1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Michał Piróg: "Uważam, że trzeba robić swoje"

Michał Piróg: "Uważam, że trzeba robić swoje"

Michał Piróg, fot. Adam Pluciński / MOVE
Michał Piróg, fot. Adam Pluciński / MOVE
W jego przypadku nie ma mowy o letnich uczuciach. Widzowie go uwielbiają albo nie znoszą. Nowa edycja programu „Top Model”, którego jest prowadzącym, to dobry pretekst do rozmowy.

Jak się masz?
Świetnie. To dobry moment. Wiele się u mnie zmieniło.

Na przykład?
Zdecydowałem się w końcu, że wezmę udział w programie „Azja Express”. To jednak nie praca. Przed kamerą byłem zwykłym uczestnikiem, za nic nie odpowiadałem, miałem się tylko dobrze bawić. Fajne doświadczenie, a dla mnie dodatkowo sprawdzian, bo po ponad dziesięciu latach od poważnego wypadku zdecydowałem się wrócić do aktywności fizycznej. Pomyślałem: „Dobra, przekonamy się. Strzeli mi kręgosłup, nie strzeli?”. Przeżyłem, więc uznałem, że skoro tak, to może trzeba wrócić do teatru. Teraz gramy po 25 spektakli w miesiącu. Non stop podróżujemy po Polsce. Pracuję jak nienormalny i jestem zadowolony. Po powrocie z Indii nakręciliśmy jeszcze program „Mistrzowskie cięcie”. No i przeprowadzka, w Azji poczułem, że potrzebuję takiej zmiany.

Daleko?
Cztery ulice od mojego poprzedniego mieszkania. Jeśli mieszkać w mieście, to tylko w centrum. Są ludzie, którzy szukają spokoju, potrzebują natury, a są ludzie tacy jak ja.

Czyli jacy?
Tacy, którzy boją się, że coś ich ominie. I trochę leniwi. Nie wyobrażam sobie, że wracam po pracy do domu, jeszcze bym gdzieś poszedł, gdzieś coś grają, ale muszę tam jechać godzinę. To nie dla mnie. Nie poszedłbym.

Uważasz, że jesteś szczęściarzem? Jesteś wdzięczny losowi?
Dla mnie to nie jest kwestia wdzięczności. Pamiętam, jak byłem właściwie jeszcze dzieciakiem, przeprowadziłem się z Kielc do Krakowa. I jak zobaczyłem park i przepiękną kamienicę w Krakowie. Pieniędzy nie miałem wcale, zarabiałem śmieszne kwoty, ale wymyśliłem sobie, że będę mieszkać tylko tam. Zacząłem wypytywać wszystkich, których znałem, czy przypadkiem nie słyszeli o kimś, kto tam mieszka i kto chciałby tam coś wynająć. Ktoś słyszał. Okazało się, że mieszkanie do wynajęcia jest, tylko że w strasznym stanie. Ale właśnie dzięki temu stać mnie było na to, żeby je wynająć. W końcu się dogadałem, że będę płacić jeszcze mniej, ale remonty i naprawy będą na mojej głowie. Ulica Retoryka, przy Wawelu i Plantach. Pięknie. Inna sprawa, że miałem w oknie dziurę, jakby ktoś z armaty strzelił, i wiało jak cholera. Tak więc wracając do twojego pytania – nie czuję wdzięczności, raczej upieram się przy pewnych rzeczach. Nawet ich nie wymuszam, same do mnie przychodzą. A ja nigdy nie bałem się po nie sięgać.

Jak długo jesteś w show-biznesie?
To znaczy od kiedy pracuję przed kamerą?

Sama jestem ciekawa, co uważasz za początek.
Ja bym liczył jednak od momentu, kiedy zacząłem pracować w teatrze. Albo raczej od momentu, kiedy dowiedziałem się, że są widzowie, którzy przychodzą specjalnie na te spektakle, w których występuję.

Jak się dowiedziałeś?
Od bileterów. Pytali, kiedy, w których obsadach gram, bo ludzie chcą wiedzieć. Wcześniej strasznie się cieszyłem, że w ogóle występuję na scenie, a po tym poczułem też, że to ma sens, znaczenie. Że to nie była fanaberia, tylko dobrze wybrany zawód.

Ile miałeś wtedy lat?
Dziewiętnaście.

Byłeś w zespole Kieleckiego Teatru Tańca. Ty, samouk. Skończyłeś co prawda w liceum klasę o profilu teatralnym, ale nigdy nie chodziłeś na lekcje tańca.
Miałem potworny tupet [śmiech]. Uczyłem się z kaset VHS. Z koleżanką, która była tancerką tańca towarzyskiego. Podejrzewam, że liczba błędów technicznych, które popełnialiśmy, była niezliczona. Mnie interesował modern jazz. Któregoś dnia wybrałem się do KTT i zobaczyłem spektakl dokładnie w tej technice, w której chciałem pracować. Poszedłem więc do choreografki Elżbiety Szlufik i powiedziałem, że bardzo chciałbym spróbować swoich sił w jej zespole. Usłyszałem oczywiście to, co musiałem usłyszeć. W ogóle nie brali pod uwagę, że w takim wieku mógłbym zacząć profesjonalnie tańczyć, ale też zachęcili mnie, żebym dołączył do grupy amatorów, która działała przy teatrze i do której mógł się zapisać praktycznie każdy.

Czułeś, że chcą cię w ten sposób zbyć?
Nie. Nie poczułem się w żaden sposób urażony, od razu zacząłem tańczyć w tej przyteatralnej grupie, a po kilku miesiącach dostałem propozycję, żeby przejść do grupy adeptów teatru, w której ćwiczyło się układy do repertuaru. W ten sposób trafiłem po raz pierwszy jako tancerz na scenę. W tym czasie do Kielc przyjechał choreograf, który miał robić nowy spektakl. Oglądał grupę profesjonalną, ale zdecydował się też spojrzeć na adeptów, czy może któryś z nich się nadaje. Zauważył mnie, najpierw zaproponował mi mniejszą rolę, a potem, już w czasie prób, jedną z solowych. Następny spektakl to była już główna rola.

Błyskawiczna kariera.
To tak ładnie brzmi, ale też pamiętam, jak dostałem swój pierwszy rachunek za telefon komórkowy, stawki były wtedy zabójcze. Rachunek wynosił jakieś 600 zł, a ja zarobiłem w teatrze 360. Pracowałem w knajpie, byłem kelnerem, barmanem, na wszystkich możliwych promocjach rozdawałem ulotki, odchudzałem ludzi w kieleckim Klubie Kwadransowych Grubasów, prowadziłem zajęcia fitness, jogi. Cały czas musiałem pracować, żeby mnie było stać na pracę w teatrze. Spałem po trzy, cztery godziny dziennie. Cały czas na adrenalinie. Zresztą nadal tak mam. Wcale mi nie minęło.

Jak trafiłeś do telewizji?
Zbieg okoliczności sprawił, że zacząłem pracować jako współchoreograf i tancerz w programie TVN „Droga do gwiazd”. Kręciliśmy w krakowskim Łęgu, ta historia z kamienicą przy Retoryka jest z tamtego okresu. Ale przez cały ten czas jeździłem z teatrami po Polsce, po Europie, uczyłem się. Byłem już po audycjach u Jana Fabre’a, miałem się przeprowadzać za granicę, pojawiła się ciekawa propozycja pracy. Ale się zakochałem, wszystko się zrobiło poważniejsze, niż mi się wydawało, i zdecydowaliśmy, że najwygodniej będzie, jeśli pomieszkam jakiś czas w Warszawie. Tylko że tu nie było sceny tańca z prawdziwego zdarzenia. Zostawały wyjazdy, chałtury, musicale. I telewizja. Najpierw dostałem propozycję od MTV. Program z Edytą Herbuś. Jakiś czas potem był „You Can Dance – Po prostu tańcz!”. Zgodziłem się, chociaż to był już moment, kiedy uznałem, że kończę z innymi aktywnościami, że muszę się skupić na teatrze. Kusiło mnie, bo to był program stricte dla tancerzy, pomyślałem więc, że podpiszę kontrakt na jedną edycję, spróbuję, co mi szkodzi, a potem będę się najwyżej ewakuował. Podpisałem na jedną, po czym, oczywiście, na drugą. A po drodze miałem wypadek, który przesądził o dalszym ciągu. Okazało się, że do tego teatru już nie da się uciec.

Co się stało?
Nie chcę o tym za wiele mówić. Pech, przypadek. Prowadziłem zajęcia, podłoga była niezaimpregnowana, wywróciłem się. Dyskopatia dziewięciu dysków, paraliż nóg, niedowład kończyn górnych, głowa ruchoma, ale też nie w stu procentach.

Podobno w szpitalu usłyszałeś, że już w ogóle nie będziesz chodzić.
Od dziecka nie przyjmowałem do wiadomości, że czegoś nie mogę. Nienawidziłem, kiedy ktoś mi tak mówił. Do dzisiaj tego nie znoszę.

Czyli nie przyjąłeś do wiadomości diagnozy.
Wiedziałem z doświadczenia, że lekarzom w takich sprawach się nie wierzy. Jak miałem dwa lata, coś podobnego powiedzieli mojej mamie. Sam tego nie pamiętam. Wiem tylko, że to była reakcja poszczepienna i że lekarz mówił, że mogę skończyć na wózku.

Wierzyłeś, że tym razem też się uda.
Na początku byłem totalnie załamany. Przede wszystkim dlatego, że ból był nie do zniesienia, więc pierwsze, co ci przepisują lekarze, to cztery razy dziennie domięśniowo mocne przeciwbólowe środki plus psychotropy. Przez dziewięć miesięcy brałem te psychotropy i środki przeciwbólowe i popijałem je alkoholem. Przynajmniej zasypiało się od razu, bo bez alkoholu jednak się nie dało. Chcieli zrobić mi operację, która skutkowałaby usztywnieniem kręgosłupa. Pomyślałem: „OK, to jest opcja ostateczna, ale trzeba zacząć szukać innych”. Właśnie kręciliśmy drugą edycję „You Can Dance – Po prostu tańcz!”. Po nagraniach podeszła współpracująca z nami dziewczyna. Zapytała, czy wierzę w naturalne metody leczenia, medycynę chińską. Tak trafiłem do ludzi, którzy doprowadzili do tego, że zacząłem chodzić. Zaczęli od diagnozy, dlaczego u młodej wyćwiczonej osoby kręgosłup rozsypał się jak domino. I leczyli przyczyny, a nie skutki wypadku. Zacząłem chodzić po trzech tygodniach od rozpoczęcia kuracji.

Zaraz, zaraz. Mówisz o nagraniach do „You Can Dance – Po prostu tańcz!”. Byłeś praktycznie unieruchomiony i pracowałeś?
Tak. W końcu byłem jurorem, wystarczyło się oprzeć o stół, nie musiałem się za bardzo ruszać. Wszyscy naokoło twierdzili, że jestem trochę sztywny [śmiech]. A ja właśnie wtedy pomyślałem, że właściwie ten program jest bardzo fajny.

Oglądałeś tych wszystkich supersprawnych młodych ludzi i po ludzku nie czułeś zazdrości?
Przecież mogło być gorzej, mogłem trafić za biurko. Program to była jednak namiastka mojego zawodu, jedyna możliwość pozostania w tym świecie. Paradoksalnie oglądanie uczestników było pomocne. Bardziej zły byłem na to, że nie mogę im czegoś pokazać, a nie że oni się ruszają, a ja nie. Co skutkowało u mnie podenerwowaniem, a z tego podenerwowania wyniknęła mobilizacja.

Czy 20 lat w show-biznesie, o których mówiłeś, to dostatecznie dużo, żeby poznać wszystkie jego mechanizmy i pułapki? Nie boisz się tego żywiołu?
Nie. W ogóle. To jest moja praca. Taka sama, kiedy idę do szkoły i uczę ludzi tańczyć.

Za nauczycielem nie biegają paparazzi. Ciebie ludzie zaczepiają na ulicy, zdarzają się różne komentarze. Przywykłeś?
Moja znajoma powiedziała mi nie tak dawno, że jak zaczęła ze mną więcej przebywać i pojawiać się w moim towarzystwie, to na początku myślała, że coś z nią jest nie tak. Że może się czymś ubrudziła, bo ludzie tak dziwnie się na nią patrzyli. A potem się zorientowała, że gapią się na mnie. Pytała, czy mi to nie przeszkadza. A ja, że nie, że zupełnie nie zwracam na to uwagi. Czy przywykłem? Raczej nigdy nie przyzwyczaiłem się do sytuacji, w której ludzie mówią ci tylko to, na co mam ochotę, i zachowują się wobec mnie tylko tak, jak bym chciał. Jako dzieciak miałem kręcone włosy i ciemną karnację. I jak pojechaliśmy do Francji, do rodziny mojej mamy, wszyscy brali mnie za Araba. Do tego stopnia, że nie chcieli mnie wpuścić do basenu. Jak byłem nastolatkiem, to ludzie bez przerwy się na mnie gapili i mieli do mnie jakieś ale. Bo już wtedy miałem tatuaże i kolczyki. W latach 90. jak tańczyłeś, to znaczyło, że jesteś pedałem. To było jedyne skojarzenie.

Twój coming out w telewizji, w programie Kuby Wojewódzkiego, był zaplanowany?
Wojewódzki zapytał wprost. Najpierw: „Czy to prawda, że jesteś Żydem?”. Pomyślałem: „Jakie to durne, nie na miejscu pytanie!”. Drugie dotyczyło mojej orientacji seksualnej. Tego się spodziewałem.

To nie było na żywo, nagrywaliście, mogłeś przerwać.
Nie chciałem tego cenzurować i rozumiem, dlaczego Kuba o to zapytał, po to ma swój program. Po nagraniu trwała dyskusja, Kuba też się upewniał, czy to puszczać. Dla mnie to było proste: „Ty dzisiaj nie puścisz, to ktoś inny za jakiś czas puści, zapyta albo sam wymyśli i napisze”. Pomyślałem: „Kości zostały rzucone, zobaczymy, co się wydarzy”.

I co się wydarzyło? Miałeś poczucie przełomu?
Zabawne, że większą sprawą okazało się nie to, że jestem gejem, tylko to, że jestem Żydem w telewizji. Że to budzi większy niesmak. Co do drugiej kwestii o przełomie nie mogło być mowy. Jeśli ktoś nie wiedział o mojej orientacji, to na pewno nie dlatego, że cokolwiek ukrywałem. Nigdy nie siedziałem w szafie. Jak wracałem do domu z chłopakiem i towarzyszyła nam Edyta Herbuś, paparazzi robili zdjęcia, jak na pożegnanie obejmuję Edytę. Tym, jak całuję się z chłopakiem, nikt nie był zainteresowany.

A twój prywatny coming out?
Nie jestem pewien, czy można to podciągnąć pod tę kategorię – mama po prostu zapytała, czy wolę chłopaków. Odpowiedziałem, że tak. Ona liczyła na większą rozmowę, ja stwierdziłem, że nie ma o czym rozmawiać. Miałem wtedy niecałe 15 lat. Mama, oczywiście, się martwiła, że nie będę miał dzieci, że na starość zostanę sam. Klasycznie: „Jak ludzie cię będą traktowali?”, „Czy ktoś nie zrobi ci krzywdy?”.

Ty się nie bałeś?
Myślę, że od małego byłem przygotowywany przez rodziców do… nie wiem, jak to ująć. Moja mama dźwigała ciężar rodzinnego sekretu i wiedziała, że ten sekret może w którymś momencie wyjść na jaw i uderzyć w poczucie pewności moje i mojego brata. Zresztą sama chyba też tak była wychowywana. Ja zawsze czułem, że coś wisi w powietrzu. Prababcia nigdy nie pozwalała nam na przykład bawić się przy takim jednym skwerku. Teraz wiem, że to miejsce pogromu żydowskiego. Zawsze były jakieś niedopowiedzenia. Ale o co naprawdę chodzi, dowiedziałem się w sumie przypadkiem.

Jak?
Miałem 18 lat, przyjechałem do cioci, siostry mojej mamy, do Nicei, ze swoim ówczesnym chłopakiem. Siedzimy przy stole przy kolacji. Cioci syn spotykał się wtedy z dziewczyną, która była Arabką. I w czasie tej kolacji wyszedł wątek à propos krewnego tej dziewczyny. Ciocia coś nam o nim opowiadała, aż w końcu się oburzyła: „Mnie, Żydówce, nie będzie mówił, czy mój syn może się spotykać z Arabką, czy nie”. Pierwszy odezwał się mój chłopak: „Żydówce? Ale w jakim sensie?”. No to ja po nim: „No właśnie, w jakim?” [śmiech].

Pytałeś rodziców, dlaczego ci wcześniej nie powiedzieli?
Jak wróciłem, zrobiłem im awanturę, dlaczego ukrywali to tak długo. Wściekły byłem przede wszystkim o to, że ktoś za mnie decyduje, kim jestem i co będzie dla mnie lepsze. Mama miała swoje argumenty. Właściwie dopiero po tym, jak w programie u Wojewódzkiego publicznie powiedziałem, jak jest z naszym pochodzeniem, przeżyła transformację. Całe życie bała się o tym mówić, a teraz, takie mam wrażenie, po raz pierwszy dostała pozwolenie na bycie sobą. Zaangażowała się w życie gminy żydowskiej, jeździ na wakacje z wnuczką do Izraela. Oczywiście, było kilka niemiłych sytuacji, kilka osób zgłaszało do mamy pretensje. Ale widzę, że ogólnie jest szczęśliwa.

Całkiem niedawno orła na tle tęczowej flagi jeden z polityków uznał za profanację godła i zgłosił zajście do prokuratury. Oglądasz takie rzeczy i czujesz się tu niechciany? Czujesz się outsiderem?
Nie. Uważam, że trzeba robić swoje.

To znaczy?
Angażować się w sprawy, na które masz wpływ. Zawsze angażowałem się w jakieś społeczne inicjatywy, ale telewizja dała mi tę możliwość, że o pewnych rzeczach mogę mówić nie przy stoliku do jednej osoby, tylko do całkiem dużej grupy ludzi. Tak się złożyło, że zostałem wybrany na ambasadora ds. wykluczeń społecznych z ramienia Komisji Europejskiej. Jeździsz, oglądasz. I zyskujesz świadomość. My tu jemy w restauracji obiad, a kilka kilometrów stąd żyją i umierają ludzie, którzy nie mają szans wydostać się z zamkniętego ośrodka. To są outsiderzy. Swoją drogą miałem robić ostatnio reklamę dla bardzo dużej międzynarodowej firmy. Zgodziłem się pod warunkiem, że wypłata zostanie zamieniona na sprzęt dla ośrodka dla uchodźców pod Warszawą. I wiesz co? Firma zrezygnowała ze współpracy. Argumentem było to, że w takiej sytuacji politycznej to byłby dla nich strzał w kolano.

Uważasz, że Polska to twoje miejsce na Ziemi?
Nie mam pojęcia. Gdzie jest moje miejsce, będę wiedział pewnie dopiero wtedy, kiedy będę umierał.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

„Wszyscy wszystko zjedli” – film o sile kobiet i dzieleniu się dobrem

"Wszyscy wszystko zjedli" opowiada historię Madiny, doświadczonej przemocą domową Czeczenki, która uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. (Fot. materiały prasowe)
"Wszyscy wszystko zjedli" to historia przyjaźni, tolerancji, dokument o udzielaniu i dawaniu pomocy. A przede wszystkim opowieść o sile kobiet i o dzieleniu się dobrem.

Film „Wszyscy wszystko zjedli” opowiada historię dziewczynki, która przeżyła dwie krwawe wojny. Dziewczyny, którą wydano za mąż, wbrew jej woli, bez miłości. Matki, która całą swoją miłość oddaje dzieciom. Dlaczego zabawki wożono jej aż z Kazachstanu? Dlaczego ukończyła tylko trzy klasy podstawówki? Jak przetrwała domowy terror? Skąd znalazła się w Polsce? No, i jak jej mieszka się u rodziny Stuhrów? Dwuosobowa ekipa filmowa (reżyser, operator i dźwiękowiec Kamil Witkowski oraz pomocnik reżysera Marina Hulia) zaprasza do mlaskania, wąchania, dumania.

Madina, doświadczona przemocą domową Czeczenka, uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. Tutaj przygarnęła ją rodzina Stuhrów. Kobieta, wraz z innymi czeczeńskimi matkami, gotuje – nie tylko dla rodziny i przyjaciół; gotuje dla warszawskich bezdomnych oraz dla samotnych staruszek w podwarszawskiej Radości. Miesza w dużym garze smaki i zapachy, losy i opowieści.

– Nareszcie! Jednak marzenia się spełniają! Po wielu latach starań w końcu udało mi się zagrać w filmie u boku samej Madiny Mazalievej! Bo to Dobra Kobieta jest Maciej Stuhr.

– Na całym świecie kobiety walczą o swoje człowieczeństwo, a nie status „samicy gatunku homo sapiens”. Trudno to robić nie mając domu. Nie mając nic. Kobiety takie, jak Madina, zwyciężają ludzką obojętność. Jak to robią? Czym to robią? Talerzem zupy rozdają miłość. Dziękujemy Ci, Madino, że ratujesz świat. Dzięki Tobie ma czym się „najeść” do syta Dorota Sumińska.

Wszyscy wszystko zjedli. Do cna. Bo Madina jest geniuszem gotowania. Będzie kroiła, wałkowała, lepiła, doprawiała. Z ekranu popłynie do Was zapach ziół i przypraw kuchni Madiny. O jedzeniu będzie, o mlaskaniu. O głodzie będzie. O matczynej miłości i o tym, jak Europa wyzwoliła Madinę.

Premiera filmu „Wszyscy wszystko zjedli” 10 czerwca o godzinie 18:00 w warszawskim Kinie Muranów.

  1. Kultura

„Łasuch” – recenzja serialu

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Łasuch". Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)
Bajka, której akcja dzieje się w postapokaliptycznym świecie? Czemu nie, dorośli mają swojego „Mad Maxa”, teraz czas na młodszych widzów.

Świat opanowała pandemia, tym razem jednak nie wystarcza noszenie maseczek, a na horyzoncie nie widać skutecznych szczepionek. Choroba jest śmiertelna i zaraźliwa, więc wybucha chaos. Jedyne obowiązujące teraz prawo, to prawo silniejszego. Niemal w tym samym czasie przydarza się zagadkowy fenomen. Dzieci przychodzące na świat z nieznanych powodów okazują się hybrydami, częściowo ludźmi, a częściowo zwierzętami. Taki jest właśnie bohater tej historii Gus, pół chłopiec, pół jeleń. Wygląda, jak zwykły 10-latek, ale ma jelenie rogi i uszy oraz wyjątkowy węch. Przez pierwsze lata żył z ojcem w głębokiej głuszy, z dala od ludzi i cywilizacji. Teraz jest zmuszony wyruszyć w świat, żeby odnaleźć swoją mamę. A zadanie to niełatwe, bo hybrydy nie cieszą się wśród ludzi popularnością.

Kadr z serialu 'Łasuch'. Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Łasuch". Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)

„Łasuch” to kolejna po „The End of the Fucking World” frapująca adaptacja komiksu. Choć jego wydawca sugeruje, że lepiej, żeby czytali go dorośli, serial sprawdzi się jako kino familijne, choć w wypadku dzieci w wieku 12 lat i starszych. Odcinki trzymają w napięciu, są świetnie zrealizowane i poruszają aktualnym, ekologicznym przesłaniem.

8-odcinkowy serial „Łasuch” można oglądać na platformie Netflix od 4 czerwca.

  1. Retro

Saganka - Brigitte Bardot literatury

Saganka w latach 80. w Paryżu. Swoje ekstrawaganckie wybryki tłumaczyła słowiańskimi korzeniami. Brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało jej brakować pieniędzy, siadała do pracy. (Fot. BEW PHOTO)
Saganka w latach 80. w Paryżu. Swoje ekstrawaganckie wybryki tłumaczyła słowiańskimi korzeniami. Brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało jej brakować pieniędzy, siadała do pracy. (Fot. BEW PHOTO)
Dla jednych była głosem pokolenia lat 50. – Brigitte Bardot literatury. Dla drugich burżujką, „hotelową” egzystencjalistką. „Pomyśl tylko – mówiła krótko przed śmiercią do syna – whisky, ferrari i hazard! Przecież to o wiele bardziej zabawne niż jakieś szydełkowanie, zajmowanie się domem i oszczędzanie. Tak czy owak, byłam pewnie ostatnią osobą, która przekonująco pisała o przyjemnościach”.

Cécile – bohaterkę debiutanckiej powieści „Witaj, smutku” – młodziutka pisarka Françoise Quoirez stworzyła po części na swój obraz i podobieństwo. Nastolatka, dokładnie tak jak ona, ma bogatego tatę i spędza lato na słonecznej Riwierze. Wakacje nie są do końca beztroskie, bo dziewczyna oblała egzaminy, ale tata szczęśliwie wcale nie ma ambicji, żeby córka miała dyplom, stawia na dobrą zabawę. Ambicje ma za to jego nowa narzeczona. Cécile knuje więc intrygę, podsuwa ojcu ponętną byłą kochankę. Tu już nie ma podobieństw: w rzeczywistości Quoirez pochodzi z porządnego mieszczańskiego domu, gdzie hołduje się chrześcijańskim wartościom, matka wychowuje dzieci, ojciec dba o ich dobrobyt i nie dyskutuje z córką przy drinku o romansach. Poza tym Françoise szczerze martwi się, że zawaliła studia na Sorbonie, i częściowo dlatego w godzinach popołudniowej sjesty pisze powieść, chcąc powetować rodzicom rozczarowanie i zaimponować znajomym. „Powiedziałam przyjaciołom, że piszę książkę – wyjaśniała potem – i po prostu musiałam to zrobić”.

Talent niewątpliwy

Pod koniec wakacji powieść była gotowa. Florence Malraux, córka poety André Malraux i przyjaciółka Françoise, poradziła wysłać maszynopis do kilku wydawców. René Julliard był szybki – przeczytał rękopis w nocy, a rano zdecydował się na publikację. W śmiałej opowieści o cynicznej nastolatce, która podczas wakacji przechodzi inicjację seksualną, w dodatku bez miłości, zwietrzył sukces. Podobieństwo autorki do jej bohaterki było niekwestionowanym wabikiem. Kiedy Cécile mówi: „Ideałem wydawało mi się życie bezecne i podłe”, można być niemal pewnym, że to wyznanie samej autorki. Krytycy stwierdzą, że jej postawa jest „odzwierciedleniem nastroju i postawy młodego pokolenia wchodzącego w życie po wielkim szoku wywołanym wojną i rozbiciu starych idei dobra i zła, wartości moralnych, zakazów i tabu”.

„Witaj, smutku” ukazało się we francuskich księgarniach w 1954 roku. Tytuł zaczerpnięty z wiersza Paula Éluarda oddawał nastrój melancholii. Ze względu na dobre imię rodziny autorka przybrała pseudonim Françoise Sagan (od nazwiska jednego z bohaterów „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta, ukochanego pisarza młodziutkiej Quoirez). Książka okazała się bestsellerem, przełożono ją na 30 języków i wydano w ponad pięciu milionach egzemplarzy (pierwsze polskie wydanie książkowe ukazało się w roku 1957, ale polscy czytelnicy znali „Witaj, smutku” wcześniej, kiedy to „Przekrój” zaczął drukować powieść w odcinkach, odtąd pisarkę zaczęto u nas pieszczotliwie nazywać Saganką).

„Talent niewątpliwy – oceniali krytycy – ocierający się o geniusz”. François Mauriac, sławny katolicki pisarz, laureat Literackiej Nagrody Nobla, pisał o Françoise z mieszaniną admiracji i zgrozy. Jego określenie „zachwycający mały potwór” przylgnęło do niej jak ulał. W 1957 roku Otto Preminger kręci na podstawie powieści film z jasnowłosą, obciętą na chłopaka Jean Seberg w roli głównej.

Nonszalancja

Mieszanina inteligencji, egoizmu i dziewczyńskiej brawury zjednywały Sagan fanów. Młoda debiutantka stała się ulubienicą intelektualistów z Saint-Germain-des-Prés na czele z Jeanem-Paulem Sartre’em, z którym regularnie jadała obiad w La Closerie des Lilas. Podczas pobytu w USA widywano ją w towarzystwie Trumana Capote’a i aktorki Avy Gardner, a leciwa malarka Tamara Łempicka, gwiazda art déco, gdy spotkała Sagankę na Capri, zaprosiła ją na kolację, kusząc listą znakomitych gości.

– A kogo obchodzi, kto tam będzie? – odparowała Françoise. Spóźniła się kilka godzin. Przyszła „ubrana swobodnie, bosa, z papierosem i kanapką w ręce, została wprowadzona do jadalni, gdzie przystąpiła do jedzenia bardzo spóźnionej kolacji, co wprawiło w zdumienie gospodynię. Mimo takiego stroju i zachowania (co u innych Tamara uznałaby za naganne), Sagan oczarowała zarówno gości, jak i samą malarkę, która uważała, że talent kompensuje wszystko inne”. Image nastolatki w espadrylach i trykotowej koszulce w paski towarzyszył jej nawet, kiedy była już dojrzałą pisarką.

Współcześni mówili, że urzekała wdziękiem Piotrusia Pana, ale jej siostra Suzanne określała to dosadniej, mówiąc, że „była zepsutym, rozpuszczonym bachorem. Przez całe życie cieszyła się całkowitą bezkarnością”.

Średnia z trójki rodzeństwa, przyszła na świat po śmierci brata Maurice’a, który zmarł w niemowlęctwie. Nic dziwnego, że narodziny Françoise rodzice przyjęli jako dar niebios i rozpieszczali ją od kołyski. Wyrosła na chudą, niezbyt ładną nastolatkę, patrzącą butnie spod przydługiej grzywki. Czytała zachłannie Rimbauda, Cocteau, Flauberta, Faulknera, Hemingwaya, Camusa, Fitzgeralda, Malraux, Prousta i Stendhala. „Odkąd nauczyłam się czytać, marzyłam, żeby zostać pisarzem” – wyjaśniała po latach. Na razie po nauce w klasztornej szkole z internatem, gdzie – jak mówiła – ostatecznie straciła wiarę w Boga i jego cuda, zaczęła studiować literaturę, ale zamiast na wykładach przesiadywała w kawiarniach, słuchając jazzu. W towarzystwie ukochanego brata Jacques’a i bandy jego znajomych spędzała czas na piciu i zabawie. I tak jej zostało – z nonszalancją brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało brakować na to funduszy, siadała do pracy. Pisała powieści, biografie, sztuki teatralne, scenariusze filmowe, piosenki, m.in. dla Juliette Greco. Już po sukcesie pierwszych powieści (wydana w 1957 roku książka „Pewien uśmiech” utwierdziła jej pozycję) zarabiała krocie.

„W twoim wieku pieniądze to niebezpieczna sprawa – przestrzegał ojciec. – Wydawaj je”. Wydawała. Jej miłość do luksusowych samochodów była szeroko omawiana przez prasę. „Kto nigdy nie poczuł dreszczu przekraczania prędkości, ten nigdy nie poczuł dreszczu życia” – powiedziała kiedyś. Chociaż wypadku z 1957 roku (prowadziła astona martina) omal nie przypłaciła życiem, nie zrezygnowała z szybkiej jazdy. Kilka miesięcy przeleżała w szpitalu – miała złamaną podstawę czaszki, połamane żebra i miednicę, wgniecioną klatkę piersiową.

Jak uciec przed życiem

To wtedy nauczyła się łagodzić ból morfiną. Z czasem uzależniła się też od kokainy. O nałogach mówiła bez ogródek, ale też podkreślała, że to, co robi, to wyłącznie jej sprawa.

„Nie znam nikogo, kto nie byłby od czegoś uzależniony” – mówiła. W końcu nieraz przemycała piersiówkę dla Sartre’a w czasach, kiedy lekarz kategorycznie zabraniał mu pić. W 1985 roku, towarzysząc w podróży do Kolumbii prezydentowi Francji François Mitterrandowi, przedawkowała kokainę na pokładzie jego samolotu, a kilka lat później została dwukrotnie oskarżona i skazana za posiadanie i przewóz narkotyków. „Przewóz oznacza transport z mojej jadalni do mojej sypialni” – skwitowała. Kiedy podczas rewizji w domu jej własny foksterier pod okiem policjantów dobrał się do torebki swojej pani i wylizywał kokainę, Saganka z właściwą sobie ironią powiedziała: „Widzicie? On też to lubi”.

Kiedy indziej stwierdziła, że „jedynym sposobem na inteligentną ucieczkę przed życiem jest opium”. Chlubiła się prababką Rosjanką i słowiańskimi korzeniami tłumaczyła wszelkie ekstrawaganckie wybryki i słabości. Których było zresztą wiele.

Choćby hazard. Denis Westhoff, syn Saganki, barwnie opowiadał o przyczynach kupna jej domu w Normandii, niedaleko Honfleur: „W 1959 roku moja matka poczuła się zmęczona koniecznością spędzania wakacji w Saint-Tropez, które stało się zbyt popularne i zatłoczone. Szukała spokojniejszego miejsca dla siebie i przyjaciół i wynajęła dom w Normandii na miesiąc, od 8 lipca do 8 sierpnia. Miejsce było niebezpiecznie blisko kasyna w Deauville. Matka i jej przyjaciele: pisarz Bernard Frank i tancerz Jacques Chabot, spędzali przy stole do ruletki całe noce. Przez miesiąc przegrali majątek, ale ostatniej nocy Sagan nieoczekiwanie wygrała 80 tysięcy franków. Zebrała pieniądze i nad ranem pijana wróciła do domu, prosto do łóżka. Kiedy właściciel przyjechał, żeby sprawdzić stan domu, Françoise, zbyt zmęczona i śpiąca, żeby uczestniczyć w inspekcji, zapytała, czy nie chciałby go sprzedać. »Tak« – odpowiedział właściciel. »Za ile?« »Za 80 tysięcy franków«. Matka wyjęła sumę wygraną poprzedniej nocy, kupiła dom i poszła spać”.

Miłość i śmierć

W Normandii poznała swojego drugiego męża – amerykańskiego rzeźbiarza i modela Roberta Westhoffa (pierwsze małżeństwo ze starszym o 20 lat wydawcą Guyem Schoellerem trwało dwa lata, rozwiedli się w 1960 roku). Małżeństwo z Westhoffem też wkrótce się rozpadło. „Kiedy się urodziłem, byli szczęśliwą i kochającą się parą – wspominał rodziców syn Denis. – Żyli w nocy, spali w dzień. Było im razem całkiem dobrze, a rozwiedli się w końcu z praktycznych powodów: on wolał mężczyzn, ona – raczej kobiety”.

Sagan nigdy otwarcie nie przyznała się do biseksualizmu, ale jej związek z projektantką mody Peggy Roche nie był dla nikogo tajemnicą. Spędziły razem prawie 20 lat. Peggy była jej kochanką, opiekunką – pilnowała finansów, trzymała na dystans tłum pasożytów, który otaczał hojną i niefrasobliwą pisarkę. „Moje pieniądze były zawsze »ulotne« i zależało mi na nich jak na czymś, co wchodzi drzwiami i natychmiast wychodzi oknem – pisała Saganka. – I gdyby nawet pod tym oknem jakieś wyciągnięte ręce potrzebowały tych pieniędzy i nań oczekiwały lub gdyby tam były jakieś gigantyczne kasyna gry bądź kosze na śmieci, nie powinno to obchodzić nikogo poza mną”.

Kiedy Peggy umarła w 1991 roku, Sagan była zdruzgotana, bez oparcia w przyjaciółce popadała w coraz to nowe kłopoty. Była zamieszana w głośną aferę koncernu Elf. Za radą kogoś życzliwego sama lokowała tam dochody i namawiała do tego przyjaciół, cały proceder okazał się praniem pieniędzy.

Umierając (bezpośrednim powodem zgonu był zakrzep w płucu), Sagan miała długów na prawie milion euro. Dom w Normandii, rękopisy, obrazy, meble, samochody zostały zlicytowane. Jak domek z kart runęła sceneria świata bogatej burżuazji, która zawsze stanowiła tło jej powieści.

Mówiła, że nie boi się śmierci, że kilka razy była bliska przejścia na drugą stronę i wie, że tam nic nie ma. Zawsze wybierała życie. „Śmierć mnie nie interesuje – pisała – nawet moja własna”.

Korzystałam m.in. z książek: Françoise Sagan „Sara Bernhardt. Śmiech szalony”, Wydawnictwo Artystyczne i Filmowe 1992; Laury Claridge „Tamara Łempicka”, Rebis 2001.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła".

  1. Retro

Lise Meitner – wybitna naukowczyni, o której świat nie chciał usłyszeć

Lise Meitner w 1959 roku. (Fot. BEW Photo)
Lise Meitner w 1959 roku. (Fot. BEW Photo)
Nie uczą o niej w szkołach. Nie ma jej na liście laureatów Nagrody Nobla, choć jej badania pomogły rozszczepić jądro atomu. Lise Meitner, posiadaczka jednego z najtęższych umysłów swojej epoki, dla potomności wywalczyła wiele. Dla siebie – niemal nic.

W wiedeńskim domu Meitnerów łatwo było zginąć w tłumie. Lise, trzecia z ósemki dzieci Philippa i Hedwig, chętnie z tego korzystała. W hałaśliwej, rozdyskutowanej rodzinie, do której ciągle przychodzili goście i przyprowadzali jeszcze więcej dzieci, nikt nie zwracał uwagi na nieśmiałą dziewczynkę, która podbierała starszemu bratu książki do matematyki. „Chowała je pod poduszką, żeby rodzice nie przyłapali jej na lekturze do późnej nocy” – wspominała jej siostra Frieda. Prawnik i wolnomyśliciel Philipp Meitner zachęcał wszystkie swoje dzieci do nauki. Nie dlatego, że tak kazano w synagodze, bo Meitnerowie przeszli z judaizmu na protestantyzm. Jak przystało na przedstawicieli wiedeńskiej klasy średniej, równą wagę przywiązywali do osiągnieć akademickich co do polityki starzejącego się cesarza i najnowszego wykonania „Wesela Figara” w operze.

„Słuchaj matki i ojca, ale myśl samodzielnie. Doskonal swój talent, jakikolwiek by był” – wpajała dzieciom Hedwig Meitner.

Suknia krępuje ruchy

Lise próbowała pójść za radą matki, tyle że czasy nie bardzo temu sprzyjały. Zdaniem ówczesnych elit edukacyjnych kobiety nie były stworzone do nauk ścisłych. Nikt nie miał nic przeciwko uczeniu się matematyki w szkole, ale liczyło się głównie to, by Lise zdobyła odpowiedni zawód. Mogła przecież wybierać: zostać nauczycielką gry na pianinie? Francuskiego? Dla świętego spokoju padło na francuski. „Austria była wówczas tak boleśnie patriarchalna, że kobiety były skazane na cierpienie” – napisze Meitner wiele lat później. „Każda część żeńskiej anatomii musiała być okryta strojem tak krępującym ruchy, że nie sposób było samodzielnie się ubrać. Zachowanie wymagane od kobiet było równie nienaturalne. A społeczeństwo nie zezwalało im na edukację powyżej poziomu, który uważano za niezbędny.

Obowiązkowa edukacja dziewcząt kończyła się, gdy miały 14 lat. Nie mogły pójść do gimnazjum, które przygotowywało kandydatów na uniwersytet.

Kiedy w 1899 roku kobietom w Austrii pozwolono studiować na wyższej uczelni, Philipp Meitner zacisnął pasa. Nie będzie łatwo, ale jego córki będą jednymi z pierwszych studentek. Wydatki na prywatnych nauczycieli opłaciły się, starsza Gisela dostała się na medycynę. Lise, po kilku latach pracy jako nauczycielka, zdała prywatnie maturę i dostała się na wymarzoną uczelnię. Tu będzie studiować ukochaną fizykę. Świat nauki stanie przed nią otworem – wtedy naprawdę w to wierzyła.

Żadnych pytań

Na uczelni profesorowie sami wybierali sobie pupilów. Ci, którzy im się spodobali, mieli szansę zajść wysoko. Inni, którzy nie spełniali prywatnych kryteriów mentorów, nigdy nie wychodzili poza asystenturę. Lise się udało. Może pomógł fakt, że nie interesowała się niczym poza nauką. Jej siostry twierdziły, że nie umiałaby flirtować nawet pod groźbą śmierci. Inteligentna, rzeczowa, nie zdradzała się z poczuciem humoru. Profesorowie traktowali ją prawie na równi z jej kolegami. Prawie, bo wymagali od niej znacznie więcej. Codziennie musiała udowadniać, że spódnica nie przeszkadza jej w myśleniu. To właśnie ją Anton Lampa, dyrektor jednego z laboratoriów, wysyłał zawsze po lód niezbędny do eksperymentów. Zdrapywała go z ośnieżonych chodników, bo w prymitywnym zakładzie nie było chłodni. Na jej szczęście Ludwig Boltzmann, fizyk badający strukturę i właściwości atomów, nie miał rozterek, czy przyjąć do pracowni bystrą kobietę, która za wszelką cenę chciała pracować pod jego skrzydłami. Przyjmował każdego, kto akceptował kontrowersyjną jak na te czasy teorię struktury atomowej materii. Lise szybko dała się też poznać nie tylko jako doskonała studentka, ale i wymarzona członkini zespołu badawczego. Nie była gwiazdą: skoro chodziło o powodzenie eksperymentu, wolała działać na rzecz wspólnego dobra. Koledzy chętnie korzystali z jej notatek i traktowali ją jak kumpla. Po jakimś czasie dali sobie też spokój z podrywaniem jej.

Lise nigdy nie reaguje na żartobliwe zaczepki, nie umawia się z nikim na spacery. Od weekendowych zabaw ciekawsze jest przewodnictwo cieplne materiałów ciał stałych. Nie cierpi, gdy pytają ją o życie prywatne. Może dlatego, że prawie go nie ma. „Druga kobieta z naukowym tytułem doktora w 500-letniej historii Uniwersytetu Wiedeńskiego ma 28 lat. To Lise Meitner” – doniosła austriacka gazeta codzienna w 1906 roku. Philipp Meitner oprawił ją w ramki i powiesił u siebie w gabinecie.

Ciekawostka

Samobójstwo Boltzmanna było dla niej ciosem. Straciła mentora i przyjaciela, kierunek badań. Nic nie wydawało się wystarczająco ciekawe. Jakieś eksperymenty z zakresu optyki, kilka publikacji. Wreszcie nowy trop: radioaktywność. Przecież tak mało o niej wiadomo. Meitner uważała, że to, co robi małżeństwo Curie w Paryżu, jest niezmiernie ciekawe. Stefana Meyera, nowego dyrektora Instytutu Fizyki, który zastąpił Boltzmanna, też interesowała ta dziedzina. Wśród wspomnień Lise z tamtych czasów znajdzie się takie: „Pamiętam, jak robiłam eksperyment z promieniami alfa. Ilekroć Stefan był w pobliżu, wkładał rękę w strumień promieni i śmiał się, że na pewno jest radioaktywny. To niesamowite, jak bardzo byliśmy wtedy nieostrożni, ale tak się wówczas pracowało”.

Prawdziwie interesujące rzeczy działy się jednak gdzie indziej. W Berlinie Max Planck, opierając się na pracach pewnego urzędnika patentowego ze Szwajcarii Alberta Einsteina, opracował teorię kwantową. Lise znała dokonania ich obu. Gdyby tylko udało się pojechać do Plancka na stypendium, nie tylko miałaby wreszcie szansę na odkrywcze badania, ale ulżyłaby rodzicom. Chociaż na pół roku! Wyprowadziłaby się z domu. Nie musieliby odpowiadać na pytania sąsiadów, czy ich nieszczęsna 29-letnia córka wreszcie ma narzeczonego. Philipp Meitner znów sięgnął do kieszeni. „Opłacę ci pokój w przyzwoitym pensjonacie i dam miesięczną pensję, ale musisz regularnie donosić nam o swojej pracy”.

Berlin – wymarzone intelektualne i naukowe centrum Europy. Tygiel idei, nowych teorii naukowych. Szkoda tylko, że nie dla kobiet. W Reichstagu, podczas debaty o kobiecej edukacji, jeden z posłów zawyrokował, że „nic nie da się zrobić, aby zachęcić kobiety do samodzielnego myślenia i działania”. Słynny chemik Wilhelm Ostwald twierdził, że kobiety mają prawo do zdobywania wiedzy, ale z racji tego, że tak niewiele z nich wybiera naukę, powinny być traktowane jak anomalie i w żadnym wypadku nie warto ich do niej zachęcać.

Max Planck całkowicie się z nim zgadzał. Pannę Meitner przyjął na swoje wykłady z czystej ciekawości. Może nada się na asystentkę? Jest w wieku jego córek – bliźniaczek – mogą się nią zaopiekować. Lise, z typową dla siebie skromnością, nie chwaliła się swoimi publikacjami naukowymi, a on nie pytał.

Nie wzniecać pożaru

Szybko zrozumiała, że nikt nie będzie jej prowadził za rękę. Musi sama znaleźć sobie pole do eksperymentów, wychodzić ścieżki do laboratoriów. Zapukała do każdych drzwi, za którymi mówiło się o radioaktywności. Zrobi studia postdoktoranckie, otworzy przewód habilitacyjny. „Pół roku minęło, ale ojciec zgodził się, abym została dłużej. Przekonałam go, że jestem na dobrej drodze” – pisała. Sama miała jednak wątpliwości. Dyrektor Instytutu Fizyki Eksperymentalnej przyjął ją w końcu do zespołu, ale wymagał, aby pracowała dla niego. Znowu ma pracować na cudze konto? Już miała grzecznie odmówić, kiedy do sali wszedł nowy członek tego samego zespołu, chemik doktor Otto Hahn. Przekonał ją, aby po godzinach pracowali razem. Przecież interesują ich te same zagadnienia, choć reprezentują inne dziedziny. Zgodziła się nie dlatego, że był uroczym gentlemanem. Po prostu potraktował ją serio.

Mówili do siebie per Herr i Fräulein. Najpierw na serio – Lise nalegała na zachowanie profesjonalizmu – a potem na żarty. Hahn prędko zrozumiał, z jakimi uprzedzeniami musiała zmagać się Meitner. Nie wolno jej było wchodzić do laboratorium, kiedy mężczyźni – członkowie instytutu i studenci – przeprowadzali w nim eksperymenty. Otto musiał osobiście prosić o pozwolenie dla Lise i dostał je, gdy obiecał dyrektorowi, że Meitner „nie pójdzie do laboratorium chemicznego, gdzie pracuje się z otwartym ogniem. Żeby nie spaliła sobie długich włosów i nie spowodowała pożaru”. Ze wstydu jej tego nie powtórzył.

W zagospodarowanym przez Hahna starym warsztacie stolarskim na prymitywnym sprzęcie pracowali z izotopami. Meitner nie wyobrażała sobie ciekawszych eksperymentów i lepszego partnera do badań. Przenosiny zespołu do Instytutu Cesarza Wilhelma (KWI) też były wybawieniem od zatęchłych uprzedzeniami korytarzy Uniwersytetu Berlińskiego. Jak długo jednak mogła wymagać od ojca, aby ją finansowo wspierał? Nie miała zamiaru zakładać rodziny ani łapać bogatego męża, ale w KWI znów nie oferowano jej pensji. Była wolontariuszką u boku zarabiających normalnie kolegów.

Pierwszą wypłatę jako etatowy naukowiec dostanie dopiero pięć lat później, jako 35-latka. I to tylko dlatego, że uczelnia w Pradze oferowała jej posadę profesora, a Niemcy nie chcieli być gorsi.

Pierścionek z diamentem

Odkrycie przez zespół Hahn – Meitner trwałego izotopu protaktynu w 1917 roku zaczęło dobrą passę. O przyznaniu jej Medalu Leibniza przez Berlińską Akademię Nauk mówiono w kręgach naukowych w całej Europie. Własna katedra fizyki w KWI, aż wreszcie profesura na Uniwersytecie Berlińskim. „To niemiecka Marie Curie!” – pisał o niej Albert Einstein.

Duet Hahn – Meitner działał dalej. W latach 30., na fali odkrycia neutronu, poświęcili się próbom stworzenia pierwiastka cięższego niż uran. Rok 1933 i dojście Adolfa Hitlera do władzy zastały Lise pogrążoną w pracy do tego stopnia, że postanowiła nie zauważać zwolnień swoich kolegów. Ci z pochodzeniem żydowskim znikali z dnia na dzień. Rezygnowali, wyjeżdżali za granicę. Zamiast protestować, przestała niemal wychodzić z laboratorium. Spędziła tak kolejne sześć lat. „To, że nie wyjechałam natychmiast, było nie tylko głupie, ale i złe” – napisze później. W lipcu 1938 roku nie miała już czasu na zastanawianie się. Za pożyczone od Hahna pieniądze dojechała do granicy holenderskiej. Dał jej też zaręczynowy pierścionek z diamentem swojej matki. „Przekupisz straż graniczną” – tłumaczył. Przeszła ją na piechotę, mając w portfelu dziesięć marek. Znajomi naukowcy pomogli jej przetrwać, ale nie mogli zagwarantować pracy. Ze Sztokholmu doszły wieści, że jest dla niej posada. Tym razem nie wahała się ani chwili.

Nobel, którego nie było

Hahn i Meitner nie dawali za wygraną. Eksperymenty nad bombardowaniem uranu strumieniem neutronów prowadzili niezależnie, a efektami dzielili się w listach. Hahn jako pierwszy miał wymierny rezultat, ale nie potrafił go zinterpretować. Nie było szans, aby mogli razem opublikować wyniki w Niemczech. Hahn wysłał więc swoje wyniki do publikacji, a Meitner i jej siostrzeniec powtórzyli eksperyment i ogłosili go w „Nature” dwa tygodnie później. Świat dowiedział się, że jądro uranu można rozbić na mniejsze części – pierwiastki bar i krypton. Meitner wiedziała też, że to tylko początek. Rozszczepienie jądra atomu było reakcją łańcuchową. Jej potencjał wybuchowy był tyleż wielki co przerażający.

Naukowcy wiedzieli, co może zrobić bomba atomowa, i wiedzieli, że Niemcy mają klucz do technologii jej produkcji. „Dziękuję, ale nie chcę mieć nic wspólnego z żadną bombą” – odpisała Meitner na list z Ameryki. Było to zaproszenie do pracy nad konstrukcją amerykańskiej broni jądrowej w Los Alamos.

„Nagrodę Nobla w dziedzinie chemii za rok 1944 otrzymuje Otto Hahn za badania nad rozszczepieniem jądra atomu” – ogłosił komitet noblowski w listopadzie 1945 roku. O pracującej za rogiem, w instytucie fizyki, Meitner nikt się nie zająknął. Hahn, internowany w Anglii, o nagrodzie dowiedział się z gazety. Odebrał ją rok później. „Całkowicie mu się należała. To wybitny chemik i do rozszczepienia jądra uranu użył tylko chemicznych metod” – tłumaczyła mediom Lise. Ale ich przyjaźń (biografowie powątpiewają, czy było to coś więcej, Hahn miał żonę) nigdy nie odżyła. Meitner odmówiła powrotu do Niemiec i spędziła kolejne 20 lat w Szwecji. Bywała też w Ameryce, gdzie wykładała na Harvardzie.

Nigdy nie wyszła za mąż. Ostatnie lata życia spędziła w Anglii, gdzie mieszkała większość jej rodziny. Nazwiskiem Lise nazwano pierwiastek chemiczny meitner, asteroid, kratery na Księżycu i Wenus.

Korzystałam z książki „Lise Meitner: The Dawn of the Nuclear Age” Patricii Rife i z monografii „Lise Meitner” Anne Hardy i Lore Sexl.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

  1. Kultura

Filmy na długi weekend poleca szefowa działu kultury "Zwierciadła"

Kadr z filmu
Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)
Jakie filmy na długi weekend? Jeśli myślicie o wybraniu się do kina, decyzja może być niełatwa, bo po tygodniach lockdownu namnożyło się nam premier i znakomita większość z nich jest warta zobaczenia. A może by tak spojrzeć na najnowsze kinowe produkcje czysto użytkowo? Czego się dzięki nim dowiecie? Czym was zaskoczą? Jakie drzwi przed wami uchylą? Oto trójka filmów ciekawostek, dzięki którym trochę inaczej spojrzycie na świat.

„Ludzki głos”

Przez ponad 40 lat reżyserowania filmów Pedro Almodovar wyraźnie dał publiczności do zrozumienia, jakie historie i postacie go interesują. Niewielu jest filmowców równie charakterystycznych, o „almodovarowskim klimacie” mówimy, kiedy na ekranie emocje sięgają zenitu, a namiętność uwikłanych w najdziwniejsze uczuciowe układy bohaterów prowadzi ich do niechybnej zguby. Plus wspaniałe kobiece role i dziko kolorowe stylowe wnętrza – oto Almodovar w czystej postaci. W „Ludzkim głosie” nie brakuje żadnego z wyżej wymienionych składników, a jednak to w twórczości reżysera rewolucyjne posunięcie. Po pierwsze Tilda Swinton na ekranie – twórca „Kiki” czy „Wszystkiego o mojej matce” nigdy wcześniej nie nakręcił anglojęzycznego filmu. Celowo nie piszę, że Tilda występuje tu w głównej roli, bo to właściwie filmowy monodram. Występuje tu jeszcze tylko sprzedawca w sklepie z narzędziami, od którego bohaterka grana przez Swinton (kobieta porzucona, na skraju załamania nerwowego) kupuje siekierę, żeby dać upust swojej rozpaczy. I jeszcze długość „Ludzkiego głosu” – pół godziny. Co z pozostałą prawie godziną? Po tym, jak wybrzmi ostatnia scena filmu, w ramach seansu zaglądamy z wizytą do mistrza hiszpańskiego kina i do ikony kina brytyjskiego. Zgodnie z nową pandemiczną tradycją, rozmawiają online, każde od siebie z domu. Chcecie wiedzieć jak mieszka Almodovar, a jak Tilda? Które z nich ma leniwie pozującego do kamery kota, a które psy? Jak się dogadują, jak powstawał film i co jeszcze wspólnie szykują? Wpadajcie do kina na „Ludzki głos”.

Kadr z filmu 'Ludzki głos'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ludzki głos". (Fot. materiały prasowe)

„La Gomera”

Kryminalna historia gangsterska, opowiadana po części całkiem serio, po części z przymrużeniem oka. Jej reżyser Corneliu Porumboiu to uznany twórca rumuńskiej Nowej Fali, dotychczas kręcił filmy o i w swojej ojczyźnie, tym razem wziął się za produkcję międzynarodową. Jest tu wszystko, czego można się po tego typu kryminalnej historii spodziewać: skorumpowani policjanci, narkotyki, wielkie pieniądze, bezwzględne czarne charaktery, tajemnicza femme fatale. Ale są tu też wątki, których w takim filmie nie spodziewalibyście się wcale. Skąd w tytule „La Gomera”? To właśnie na tej jednej z Wysp Kanaryjskich gangsterzy mają dobić targu. A cała filmowa intryga opiera się na tutejszym el silbo. Czyli tradycyjnym języku tutejszych mieszkańców – gwizdanym. Na mało zaludnionej, a pokrytej dolinami i wzniesieniami, zamglonej i wietrznej Gomerze powstał system porozumiewania się na odległość inny niż rozpalanie ognisk czy bicie w tam tamy, skuteczniejszy i bardziej dokładny. Gwiżdże się głośno, przeciągle i bardzo melodyjnie. Całe sylaby. Dowolne zdanie, nazwy własne, wszystko. Dziś el silbo kultywuje się jako część tradycji regionu, jest wśród obowiązkowych przedmiotów w szkole. A w filmie „La Gomera” przybyłe z Bukaresztu typy spod ciemnej gwiazdy uczą się go jako szyfru, żeby porozumiewać się między sobą i uniknąć wpadki. Oryginalny pomysł? Tak jak i sam film, który niejednego widza skłoni do wycieczki na nie tak popularną – zupełnie niesłusznie – kanaryjską Gomerę.

Kadr z filmu 'La Gomera'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)

„Ojciec”

O tym filmie wiele mówi się w kontekście rewelacyjnej roli Anthony’ego Hopkinsa i Olivii Coleman i rzeczywiście oboje są świetni. A już szczególnie wznoszący się na wyżyny aktorstwa Hopkins: jeśli wydawało wam się, że znacie wszystkie jego genialne zagrania, możecie wyjść z kina zaskoczeni. Ta rola ma tym większy ciężar, że jest niezwykle osobista, Hopkins gra starszego schorowanego człowieka, w wywiadach sam przyznaje, że czerpał z doświadczeń własnego ojca, ale też oglądając go w tej roli nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w jakimś sensie 84-letni brytyjski aktor odgrywa scenariusz, który może przytrafić się także jemu. Jego filmowy imiennik coraz mniej pamięta, coraz częściej mylą mu się fakty, gubi przedmioty, traci orientację. Tak, o starości i demencji opowiadano i w teatrze („Ojciec” to ekranizacja sztuki) i w kinie mnóstwo razy, a jednak ten film zaskakuje. Nakręcono go trochę jak thriller czy kryminał, tak, żeby każdy z nas mógł się wczuć w sytuację głównego bohatera. Razem z nim próbujemy odróżnić prawdę od tego, co tylko się wydaje, rozpoznać, kto jest kim, gdzie się w ogóle znajdujemy. Mieszkanie za każdym razem jest trochę inne, przedmioty zmieniają swoje miejsce. Czy córka Anthony’ego mieszka z mężem czy sama? Komu można ufać? Jaka jest kolejność zdarzeń? Odpowiedzi szukamy aż do finału, kiedy zagadka się rozwiązuje. Genialny pomysł, projekcje „Ojca” powinny być obowiązkowe dla wszystkich , którzy zajmują się bliskimi zmagającymi się z demencją czy chorobą Alzheimera. A właściwie dla każdego z nas, bo to poza wszystkim także po prostu film o byciu z drugim człowiekiem, wspieraniu go, nawet jeśli zupełnie nie rozumiemy jego zachowania.

Kadr z filmu 'Ojciec'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ojciec". (Fot. materiały prasowe)