1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Michał Piróg: "Uważam, że trzeba robić swoje"

Michał Piróg: "Uważam, że trzeba robić swoje"

Michał Piróg, fot. Adam Pluciński / MOVE
Michał Piróg, fot. Adam Pluciński / MOVE
W jego przypadku nie ma mowy o letnich uczuciach. Widzowie go uwielbiają albo nie znoszą. Nowa edycja programu „Top Model”, którego jest prowadzącym, to dobry pretekst do rozmowy.

Jak się masz?
Świetnie. To dobry moment. Wiele się u mnie zmieniło.

Na przykład?
Zdecydowałem się w końcu, że wezmę udział w programie „Azja Express”. To jednak nie praca. Przed kamerą byłem zwykłym uczestnikiem, za nic nie odpowiadałem, miałem się tylko dobrze bawić. Fajne doświadczenie, a dla mnie dodatkowo sprawdzian, bo po ponad dziesięciu latach od poważnego wypadku zdecydowałem się wrócić do aktywności fizycznej. Pomyślałem: „Dobra, przekonamy się. Strzeli mi kręgosłup, nie strzeli?”. Przeżyłem, więc uznałem, że skoro tak, to może trzeba wrócić do teatru. Teraz gramy po 25 spektakli w miesiącu. Non stop podróżujemy po Polsce. Pracuję jak nienormalny i jestem zadowolony. Po powrocie z Indii nakręciliśmy jeszcze program „Mistrzowskie cięcie”. No i przeprowadzka, w Azji poczułem, że potrzebuję takiej zmiany.

Daleko?
Cztery ulice od mojego poprzedniego mieszkania. Jeśli mieszkać w mieście, to tylko w centrum. Są ludzie, którzy szukają spokoju, potrzebują natury, a są ludzie tacy jak ja.

Czyli jacy?
Tacy, którzy boją się, że coś ich ominie. I trochę leniwi. Nie wyobrażam sobie, że wracam po pracy do domu, jeszcze bym gdzieś poszedł, gdzieś coś grają, ale muszę tam jechać godzinę. To nie dla mnie. Nie poszedłbym.

Uważasz, że jesteś szczęściarzem? Jesteś wdzięczny losowi?
Dla mnie to nie jest kwestia wdzięczności. Pamiętam, jak byłem właściwie jeszcze dzieciakiem, przeprowadziłem się z Kielc do Krakowa. I jak zobaczyłem park i przepiękną kamienicę w Krakowie. Pieniędzy nie miałem wcale, zarabiałem śmieszne kwoty, ale wymyśliłem sobie, że będę mieszkać tylko tam. Zacząłem wypytywać wszystkich, których znałem, czy przypadkiem nie słyszeli o kimś, kto tam mieszka i kto chciałby tam coś wynająć. Ktoś słyszał. Okazało się, że mieszkanie do wynajęcia jest, tylko że w strasznym stanie. Ale właśnie dzięki temu stać mnie było na to, żeby je wynająć. W końcu się dogadałem, że będę płacić jeszcze mniej, ale remonty i naprawy będą na mojej głowie. Ulica Retoryka, przy Wawelu i Plantach. Pięknie. Inna sprawa, że miałem w oknie dziurę, jakby ktoś z armaty strzelił, i wiało jak cholera. Tak więc wracając do twojego pytania – nie czuję wdzięczności, raczej upieram się przy pewnych rzeczach. Nawet ich nie wymuszam, same do mnie przychodzą. A ja nigdy nie bałem się po nie sięgać.

Jak długo jesteś w show-biznesie?
To znaczy od kiedy pracuję przed kamerą?

Sama jestem ciekawa, co uważasz za początek.
Ja bym liczył jednak od momentu, kiedy zacząłem pracować w teatrze. Albo raczej od momentu, kiedy dowiedziałem się, że są widzowie, którzy przychodzą specjalnie na te spektakle, w których występuję.

Jak się dowiedziałeś?
Od bileterów. Pytali, kiedy, w których obsadach gram, bo ludzie chcą wiedzieć. Wcześniej strasznie się cieszyłem, że w ogóle występuję na scenie, a po tym poczułem też, że to ma sens, znaczenie. Że to nie była fanaberia, tylko dobrze wybrany zawód.

Ile miałeś wtedy lat?
Dziewiętnaście.

Byłeś w zespole Kieleckiego Teatru Tańca. Ty, samouk. Skończyłeś co prawda w liceum klasę o profilu teatralnym, ale nigdy nie chodziłeś na lekcje tańca.
Miałem potworny tupet [śmiech]. Uczyłem się z kaset VHS. Z koleżanką, która była tancerką tańca towarzyskiego. Podejrzewam, że liczba błędów technicznych, które popełnialiśmy, była niezliczona. Mnie interesował modern jazz. Któregoś dnia wybrałem się do KTT i zobaczyłem spektakl dokładnie w tej technice, w której chciałem pracować. Poszedłem więc do choreografki Elżbiety Szlufik i powiedziałem, że bardzo chciałbym spróbować swoich sił w jej zespole. Usłyszałem oczywiście to, co musiałem usłyszeć. W ogóle nie brali pod uwagę, że w takim wieku mógłbym zacząć profesjonalnie tańczyć, ale też zachęcili mnie, żebym dołączył do grupy amatorów, która działała przy teatrze i do której mógł się zapisać praktycznie każdy.

Czułeś, że chcą cię w ten sposób zbyć?
Nie. Nie poczułem się w żaden sposób urażony, od razu zacząłem tańczyć w tej przyteatralnej grupie, a po kilku miesiącach dostałem propozycję, żeby przejść do grupy adeptów teatru, w której ćwiczyło się układy do repertuaru. W ten sposób trafiłem po raz pierwszy jako tancerz na scenę. W tym czasie do Kielc przyjechał choreograf, który miał robić nowy spektakl. Oglądał grupę profesjonalną, ale zdecydował się też spojrzeć na adeptów, czy może któryś z nich się nadaje. Zauważył mnie, najpierw zaproponował mi mniejszą rolę, a potem, już w czasie prób, jedną z solowych. Następny spektakl to była już główna rola.

Błyskawiczna kariera.
To tak ładnie brzmi, ale też pamiętam, jak dostałem swój pierwszy rachunek za telefon komórkowy, stawki były wtedy zabójcze. Rachunek wynosił jakieś 600 zł, a ja zarobiłem w teatrze 360. Pracowałem w knajpie, byłem kelnerem, barmanem, na wszystkich możliwych promocjach rozdawałem ulotki, odchudzałem ludzi w kieleckim Klubie Kwadransowych Grubasów, prowadziłem zajęcia fitness, jogi. Cały czas musiałem pracować, żeby mnie było stać na pracę w teatrze. Spałem po trzy, cztery godziny dziennie. Cały czas na adrenalinie. Zresztą nadal tak mam. Wcale mi nie minęło.

Jak trafiłeś do telewizji?
Zbieg okoliczności sprawił, że zacząłem pracować jako współchoreograf i tancerz w programie TVN „Droga do gwiazd”. Kręciliśmy w krakowskim Łęgu, ta historia z kamienicą przy Retoryka jest z tamtego okresu. Ale przez cały ten czas jeździłem z teatrami po Polsce, po Europie, uczyłem się. Byłem już po audycjach u Jana Fabre’a, miałem się przeprowadzać za granicę, pojawiła się ciekawa propozycja pracy. Ale się zakochałem, wszystko się zrobiło poważniejsze, niż mi się wydawało, i zdecydowaliśmy, że najwygodniej będzie, jeśli pomieszkam jakiś czas w Warszawie. Tylko że tu nie było sceny tańca z prawdziwego zdarzenia. Zostawały wyjazdy, chałtury, musicale. I telewizja. Najpierw dostałem propozycję od MTV. Program z Edytą Herbuś. Jakiś czas potem był „You Can Dance – Po prostu tańcz!”. Zgodziłem się, chociaż to był już moment, kiedy uznałem, że kończę z innymi aktywnościami, że muszę się skupić na teatrze. Kusiło mnie, bo to był program stricte dla tancerzy, pomyślałem więc, że podpiszę kontrakt na jedną edycję, spróbuję, co mi szkodzi, a potem będę się najwyżej ewakuował. Podpisałem na jedną, po czym, oczywiście, na drugą. A po drodze miałem wypadek, który przesądził o dalszym ciągu. Okazało się, że do tego teatru już nie da się uciec.

Co się stało?
Nie chcę o tym za wiele mówić. Pech, przypadek. Prowadziłem zajęcia, podłoga była niezaimpregnowana, wywróciłem się. Dyskopatia dziewięciu dysków, paraliż nóg, niedowład kończyn górnych, głowa ruchoma, ale też nie w stu procentach.

Podobno w szpitalu usłyszałeś, że już w ogóle nie będziesz chodzić.
Od dziecka nie przyjmowałem do wiadomości, że czegoś nie mogę. Nienawidziłem, kiedy ktoś mi tak mówił. Do dzisiaj tego nie znoszę.

Czyli nie przyjąłeś do wiadomości diagnozy.
Wiedziałem z doświadczenia, że lekarzom w takich sprawach się nie wierzy. Jak miałem dwa lata, coś podobnego powiedzieli mojej mamie. Sam tego nie pamiętam. Wiem tylko, że to była reakcja poszczepienna i że lekarz mówił, że mogę skończyć na wózku.

Wierzyłeś, że tym razem też się uda.
Na początku byłem totalnie załamany. Przede wszystkim dlatego, że ból był nie do zniesienia, więc pierwsze, co ci przepisują lekarze, to cztery razy dziennie domięśniowo mocne przeciwbólowe środki plus psychotropy. Przez dziewięć miesięcy brałem te psychotropy i środki przeciwbólowe i popijałem je alkoholem. Przynajmniej zasypiało się od razu, bo bez alkoholu jednak się nie dało. Chcieli zrobić mi operację, która skutkowałaby usztywnieniem kręgosłupa. Pomyślałem: „OK, to jest opcja ostateczna, ale trzeba zacząć szukać innych”. Właśnie kręciliśmy drugą edycję „You Can Dance – Po prostu tańcz!”. Po nagraniach podeszła współpracująca z nami dziewczyna. Zapytała, czy wierzę w naturalne metody leczenia, medycynę chińską. Tak trafiłem do ludzi, którzy doprowadzili do tego, że zacząłem chodzić. Zaczęli od diagnozy, dlaczego u młodej wyćwiczonej osoby kręgosłup rozsypał się jak domino. I leczyli przyczyny, a nie skutki wypadku. Zacząłem chodzić po trzech tygodniach od rozpoczęcia kuracji.

Zaraz, zaraz. Mówisz o nagraniach do „You Can Dance – Po prostu tańcz!”. Byłeś praktycznie unieruchomiony i pracowałeś?
Tak. W końcu byłem jurorem, wystarczyło się oprzeć o stół, nie musiałem się za bardzo ruszać. Wszyscy naokoło twierdzili, że jestem trochę sztywny [śmiech]. A ja właśnie wtedy pomyślałem, że właściwie ten program jest bardzo fajny.

Oglądałeś tych wszystkich supersprawnych młodych ludzi i po ludzku nie czułeś zazdrości?
Przecież mogło być gorzej, mogłem trafić za biurko. Program to była jednak namiastka mojego zawodu, jedyna możliwość pozostania w tym świecie. Paradoksalnie oglądanie uczestników było pomocne. Bardziej zły byłem na to, że nie mogę im czegoś pokazać, a nie że oni się ruszają, a ja nie. Co skutkowało u mnie podenerwowaniem, a z tego podenerwowania wyniknęła mobilizacja.

Czy 20 lat w show-biznesie, o których mówiłeś, to dostatecznie dużo, żeby poznać wszystkie jego mechanizmy i pułapki? Nie boisz się tego żywiołu?
Nie. W ogóle. To jest moja praca. Taka sama, kiedy idę do szkoły i uczę ludzi tańczyć.

Za nauczycielem nie biegają paparazzi. Ciebie ludzie zaczepiają na ulicy, zdarzają się różne komentarze. Przywykłeś?
Moja znajoma powiedziała mi nie tak dawno, że jak zaczęła ze mną więcej przebywać i pojawiać się w moim towarzystwie, to na początku myślała, że coś z nią jest nie tak. Że może się czymś ubrudziła, bo ludzie tak dziwnie się na nią patrzyli. A potem się zorientowała, że gapią się na mnie. Pytała, czy mi to nie przeszkadza. A ja, że nie, że zupełnie nie zwracam na to uwagi. Czy przywykłem? Raczej nigdy nie przyzwyczaiłem się do sytuacji, w której ludzie mówią ci tylko to, na co mam ochotę, i zachowują się wobec mnie tylko tak, jak bym chciał. Jako dzieciak miałem kręcone włosy i ciemną karnację. I jak pojechaliśmy do Francji, do rodziny mojej mamy, wszyscy brali mnie za Araba. Do tego stopnia, że nie chcieli mnie wpuścić do basenu. Jak byłem nastolatkiem, to ludzie bez przerwy się na mnie gapili i mieli do mnie jakieś ale. Bo już wtedy miałem tatuaże i kolczyki. W latach 90. jak tańczyłeś, to znaczyło, że jesteś pedałem. To było jedyne skojarzenie.

Twój coming out w telewizji, w programie Kuby Wojewódzkiego, był zaplanowany?
Wojewódzki zapytał wprost. Najpierw: „Czy to prawda, że jesteś Żydem?”. Pomyślałem: „Jakie to durne, nie na miejscu pytanie!”. Drugie dotyczyło mojej orientacji seksualnej. Tego się spodziewałem.

To nie było na żywo, nagrywaliście, mogłeś przerwać.
Nie chciałem tego cenzurować i rozumiem, dlaczego Kuba o to zapytał, po to ma swój program. Po nagraniu trwała dyskusja, Kuba też się upewniał, czy to puszczać. Dla mnie to było proste: „Ty dzisiaj nie puścisz, to ktoś inny za jakiś czas puści, zapyta albo sam wymyśli i napisze”. Pomyślałem: „Kości zostały rzucone, zobaczymy, co się wydarzy”.

I co się wydarzyło? Miałeś poczucie przełomu?
Zabawne, że większą sprawą okazało się nie to, że jestem gejem, tylko to, że jestem Żydem w telewizji. Że to budzi większy niesmak. Co do drugiej kwestii o przełomie nie mogło być mowy. Jeśli ktoś nie wiedział o mojej orientacji, to na pewno nie dlatego, że cokolwiek ukrywałem. Nigdy nie siedziałem w szafie. Jak wracałem do domu z chłopakiem i towarzyszyła nam Edyta Herbuś, paparazzi robili zdjęcia, jak na pożegnanie obejmuję Edytę. Tym, jak całuję się z chłopakiem, nikt nie był zainteresowany.

A twój prywatny coming out?
Nie jestem pewien, czy można to podciągnąć pod tę kategorię – mama po prostu zapytała, czy wolę chłopaków. Odpowiedziałem, że tak. Ona liczyła na większą rozmowę, ja stwierdziłem, że nie ma o czym rozmawiać. Miałem wtedy niecałe 15 lat. Mama, oczywiście, się martwiła, że nie będę miał dzieci, że na starość zostanę sam. Klasycznie: „Jak ludzie cię będą traktowali?”, „Czy ktoś nie zrobi ci krzywdy?”.

Ty się nie bałeś?
Myślę, że od małego byłem przygotowywany przez rodziców do… nie wiem, jak to ująć. Moja mama dźwigała ciężar rodzinnego sekretu i wiedziała, że ten sekret może w którymś momencie wyjść na jaw i uderzyć w poczucie pewności moje i mojego brata. Zresztą sama chyba też tak była wychowywana. Ja zawsze czułem, że coś wisi w powietrzu. Prababcia nigdy nie pozwalała nam na przykład bawić się przy takim jednym skwerku. Teraz wiem, że to miejsce pogromu żydowskiego. Zawsze były jakieś niedopowiedzenia. Ale o co naprawdę chodzi, dowiedziałem się w sumie przypadkiem.

Jak?
Miałem 18 lat, przyjechałem do cioci, siostry mojej mamy, do Nicei, ze swoim ówczesnym chłopakiem. Siedzimy przy stole przy kolacji. Cioci syn spotykał się wtedy z dziewczyną, która była Arabką. I w czasie tej kolacji wyszedł wątek à propos krewnego tej dziewczyny. Ciocia coś nam o nim opowiadała, aż w końcu się oburzyła: „Mnie, Żydówce, nie będzie mówił, czy mój syn może się spotykać z Arabką, czy nie”. Pierwszy odezwał się mój chłopak: „Żydówce? Ale w jakim sensie?”. No to ja po nim: „No właśnie, w jakim?” [śmiech].

Pytałeś rodziców, dlaczego ci wcześniej nie powiedzieli?
Jak wróciłem, zrobiłem im awanturę, dlaczego ukrywali to tak długo. Wściekły byłem przede wszystkim o to, że ktoś za mnie decyduje, kim jestem i co będzie dla mnie lepsze. Mama miała swoje argumenty. Właściwie dopiero po tym, jak w programie u Wojewódzkiego publicznie powiedziałem, jak jest z naszym pochodzeniem, przeżyła transformację. Całe życie bała się o tym mówić, a teraz, takie mam wrażenie, po raz pierwszy dostała pozwolenie na bycie sobą. Zaangażowała się w życie gminy żydowskiej, jeździ na wakacje z wnuczką do Izraela. Oczywiście, było kilka niemiłych sytuacji, kilka osób zgłaszało do mamy pretensje. Ale widzę, że ogólnie jest szczęśliwa.

Całkiem niedawno orła na tle tęczowej flagi jeden z polityków uznał za profanację godła i zgłosił zajście do prokuratury. Oglądasz takie rzeczy i czujesz się tu niechciany? Czujesz się outsiderem?
Nie. Uważam, że trzeba robić swoje.

To znaczy?
Angażować się w sprawy, na które masz wpływ. Zawsze angażowałem się w jakieś społeczne inicjatywy, ale telewizja dała mi tę możliwość, że o pewnych rzeczach mogę mówić nie przy stoliku do jednej osoby, tylko do całkiem dużej grupy ludzi. Tak się złożyło, że zostałem wybrany na ambasadora ds. wykluczeń społecznych z ramienia Komisji Europejskiej. Jeździsz, oglądasz. I zyskujesz świadomość. My tu jemy w restauracji obiad, a kilka kilometrów stąd żyją i umierają ludzie, którzy nie mają szans wydostać się z zamkniętego ośrodka. To są outsiderzy. Swoją drogą miałem robić ostatnio reklamę dla bardzo dużej międzynarodowej firmy. Zgodziłem się pod warunkiem, że wypłata zostanie zamieniona na sprzęt dla ośrodka dla uchodźców pod Warszawą. I wiesz co? Firma zrezygnowała ze współpracy. Argumentem było to, że w takiej sytuacji politycznej to byłby dla nich strzał w kolano.

Uważasz, że Polska to twoje miejsce na Ziemi?
Nie mam pojęcia. Gdzie jest moje miejsce, będę wiedział pewnie dopiero wtedy, kiedy będę umierał.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.

  1. Kultura

Nowy dokument z udziałem Davida Attenborougha już niedługo trafi na Netflix

Kadr z filmu dokumentalnego
Kadr z filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". (Fot. materiały prasowe Netflix)
"To właśnie teraz jest dekada decydująca o przyszłości ludzkości na Ziemi" - słyszymy w zwiastunie filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". David Attenborough i naukowiec Johan Rockström badają w nim degradację bioróżnorodności Ziemi i sprawdzają, czy możemy jeszcze zapobiec kryzysowi.

„Świat na granicy” opowiada o ustaleniach naukowych profesora Johana Rockströma, który cieszy się uznaniem na całym świecie. To historia o najważniejszym odkryciu naukowym naszych czasów — o tym, że ludzkość maksymalnie przesunęła granice zapewniające stabilność życia na Ziemi przez 10 000 lat, od zarania cywilizacji.

Podczas 75 minut filmu wybierzemy się w podróż, podczas której dowiemy się, jakich granic absolutnie nie wolno nam przekroczyć, nie tylko ze względu na stabilność naszej planety, ale przede wszystkich z uwagi na przyszłość ludzkości. Poznamy rozwiązania, które możemy i musimy wdrożyć już teraz, jeżeli chcemy chronić mechanizmy utrzymujące życie na Ziemi.

Narratorem filmu dokumentalnego „Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” jest sir David Attenborough. Za produkcję odpowiada uhonorowany wieloma nagrodami zespół z wytwórni Silverback Films, która stworzyła przełomowy serial „Nasza planeta” oraz dokument „David Attenborough: Życie na naszej planecie”. Film przedstawia podstawy naukowe obu tych wpływowych produkcji.

„Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” będzie można obejrzeć od 4. czerwca na platformie Netflix.

(Fot. materiały prasowe Netflix)(Fot. materiały prasowe Netflix)
  1. Kultura

"Proste rzeczy" – czuła opowieść o poszukiwaniu życiowych fundamentów

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Błażej Sitowski. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)
Mówią: rzuć wszystko i wyjedź z miasta. Ale co dalej? Ucieczka z miejskiej dżungli to dopiero początek, zwłaszcza wtedy, gdy zabieramy ze sobą bagaż nierozwiązanych spraw rodzinnych, tak jak bohater filmu "Proste rzeczy" Grzegorza Zaricznego.

Nagrodzony na prestiżowym festiwalu Sundance Grzegorz Zariczny to reżyser, który odważnie eksploruje terytorium na granicy fabuły i dokumentu. W „Prostych rzeczach”, czułej opowieści o poszukiwaniu życiowych fundamentów, podpatruje autentyczną relację Błażeja (Błażej Kitowski), Magdy (Magdalena Sztorc) i ich córki Ali, wprowadzając do historii katalizator w postaci fikcyjnego wujka (Tomasz Schimscheiner) – brata zmarłego ojca Błażeja, który pojawia się, by pomóc młodym w remoncie wiejskiego domu. To punkt wyjścia do refleksji nad rodzinnymi relacjami i uporządkowania bolesnych spraw z przeszłości. Zariczny w umiejętny sposób zderza tu słodko-gorzką codzienność z bezmiarem uniwersalnych problemów.

Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)

Rozmowa z odtwórcami głównych ról: Magdaleną Sztorc i Błażejem Kitowskim

Jaką rolę w filmie odegrały wasze doświadczenia?
Grzegorz Zariczny zaprosił nas do udziału w filmie „Proste rzeczy” w momencie, kiedy byliśmy świeżo upieczonymi rodzicami. Nasza córka Alicja miała niecały rok. W tym czasie również zdecydowaliśmy się przeprowadzić na wieś i zaadaptować tam sobie część domu. Byliśmy w trakcie prac, kiedy zaczęły się rozmowy o wspólnej realizacji filmu. Najważniejszą postacią w tym układzie był Błażej. Grzegorz chciał opowiedzieć o jego trudnej relacji z ojcem i pokazać, jak młody mężczyzna – ojciec i partner - mierzy się z bolesnymi doświadczeniami z przeszłości, by odnaleźć spokój i siłę do działania w teraźniejszości.

Czy kamera w sferze intymnej jest rodzajem terapii? Przejrzeniem się w lustrze?
Kamera w sferze intymnej jest na pewno dużym przeżyciem, przynajmniej w życiu naturszczyków. Podeszliśmy do tematu z dużym zaangażowaniem, z wiarą, że historia, którą chce opowiedzieć Grzegorz, bazująca na naszych doświadczeniach, ale jednocześnie pozostająca fabułą, współgrająca z wrażliwością i wizją Grześka, będzie miała sens i będzie ważna dla widza. Chcielibyśmy, żeby ta historia kogoś poruszyła. Włożyliśmy w to dużą część siebie. Błażej na pewno musiał otworzyć swoją puszkę Pandory – dużo go to kosztowało. Czy film okazał się terapią? Nie, to tylko film.

Kadr z filmu 'Proste rzeczy', na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)

Mieliście precyzyjny scenariusz czy improwizowaliście?
Bazowaliśmy raczej na treatmencie. Rozpisaliśmy historię, którą chcieliśmy opowiedzieć na sceny. Każdą scenę Grzegorz z nami omawiał, każda miała swój cel. My również inspirowaliśmy Grześka – przez wiele tygodni spotykaliśmy się weekendami, opowiadaliśmy o naszej codzienności, działaniach, planach, wspomnieniach. Oprócz nas i Grzegorza, w spotkaniach brał udział Tomasz Schimscheiner (filmowy wujek), Weronika Bilska (autorka zdjęć) i Bartosz Świderski (drugi reżyser).Podczas planu zdjęciowego każda scena była improwizowana. Mówiliśmy własnym językiem, niemieliśmy rozpisanych dialogów. Najczęściej wszystko działo się w jednym dublu, w długich ujęciach – jedna kłótnia, jedna scena na rybach, itd. Ogromne znaczenie w tym projekcie i jego finalnym kształcie miał też montaż – trwał ponad rok.

Czy film wpłynął na waszą rodzinę?
Cieszymy, że mogliśmy wziąć udział w takim przedsięwzięciu. Nie da się tego wymazać. To też ważna rodzinna pamiątka. Jednocześnie był to eksperyment, trochę igranie z ogniem, z emocjami, z przeszłością. Nie zawsze czuliśmy się na to gotowi. Do dziś prowadzimy dyskusje, czy to miało sens, czy ten film nie utrudnił nam pewnych spraw. Czy to tak naprawdę nie było wywoływanie duchów, które dopiero teraz zaczynają nas nękać. Czy dopiero teraz nie nadszedł czas, żeby pewien rozdział zamknąć.

Film Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” w kinach od 4 czerwca.

  1. Kultura

Laurie Anderson – niekończąca się opowieść

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Właśnie ukazała się reedycja na czerwonym winylu legendarnego albumu Laurie Anderson „Big Science”. Piękny prezent dla jej fanów. Czyli dla kogo? Znawców muzyki awangardowej? Słuchaczy popu? Publiczności galerii sztuki współczesnej? Entuzjastów nowych technologii? Miłośników poezji czy filmu?

Dobry wieczór. Tu wasz kapitan. Za chwilę podejdziemy do próby awaryjnego lądowania”. Tak zaczyna się utwór „From the Air” otwierający „Big Science”. Utwór, który zabiera słuchacza w podróż bez powrotu – w rejs spadającym samolotem. Na tle zapętlonej jak spirala muzyki unosi się elektronicznie przetworzony głos Laurie Anderson, narratorki snującej katastroficzną opowieść. Ten głos, pozornie beznamiętny, obiektywny, zdający się należeć raczej do jakiejś zaawansowanej sztucznej inteligencji niż do żywej kobiety, potrafi hipnotyzować, rozbudzać wyobraźnię, grać na emocjach. W przyszłości opowie jeszcze wiele historii, które układają się w wielką sagę o współczesności, lataniu, polityce i świecie, w którym jutro nadeszło już dziś.

Rzucam to

Kiedy Laurie Anderson tworzyła „From the Air” i inne utwory z płyty „Big Science”, była postacią znaną, ale wyłącznie w wąskim kręgu nowojorskiej awangardy. Był przełom lat 70. i 80.; Anderson przybyła do miasta dziesięć lat wcześniej, szukając odpowiedzi na pytanie, kim tak naprawdę chce być w życiu. Urodziła się w 1947 roku na przedmieściach Chicago, jako jedno z ośmiorga dzieci pary, która postanowiła stworzyć rodzinną orkiestrę. Wszyscy bracia i siostry Laurie uczyli się zatem grać na instrumentach. Jej przypadły w udziale skrzypce. Jako nastolatka ćwiczyła po sześć godzin dziennie, szykując się do kariery zawodowej wirtuozki. W wywiadach wspomina spotkanie z pewną wybitną skrzypaczką, które sprawiło, że ten plan się nie ziścił.

„Zaczęłyśmy rozmowę i ze zdumieniem odkryłam, że ona błędnie wymawia co drugie słowo, nie potrafi się wyrazić – opowiada artystka. – Zrozumiałam, że nie chcę być taka jak ona. Chcę nauczyć się mówić! Pojęłam nagle, jak wiele jest rzeczy, których się nie nauczę, jeżeli dalej będę grała na skrzypcach. Decyzja o tym, żeby przestać grać, należy do kilku rzeczy, z których w swoim życiu jestem naprawdę dumna”.

Laurie miała w przyszłości znów wziąć skrzypce do ręki, ale był to już zupełnie inny instrument – urządzenie, które sama wynalazła i zbudowała, z elektroniczną głowicą zamiast progu i smyczkiem, na którym zamiast końskiego włosia rozpięta była taśma magnetofonowa. Na razie decyduje się na studiowanie biologii. Odkrywa jednak, że bardziej od nauki zajmuje ją ekstrahowanie chlorofilu z roślin i tworzenie tym naturalnym pigmentem rysunków. Przypomina sobie wówczas, jaką przyjemność sprawiało jej zawsze malarstwo. Rzuca więc i biologię, po czym przenosi się do Nowego Jorku, na historię sztuki. Studia kontynuuje na wydziale rzeźby, ucząc się u takich ówczesnych gigantów w tej dziedzinie jak Carl Andre i Sol LeWitt. To artyści, którzy zarażają ją zamiłowaniem do estetyki minimal – upodobaniem, któremu wierna pozostaje do dziś.

Dopóki nie roztopi się lód

W Nowym Jorku dołączyła do legionu aspirujących artystek i artystów, którzy tworzyli największą cyganerię świata sztuki lat 70. Pracowała jako instruktorka rysunku, ilustrowała książki dla dzieci, pisała krytyki do magazynów artystycznych. Wszystkie te dorywcze prace miały wspierać jej eksperymenty twórcze pokazywane w niszowych galeriach. Widywano ją na ulicy podczas publicznych performance’ów. Występowała obuta w łyżwy, które były przymarznięte do bryły lodu, artystka stała na niej niczym na postumencie. W rękach miała wspomniane elektroniczne skrzypce własnej konstrukcji. Specjalny tryb opóźniania dźwięku sprawiał, że mogła na nich grać duety z samą sobą. Koncert trwał, dopóki lód, w którym zatopione były łyżwy, nie roztopił się. Wtedy uwolniona performerka mogła zakończyć występ.

Ta i podobne akcje oraz instalacje pod koniec lat 70. zapewniły Laurie uznanie w świecie eksperymentalnej sztuki. Dla szerokiej publiczności pozostawała reprezentantką egzotycznego plemienia awangardzistów robiących rzeczy, których nie pojmie nikt, kto na co dzień nie żyje w świecie alternatywnych galerii i klubów na Manhattanie. Wkrótce jednak ten stan miał się radykalnie zmienić.

Fot. Zwierciadlo.plFot. Zwierciadlo.pl

Cud

W 1981 roku w domowym studiu, w na wpół partyzanckich warunkach, Laurie nagrała utwór „O Superman”. Szykowała go jako ścieżkę dźwiękową do nowego, operowego performance’u „United States”. Znajomi namówili ją jednak, by wydać piosenkę jako singiel w limitowanej edycji. Był to raczej konceptualny gest niż próba podbijania rynku muzycznego. Monotonna, hipnotyczna, minimalistyczna ośmiominutowa kompozycja, w której Anderson przetworzonym elektronicznie głosem robota bardziej recytuje, niż śpiewa rodzaj katastroficznej litanii o samotności, lękach i obsesjach Ameryki, wydawała się ostatnią rzeczą, która nadaje się na hit. Artystka nie była więc zaskoczona, kiedy w Stanach jedna rozgłośnia po drugiej odmawiały grania utworu jako zbyt trudnego dla masowej publiczności. Tym większe było więc jej zdumienie, kiedy dowiedziała się, że w Wielkiej Brytanii „O Superman” dociera do drugiego miejsca na liście przebojów, deklasując po drodze klasyczne rockowe i popowe kawałki.

Cud dokonał się za sprawą Johna Peela, brytyjskiego prezentera radiowego, który od lat 60. był wyrocznią w kwestii nowej muzyki. Peel, słynący z tego, że za nic ma konwencje i potrafi słuchać muzyki w sposób równie wizjonerski, w jaki nowatorscy artyści ją tworzą, puścił „O Supermana” w swojej audycji i za chwilę zastęp didżejów na Wyspach także chciał ten utwór grać. W tym czasie Anderson dystrybuowała swój wydany w nakładzie tysiąca egzemplarzy singiel metodą sprzedaży wysyłkowej. Osobiście pakowała i zanosiła na pocztę każdą zamówioną płytę. Pewnego dnia odebrała telefon z Wielkiej Brytanii, dzwonił facet z zamówieniem. „Odpowiedziałam mu: »Jasne, ile kopii wysłać?« – wspomina artystka. – A Brytyjczyk odparł: »No, na wtorek potrzebowałbym 40 tysięcy, a do następnego poniedziałku drugie tyle«”. Chwilę później artystka była już w biurze Warner Bros z prośbą o pomoc w wyprodukowaniu 80 tysięcy „O Supermanów”. Koncern odpowiedział propozycją kontraktu na siedem następnych albumów. Pierwszym z nich była płyta „Big Science”.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Wehikuły

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. Jej koncerty to hybryda muzyki, performance’u, wideo artu i multimedialnej instalacji. Co ważniejsze, w sztuce, którą tworzy, znika granica dzieląca eksperymentalną awangardę i kulturę popularną. Ceniona w świecie sztuki wysokiej za innowacyjną formę, Anderson przemawia jednocześnie do publiczności, która z większości koncertów muzyki współczesnej wymknęłaby się przy pierwszej dogodnej okazji. Zawsze fascynowały ją nowe technologie, w latach 80. jej nagrania brzmiały, jakby pochodziły z przyszłości, ale nigdy nie robiły wrażenia obcych współczesnej wrażliwości. Jako muzyk Anderson wróciła do gry na skrzypcach, ale spełniła też swoje młodzieńcze marzenie o nauczeniu się mówienia: realizuje multimedialne performance’y, od lat 90. reżyseruje w teatrze i operze. Uniwersytet Harvarda powierzył jej wykładanie poezji. Na tym nie koniec, w 2015 roku festiwale filmowe triumfalnie objechał jej film „Heart of a Dog”. Artystka swobodnie przemieszcza się między różnymi środkami wyrazu, podporządkowując je zawsze swojemu najważniejszemu medium – opowieści.
Piosenka, film, instalacja – to tylko wehikuły, którymi opowiadane przez Anderson historie mają dotrzeć do odbiorcy. I to właśnie na gruncie opowieści, tej najważniejszej ze sztuk, w twórczości Anderson odnajdują się tak różne grupy fanów.

„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)

Zaproszenie do lewitacji

Jeszcze w 2003 roku została pierwszą oficjalną artystką rezydentką przy NASA. Bezpośrednim owocem tej współpracy był performance „The End of Moon” z 2004 roku. W kolejnej dekadzie wyposażona w nowe cyfrowe narzędzia artystka powróciła na Księżyc w VR-owej instalacji „To the Moon”. To jedna z dwóch pionierskich prac w tej technice, które Anderson zrealizowała we współpracy z tajwańskim artystą Hsin-Chien Huangim. Pierwszą był „Chalkroom” z 2017 roku, uważany za jedno z najciekawszych VR-owych dzieł, jakie do tej pory powstały w sztuce. Odbiorca zostaje zaproszony do lewitacji w przestrzeni utkanej z rysunków i tekstów Anderson. Przemierzamy uniwersum wypełnione dźwiękiem i przestrzennym głosem artystki – świat, który jest jedną wielką szkatułkową opowieścią. To historia, która dla większości z nas zaczęła się wraz z pierwszym odtworzeniem płyty „Big Science”, albumu, który wtedy brzmiał, jakby nagrano go jutro, a dziś wydaje się idealnie pasować do dnia dzisiejszego. To opowieść o człowieczeństwie w futurystycznym świecie. I choć ów świat wydaje się coraz bardziej szalony, a nawet nieludzki, ta historia – podobnie jak opowieść Laurie Anderson – pozostaje wciąż aktualna i na szczęście jeszcze się nie kończy.