1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Kino familijne - kino z plastiku

Kino familijne - kino z plastiku

Kino familijne, przeznaczone dla najmłodszych, rzadko kiedy broni się samo, bez wsparcia marketingowego, bez ton produktów z filmem związanych, bez zabawek, komiksów i gadżetów. Dlatego też lwia część producentów wybiera rozwiązanie bezpieczne, kupując atrakcyjną licencję i bazując na popularności gotowej już, wypromowanej wcześniej marki.

Rzecz jasna jest to strategia stosowana nie tylko przez studia zajmujące się produkcją filmów rodzinnych, wszak rozrywkowe kino dla dorosłych również w dużej mierze opiera się na głośnych tytułach literackich czy komiksowych, lecz dzieci do lat dwunastu są targetem dla marketingowców łatwiejszym. Dlatego też niektóre filmy o miernej wartości artystycznej sukces zawdzięczają skojarzeniu ze znaną marką, bowiem młodzi widzowie rozpoczynający dopiero swoją przygodę z kinem podatni są na sugestię działającą na następującej zasadzie – skoro ulubiona zabawka jest fajna, to i film będzie fajny. W większości przypadków nie jest to prawda, lecz fakt ten zdaje się być przez młodziutkich odbiorców ignorowany, gdyż stosunkowo nietrudno nimi manipulować. Sprawa ma się inaczej z rodzicem, ale z drugiej strony ten i tak ugnie się pod prośbą swojej latorośli i zabierze je do kina na aktorską ekranizację przygód bohatera faworyzowanej kreskówki. Tym samym wpływy z biletów podwójne. Rzadko więc dba się także o przyjemność rodzica z oglądania filmu familijnego, dzisiaj najczęściej nastawionego na pusty efekt i żerowanie na gorącej licencji. I choć „Smerfy” nie weszły jeszcze do kin i nie powinno oceniać się książki po okładce, a raczej filmu po zwiastunie, nietrudno przewidzieć, że pełnometrażowe przygody niebieskich stworków nie będą miały wiele wspólnego z eleganckim humorem animowanego oryginału.

Ze sklepu do kina

W ostatniej dekadzie na ekranach pojawiła się spora liczba filmów mających swoje korzenie w kreskówce, dziecięcym komiksie czy serii plastikowych zabawek. Prócz nieudanego „Garfielda” i jego sequeli, które z wiecznie leniwego, sennego kota uczyniły tańczącego akrobatę, godny odnotowania jest między innymi niedawny „Miś Yogi”. Film, jak niestety większość aktorskich pełnych metraży bazujących na kreskówkach ze studia Hanna Barbera, okazał się porażką. Bo choć materiał źródłowy jest niezwykle chłonny i elastyczny, „Miś Yogi” powiela wyeksploatowane klisze, w dodatku próbując rozbawić widza nieco kłopotliwymi, nierzadko żenującymi żartami pozbawionymi slapstickowej finezji oryginału. Nie ulega wątpliwości, że mimo wszystko dzieciaki nie będą oponować przed niewybrednymi żartami związanymi z niedźwiedzią gastryką, lecz jest to linia najmniejszego oporu, humor niewymagający zaangażowania. Widzom starszym, którzy wybrali się do kina prowadząc za rękę syna czy siostrzenicę, odmówiono nawet sentymentalnej podróży do własnego dzieciństwa, zmieniając kanoniczną fabułę kreskówki. Przekleństwem adaptacji rysunkowych seriali dla dzieci wydaje się więc przede wszystkim błąd zubożenia treści, sprowadzenie młodego widza do poziomu zidiociałego odbiorcy zdolnego przełknąć wszystko, oby tylko nosiło logo ulubionej animacji czy imię hołubionego herosa.

W początkowej fazie podobna taktyka może przynieść rezultaty, bowiem bilet zostanie sprzedany, lecz wyjściu z kina towarzyszyć będą jęki zawodu.

Innym błędem filmowców jest znacząca zmiana wydźwięku i atmosfery pierwowzoru. Na przykład aktorska wersja „Inspektora Gadżeta” z 1999 roku z uwagi na mroczniejszy od oryginału klimat i dosłowne sceny mordów nie nadawała się dla publiczności docelowej. Podobnie zresztą interpretacja „Filntstone'ów” z roku 1994, która dotykała problemów kompletnie niezrozumiałych dla dzieciaków – defraudacji i kłopotów małżeńskich, przez co praktycznie uniemożliwiono znacznej części młodej widowni pełne odczytanie filmu. Ale istnieją też produkcje udane. Jednym z rzadkich obrazów w typie omawianych w tym tekście, którym udało się dorosnąć do oczekiwań, były „Wojownicze żółwie ninja” z roku 1990. Interesująco połączono mroczną atmosferę oryginalnego komiksu z młodzieńczą naiwnością późniejszej kreskówki. Synteza obydwu składników dała produkt wychodzący naprzeciw oczekiwaniom widowni w każdym wieku. I choć w filmie nie brak przemocy, nie jest ona przedstawiona naturalistyczne, co czyniło film stosunkowo bezpiecznym dla młodego widza. „Wojownicze żółwie ninja” są niemal wzorową adaptacją kreskówki (i, w tym przypadku, również komiksu), pozostając wierną treści i wymowie oryginału. Pod wieloma względami udany był również „Kacper”, oparty na serii kreskówek i komiksów o przyjaznym duchu – sam wyjściowy pomysł wydaje się kontrowersyjny, gdyż dotyka tematu śmierci i życia po życiu, lecz w pełnometrażowym filmie aktorskim przekuto to na zaletę, dodano filozoficzny sznyt pobudzający intelekt młodego odbiorcy.

Fakt, że film jest adaptacją kreskówki czy ożywionymi przygodami plastikowej zabawki, nie jest tożsamy z tym, iż widownia ograniczy się do ośmiolatków. Ostatnimi laty niezasłużone tryumfy święci koszmarna seria „Transformers”, oferująca rozrywkę wyjątkowo pustą, przeznaczoną dla widzów nieco starszych. Podobny target miał też chociażby zrealizowany w drugiej połowie lat osiemdziesiątych film „Władcy wszechświata”, w którym rolę tytułową zagrał gwiazdor kina akcji, Dolph Lundgren. Prezentujący nie najlepszy poziom, okazał się jednak klapą, lecz dzisiaj oglądany jest chętnie przez amatorów estetyki camp. Nie są to przykłady odosobnione i znakomicie obrazują odwieczną prawdę o kinie: film da się zrobić z niczego.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze