmęczona terapią, zrobiliśmy sobie przerwę w leczeniu. I zaszłam w ciążę. Co to było za szczęście! Tak bardzo pragnęłam dzieci, że potem byle co nie było w stanie wytracić mnie z równowagi. Tłumaczyłam sobie: „Cóż to za problem wobec tego, że mogłam ich nie mieć”. Byłam przekonana, że udało się urodzić syna i na tym koniec. A potem okazało się, że zaszłam w druga ciążę, mimo że karmiłam, a jak wiadomo, wtedy wydziela się prolaktyna, która nie sprzyja zajściu w ciążę. Szczęście tym większe, że na świat miała przyjść córka! Żadna trudność mnie potem nie przytłoczyła. A poza tym wierzę w to, że dzieci maja prawo do swojej własnej drogi. Bo ja byłam wychowywana w regułach od-do: mam się uczyć, być posłuszna. Nikt mnie do tego nie zmuszał, ale wiedziałam, czego ode mnie oczekiwano.

Z dziećmi trzeba być blisko, tłumaczyć trylion razy, aż w końcu się uda. Córka jest teraz absolutnie zorganizowaną, pozbieraną osobą. Myślę, że będzie ratować świat. Ma 16 lat, od dwóch lat jest weganka, interesuje się ekologią, dużo wie na ten temat, wybrała klasę biologiczna. W przyszłości chce zajmował się problemami żywienia na Ziemi. Na początku nie rozumiałam jej pasji. Jest niezwykle uzdolniona artystycznie. Mogłaby być aktorką, śpiewać, wieść kolorowe życie artystki. A ona konsekwentnie, krok po kroku, robi to, co ja interesuje.

Julian też ma zdolności artystyczne, kiedyś wydawało mi się, że to on będzie aktorem, bo występował w szkolnych przedstawieniach, chodził do szkoły muzycznej, ładnie śpiewa. A teraz jako jedyny z całej trójki nie chce wystąpić w filmie ani w sesji zdjęciowej do „Zwierciadła”. Jest utalentowany językowo, wybierze pewnie filologię.

Dzieci są dla świata

Z radością obserwuję, jak moje starsze dzieci od początku trzymały się razem. Gdy Alinkę, jak była mała, czymś częstowano, to zawsze prosiła: „Dla brata”, i mu to oddawała. Teraz mają trudniejszą relację, sporo konfliktów egzystencjalnych, bo obydwoje przejawiają dużą potrzebę niezależności. Ale gdy są sami ze sobą, to gadają. Z kolei Franek jest wpatrzony w Juliana jak w obrazek, zwraca się do niego: „Bratku mój kochany”. Zawsze stanie po jego stronie, nawet jak nie wie, o co chodzi. Widzę, że Julian bardzo lubi dzieci, choć oczywiście się do tego nie przyznaje. Poprosiłam kiedyś starsze, żeby pomogły Frankowi w nauce. Julian wziął na siebie angielski, a Alinka matematykę. Jestem pełna podziwu dla cierpliwości Juliana, Alinka jest bardzo zadaniowa.

Wydaje mi się, że nie byli zazdrośni o Franka, choć córka często zwracała mi uwagę, że jestem w stosunku do niego nadopiekuńcza. Bo rzeczywiście Franek, widząc moją gotowość do pomocy, chętnie z niej korzysta. Alinka ma sporo racji. Zawsze jak dzieci mi coś mówią, to się nad tym zastanawiam, nigdy tego nie ignoruję, nie wychodzę z założenia, że to one mają mnie słuchać. Staram się z każdym indywidualnie coś robić.

Ostatnio pojechałam z Frankiem do Londynu obejrzeć kilka musicali. Zdarzyło się, że jakiś pan do mnie zagadał, na co Franek zareagował: „Jak on śmie?!”. I wysmażył do rodzeństwa SMS, że mama wchodzi do sklepu i jacyś panowie się na nią rzucają. Nie czerpię jako mama ze swoich bałkańskich korzeni, w tej kulturze dzieci wychowuje się tak, żeby kiedyś się nami zaopiekowały. A mnie się wydaje, że one są dla świata. Powinniśmy więc cieszyć się z czasu, kiedy jesteśmy z nimi. Nie czytałam podręczników o wychowaniu, nie pozwalałam swojej matce sobie radzić, bo uważałam, że ona swoje już wychowywała, teraz jest moja kolej. Szłam za intuicja i z wiarą, że rodzice powinni być towarzyszami dzieci, a czasem przewodnikami. Ciesze się, że teraz córka proponuje, żebyśmy poszły razem do kina, teatru, choć mogłaby pójść z koleżankami. Albo że mówi: „Chodź, obejrzymy serial”. Dołącza do nas Julek, razem oglądaliśmy całe sześć sezonów „Glee”, genialnego muzycznego serialu o amerykańskiej szkole, „Czarne lustro”, „Anie z Zielonego Wzgórza”. To są nasze rytuały, jest potem o czym rozmawiać.

Składam się ze sprzeczności

Franek miał dwa lata, gdy odeszłam od męża. Trzeba było ułożyć relacje tak, żeby dzieci nie cierpiały. Przecież nie jest tak, że jak się rodzice rozstają, to nic się nie zmienia, wszystko się zmienia. Nie pytałam ich, czy uważają, że powinnam się rozstać z tata, tylko powiedziałam, że to zrobię. Powtarzałam, że czasami mama i tata są lepszymi rodzicami osobno, niż gdyby byli razem. Na początku starałam się im to zrekompensować, byłam na każde ich zawołanie. Ale szybko się zorientowałam, że nie tędy droga. Teraz potrafię już powiedzieć: „Nie w tej chwili, jak skończę prace”.

Ogromnie trudno organizacyjnie wychowywać troje dzieci i pracować. Teraz, kiedy starsze są już samodzielne, odczuwam dużą ulgę. To w ogóle fajny moment w moim życiu. Widzę, że dzieci są dumne z tego, co osiągnęłam, choć to, że ludzie zaczepiają mnie na ulicy, to dla nich trudna nowość.

Zależy mi na tym, by dzieci były samodzielne, ale jestem nadopiekuńcza. Chciałabym, by same się uczyły, poznawały życie, a ciągle uważam, że to ja powinnam im coś proponować. Zależy mi na tym, żeby oglądały świat, ale boję się, że może im się stać coś złego. Tak więc jako matka składam się z samych sprzeczności. Jednak jestem ich świadoma i walczę z tym, co mnie ogranicza.

Mnie zawsze można przekonać do swoich racji. Na pewno popełniłam mnóstwo błędów. Ale trudno mi powiedzieć, czy bym coś zmieniła, bo bardzo wierzę w wartość błędów, w pozwalanie dzieciom na własne wybory, na tracenie czasu. Niewykluczone, że jakiś błąd może mieć kiedyś pozytywny skutek. Mam poczucie, że oni, tacy, jacy są, to mój największy sukces. Myślę często i mówię to bez kokieterii: „Jak ktoś w sumie tak zwyczajny jak ja mógł zostać matka tak cudownych istot”.

Ałbena Grabowska, pisarka, lekarka (neurolog i epileptolog). Na podstawie jej powieści „Stulecie Winnych”, wydanej przez Wydawnictwo Zwierciadło, powstał serial telewizyjny. Mama trojga dzieci.

  1. Psychologia

Przestań się karać. W jaki sposób kobiety same się krzywdzą?

"Przez wieki kobiety żyły w uścisku nakazów i zakazów: nie było nam wolno się rozwodzić, studiować, głosować, odmówić poświęcania się, myśleć o sobie, mieć orgazmu." (fot. iStudio)
Nadużywanie alkoholu i narkotyków, okaleczanie ciała, przygodny seks – kobieca przemoc wobec siebie bywa dramatycznym przejawem karania siebie, samobójstwem na raty. Jednak równie niebezpieczna jest przemoc, której nie widać, czyli to, co sobie codziennie mówimy: „Nie wolno”, „nie nadajesz się”, „nie umiesz”, „nie stać cię”, „już za późno”, „musisz”, „powinnaś”. Na szczęście mamy siłę, aby to zmienić.

Od ćwierć wieku żyjemy w kraju możliwości niewyobrażalnych dla naszych przodkiń. Pełnymi garściami korzystamy z wolności. Jesteśmy coraz lepiej i wszechstronniej wykształcone. Mamy Kongres Kobiet. Na niespotykaną dotąd skalę radzimy sobie w biznesie. I w polityce – są gminy zarządzane tylko przez kobiety i to są wzorowo zarządzane gminy. Zakładamy organizacje pożytku publicznego, działamy charytatywnie. Wiele z nas utrzymuje finansowo dom. Jesteśmy rzetelne i odpowiedzialne. I wyzwolone seksualnie.

A jednak, gdy pytam kobiety o wewnętrzne poczucie pełni i radości, najczęściej milkną zakłopotane, przez chwilę szukają w sobie odpowiedzi, aby przyznać, że przez większość czasu nie czują się dobrze. Osiągamy – w porównaniu z poprzednimi pokoleniami – gigantyczne sukcesy, które raczej nas nie cieszą; ulga, radość i spełnienie nie nadchodzą. Jak powiedziała mi znana artystka: „Nie oczekuję stanu szczęśliwości przez cały czas, ale nie być szczęśliwą ani przez chwilę, to już przesada”. Wygląda na to, że zyskując siłę w rzeczywistości, w której żyjemy, utraciłyśmy wewnętrzną moc, a przynajmniej znaczną jej część. Wiele z nas – o czym donoszą psychologowie i socjologowie – stosuje jawną przemoc wobec siebie poprzez nadużywanie alkoholu i narkotyków, okaleczanie ciała, przygodny seks. Autoagresja dotyczy w takim samym stopniu kobiet domowych, urzędniczek, jak i szefowych korporacji. Przymus karania siebie jest rodzajem samobójstwa na raty. Jednak równie niebezpieczna jest przemoc, której nie widać, czyli to, co sobie codziennie mówimy.

Przez wieki kobiety żyły w uścisku nakazów i zakazów: nie było nam wolno się rozwodzić, studiować, głosować, odmówić poświęcania się, myśleć o sobie, mieć orgazmu. Ten niegdyś zewnętrzny głos „nie wolno” – jak twierdzą współczesne kobiety – jest nieustająco aktywny wewnątrz nas. Czego nam nie wolno? Popełnić błędu. Wahać się. Mylić się. Nie wiedzieć. Wyjechać gdzieś. Napisać książkę. Odpocząć. Cieszyć się z pysznego obiadu, bo to znaczy, że się obżarłam i będę gruba. Nie wolno kupić sobie niczego, co jest droższe niż sto złotych. Ten głos to także: „Nie nadajesz się”, „nie umiesz”, „nie stać cię”, „już za późno”. Za późno, żeby ci się udało, żebyś zmieniła pracę, żebyś była szczęśliwa. Nie stać cię, żebyś mieszkała tak, jak lubisz, tak jak ci się podoba. Musisz kupić tanie, brzydkie meble, ponieważ nie wolno ci mieć pięknych rzeczy. Nie wolno ci kochać, bo to niebezpieczne. Nie wolno ci być kochaną. Nie wolno ufać. Nie wolno. Nie wolno.

Z „nie wolno” łączy się poczucie winy – za to, co zrobiłam albo nie zrobiłam, czego nie dokończyłam, nie dopilnowałam, o czym zapomniałam. Za to, że źle wyglądam. Drobne zaniedbania uruchamiają lawinę wstydu. I irracjonalny lęk przed nieszczęściem: zaraz wydarzy się coś złego. Więc lepiej zapaść się pod ziemię, umrzeć. To jest wstyd siebie prawdziwej, całej – i tej, która wie, i tej, która się boi, waha, popełnia błędy. Wtedy szczególnie irytują osoby, które nie wstydzą się siebie, nie boją się występować publicznie, prezentować efektów swojej twórczości, mimo że nie są wielkimi artystami. Nie wstydzą się siebie, ponieważ siebie poznały, dotknęły, oswoiły.

Jeżeli popełnisz błąd, musisz siebie ukarać, poczuć złość, zachować się autoagresywnie, doświadczyć bólu. Jeden mały krok zrobiony nie w tę stronę, w którą „należy”, kwestionuje wszystko, łącznie z prawem do istnienia. Musisz siebie ukarać choćby pracą ponad siły, nieszanowaniem granic ciała, „umieraniem” ze zmęczenia. To są najważniejsze pytania: Czy głęboko czuję, że mam prawo być na świecie bez względu na to, jaki popełniłam błąd? Czy jestem doskonała? Czy coś osiągnęłam? Czy dobrze wyglądam? Czy mam prawo do istnienia?

Na szczęście żyjemy w czasach powrotu do mądrości dawnych kultur, w których znajdujemy przekazy o wewnętrznej kobiecej mocy. Antropolożka Clarissa Pinkola Estés przez 21 lat pisała książkę „Biegnąca z wilkami”, w której zgromadziła mity i opowieści z całego świata na temat kobiecości. Książka stała się światowym bestsellerem, jest ciągle wznawiana, co świadczy o tym, że tęsknimy za pełnią i pragniemy ją odzyskać. Clarissa pisze: „Zdrowa kobieta przypomina wilka: krzepka, po brzegi pełna, potężna siła życiowa, świadoma swego terytorium, pomysłowa, lojalna, lubiąca wędrówki, życiodajna”. To kobieta kochająca tworzenie, zanurzona w życiu, będąca życiem, radosna i wolna.

W świetnej książce „Ma-uri. Dar życia i moc kreacji” Justyna Rychlewska-Suska, uzdrowicielka i artystka, odkrywa życiodajny świat pradawnych polinezyjskich – maoryskich i hawajskich – systemów wiedzy. Opisuje drogę kobiety otwartej i odważnej, gotowej mierzyć się z przywiązaniem do negatywnych myśli, do poczucia winy i obwiniania, do osądu, lęku i przemocy. Każda z nas rodzi się wyposażona w potężne siły twórcze; możemy zmieniać wzorce, które już nie wspierają życia w nas, na takie, które z życiem płyną. Możemy odkrywać kobiecą mądrość i moc, transformować ograniczające przekonania i stare mentalne programy. Praktykować współczucie i szacunek dla siebie, uczyć się łagodności w budowaniu partnerskich związków.

Wiedza starych mądrych kultur stanowi dla naszej kultury drogowskaz, pisze Justyna. Celem jest wewnętrzna wolność; to możliwość świadomego wyboru myśli, postawy, reakcji emocjonalnej, działania. Na tej drodze prowadzi nas głos serca, ciało, sny, przeczucia, intuicja. Życie mówi do nas: poprzez spotykanych ludzi, odnalezione książki, słowa klucze. Poprzez ciało wypełnione ciepłem i witalnością, ale także niepokojem i bólem. Podążamy za marzeniem, które odkrywamy jako swoje przeznaczenie; główne zadanie, z którym przyszłyśmy na ten świat. Marzenie daje o sobie znać zawsze wtedy, gdy robimy coś, co przepełnia nas radością i poczuciem sensu; gdy niejako stapiamy się z działaniem. Nasze marzenie staje się oczywiste w momentach, gdy ludzie są nam wdzięczni za to, kim jesteśmy. Jesteśmy sobą bez wysiłku udowadniania światu czegoś innego. I jesteśmy świadome, że proces kreacji, transformacji nigdy się nie kończy.

Szanujemy siebie. Ufamy sobie. Współczujemy sobie. Udzielamy sobie wszelkiej pomocy. Stoimy po swojej stronie. Afirmujemy życie, którym jesteśmy.