1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. „Godzę się na ryzykowne pomysły”. Wywiad z Ałbeną Grabowską, autorką książki „Ostatnia chowa klucz”

„Godzę się na ryzykowne pomysły”. Wywiad z Ałbeną Grabowską, autorką książki „Ostatnia chowa klucz”

Moja kariera pisarska jest raczej kontynuacją drogi medycznej, choć być może poszłam w nieco innym kierunku, niż na początku założyłam. Wielokrotnie podkreślałam, że nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem, gdyby nie medycyna. Odwrotnie – nie byłoby to możliwe. Moje pisanie nie przekłada się na większą liczbę wykładów, ani pacjentów. Spotykam się z wyrazami sympatii i… tyle. Oczekuje się ode mnie, żebym była świetnym neurologiem.

Nie planowała Pani takiego kierunku rozwoju swojej kariery. Medycyna Panią wciągnęła na tyle, że dyplom studiów i specjalizację z neurologii dopełniła Pani tytułem doktora nauk medycznych.

Czy nowy tryb życia, kolejne książki okazały się ciekawsze niż kariera medyczna? Czy tak wyobrażała sobie Pani życie pisarki, zanim się Pani nią stała?

Moja kariera pisarska jest raczej kontynuacją drogi medycznej, choć być może poszłam w nieco innym kierunku, niż na początku założyłam. Wielokrotnie podkreślałam, że nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem, gdyby nie medycyna. Odwrotnie – nie byłoby to możliwe. Moje pisanie nie przekłada się na większą liczbę wykładów, ani pacjentów. Spotykam się z wyrazami sympatii i… tyle. Oczekuje się ode mnie, żebym była świetnym neurologiem.

Nowy tryb życia z jednej strony jest kuszący, z innej - trudny. To, co widzi czytelnik jest tylko wisienką na torcie codziennego trudu pisania. Kolorowa okładka, blurby od znanych osób, wywiady w gazetach, radio, wreszcie w telewizji. A kiedy „zejdzie się z wizji” pozostaje pisanie trzech do pięciu stron dziennie, mozolne brnięcie przez research, zmęczenie i zwątpienie, czy aby na pewno warto proponować czytelnikowi to, co właśnie napisałam, bo może poznał to już wielokrotnie wcześniej...

Wydaje Pani więcej niż jedną książkę rocznie. Nic na to nie wskazuje, ale - czy miewa Pani kryzysy twórcze?

Nie miewam, naprawdę ;-). Jeśli oczywiście kryzys rozumiemy jako brak pomysłu na postać, utknięcie w dialogach.  Mnie pisanie historii idzie lekko, sprawnie, może dlatego, że długo myślę nad koncepcją fabuły, narracji i postaci, zanim siądę do pisania. Wynika to głównie z braku czasu. Ciągle pracuję zawodowo, zajmuję się dziećmi. Mam niewiele czasu na pisanie, a wiele pomysłów, więc nie stać mnie na bezproduktywne siedzenie nad pustym plikiem. Muszę też powiedzieć, że podobnie było, kiedy pisałam rozprawę doktorską, pracę naukową, slajdy na wykłady…

Postacie tworzone przez Panią są różnorodne, ciekawe, wyraziste. Co jest najbardziej kuszące w procesie ich kreowania?

Śmieję się, że tworzę je „metodą Stanisławskiego”. Wymyślam swoje postaci od podstaw, jak wyglądają, jaki mają charakter, pochodzenie, co lubią, czego nie znoszą, w jaki sposób mówią. Nawet jeśli to wszystko nie pojawia się w tekście, ja wiem na przykład, że mój bohater w liceum grał w piłkę albo koszykówkę, pragnął grać na instrumencie, albo kochał się nieszczęśliwie w najładniejszej dziewczynie w klasie. To pomaga mi zbudować postać, ożywić ją i sprawić, ze czytelnik ją „kupuje”. Kiedy wplatam taką postać w fabułę, ona natychmiast ożywa i zaczyna współgrać z akcją książki, „współpracować” z innymi bohaterami. To fascynujące dla mnie jako pisarki.

Jednym z miejsc akcji Pani powieści jest miejscowość, w której Pani mieszka. Czy kiedykolwiek wydarzyło się inaczej – chciałaby Pani mieszkać gdzie indziej? W innym kraju? Albo podróżować, jak bohaterka Pani ostatniej trylogii, Alicja?

Nie wiem, czy chciałabym mieszkać gdzie indziej. Kto wie, jak życie będzie się układało. Moje akurat jest bardzo ściśle związane z moimi dziećmi, ich drogą życiową, szkołą, pewnie późniejszymi wyborami. Czasem sobie myślę, że mogłabym mieszkać w innym klimacie, naturalnie w ciepłym, może być południe Europy, któraś z egzotycznych wysp. Równie dobrze mogłabym stworzyć dom w wielkim mieście. Moje dwa ulubione to Amsterdam (byłam wielokrotnie) i Nowy Jork (przede mną). Gdyby była taka konieczność, albo możliwość, mogłabym się przenieść. Ja się łatwo dostosowuję :-)

Nie jest Pani debiutantką. Co Pani czuje, widząc w księgarni na półce kolejną ze swoich książek?

Zawsze czuję dumę i wielką obawę. Kiedy książka stoi na księgarskiej półce, pisarz już nie ma nic do powiedzenia. Zaczynają mówić inni, recenzenci, blogerzy, czytelnicy. Nie zawsze odczytują książki tak, jakbyśmy tego oczekiwali. Trzeba to przyjąć do wiadomości, zmierzyć się z tym. Z „Alicją” wiąże się także inna kwestia. To moja twarz jest na okładce książki i patrzę na czytelnika we wszystkich księgarniach, w internecie. Obawiałam się reakcji czytelników, bo to coś więcej niż wizerunek pisarki na ostatniej stronie. Ryzykowny pomysł, ale zgodny z przesłaniem książki.

Stabilna, choć trudna w uprawianiu medycyna versus kapryśny, bo zależny od upodobań czytelniczych los pisarza. Myśli Pani, że warto było postawić na stanie się pisarką?

Gdybym tak kalkulowała, pewnie bym się nią nie stała. W moim przypadku to nie była decyzja „będę pisać”. To splot okoliczności sprawił, że pisana dla rodziny historia mojej rodziny „Tam, gdzie urodził się Orfeusz” została wydana drukiem i nie stała się moją jedyną książką.

Napisałam już 17 książek i mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że droga pisarza nie jest łatwa. Zmagamy się z samotnością, brakiem zrozumienia, nie mówiąc już o innych, trywialnych problemach. Wierzymy jednak, że jesteśmy potrzebni czytelnikom. Ja też w to wierzę.

Rozmawiała: Dorota Rożek

„Ostatnia chowa klucz”

Premiera ksiązki 13 września!

Zamów w naszej księgarni z rabatem przedpremierowym.

Pierwszy kryminał w dorobku Ałbeny Grabowskiej.

Małe podwarszawskie miasteczko, zwykły poniedziałek, wieczór.

Cztery nastolatki spotykają się na opuszczonym poddaszu. Jedna z nich przechodzi inicjację, która ma być przepustką do zamkniętego klubu. Trochę dziwnych rytuałów, wymiana fantów i… po wszystkim.

Julia jednak nie wraca do domu, a życie żadnej z uczestniczek tego wieczoru nie będzie już takie samo.

Wydarzenie to wpływa również na życie ich rodzin, sąsiadów oraz znajomych , którzy już zawsze będą podejrzliwie na siebie spoglądać. Wśród nich żyje ten, który nie wahał się zrobić krzywdę młodej dziewczynie.

Zasłony w oknach będą już zawsze szczelnie zaciągnięte.

Mieszkańcy nie będą pewni, można ufać ludziom, którzy ich otaczają. Bo osoby pozornie dobrze nam znane mogą mieć więcej niż jedno oblicze…

Książka dostępna w księgarni Zwierciadła

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Ałbena Grabowska - autorka bestsellerów i swojego życia

Ałbena Grabowska (fot. Weronika Ławniczak)
Ałbena Grabowska (fot. Weronika Ławniczak)
Trudne studia medyczne, potem praca w prestiżowym szpitalu, osiągnięcia naukowe... A jednak Ałbena Grabowska zrezygnowała z etatu w klinice na rzecz pisania. Jak się okazało – doświadczenie lekarskie bardzo przydaje się przy tworzeniu powieści. Nam opowiada o swoich mentorach i rozterkach, jakie jej towarzyszyły, gdy zdecydowała się na zawodową zmianę.

Pamiętam nasz pierwszy wywiad do "Sensu" w 2014 roku. Rozmawiałyśmy o twoich planach pisarskich, a pierwszy tom "Stulecia Winnych" dopiero miał się ukazać. Dziś masz już za sobą trzytomową sagę. Właśnie zakończył się drugi sezon serialu na jej podstawie. Wiele się zmieniło przez te sześć lat...
Prawie wszystko! I to na lepsze. „Stulecie Winnych” było wielkim przełomem w moim życiu. Książki zaczęły być widoczne w księgarniach i bibliotekach, po raz pierwszy ludzie kupowali je masowo. Coraz więcej nakładów, czytelników, spotkań... Przyszło uspokojenie w życiu prywatnym, bo dzieci podrosły, a terapia najmłodszego, Franka, który miał zdiagnozowany autyzm, zadziałała z wielkim sukcesem. Mogłam zacząć żyć dla siebie. Podjęłam trudną decyzję o odejściu z kliniki. Wcześniej nie potrafi łam tego zrobić, więc ciężko pracowałam: łączyłam szpital, terapię, pisanie... Byłam bardzo zmęczona i kiedy we wrześniu 2017 roku zrezygnowałam z pracy w szpitalu, odczułam wielką ulgę. Nareszcie mogłam rano porozwozić dzieci do szkoły i pisać, bo poranek to dla mnie najlepszy czas na pracę. Niektórzy piszą tylko w nocy, ja nigdy. Noc jest do spania, a popołudnie i wieczór do życia rodzinnego.

Co było najtrudniejsze przy podjęciu tej decyzji?
Otóż wcale nie martwiłam się o pacjentów. Doskonale wiem, że nie ma ludzi niezastąpionych, nie jestem kimś lepszym w sensie diagnostyki i leczenia, nigdy nie czułam się też „Judymką”. Natomiast uważałam, że zawodzę moich mentorów. I to była prawdziwa przyczyna zwlekania z decyzją. Kiedy kończyłam studia, bardzo trudno było dostać pracę w szpitalu klinicznym, a ja chciałam tam pracować. Profesor Jerzy Majkowski przyjął mnie po stażu, a moją pierwszą pracę pochwalił i powiedział, że będą ze mnie ludzie. Z radością pracowałam naukowo, byłam częścią zespołu, czasem stawałam na jego czele. Obroniłam doktorat, zrobiłam dwa stopnie specjalizacji, brałam udział w kursach, wygłosiłam tysiące godzin wykładów. Potem profesor odszedł na emeryturę, a moją mentorką stała się pani profesor Joanna Jędrzejczak. Byłam szczęśliwa, pracując pod jej kierownictwem. Medycyna to sztuka, działalność naukowa jest integralną jej częścią. Prowadząc prace nad jakimś zagadnieniem, tworzymy zespoły badawcze, gdzie każdy zajmuje się swoją działką, a potem wspólnie ustalamy wyniki, formułujemy wnioski ogólne, dyskutujemy... Kierownik zespołu badawczego przekazuje swoją wiedzę, doświadczenie i nadaje kierunek pracy asystentów. To dawało mi wielką satysfakcję, nie mniejszą niż kontakt z pacjentami. Przez wiele lat pani profesor mówiła: „moi młodsi koledzy” i wśród tych „młodszych” byłam ja. I potem ja powinnam uczyć młodszych lekarzy... Kiedy odchodziłam z kliniki, gryzłam się, że zawodzę oczekiwania swoich medycznych mentorów.

Jak sobie z tym poradziłaś?
Pomogła mi postawa drugiej strony. Okazało się, że nikt nie wymaga ode mnie, żebym żyła według cudzego scenariusza. Pani profesor jest moją wierną czytelniczką, przychodzi na spotkania autorskie i bardzo mnie wspiera. Wciąż współpracujemy w ramach Polskiego Towarzystwa Epileptologii. Poza tym utwierdziłam się we własnej tożsamości i wytłumaczyłam sobie, że istnieję dla siebie, nie po to, by spełniać cudze oczekiwania, zwłaszcza gdy nikt ich nie formułuje. Jednak teraz, kiedy moi koledzy lekarze i personel medyczny walczą z narażeniem życia, żebyśmy nie powtórzyli drogi Włochów, Hiszpanów czy Anglików, sercem wciąż jestem z nimi.

Przy tak znaczących życiowych zmianach zwykle szkoda nam tego, co inwestowaliśmy: czasu, wysiłku, wiedzy - w twoim przypadku medycznej. Można to zostawić i wziąć się za coś od nowa?
Można. Ja zaczynałam od nowa trzy razy. Po raz pierwszy, kiedy zdecydowałam się iść na medycynę i pracować w klinice. Nie miałam żadnych powiązań rodzinnych, musiałam poradzić sobie zupełnie sama, wielu rzeczy nie wiedziałam. I ta niewiedza paradoksalnie mi pomogła, bo nie bałam się tego, czego nie znałam. Szłam z czystą kartą, chciałam zawojować świat medyczny, i zawojowałam. Drugi raz zaczynałam, gdy startowałam z pisaniem. Nawet mi się nie śniło, że mogę być pisarką. Napisałam książkę o Bułgarii dla moich dzieci, nie myślałam, żeby z tym gdziekolwiek iść. Musieli się dopiero znaleźć ludzie, którzy mnie popchnęli na właściwe tory, a do ludzi zawsze miałam szczęście. Kolega powiedział, że to jest znakomicie napisane i szkoda, żeby zostało w rodzinnej szufladzie. Potem napisałam książki terapeutyczne dla dzieci, które zostały przyjęte bardzo dobrze – to był drugi impuls. A trzecim była prośba mojego syna, który chciał, żebym napisała bajkę o nim dla niego. Zrobiłam to, natychmiast została wydana przez bardzo duże wydawnictwo. Wreszcie napisałam powieść, zainteresowało się nią Wydawnictwo Zwierciadło i myślę, że to wyszło na dobre obu stronom. A trzeci raz zaczynałam od nowa, kiedy zdecydowałam się odejść od męża. Mam bułgarskie korzenie i działał u mnie tamtejszy schemat myślenia: że to, co jest mi pisane, powinno się wypełnić, a skoro mi to nie odpowiada, to już jakaś moja fanaberia. Słyszałam z różnych stron, że krzywdzę dzieci, miałam poczucie winy. To było trudne, tym bardziej że wtedy właśnie u Franka zdiagnozowano autyzm i trzeba było całe życie podporządkować terapii.

Jak pokonałaś te trudności?
Po prostu postanowiłam, że muszę to unieść. Zawsze starałam się znaleźć pozytywy, na przykład takie, że Franek trafił na wspaniałych terapeutów, że rokowania są dobre. Wszystko zależy od ogromu pracy, jaki się wkłada, ale pierwsze efekty były dość szybko widoczne. A to już bardzo dużo. Zrezygnowałam z etatu w Szpitalu Dziecięcym w Dziekanowie Leśnym, przeszłam na umowy-zlecenia, co pozwalało mi jeździć na terapię i jednocześnie zarabiać. To plus, bo bywa, że kobiety po rozwodzie zostają bez pieniędzy, bez możliwości pracy. Byłam w lepszej sytuacji, dodatkowo książki zaczęły cieszyć się powodzeniem, więc uważałam, że i tak mam szczęście i że jeżeli to jest próba od losu, to jednak taka do podołania.

Jesteś silną kobietą i o takich piszesz. Czy miałaś mentorkę w rodzinie?
Była nią moja bułgarska babcia Katerina. Co roku jeździłam do niej na całe wakacje, babcia bardzo na to czekała. Ona dała mi z siebie wszystko, mimo że nigdy nie była kimś pouczającym, nikomu niczego nie narzucała, nie miała potrzeby, żeby radzić czy wychowywać. Nie miała też radosnego życia, nigdy nie znalazła miłości, a jej córka wyjechała do Polski. Ale widziałam, że bardzo cieszy się z tego, że ja jestem. Zabierała mnie do swoich przyjaciółek, naprawdę przeżywałam te spotkania w kręgu starszych kobiet: wspólne przędzenie, haftowanie. Wszystko umiem: szyć, prząść, robić na drutach, na szydełku, zwinę wełnę, lubię gotować... A w Polsce miałam fantastycznego dziadka ze strony taty, był ciepły i kochany. Pracował jako nauczyciel, kochał poezję, dużo opowiadał, pięknie śpiewał, znał na pamięć całą „Halkę”. Dużo ludzi mnie kształtowało, a ja chłonęłam od nich życiowe lekcje jak gąbka.

Sama jesteś teraz mentorką. Mogłabyś doradzić w wielu dziedzinach: medycynie, pisarstwie, ale najbardziej w sprawach życiowych przemian.
Nie czuję się kimś takim i jak moja babcia – nigdy nie pouczam. Nie napisałabym nigdy podręcznika, jak żyć, co jeść czy jak wychowywać dzieci. Nie twierdzę, że droga, którą wybrałam, jest najlepsza, nigdy mi się nie wydawało, że mogę komuś powiedzieć: „jeśli ci źle, to rzuć tę pracę”. Mam też własnego literackiego mentora. To Beppo Zamiatacz Ulic, bohater „Momo” Michaela Endego, książki mojego dzieciństwa. To opowieść o dziewczynce, która zauważyła, że „szarzy panowie” się panoszą i kradną ludziom ich własny czas. Pokazuje rozmaite postawy, między innymi Beppa, przyjaciela Momo. Wszyscy uważają go za dziwaka, ponieważ na pytania nie odpowiada od razu, tylko myśli. Kiedy wreszcie znajdzie odpowiedź, ludzie już nie pamiętają, o co pytali... A pytają na przykład, czy zamiatanie ulic to ciężka praca. Bohater odpowiada, że jeśli myśli się o końcu ulicy, to tak, natomiast jeśli myśli się tylko o następnym machnięciu miotłą i o wyrównaniu kroku – to zanim się człowiek spostrzeże, cała praca jest wykonana. I ja – podobnie jak ten Zamiatacz Ulic – krok po kroku zdobywam swoje.

Jesteś uparta?
Tak. Poza tym definiują mnie dwa zwroty. Pierwszy z nich to „po prostu”. Staram się nie walczyć z rzeczami, na które nie mam wpływu, żeby zachować energię na te, w których coś mogę zrobić. Drugi to: „staram się”, bo zawsze bardzo się staram, żeby zrobić jak najlepiej, nie tracić czasu, osiągnąć optymalizację, która zresztą wzięła się u mnie ze świata medycznego.

Powieść i medycyna to różne dziedziny. Czy jako pisarka czerpiesz z doświadczeń lekarki?
Tak, bardzo dużo. Zdałam sobie sprawę, że całe moje pisanie jest oparte na badaniach i pracach naukowych, które mam za sobą. Istnieją różne prace naukowe: badawcze, kiedy stawia się tezę i dyskutuje z obowiązującą literaturą, albo opisy przypadku, w których lekarz dzieli się doświadczeniem. Od takich prac zaczynałam i one dały mi warsztat, który – zdawałoby się – nie przekłada się na pisanie powieści. A jednak uczy dyscypliny. Nie piszę rzeczy niepotrzebnych, takich, które profesor natychmiast wykreśliłby jako zbędne. Nie wprowadzam tez, których się nie da udowodnić, piszę w sposób klarowny, udowadniając swoje racje. Sposób, w jaki tworzę fabułę, ustawiam bohatera czy prowadzę narrację, to wszystko pokłosie mojej pracy naukowej i dydaktycznej. A także głębokiego przeświadczenia, że wszystko musi się ze sobą zgadzać.

No i bez problemu opisujesz sceny i przypadki medyczne, nie musisz niczego sprawdzać.
Czasem sprawdzam, nikt przecież nie wie wszystkiego, ale przede wszystkim znam realia. Wiem, jak zwraca się lekarz do pacjentki, jaka jest struktura szpitala. Zresztą właśnie kończę drugą część sagi lekarskiej, po latach dojrzałam do tego tematu. Po raz pierwszy czuję ciężar odpowiedzialności – ze względu na zawartość merytoryczną i na historię medycyny. Robiłam głęboki research i mam nadzieję, że ta saga będzie miała dla czytelnika duże walory edukacyjne. Fabułę przetykam autentycznymi historiami z życia lekarzy, którzy stworzyli podwaliny współczesnej medycyny.

Uważasz zatem, że to, co uzyskamy w jednej dziedzinie, da się wykorzystać w następnej?
Tak, jestem o tym przekonana. Są ludzie świetni w wielu dziedzinach, tylko nie oznacza to, że w każdej będą szczęśliwi. Na przykład ci, którzy idą ścieżką życiową rodziców – prawników czy lekarzy – wierzą w prawdy w rodzaju „medycyna i prawo daje stabilizację, finanse, prestiż, a ojciec i dziadek przetarli szlak”. Może i tak, ale jeśli ktoś nie czuje się w tym dobrze, to trzeba łamać stereotypy. Moja mama jest kontrabasistką i był pomysł, żebym poszła jej drogą. Okazało się jednak, że gra nie sprawia mi żadnej przyjemności i gdyby tak miało wyglądać całe życie, to byłoby ono zmarnowane. Nauczyłabym się pewnie poprawnie grać, ale nie dostałabym się do żadnej orkiestry, może uczyłabym w szkole i zamartwiała się, że zawiodłam czyjeś oczekiwania. Po co? Wcześnie się zbuntowałam i powiedziałam „nie”. Nie chciałam słyszeć o szkole muzycznej, podświadomie już wtedy szłam zupełnie inną drogą.

Ekranizacja twojej książki jest w pewnym sensie nowym etapem. Nawet zagrałaś aktorskie epizody w serialu. Jak się w tej nowej roli czułaś?
Fantastycznie! Spełniło się moje marzenie z dzieciństwa, bo chciałam być też aktorką, poza tym dostałam rolę damy z Brwinowa, jakby siebie samej sprzed stu lat. Słyszałam kiedyś, że dla filmowców nie ma nic gorszego niż żyjący autor powieści, której robią ekranizację. Okazało się jednak, że jestem miłym autorem, nie patrzę nikomu na ręce, wszystko mnie cieszy. To, że pozwolono mi zagrać te epizody, było pięknym gestem. Dało mi to wiele radości, ale jeszcze więcej mała rola Franka, który do niedawna nie chciał kontaktować się ze światem. Wyczytałam w horoskopie, że rok 2020 jest dla mnie początkiem bardzo twórczego okresu, więc może znowu coś się zmieni, na korzyść oczywiście. Bardzo lubię nowe wyzwania i chętnie biorę, co przynosi los. Wiem, że czasami trzeba przeczekać i uczyć się cierpliwości, co dla mnie nie jest łatwe. Ale teraz spokojnie i z radością czekam na ten nadchodzący okres twórczy.

Ałbena Grabowska
, pisarka autorka m.in. takich książek jak „Lot nisko nad ziemią” czy „Matki i córki”. Jej saga „Stulecie Winnych” stała się kanwą popularnego serialu na antenie  TVP. Z wykształcenia lekarka neurolog-epileptolog. Mama trójki dzieci: Juliana, Aliny i Franciszka.

  1. Psychologia

Być blisko, tłumaczyć, czyli jak wychowuje Ałbena Grabowska

Ałbena Grabowska z dziećmi (Fot. Szymon SZcześniak/ LAF
Ałbena Grabowska z dziećmi (Fot. Szymon SZcześniak/ LAF
Jako mama składam się z samych sprzeczności. Ale jestem ich świadoma i z nimi walczę – mówi Ałbena Grabowska, lekarka, pisarka, mama Juliana (18 lat), Aliny (16) i Franka (11).

Powieść „Stulecie Winnych” zmieniła nie tylko moje życie zawodowe, ale i rodzinne. Cztery lata od wydania pierwszego tomu już była ekranizacja! I ten fakt mocno wpłynął na moją rodzinę. Przede wszystkim zrezygnowałam z pracy w szpitalu, mogłam pozwolić sobie, żeby więcej czasu spędzać w domu i jeździć z Frankiem na terapie. Dzieci zauważyły też, że mama jest rozpoznawalna, że mówi się o „Stuleciu…”. Zachęcam je do czytania moich książek, ale nigdy nie powiedziałam „musicie” czy „powinniście”, nawet przy książce „Tam, gdzie urodził się Orfeusz”, napisanej specjalnie dla nich. Julian przeczytał pierwszy tom, teraz uczy się do matury, więc na pozostałe nie ma czasu. Córka też na początku sięgnęła tylko po pierwszy tom. Nie pytałam, dlaczego nie czyta drugiego i trzeciego, co się jej podobało, a co nie. Do tej rozmowy wróciłyśmy dopiero teraz, kiedy jest po lekturze wszystkich trzech tomów. Przyznała, że wcześniej trudno jej było wziąć moje książki do ręki, bo się denerwowała, że nawet jeżeli nie są o mnie, to może w jakiś sposób się w nich odsłaniam.

Przed pierwszym sezonem zapytałam dzieci, czy chcą wystąpić w filmie jako statyści, zwłaszcza że było wiadomo, że wystąpiłyby ze mną (zagrałam epizod). Znały moje młodzieńcze marzenia o byciu aktorką. Ale nie chciały statystować, a ja nie naciskałam.

Potem oglądaliśmy wspólnie serial, każdy odcinek z drżeniem serca, ja z powodu oglądalności, one – bo były ciekawe, jak losy moich bohaterów zostaną pokazane. Franek zadawał najwięcej pytań, przeżywał porażki bohaterów, a nawet wszedł ze mną w dyskusję o tym, dlaczego wymyślam ludzi, którzy cierpią, a nie szczęśliwych. Na koniec ostatniego odcinka wszyscy się wzruszyliśmy. Franek powiedział wtedy, że chciałby zagrać w drugim sezonie. Zapytałam producentów, czy może stanąć do castingu. Stanął, został wybrany i wypadł fantastycznie.

Nigdy nie wolno się poddawać

To był dla mnie szczególny i wzruszający moment. Ale nie dlatego, że syn zagrał w ekranizacji mojej książki, tylko z zupełnie innego powodu. Otóż jak miał trzy lata i poszedł do przedszkola, ujawniły się problemy, których wcześniej nie było – zaczął być agresywny wobec innych dzieci, nie chciał się bawić, nie reagował na polecenia nauczycielek. To było dla mnie ogromne zaskoczenie, ponieważ w domu tak się nie zachowywał ani wobec rodzeństwa, ani zaprzyjaźnionego syna niani, z którym spędzał dużo czasu.

Od razu poszłam na rozmowę z panią psycholog, która stwierdziła, że to autyzm. Mnie się to wydawało absurdalne, przecież nie miał objawów typowych dla autystyków, jak niepatrzenie w oczy, unikanie kontaktu. W tym czasie zaczął się u niego regres mowy, przez kilka miesięcy cofnął się do tego stopnia, że nie mogłam się z nim porozumieć. Zmieniliśmy przedszkole na integracyjne. Udało się zapisać go na terapię w bardzo dobrym ośrodku. Mimo to cały czas się cofał.

Nie poddawałam się, woziłam go trzy razy w tygodniu na kilkugodzinne bloki zajęć terapeutycznych. Poprawa następowała jednak powoli. Na zakończenie pierwszego roku w przedszkolu, w tym czasie, gdy dzieci występowały, Franek siedział pod krzesłem. Po drugim – stanął obok nich. Po trzecim – coś próbował zaśpiewać. A po pierwszej klasie już wystąpił z dziećmi. W czwartym roku zajęć terapeutka powiedziała, że jest przełom. Ja tez zauważyłam progres – zaczął mówić, być aktywny.

Opowiadam o tym tak szczegółowo, bo chcę pokazać, jakie efekty dała praca, przede wszystkim Franka, ale i terapeutów. I że nigdy nie wolno się poddawać. Na koniec kolejnego roku szkolnego grał w przedstawieniu głównego bohatera! Potem zapisałam go do Warsztatowej Akademii Musicalowej, gdzie chodziła Alinka. I tam, wśród dzieci, muzyki, ruchu, dostał skrzydeł. Na dorocznym koncercie denerwowałam się, jak sobie poradzi ze względu na jego deficyty, bo tam występują zdrowe, utalentowane dzieci. I Franek dał rade! Odetchnęłam z ulga.

Na planie filmowym też wspaniale się odnalazł – bez szemrania powtarzał kilka razy scenę, był skupiony, doskonale wiedział, jakie ma zadanie, a na koniec zapytał, czy może zagrać w trzeciej części. Dla mnie to był niesamowity moment, wynagradzający wszystkie trudy i wyrzeczenia. Bo mimo że się nie poddawałam, to czasem wydawało mi się, że on nigdy z tego nie wyjdzie, że nigdy nie pomyśli abstrakcyjnie, nawet gdy nauczy się mówić, że nigdy nie zażartuje. A okazało się, ze wszystko to udało mu się osiągnąć! Od października nie chodzi już na terapię indywidualną. Terapeutka przez rok przygotowywała go do zakończenia zajęć. Nie jestem aż tak skłonna do wzruszeń, ale ilekroć o niej pomyślę, to mam łzy w oczach, ona przywróciła nam życie.

Chodzi do czwartej klasy, jest bardzo dobry z polskiego i historii, interesuje się drugą wojną światową. Ale nie ma jeszcze nawyku uczenia się, musimy nad tym pracować. Powtarzaliśmy do klasówki, pytam, czy pamięta, jak ma na imię wielki książę litewski. On: „Witold, jak imię dowódcy Dywizjonu 303 (Witold Urbanowicz)”. „Skąd ty to wiesz”, pytam, a on zdziwiony: „A ty tego nie wiesz?”.

Julian z kolei jest totalnym indywidualistą, ogromnie niezależnym, zmuszenie go do czegokolwiek jest niemożliwe. O ile z autystycznym Frankiem można było usiąść i się pobawić, to dwoje starszych nie usiedziało w miejscu. Przyzwyczaiłam się, że mam dzieci trudniejsze do wychowywania. Wcześniej wyobrażałam sobie, że jak będę miała dzieci, to zasiądziemy na kanapie, jedno z lewej strony, drugie z prawej, poczytam im książki, a one będą słuchać. Ponoć ja byłam takim dzieckiem.

A moje starsze dzieci były bardzo ruchliwe, energiczne, rozbiegane. Jak wracałam z pracy, to zanim pojawił się mąż, nie mogłam nic zrobić, bo one psociły. Cały czas powtarzałam: „Nie otwieraj, nie wyrzucaj, nie wchodź tam”. Nie miały przy tym problemu z koncentracją. Syn miał naturę myśliciela, córka – trzpiotki, roześmianej od rana do wieczora, uważającej, że życie to wielki tort i wszystkie wisienki z tego tortu są dla niej. Patrzyłam na nie z zachwytem. Wierzyłam, że wyrosną z tej nadruchliwości, że trudności miną, a więź, która zbudujemy, pozostanie.

Ona mają prawo do własnej drogi

Dzieci to prawdziwy cud, jaki mnie spotkał. W końcu. Bo bardzo chciałam mieć dzieci, a nie mogłam zajść w ciążę przez trzy lata. Podjęłam leczenie, wydawało się jednak, że nic z tego nie wyjdzie, zaczęłam już rozmawiać z mężem na temat adopcji.

Kiedy poczułam się zmęczona terapią, zrobiliśmy sobie przerwę w leczeniu. I zaszłam w ciążę. Co to było za szczęście! Tak bardzo pragnęłam dzieci, że potem byle co nie było w stanie wytracić mnie z równowagi. Tłumaczyłam sobie: „Cóż to za problem wobec tego, że mogłam ich nie mieć”. Byłam przekonana, że udało się urodzić syna i na tym koniec. A potem okazało się, że zaszłam w druga ciążę, mimo że karmiłam, a jak wiadomo, wtedy wydziela się prolaktyna, która nie sprzyja zajściu w ciążę. Szczęście tym większe, że na świat miała przyjść córka! Żadna trudność mnie potem nie przytłoczyła. A poza tym wierzę w to, że dzieci maja prawo do swojej własnej drogi. Bo ja byłam wychowywana w regułach od-do: mam się uczyć, być posłuszna. Nikt mnie do tego nie zmuszał, ale wiedziałam, czego ode mnie oczekiwano.

Z dziećmi trzeba być blisko, tłumaczyć trylion razy, aż w końcu się uda. Córka jest teraz absolutnie zorganizowaną, pozbieraną osobą. Myślę, że będzie ratować świat. Ma 16 lat, od dwóch lat jest weganka, interesuje się ekologią, dużo wie na ten temat, wybrała klasę biologiczna. W przyszłości chce zajmował się problemami żywienia na Ziemi. Na początku nie rozumiałam jej pasji. Jest niezwykle uzdolniona artystycznie. Mogłaby być aktorką, śpiewać, wieść kolorowe życie artystki. A ona konsekwentnie, krok po kroku, robi to, co ja interesuje.

Julian też ma zdolności artystyczne, kiedyś wydawało mi się, że to on będzie aktorem, bo występował w szkolnych przedstawieniach, chodził do szkoły muzycznej, ładnie śpiewa. A teraz jako jedyny z całej trójki nie chce wystąpić w filmie ani w sesji zdjęciowej do „Zwierciadła”. Jest utalentowany językowo, wybierze pewnie filologię.

Dzieci są dla świata

Z radością obserwuję, jak moje starsze dzieci od początku trzymały się razem. Gdy Alinkę, jak była mała, czymś częstowano, to zawsze prosiła: „Dla brata”, i mu to oddawała. Teraz mają trudniejszą relację, sporo konfliktów egzystencjalnych, bo obydwoje przejawiają dużą potrzebę niezależności. Ale gdy są sami ze sobą, to gadają. Z kolei Franek jest wpatrzony w Juliana jak w obrazek, zwraca się do niego: „Bratku mój kochany”. Zawsze stanie po jego stronie, nawet jak nie wie, o co chodzi. Widzę, że Julian bardzo lubi dzieci, choć oczywiście się do tego nie przyznaje. Poprosiłam kiedyś starsze, żeby pomogły Frankowi w nauce. Julian wziął na siebie angielski, a Alinka matematykę. Jestem pełna podziwu dla cierpliwości Juliana, Alinka jest bardzo zadaniowa.

Wydaje mi się, że nie byli zazdrośni o Franka, choć córka często zwracała mi uwagę, że jestem w stosunku do niego nadopiekuńcza. Bo rzeczywiście Franek, widząc moją gotowość do pomocy, chętnie z niej korzysta. Alinka ma sporo racji. Zawsze jak dzieci mi coś mówią, to się nad tym zastanawiam, nigdy tego nie ignoruję, nie wychodzę z założenia, że to one mają mnie słuchać. Staram się z każdym indywidualnie coś robić.

Ostatnio pojechałam z Frankiem do Londynu obejrzeć kilka musicali. Zdarzyło się, że jakiś pan do mnie zagadał, na co Franek zareagował: „Jak on śmie?!”. I wysmażył do rodzeństwa SMS, że mama wchodzi do sklepu i jacyś panowie się na nią rzucają. Nie czerpię jako mama ze swoich bałkańskich korzeni, w tej kulturze dzieci wychowuje się tak, żeby kiedyś się nami zaopiekowały. A mnie się wydaje, że one są dla świata. Powinniśmy więc cieszyć się z czasu, kiedy jesteśmy z nimi. Nie czytałam podręczników o wychowaniu, nie pozwalałam swojej matce sobie radzić, bo uważałam, że ona swoje już wychowywała, teraz jest moja kolej. Szłam za intuicja i z wiarą, że rodzice powinni być towarzyszami dzieci, a czasem przewodnikami. Ciesze się, że teraz córka proponuje, żebyśmy poszły razem do kina, teatru, choć mogłaby pójść z koleżankami. Albo że mówi: „Chodź, obejrzymy serial”. Dołącza do nas Julek, razem oglądaliśmy całe sześć sezonów „Glee”, genialnego muzycznego serialu o amerykańskiej szkole, „Czarne lustro”, „Anie z Zielonego Wzgórza”. To są nasze rytuały, jest potem o czym rozmawiać.

Składam się ze sprzeczności

Franek miał dwa lata, gdy odeszłam od męża. Trzeba było ułożyć relacje tak, żeby dzieci nie cierpiały. Przecież nie jest tak, że jak się rodzice rozstają, to nic się nie zmienia, wszystko się zmienia. Nie pytałam ich, czy uważają, że powinnam się rozstać z tata, tylko powiedziałam, że to zrobię. Powtarzałam, że czasami mama i tata są lepszymi rodzicami osobno, niż gdyby byli razem. Na początku starałam się im to zrekompensować, byłam na każde ich zawołanie. Ale szybko się zorientowałam, że nie tędy droga. Teraz potrafię już powiedzieć: „Nie w tej chwili, jak skończę prace”.

Ogromnie trudno organizacyjnie wychowywać troje dzieci i pracować. Teraz, kiedy starsze są już samodzielne, odczuwam dużą ulgę. To w ogóle fajny moment w moim życiu. Widzę, że dzieci są dumne z tego, co osiągnęłam, choć to, że ludzie zaczepiają mnie na ulicy, to dla nich trudna nowość.

Zależy mi na tym, by dzieci były samodzielne, ale jestem nadopiekuńcza. Chciałabym, by same się uczyły, poznawały życie, a ciągle uważam, że to ja powinnam im coś proponować. Zależy mi na tym, żeby oglądały świat, ale boję się, że może im się stać coś złego. Tak więc jako matka składam się z samych sprzeczności. Jednak jestem ich świadoma i walczę z tym, co mnie ogranicza.

Mnie zawsze można przekonać do swoich racji. Na pewno popełniłam mnóstwo błędów. Ale trudno mi powiedzieć, czy bym coś zmieniła, bo bardzo wierzę w wartość błędów, w pozwalanie dzieciom na własne wybory, na tracenie czasu. Niewykluczone, że jakiś błąd może mieć kiedyś pozytywny skutek. Mam poczucie, że oni, tacy, jacy są, to mój największy sukces. Myślę często i mówię to bez kokieterii: „Jak ktoś w sumie tak zwyczajny jak ja mógł zostać matka tak cudownych istot”.

Ałbena Grabowska, pisarka, lekarka (neurolog i epileptolog). Na podstawie jej powieści „Stulecie Winnych”, wydanej przez Wydawnictwo Zwierciadło, powstał serial telewizyjny. Mama trojga dzieci.

  1. Zwierciadło poleca

Pierwszy odcinek drugiego sezonu "Stulecia Winnych" za nami

"Stulecie Winnych" (fot. materiały prasowe)
Za nami pierwszy odcinek drugiego sezonu serialu „Stulecie Winnych”. Znów zobaczyliśmy Kingę Preis jako Bronisławę Winną, Jana Wieczorkowskiego jako Stanisława Winnego, Karolinę Bacię jako Manię Winną i Weronikę Humaj jako Anię Winną. Do obsady uwielbianego przez widzów serialu dołączyli m.in. Stefan Pawłowski, Piotr Rogucki, Mateusz Janicki i Lesław Żurek.

Akcja serialu „Stulecie Winnych” toczy się wokół rodu Winnych mieszkającego w podwarszawskim Brwinowie. Członkowie rodziny żyją codziennym życiem, dzielą się radością i troskami, doświadczają szczęścia i rozpaczy, jak również walczą o przetrwanie na przestrzeni wielu lat burzliwego i obfitującego w liczne wydarzenia XX wieku.

Drugi sezon serialu „Stulecie Winnych” pokazuje Winnych w trudnych latach 1939-1952. Rodzina zmaga się z trudnościami i okropieństwami II wojny światowej i niespokojnymi czasami powojennego stalinizmu w Polsce. Rodzina Winnych stoi w obliczu starych trosk i nowych wyzwań.

Drugi sezon serialu oparty został na II tomie bestsellerowej trylogii Ałbeny Grabowskiej pt. „Stulecie Winnych. Ci, którzy walczyli”, wydanej przez Wydawnictwo Zwierciadło. Pierwszy sezon telenoweli „Stulecie Winnych. Ci, którzy przeżyli” cieszył się ogromną popularnością wśród widzów i zbierał przed ekranami średnio 2,6 mln widzów.

Serial prezentowany jest w każdą niedzielę o godz. 20.15, a następnie można odcinek obejrzeć online za pośrednictwem platformy VOD.tvp.pl. Drugi sezon będzie miał łącznie 13 odcinków.

Kolejny odcinek już w najbliższą niedzielę. Co nowego spotka członków rodziny Winnych? Dowiemy się już 22 marca.

Saga obyczajowa Ałbeny Grabowskiej, na motywach której powstał serial, dostępna jest w naszym sklepie internetowym.

  1. Zwierciadło poleca

"Stulecie Winnych" wraca na ekrany

"Stulecie Winnych" (fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Serial „Stulecie Winnych” niezbicie pokazuje, że Polacy uwielbiają produkcje kostiumowe, historyczne i patriotyczne. Odcinki emitowane w TVP jak i udostępniane w Internecie obejrzało średnio 2,6 mln widzów. Adaptację II tomu powieści Ałbeny Grabowskiej będzie można oglądać już od niedzieli 15 marca w telewizyjnej Jedynce.

Serialowa wersja I tomu bestsellerowej trylogii Ałbeny Grabowskiej pt. „Stulecie Winnych. Ci, którzy przeżyli” cieszyła się ogromną popularnością wśród fanów. Produkcja opowiada o dramatycznych losach rodziny Winnych, mieszkających w małym Brwinowie na początku XX w. Widzowie serialu będą mogli cieszyć się nowymi odcinkami już od 15 marca na antenie TVP, a jak zapowiada Ilona Łepkowska, trwają już prace nad scenariuszem do trzeciego sezonu.

„Stulecie Winnych” odcinek 1, sezon 2 – co się wydarzy? Kiedy w TVP? Kiedy online? O której godzinie pierwszy odcinek?

Akcja drugiego sezonu entuzjastycznie przyjętego serialu pt. „Stulecie Winnych” toczy się w podczas burzliwych lat 1939-1952  na ziemiach polskich. Życie Winnych biegnie dalej, bohaterowie muszą się zmierzyć nie tylko z własnymi słabościami i dramatami, ale także z okrutną rzeczywistością wojenną i powojenną. Na ekranie ponownie zobaczymy większość dobrze nam znanych z poprzednich odcinków bohaterów, w których wcielili się m.in. Kinga Preis (Bronisława Winna), Jan Wieczorkowski (Stanisław Winny), Roman Gancarczyk (Antoni Winny), Katarzyna Kwiatkowska (Kazia Winna), Arkadiusz Janiczek (Władysław Winny), Karolina Bacia (Mania Winna) i Weronika Humaj (Ania Winna).

Pierwszy odcinek zostanie wyemitowany w niedzielę 15 marca 2020 roku o godz. 20.15. Podobnie jak w pierwszym sezonie TVP zaprezentuje 13 odcinków serialu „Stulecie Winnych”.

'Stulecie Winnych' (fot. materiały prasowe) "Stulecie Winnych" (fot. materiały prasowe)

'Stulecie Winnych' (fot. materiały prasowe) "Stulecie Winnych" (fot. materiały prasowe)

'Stulecie Winnych' (fot. materiały prasowe) "Stulecie Winnych" (fot. materiały prasowe)

'Stulecie Winnych' (fot. materiały prasowe) "Stulecie Winnych" (fot. materiały prasowe)

'Stulecie Winnych' (fot. materiały prasowe) "Stulecie Winnych" (fot. materiały prasowe)

'Stulecie Winnych' (fot. materiały prasowe) "Stulecie Winnych" (fot. materiały prasowe)

https://youtu.be/1cvjRKtj3Io

Saga obyczajowa Ałbeny Grabowskiej, na motywach której powstał serial, dostępna jest w naszym sklepie internetowym.

  1. Kultura

Katarzyna Bonda - dzieciństwo przy ognisku z żubrami

Katarzyna Bonda, pisarka, autorka słynnej serii Cztery żywioły Saszy Załuskiej (Fot. Weronika Ławniczak)
Katarzyna Bonda, pisarka, autorka słynnej serii Cztery żywioły Saszy Załuskiej (Fot. Weronika Ławniczak)
Wychowała się w Hajnówce. W domu, w którym nie krzyczało się na dzieci. Sama mówi, że dzięki rodzicom miała poczucie, że świat jest bezpieczny. Co, oczywiście, nie uchroniło jej przed trudami dorastania.

Mieszkaliśmy w trzypiętrowym bloku przy głównej ulicy Hajnówki: najpierw Wyzwolenia, potem przemianowali ją na Piłsudskiego. Wokół inne takie same bloki, skwerki z ławkami i huśtawkami. A więc miasto, ale takie, gdzie wszędzie można dojść pieszo. Miałam może ze cztery minuty spaceru do Puszczy Białowieskiej. Tam na skraju lasu jest stadion, gdzie się odbywały zawody sportowe i mecze piłkarskie, a dalej „harcerska górka”, gdzie się robiło ogniska. Niesamowite wrażenie – pieczesz kiełbaski, a tu podchodzi stado żubrów. Już w liceum latem organizowaliśmy sobie nocowania w puszczy. Braliśmy na noc karimaty i śpiwory. Spanie w lesie ma moc. Widzisz gwiazdy, jest dojmująca cisza, oswajasz strach, nasłuchujesz. 

Fajka pokoju

Czy piliśmy w czasie takich wypadów alkohol? Ja nie. Byłam grzeczna i nudna. Prowadziłam samorząd szkolny, redagowałam szkolną gazetkę, grałam w siatkówkę, no i grałam na pianinie. Raz na biwaku, chyba pod koniec podstawówki, któraś z koleżanek namówiła mnie, żebym poszła do sklepu i kupiła tanie wino. Mnie, takiej wzorowej i grzecznej, na pewno sprzedadzą. Nie wiem, pewnie byłam tak beznadziejnie naiwna, że niosłam to wino na widoku – w ogóle nie miałam poczucia, że robię coś złego, bo i tak nie zamierzałam tego pić – w każdym razie któryś z nauczycieli mnie przyłapał. Zrobiła się afera, zawołali moją mamę. Obiecałam po prostu, że już nigdy się w nic takiego nie wpakuję, i było po sprawie. Pierwsze w życiu piwo wypiłam jakoś przed maturą. Papierosów nie paliłam do 25. roku życia. Zaczęłam z policjantami jako dziennikarka „Super Expressu”. Wódki odmawiałam, ale bez papierosów się nie dało. Żeby czegokolwiek nieoficjalnie się dowiedzieć, trzeba było zapalić fajkę pokoju. A ponieważ z natury jestem obsesyjna, jak już zaczęłam, to na ostro. Od razu czerwone marlborki, nie było mowy o slimach czy mentholach. 

Bukiet

Sąsiedzi, przyjaciele mojego ojca, mieli dom ze sporym ogrodem i altaną i kilka psów. Któregoś razu, mogłam mieć ze cztery lata, byliśmy u nich w gościach, nocowaliśmy i ja po prostu wyszłam z łóżeczka. Poszłam spać do kojca z psami, w końcu mnie tam znaleźli. 

Garnęłam się do każdego zwierzaka, ale szczególnie właśnie do psów. Obcych nie bałam się zupełnie, zaczepiałam każdego, kto się po drodze nawinął. Raz przyprowadziłam do domu bezdomnego wilczura i schowałam go pod swoim łóżkiem. Cały był zapchlony i wyleniały. Od razu nazwałam go Bukiet i wzięłam dla niego jedzenie z kuchni, przez co mama szybko się zorientowała, że coś jest na rzeczy. Przychodzi do mnie do pokoju, a tam wyleniały wilczur wyłazi spod łóżka i coś przeżuwa. Po tej historii wreszcie dostałam swojego pieska, a Bukiet poszedł do sąsiadów. Tych, co mieli dom i ogród. 

Wielka ucieczka

Mimo że Hajnówka to tak małe miasteczko, że tak blisko stamtąd na łono przyrody, to jednak dorośli uważali, że dziecko musi pobyć na wsi. Jeździłam więc do ciotki ze strony mamy, do Gredeli. To był okres, kiedy już czytałam książki i spędzałam czas na ławeczce, leżąc i czytając. Dzieciaki uważały, że to głupota, przecież szkoła się skończyła, już nie trzeba nic czytać. Poza tym takie leżenie to było lenistwo. Wakacje nie wakacje, trzeba było pracować w polu. Jak kazali mi zbierać truskawki, to inni zbierali po 20 koszyczków dziennie, a ja dawałam radę jedynie dwa i strasznie się męczyłam. Byłam miastowa, miękka. Straszliwie cięły mnie komary, na dodatek miałam alergię i wielkie odczyny na całym ciele. Ale najgorsze było to, jak zabili kurę i w ramach zabawy rodzina się zebrała po całym dniu pracy patrzeć, jak kura biega po podwórku bez głowy. Z nerwów wymiotowałam. W końcu mnie jakoś uspokoili, ale jak tylko się dało, uciekłam. Na stację było daleko, ale drogę mniej więcej znałam. Wiem, że się o mnie martwili. W końcu się jednak domyślili i dotarli na dworzec, gdzie czekałam na pociąg. Powiedziałam, że nie wracam. Nie ma mowy. Najpierw przyjechała zawezwana przez nich mama, a po niej dojechał tata swoją zieloną motorynką. 

Rodzicom próbowałam potem coś wyjaśnić, że ta kura, że ten śmiech, ale mnie nie rozumieli, sami pochodzili ze wsi, dla nich to nie było nic nadzwyczajnego. Zepsułam ich plany wakacyjne, ale mnie nie ochrzanili ani nie dostałam szlabanu. 

Spokój

Klapsa nie dostałam nigdy. Nie pamiętam też, żeby ktokolwiek robił mi w domu z jakiegokolwiek powodu awanturę. No, raz. Jak już byłam nastolatką, miałam chłopaka – to była pierwsza miłość – i nie wróciłam zgodnie z umową o 22.  20 minut się spóźniłam. Ojciec poszedł mnie szukać. Siedzieliśmy z moim chłopakiem na przystanku czy ławeczce w grupie ludzi. A ojciec zobaczył mnie i przeszedł obok, jak gdyby nigdy nic. I ja już wiedziałam, że muszę lecieć do domu. Przychodzę, tata wyluzowany. Za to mama się nie patyczkowała, zaczęła od razu od najmocniejszych słów. Z miejsca się popłakałam. A ojciec zasłonił się gazetą i tylko kątem oka widziałam, że się śmieje. Tak to było. Ale generalnie mieli do mnie zaufanie. Puszczali mnie na Basowiszcza [festiwal rockowy na granicy z Białorusią – przyp. red.], obozy, kajaki, żagle. Nie było telefonów komórkowych, na pewno się denerwowali, ale nigdy mnie nie straszyli. Miałam dzięki nimi poczucie, że jest spokój, że świat jest bezpieczny. 

Pawi ogon, lwia grzywa

Skóra zdjęta z ojca. Jego zdjęcie robione do wojska to ja w wersji męskiej, z wąsami. Ale jakimś sposobem bywałam też podobna do mamy. Choć na pewno nie mam jej pawiego ogona i lwiej grzywy. Mama nie miała żadnych kompleksów. To taki typ, który wchodzi i od razu go słuchają. Nawet jeśli czasem sprawiam takie wrażenie, to zupełnie nie mam wrażenia, żebym też taka była. Musiałam się tego nauczyć, ale to nie jestem ja prywatnie, tylko kiedyś Kasia Bonda dziennikarka, a teraz Kasia Bonda pisarka. 

Mama lubiła łamać konwenanse i miała gdzieś, co powiedzą ludzie. Jej małżeństwo było mezaliansem. Ona z wykształceniem wyższym, kierowniczka laboratorium chemicznego w zakładach drzewnych, wyszła za mąż za faceta, który był tokarzem (inna sprawa, że tokarz wtedy zarabiał więcej niż osoba po studiach). W dodatku młodszym od niej o dziewięć lat. Poznali się w pociągu do Warszawy, rozmawiali ze sobą tyle, ile trwała podróż. Tata wysiadł trochę wcześniej i na odchodne powiedział jej, że będzie matką jego dzieci. Mama to, oczywiście, zbagatelizowała, nie wymienili się nawet adresami czy numerami telefonów. Ale on, a mieszkał wtedy koło Mielnika, ją znalazł. Rok później urodziłam się ja, cztery lata po mnie mój brat. Po drodze tata pojechał na Cypr pracować i zostały z tamtego czasu ich listy miłosne. Potrafili się też nieźle kłócić. Były groźby, ciche dni, rzucanie ślubną porcelaną. Ale jak w zasięgu wzroku pojawialiśmy się my z bratem, zawieszali broń. Mogliśmy się tylko domyślać, co tam się działo, jak nas nie było. Kiedy 15 lat temu ojciec umierał na raka, jeździli razem z mamą obstalować grób. W końcu postawił na swoim i wybrał zielony granit. Literki też wybierali. I o to też potrafili się pokłócić. Jak tata zmarł, mama po tygodniu cała posiwiała. Żartowała, że nie ma już z kim walczyć. 

Milczenie

Mama pracowała w laboratorium przy odczynnikach, nieobojętnych dla zdrowia. Byliśmy mali, kiedy los wydał na nią wyrok i rozpoczęła batalię o siebie. Wiem, ile praca w laboratorium dla niej znaczyła, mama tworzyła autorskie receptury klejów, chronione patentem, ale odeszła, zaczęła pracę w bibliotece. To już była walka o to, żeby dożyć i żeby nas wychować. Nikt nam wtedy nie mówił, co jej jest. Dzieciom się wtedy o takich rzeczach po prostu nie mówiło. Pamiętam, że któregoś dnia zwolnili nas ze szkoły i pojechaliśmy do Białegostoku do mojej ukochanej cioci, a mama poszła do szpitala. Rozmawiała z nami, jakby się żegnała, ale nie padły konkretne słowa, że rak, co to znaczy. A jednak przerzutów nie było całe lata. 

Jednym ruchem

Czy to, jaki tworzyli związek moi rodzice, przekłada się na moje związki? Na pewno szukam takiego faceta jak mój „stary”, który był jak skała – niewzruszony i stabilny. Mama, taka silna kobieta, która poza domem robiła, co chciała, miała do niego całe życie respekt. Ojciec mówił mało, ale jak coś obiecał, wiadomo było, że masz to pewne jak w banku. Pamiętam, jak jeszcze żył, miałam kolejnego narzeczonego, wydawało się, że wszystko jest wspaniale. Rodzice przyjeżdżają do mnie do Warszawy na wizytację, a ja nie mam stołu. Nie wiem, nie pomyślałam, nie było to dla mnie takie ważne. Ojciec najpierw pyta narzeczonego dlaczego. Narzeczony się wije, tłumaczy. Ojcu oko nie drgnie, woła mamę, potem mnie i jedziemy kupić stół. Wszystko potem było niby w porządku, miło, sympatycznie, ale jak wyjeżdżał, wziął mnie na bok: „Wiesz, takie sprawy powinien załatwiać twój facet, nie tatuś”. Nie chcę go gloryfikować, tyle razy wydawało mi się, że jestem ponad to, że daję komuś szansę. A potem mnie to dopada. Taka myśl: „Ojciec by to jednym ruchem załatwił”. 

Po napisach

Mój brat wolał chłopackie rzeczy. Piła, motocykle. Ja po szkole uwielbiałam przesiadywać u mamy w bibliotece. Nie tylko wypożyczałam, koczowałam tam. Czytałam i horrory Mastertona, i „Czarodziejską górę”. Jestem pewna, że to mnie ukształtowało. Że zyskałam poczucie, że mam prawo marzyć, są inne światy, nie tylko moje miasteczko. To samo dały mi filmy, które oglądałam w kinie Leśnik. Kino razem z biblioteką, kawiarnią i sceną mieściło się w przyzakładowym domu kultury. Mnóstwo zakazanych filmów obejrzałam właśnie wtedy, w tak młodym wieku. Niby za każdym razem musiałam zapytać mamę, a ona z kolei musiała zadzwonić do pani Heni, bileterki, ale pani Henia mnie bardzo lubiła i wpuszczała, na co chciałam. Musiałam tylko cichaczem się zakraść do sali, wejść po początkowych napisach i wyjść przed końcowymi. 

Nóż w plecy

Na pianinie grałam od piątego roku życia do trzeciej klasy liceum. I ćwiczenie, katorżnicza codzienna praca, było dla mnie wspaniałe. Codziennie konsekwentnie walczyłam z materią. Kiedy po latach takiego wysiłku ktoś mówi, że nie będziesz pianistką, to jakby przekręcił ci nóż w plecach. Ale też moja pani profesor Halina Rowińska uratowała mi życie. Byłby ze mnie żaden muzyk. Wtedy jednak byłam wściekła. Wymyśliłam sobie, że chcę mieć takie życie jak z tych książek, które przeczytałam w bibliotece. Że będę podróżować, przeżywać przygody. Drogą eliminacji wyszło mi, że pójdę na dziennikarstwo. 

Czołówka

Poszłam do jedynej lokalnej gazety, którą znałam – „Gazety Hajnowskiej”, ale kazali mi robić relacje z rady miejskiej, więc umierałam pod stołem z nudów. Któregoś razu, to była zima, bo pamiętam, że byłam w swoim góralskim kożuszku, dzwonach i glanach, pojechałam do Białegostoku do „Kuriera Podlaskiego”. Miałam 18 lat, a wyglądałam jeszcze młodziej, co próbowałam zamaskować nieudolnym makijażem, którego mama mi zakazywała. Skierowali mnie do działu Region, a redaktor, który nim kierował, wcale nie chciał ze mną rozmawiać. Na odczepnego powiedział: „Dobrze, dziecko, napiszesz coś, to zobaczymy”. Potraktowałam to bardzo poważnie. A że to były czasy, kiedy masowo zamykali zakłady, uznałam, że to jest temat, i umówiłam się z dyrektorem zakładów chemicznych na wywiad. Tym sposobem miałam pierwszą czołówkę i natychmiast dostałam staż. Pozdrawiam pana dyrektora! Chociaż nie potraktował mnie poważnie. Potem wiele razy mi się taka bagatelizacja zdarzała, ale obracałam to na swoją korzyść.

Życzę każdemu

Kiedy trafiłam do Warszawy, najpierw pracowałam w „Expressie Wieczornym”, potem w kilku innych tytułach, wreszcie w „Newsweeku” i „Wprost”. W pewnym momencie odkryłam, że najciekawsze jest to, czego ci ludzie nie mówią, co ci kłamią albo wyrzucają, autoryzując tekst. Poczułam, że dziennikarskie teksty mnie męczą. Odchodziłam dwa razy. Ale wracałam. Tkwiłam tak, męcząc się, do czasu, kiedy miałam wypadek. Los zdecydował za mnie. Byłam już bez stałej pracy od roku, nie zdając sobie w ogóle sprawy, że przede mną jeszcze siedem chudych lat. Siedziałam i pisałam. I pamiętam te momenty – życzę każdemu, żeby przytrafiło mu się coś takiego chociaż raz – kiedy odklejałam się od rzeczywistości. To mi niby sprawiało trudność, bo ja nie cierpię samego procesu pisania, męczę się przy nim strasznie. Ale to tworzenie historii – to, że budujesz jakiś świat i on w pewnym momencie sam zaczyna się napędzać, rozwijać, żyć – jeszcze wtedy nie wiedziałam, że się od tego uzależnię, że będą następne książki. Ale czułam, że jestem szczęśliwa.

Katarzyna Bonda, rocznik 1977; autorka bestsellerowych powieści kryminalnych, scenarzystka.