1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Co przeczytać w święta? Podaruj sobie książkę pod choinkę

Co przeczytać w święta? Podaruj sobie książkę pod choinkę

Ilustracja iStock
Ilustracja iStock
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Jaką książkę podłożyć sobie pod choinkę? Tak, dobrze słyszeliście, nie: „jaka książka ucieszy bliskich?” – bo zakładam, że ten wybór macie już z głowy – ale jakimi tytułami obdarować siebie (lub poprosić, by obdarowali nas inni). Bo w końcu co to za Boże Narodzenie bez kilku tomów pysznej lektury?!

Ci, którzy w tegoroczne święta zamierzają nadrabiać czytelnicze zaległości, z pewnością mają już przygotowany stosowny pakiecik na szafce obok łóżka (już z samych dzieł Olgi Tokarczuk uzbiera się niezły stosik). Ale co mają zrobić ci, którzy w obliczu tylu nowości ostatnich miesięcy nie są w stanie podjąć decyzji? Wciąż pytani przez rodzinę o to, co chcieliby dostać pod choinkę, mówią: „Yyy, może już lepiej ciepłe skarpety?”. Oto kilka podpowiedzi idealnych lektur na nadchodzące tygodnie, które zaspokoją zarówno potrzebę dobrej zabawy i ekscytacji, jak i wzruszeń, zadumy oraz impulsu do rozwoju.

1 „Świąteczny dyżur”, Adam Kay, wyd. Insignis, cena: 34,99 zł

„Święta to dziwaczna odmiana prawdziwego życia, to alternatywna rzeczywistość, w której dobry humor jest obligatoryjny, a zarazem osiągalny tylko dzięki rozwiązywaniu szarad, tłumieniu gniewu, zgadze i kanapowym odleżynom. Wszystko to jest możliwe, ponieważ – dzięki niech będą Dzieciątku Jezus – nie musicie wtedy chodzić do pracy. Cóż, przynajmniej większość z was nie musi” – zaczyna swoją opowieść Adam Kay, Brytyjczyk z typowo angielskim poczuciem humoru. Kay przez lata pracował jako stażysta, rezydent, a  wreszcie lekarz na oddziale ginekologiczno-położniczym i doświadczenie to barwnie opisał w swoim książkowym debiucie, pod wiele mówiącym tytułem „Będzie bolało”, którego lektura dostarczyła mi wielu wzruszeń i spazmów śmiechu. Cóż może być zabawnego w perypetiach młodego, mało zarabiającego i w dodatku pracującego 12 godzina na dobę ginekologa? – spytacie. Cóż, to tak naprawdę wszystko. Podobnie jak wkurzającego, oburzającego, czy jak kto woli – pełnego absurdów. Nie inaczej jest w „Świątecznym dyżurze”. Kay, który rzucił praktykę lekarską na rzecz pisania książek i scenariuszy, tym razem relacjonuje sześć kolejnych świąt Bożego Narodzenia, które spędził w pracy, mając ręce pełne roboty. Porody, efekty nieprzemyślanych seksualnych eksperymentów, operacje, zabiegi… Jak pisze, w tym okresie izby przyjęć pękają w szwach, a ludzie trafiają tam z błahych, czasem komicznych, a czasem przeraźliwie smutnych powodów (jak pokutujący co roku także w Polsce zwyczaj „podrzucania” starszych lub niedołężnych członków rodziny do szpitala pod byle pretekstem, by nie musieć się zajmować nimi w święta). Więcej mówi to o nas niż nawet najbardziej skrupulatnie przeprowadzone badanie opinii publicznej pt. „Co robiłem w tegoroczne święta”.

MAŁA PODPOWIEDŹ: Jeśli nie znacie wcześniejszej książki Kaya, najlepiej od razu zaopatrzcie się w zestaw: „Będzie bolało” i „Świąteczny dyżur”.

 

  1. „Ostatnia wdowa”. Karin Slaughter, wyd. Harper Collins, cena: ok 35 zł
Należę do tych czytelników, którzy nie wyobrażają sobie świątecznego wypoczynku bez choćby jednego, malutkiego, chudziutkiego kryminału lub thrillera, który – jeśli jest dobry – zawsze poprawia humor. Dlatego tak ważne jest, by był to naprawdę dobry kryminał, a te – wiadomo – najlepiej kupować z polecenia. Ponieważ jednak zwykle jestem na bieżąco z kryminalnymi nowościami, zmartwiło mnie, że nic nowego w tym temacie nie czeka na mnie w okolicy świąt. Tym bardziej się ucieszyłam, gdy okazało się, że przegapiłam październikową nowość – a mianowicie „Ostatnią wdowę” Karin Slaughter.

Slaughter, wielokrotnie nagradzaną i tłumaczoną na kilkanaście języków autorkę kryminałów i thrillerów, cenię najbardziej za to, że potrafi tak świetnie napisać scenę otwierającą akcję, że człowiek dosłownie wstrzymuje oddech. Jedyny minus dla bardziej wrażliwych czytelników, że często opisy te są dość brutalne. Ale Slaughter ma cel w takim właśnie wstrząsaniu czytelnikiem. Przemoc, którą opisuje, wymierzona jest zwykle w kobiety, ma więc obudzić w nas gniew i oburzenie na ten wielowiekowy przejaw niesprawiedliwości, a często i pogardy. W jednej ze swoich najlepszych książek - „Mieście glin” chciała w ten sposób pokazać, z jakim okrutnym ostracyzmem w latach 70. spotykały się w policji policjantki. Często sytuuje akcje swoich powieści w rodzinnym mieście – Atlancie, która, choć kojarzy nam się ckliwie z „Przeminęło z wiatrem” i wyjątkowo udaną dla Polaków olimpiadą, jest do dzisiaj kwintesencją pięknego amerykańskiego Południa z brzydką rysą w postaci rasizmu, ksenofobii i szowinizmu.  W „Ostatniej wdowie” Slaughter skupia się na środowisku nowych amerykańskich nacjonalistów, do którego w dramatycznych okolicznościach trafia para głównych bohaterów – lekarka sądowa Sara Linton i agent Georgia Bureau of Investigation – Will Trent. Oboje są profesjonalistami i oboje mają za sobą traumatyczne przeżycia – ona w młodości była ofiarą gwałtu i przeżyła śmierć męża, on – wychowanek bidula i ulicy uczy się na nowo ufać ludziom.

Ponieważ Slaugher jest pilną uczennica zarówno Alfreda Hitchcocka, który zalecał zaczynanie każdej opowieści od trzęsienia ziemi i… dalszego podnoszenia napięcia, jak i Agathy Christie, która równolegle z wątkiem kryminalnym prowadziła wątek romansowy – możecie się spodziewać prawdziwego koktajlu emocji.

MAŁA PODPOWIEDŹ: Pamiętajcie; praktycznie każdy w miarę przyzwoity kryminał lub thriller jest nieodzowny w świątecznym czasie jako katalizator tzw. negatywnych uczuć, które bardzo często towarzyszą biesiadowaniu w gronie rodziny.

 

  1. „Małe kobietki”, Louisa May Alcott, wyd. Poradnia K (tom zawiera też powieść „Dobre żony”), cena: 30,49 zł
Mam taki zwyczaj, że co roku w okolicach grudnia czytam „Davida Copperfielda” Charlesa Dickensa. I co roku daję się porwać tej staroświeckiej opowieści ze spora dawką dydaktyzmu, ale za to z tak barwnie i sugestywnie opisanymi postaciami, że długo potem wszyscy dookoła wydają mi się żywcem wyjęci z jej kart. To jedna z moich ulubionych lektur dzieciństwa, a powrót do dawnych wzruszeń i zachwytów każdego koi i podnosi na duchu. Poza tym co roku sprawdzam, czy książka (lub ja sama) się nie zestarzała na tyle, że przestanie mnie poruszać, i co roku okazuje się, że jeszcze nie. Tym razem postanowiłam jednak, że do „Davida” dołączy moja druga ukochana, już raczej typowo dziewczyńska lektura, a mianowicie „Małe kobietki”. Tym, którzy jej nie czytali, polecam ze względu na styczniową premierę jej ekranizacji w reżyserii Grety Gerwig. Zobaczycie, jak świetnie reżyserka oddała tamten klimat i jak genialnie dobrała młodych aktorów: Saoirse Ronan w roli Jo, Emmę Watson w roli Meg, Florence Pugh jako Amy, ale nade wszystko Timothee Chalameta jako najgenialniejszego jak dotąd Laurie. No i Meryl Streep w epizodycznej roli zrzędliwej ciotki March. Pamiętam, że jako 13-latka, byłam praktycznie opętana na punkcie czterech sióstr March i marzyłam, by mieć takie siostry jak one. Oczywiście najbardziej utożsamiałam się z niepokorną i – jak to ujęła Lauisa May Alcott - postrzeloną (zdecydowanie nadużywałam tego słowa) Jo, ale z dzisiejszej perspektywy widzę, że było we mnie po trochu także z łagodnej Meg, marzącej o byciu wielką malarką Amy i wrażliwej Beth. Bo jest to opowieść o wielu odmianach kobiecości i dziewczęcości, ale też o kobiecej solidarności, o raczkującym feminizmie, o czułości i dobroci (ostrzegam, znów nie obejdzie się bez szczypty dydaktyzmu). Są tu też ukazane dwie ważne i nadal aktualne prawdy. Pierwsza: osoby, które nas naprawdę kochają, pragną naszego rozwoju. Dlatego kiedy widzą, że komuś lub sobie robimy krzywdę, zwracają nam na to uwagę. Nawet kosztem narażenia się na nasz gniew. Druga: uporczywe marzenie o cudownym dzieciństwie potrafi być ciężarem zarówno dla tych, którzy takiego nie mieli, jak i dla tych, którzy właśnie go doświadczyli. Bo tęsknota do jest równie dojmująca jak tęsknota za.

MAŁA PODPOWIEDŹ: Z kupnem nowego wydania polecam wstrzymać się do stycznia, wtedy bowiem ukaże się jednotomowe wydanie „Małych kobietek” z fotosami z filmu oraz… dalszymi losami sióstr March.

 

  1. „Odblokuj się”, John Sharp, wyd. Muza, cena promocyjna: 15,96 zł
Ile można się lenić? Jak mówi Katarzyna Miller w styczniowym SENSie, lenistwo tak długo nam służy, jak długo jest dla nas przyjemne. Kiedy jednak niczym księżniczkę na ziarnku grochu na do tej pory wygodnej kanapie zaczyna nas coś uwierać, to znak, że odpoczęliśmy odpowiednio i czas zabrać się do pracy. Spokojnie, spokojnie, mam na myśli pracę nad sobą. Książką, która otworzy wam oczy i która przeprowadzi przez ten proces, jest „Odblokuj się” Johna Sharpa. Ten doświadczony lekarz i psychiatra twierdzi, że jeśli czujemy, że coś nas powstrzymuje przed byciem zadowolonym ze swojego życia, to z pewnością są to fałszywe prawdy, w które uwierzyliśmy. A ponieważ stało się to bardzo dawno temu – w dzieciństwie, z większości nich nie zdajemy sobie nawet sprawy i podświadomie żyjąc według nich, blokujemy swoje szczęście i rozwój. Dlatego najpierw trzeba wytropić fałszywe prawdy, a można to zrobić korzystając z jednego z  wielu ćwiczeń, które proponuje Sharp, a które polegają np. na bezwiednym zapisywaniu wszystkiego, co przychodzi ci na myśl, kiedy myślisz np. „Jestem…”, „Umiem…”, „Zawsze…”, „Nigdy…”. Następnie trzeba ustalić, kiedy narodziło się w nas przekonanie, które nas krzywdzi, czyli co jest jego źródłem. Przeboleć cały smutek, który z tego powodu nas spotkał, i stworzyć nowe przekonania, „prawdziwe prawdy”, które wprowadzimy do swojego życia, a przede wszystkim do swojej świadomości. Wbrew pozorom, przed nami bardzo długa droga. Sharp twierdzi, że proces takiej zmiany zajmuje od sześciu do osiemnastu miesięcy. Dlatego jeśli lubisz wprowadzać zmiany z początkiem nowego roku, święta będą idealnym czasem by się do nich przygotować, a nawet zrobić już pierwszy krok.

Przypuszczam, że ze wszystkich lektur na tej świątecznej liście ta będzie najbardziej wartościowa, najbardziej wciągająca i najbardziej emocjonalna. Bo będzie dotyczyła ciebie. A przede wszystkim da ci oprócz bycia czytelnikiem, także poczucie bycia autorem, bo to ty napiszesz jej zakończenie.

MAŁA PODPOWIEDŹ: Praca z książką „Obudź się” spodoba ci się także, jeśli nie czujesz w sobie blokad, a twoje życie jest dla ciebie wyłącznie źródłem satysfakcji. Dzięki niej przypomnisz sobie bowiem, dlaczego tak się dzieje, jakie myśli i jakie prawdy stały się twoim motorem napędowym i co robić, by nadal sprawnie funkcjonował. Może się zdarzyć, że coś jednak wypłynie na wierzch, a wtedy się tym zajmiesz, wyrywając dopiero co kiełkujący, „fałszywy” chwast.

 

  1. „Niezwykły rodzic”, Beata Pawłowicz, Tomasz Srebnicki, Wydawnictwo Zwierciadło, cena w promocji: 27,90 
Nie mam jeszcze własnych dzieci, choć doczekałam się już sporej gromadki chrzestnych, tym bardziej więc doceniam książki o wychowaniu, które robią na mnie wrażenie i wciągają jak najlepszy serial. A taka jest właśnie książka Beaty Pawłowicz, naszej redakcyjnej koleżanki i Tomasza Srebnickiego, psychologa, terapeuty i stałego eksperta SENSu. Co chwila wytrąca z utartego myślenia i każe raz po raz wykrzykiwać: „Co?!”, „Ale jak to?!”, na zmianę z: „Racja!” czy „Niesamowite!”. Czytając ją, wspominamy własne dzieciństwo, ale i z pokorą przyglądamy się też naszym dzisiejszym zachowaniom w roli rodziców, cioć, wujków czy babć i dziadków. Wykłócamy się z dr. Srebnickim, by często potem przyznać mu rację. Bardzo pomaga w tym Beata, która drąży, jątrzy, dopytuje a czasem powątpiewa i przekomarza się. Oto przedsmak tej lektury:

Czego jeszcze nie wolno rodzicowi?

Dziecko nie powinno cię widzieć w rolach zawodowych, słyszeć, że zarabiasz, żeby ono miało co jeść. Nie powinno widzieć cię jako osoby odnoszącej sukcesy zawodowe.

Przecież to fajne mieć takiego tatę. 

Tak, tylko że dziecko zaczyna się wtedy porównywać z rodzicem, a nie swoimi kolegami, zaczyna żyć sukcesami tatusia i łatwo dochodzi do wniosku, że ono nigdy nie będzie takie wspaniałe. Nie można się też popisywać przed dzieckiem: chodzić na siłownię, a potem mówić, że ma się zakwasy lub złapało kontuzję na „siłce”, opowiadać, jak dużo się przebiegło, bo to nie dziecka sprawa. Ono ma mieć rodzica, a nie osobę, którą obserwuje w rolach kochanka, męża, pracownika, biegacza, siłacza, medalisty…

To co ja mam z tym dzieckiem robić? 

Wszystko, poza tym, co wymieniłem.

Nic nie zostało... 

Zostało to, co buduje rolę rodzica od tysięcy lat. Dajesz dziecku pewność, że będzie miało co jeść, gdzie spać, dokąd wrócić. Dajesz pewność, że nie będzie odrzucone bez względu na to, co zrobi. Twoja rola to dawanie pewności, że będzie miało warunki, by odrobić pracę domową i że dotrze codziennie do szkoły. Dawanie mu pewności, że rytm twojego życia umożliwi mu spokojny rozwój i wzrost w jego tempie.

MAŁA PODPOWIEDŹ: Jeśli święta to czas, kiedy wasze dzieci doprowadzają was do białej gorączki, proponuję przełożyć lekturę na później, na przykład czas ferii zimowych lub wakacji – kiedy one będą się świetnie bawić, a  wy, cóż, tęsknić.

Książka do kupienia w naszym sklepie internetowym:

Niezwykły rodzic Beata Pawłowicz, Tomasz Srebnicki Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.

  1. Kultura

Nowy dokument z udziałem Davida Attenborougha już niedługo trafi na Netflix

Kadr z filmu dokumentalnego
Kadr z filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". (Fot. materiały prasowe Netflix)
"To właśnie teraz jest dekada decydująca o przyszłości ludzkości na Ziemi" - słyszymy w zwiastunie filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". David Attenborough i naukowiec Johan Rockström badają w nim degradację bioróżnorodności Ziemi i sprawdzają, czy możemy jeszcze zapobiec kryzysowi.

„Świat na granicy” opowiada o ustaleniach naukowych profesora Johana Rockströma, który cieszy się uznaniem na całym świecie. To historia o najważniejszym odkryciu naukowym naszych czasów — o tym, że ludzkość maksymalnie przesunęła granice zapewniające stabilność życia na Ziemi przez 10 000 lat, od zarania cywilizacji.

Podczas 75 minut filmu wybierzemy się w podróż, podczas której dowiemy się, jakich granic absolutnie nie wolno nam przekroczyć, nie tylko ze względu na stabilność naszej planety, ale przede wszystkich z uwagi na przyszłość ludzkości. Poznamy rozwiązania, które możemy i musimy wdrożyć już teraz, jeżeli chcemy chronić mechanizmy utrzymujące życie na Ziemi.

Narratorem filmu dokumentalnego „Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” jest sir David Attenborough. Za produkcję odpowiada uhonorowany wieloma nagrodami zespół z wytwórni Silverback Films, która stworzyła przełomowy serial „Nasza planeta” oraz dokument „David Attenborough: Życie na naszej planecie”. Film przedstawia podstawy naukowe obu tych wpływowych produkcji.

„Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” będzie można obejrzeć od 4. czerwca na platformie Netflix.

(Fot. materiały prasowe Netflix)(Fot. materiały prasowe Netflix)
  1. Kultura

"Proste rzeczy" – czuła opowieść o poszukiwaniu życiowych fundamentów

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Błażej Sitowski. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)
Mówią: rzuć wszystko i wyjedź z miasta. Ale co dalej? Ucieczka z miejskiej dżungli to dopiero początek, zwłaszcza wtedy, gdy zabieramy ze sobą bagaż nierozwiązanych spraw rodzinnych, tak jak bohater filmu "Proste rzeczy" Grzegorza Zaricznego.

Nagrodzony na prestiżowym festiwalu Sundance Grzegorz Zariczny to reżyser, który odważnie eksploruje terytorium na granicy fabuły i dokumentu. W „Prostych rzeczach”, czułej opowieści o poszukiwaniu życiowych fundamentów, podpatruje autentyczną relację Błażeja (Błażej Kitowski), Magdy (Magdalena Sztorc) i ich córki Ali, wprowadzając do historii katalizator w postaci fikcyjnego wujka (Tomasz Schimscheiner) – brata zmarłego ojca Błażeja, który pojawia się, by pomóc młodym w remoncie wiejskiego domu. To punkt wyjścia do refleksji nad rodzinnymi relacjami i uporządkowania bolesnych spraw z przeszłości. Zariczny w umiejętny sposób zderza tu słodko-gorzką codzienność z bezmiarem uniwersalnych problemów.

Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)

Rozmowa z odtwórcami głównych ról: Magdaleną Sztorc i Błażejem Kitowskim

Jaką rolę w filmie odegrały wasze doświadczenia?
Grzegorz Zariczny zaprosił nas do udziału w filmie „Proste rzeczy” w momencie, kiedy byliśmy świeżo upieczonymi rodzicami. Nasza córka Alicja miała niecały rok. W tym czasie również zdecydowaliśmy się przeprowadzić na wieś i zaadaptować tam sobie część domu. Byliśmy w trakcie prac, kiedy zaczęły się rozmowy o wspólnej realizacji filmu. Najważniejszą postacią w tym układzie był Błażej. Grzegorz chciał opowiedzieć o jego trudnej relacji z ojcem i pokazać, jak młody mężczyzna – ojciec i partner - mierzy się z bolesnymi doświadczeniami z przeszłości, by odnaleźć spokój i siłę do działania w teraźniejszości.

Czy kamera w sferze intymnej jest rodzajem terapii? Przejrzeniem się w lustrze?
Kamera w sferze intymnej jest na pewno dużym przeżyciem, przynajmniej w życiu naturszczyków. Podeszliśmy do tematu z dużym zaangażowaniem, z wiarą, że historia, którą chce opowiedzieć Grzegorz, bazująca na naszych doświadczeniach, ale jednocześnie pozostająca fabułą, współgrająca z wrażliwością i wizją Grześka, będzie miała sens i będzie ważna dla widza. Chcielibyśmy, żeby ta historia kogoś poruszyła. Włożyliśmy w to dużą część siebie. Błażej na pewno musiał otworzyć swoją puszkę Pandory – dużo go to kosztowało. Czy film okazał się terapią? Nie, to tylko film.

Kadr z filmu 'Proste rzeczy', na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)

Mieliście precyzyjny scenariusz czy improwizowaliście?
Bazowaliśmy raczej na treatmencie. Rozpisaliśmy historię, którą chcieliśmy opowiedzieć na sceny. Każdą scenę Grzegorz z nami omawiał, każda miała swój cel. My również inspirowaliśmy Grześka – przez wiele tygodni spotykaliśmy się weekendami, opowiadaliśmy o naszej codzienności, działaniach, planach, wspomnieniach. Oprócz nas i Grzegorza, w spotkaniach brał udział Tomasz Schimscheiner (filmowy wujek), Weronika Bilska (autorka zdjęć) i Bartosz Świderski (drugi reżyser).Podczas planu zdjęciowego każda scena była improwizowana. Mówiliśmy własnym językiem, niemieliśmy rozpisanych dialogów. Najczęściej wszystko działo się w jednym dublu, w długich ujęciach – jedna kłótnia, jedna scena na rybach, itd. Ogromne znaczenie w tym projekcie i jego finalnym kształcie miał też montaż – trwał ponad rok.

Czy film wpłynął na waszą rodzinę?
Cieszymy, że mogliśmy wziąć udział w takim przedsięwzięciu. Nie da się tego wymazać. To też ważna rodzinna pamiątka. Jednocześnie był to eksperyment, trochę igranie z ogniem, z emocjami, z przeszłością. Nie zawsze czuliśmy się na to gotowi. Do dziś prowadzimy dyskusje, czy to miało sens, czy ten film nie utrudnił nam pewnych spraw. Czy to tak naprawdę nie było wywoływanie duchów, które dopiero teraz zaczynają nas nękać. Czy dopiero teraz nie nadszedł czas, żeby pewien rozdział zamknąć.

Film Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” w kinach od 4 czerwca.

  1. Kultura

Laurie Anderson – niekończąca się opowieść

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Właśnie ukazała się reedycja na czerwonym winylu legendarnego albumu Laurie Anderson „Big Science”. Piękny prezent dla jej fanów. Czyli dla kogo? Znawców muzyki awangardowej? Słuchaczy popu? Publiczności galerii sztuki współczesnej? Entuzjastów nowych technologii? Miłośników poezji czy filmu?

Dobry wieczór. Tu wasz kapitan. Za chwilę podejdziemy do próby awaryjnego lądowania”. Tak zaczyna się utwór „From the Air” otwierający „Big Science”. Utwór, który zabiera słuchacza w podróż bez powrotu – w rejs spadającym samolotem. Na tle zapętlonej jak spirala muzyki unosi się elektronicznie przetworzony głos Laurie Anderson, narratorki snującej katastroficzną opowieść. Ten głos, pozornie beznamiętny, obiektywny, zdający się należeć raczej do jakiejś zaawansowanej sztucznej inteligencji niż do żywej kobiety, potrafi hipnotyzować, rozbudzać wyobraźnię, grać na emocjach. W przyszłości opowie jeszcze wiele historii, które układają się w wielką sagę o współczesności, lataniu, polityce i świecie, w którym jutro nadeszło już dziś.

Rzucam to

Kiedy Laurie Anderson tworzyła „From the Air” i inne utwory z płyty „Big Science”, była postacią znaną, ale wyłącznie w wąskim kręgu nowojorskiej awangardy. Był przełom lat 70. i 80.; Anderson przybyła do miasta dziesięć lat wcześniej, szukając odpowiedzi na pytanie, kim tak naprawdę chce być w życiu. Urodziła się w 1947 roku na przedmieściach Chicago, jako jedno z ośmiorga dzieci pary, która postanowiła stworzyć rodzinną orkiestrę. Wszyscy bracia i siostry Laurie uczyli się zatem grać na instrumentach. Jej przypadły w udziale skrzypce. Jako nastolatka ćwiczyła po sześć godzin dziennie, szykując się do kariery zawodowej wirtuozki. W wywiadach wspomina spotkanie z pewną wybitną skrzypaczką, które sprawiło, że ten plan się nie ziścił.

„Zaczęłyśmy rozmowę i ze zdumieniem odkryłam, że ona błędnie wymawia co drugie słowo, nie potrafi się wyrazić – opowiada artystka. – Zrozumiałam, że nie chcę być taka jak ona. Chcę nauczyć się mówić! Pojęłam nagle, jak wiele jest rzeczy, których się nie nauczę, jeżeli dalej będę grała na skrzypcach. Decyzja o tym, żeby przestać grać, należy do kilku rzeczy, z których w swoim życiu jestem naprawdę dumna”.

Laurie miała w przyszłości znów wziąć skrzypce do ręki, ale był to już zupełnie inny instrument – urządzenie, które sama wynalazła i zbudowała, z elektroniczną głowicą zamiast progu i smyczkiem, na którym zamiast końskiego włosia rozpięta była taśma magnetofonowa. Na razie decyduje się na studiowanie biologii. Odkrywa jednak, że bardziej od nauki zajmuje ją ekstrahowanie chlorofilu z roślin i tworzenie tym naturalnym pigmentem rysunków. Przypomina sobie wówczas, jaką przyjemność sprawiało jej zawsze malarstwo. Rzuca więc i biologię, po czym przenosi się do Nowego Jorku, na historię sztuki. Studia kontynuuje na wydziale rzeźby, ucząc się u takich ówczesnych gigantów w tej dziedzinie jak Carl Andre i Sol LeWitt. To artyści, którzy zarażają ją zamiłowaniem do estetyki minimal – upodobaniem, któremu wierna pozostaje do dziś.

Dopóki nie roztopi się lód

W Nowym Jorku dołączyła do legionu aspirujących artystek i artystów, którzy tworzyli największą cyganerię świata sztuki lat 70. Pracowała jako instruktorka rysunku, ilustrowała książki dla dzieci, pisała krytyki do magazynów artystycznych. Wszystkie te dorywcze prace miały wspierać jej eksperymenty twórcze pokazywane w niszowych galeriach. Widywano ją na ulicy podczas publicznych performance’ów. Występowała obuta w łyżwy, które były przymarznięte do bryły lodu, artystka stała na niej niczym na postumencie. W rękach miała wspomniane elektroniczne skrzypce własnej konstrukcji. Specjalny tryb opóźniania dźwięku sprawiał, że mogła na nich grać duety z samą sobą. Koncert trwał, dopóki lód, w którym zatopione były łyżwy, nie roztopił się. Wtedy uwolniona performerka mogła zakończyć występ.

Ta i podobne akcje oraz instalacje pod koniec lat 70. zapewniły Laurie uznanie w świecie eksperymentalnej sztuki. Dla szerokiej publiczności pozostawała reprezentantką egzotycznego plemienia awangardzistów robiących rzeczy, których nie pojmie nikt, kto na co dzień nie żyje w świecie alternatywnych galerii i klubów na Manhattanie. Wkrótce jednak ten stan miał się radykalnie zmienić.

Fot. Zwierciadlo.plFot. Zwierciadlo.pl

Cud

W 1981 roku w domowym studiu, w na wpół partyzanckich warunkach, Laurie nagrała utwór „O Superman”. Szykowała go jako ścieżkę dźwiękową do nowego, operowego performance’u „United States”. Znajomi namówili ją jednak, by wydać piosenkę jako singiel w limitowanej edycji. Był to raczej konceptualny gest niż próba podbijania rynku muzycznego. Monotonna, hipnotyczna, minimalistyczna ośmiominutowa kompozycja, w której Anderson przetworzonym elektronicznie głosem robota bardziej recytuje, niż śpiewa rodzaj katastroficznej litanii o samotności, lękach i obsesjach Ameryki, wydawała się ostatnią rzeczą, która nadaje się na hit. Artystka nie była więc zaskoczona, kiedy w Stanach jedna rozgłośnia po drugiej odmawiały grania utworu jako zbyt trudnego dla masowej publiczności. Tym większe było więc jej zdumienie, kiedy dowiedziała się, że w Wielkiej Brytanii „O Superman” dociera do drugiego miejsca na liście przebojów, deklasując po drodze klasyczne rockowe i popowe kawałki.

Cud dokonał się za sprawą Johna Peela, brytyjskiego prezentera radiowego, który od lat 60. był wyrocznią w kwestii nowej muzyki. Peel, słynący z tego, że za nic ma konwencje i potrafi słuchać muzyki w sposób równie wizjonerski, w jaki nowatorscy artyści ją tworzą, puścił „O Supermana” w swojej audycji i za chwilę zastęp didżejów na Wyspach także chciał ten utwór grać. W tym czasie Anderson dystrybuowała swój wydany w nakładzie tysiąca egzemplarzy singiel metodą sprzedaży wysyłkowej. Osobiście pakowała i zanosiła na pocztę każdą zamówioną płytę. Pewnego dnia odebrała telefon z Wielkiej Brytanii, dzwonił facet z zamówieniem. „Odpowiedziałam mu: »Jasne, ile kopii wysłać?« – wspomina artystka. – A Brytyjczyk odparł: »No, na wtorek potrzebowałbym 40 tysięcy, a do następnego poniedziałku drugie tyle«”. Chwilę później artystka była już w biurze Warner Bros z prośbą o pomoc w wyprodukowaniu 80 tysięcy „O Supermanów”. Koncern odpowiedział propozycją kontraktu na siedem następnych albumów. Pierwszym z nich była płyta „Big Science”.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Wehikuły

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. Jej koncerty to hybryda muzyki, performance’u, wideo artu i multimedialnej instalacji. Co ważniejsze, w sztuce, którą tworzy, znika granica dzieląca eksperymentalną awangardę i kulturę popularną. Ceniona w świecie sztuki wysokiej za innowacyjną formę, Anderson przemawia jednocześnie do publiczności, która z większości koncertów muzyki współczesnej wymknęłaby się przy pierwszej dogodnej okazji. Zawsze fascynowały ją nowe technologie, w latach 80. jej nagrania brzmiały, jakby pochodziły z przyszłości, ale nigdy nie robiły wrażenia obcych współczesnej wrażliwości. Jako muzyk Anderson wróciła do gry na skrzypcach, ale spełniła też swoje młodzieńcze marzenie o nauczeniu się mówienia: realizuje multimedialne performance’y, od lat 90. reżyseruje w teatrze i operze. Uniwersytet Harvarda powierzył jej wykładanie poezji. Na tym nie koniec, w 2015 roku festiwale filmowe triumfalnie objechał jej film „Heart of a Dog”. Artystka swobodnie przemieszcza się między różnymi środkami wyrazu, podporządkowując je zawsze swojemu najważniejszemu medium – opowieści.
Piosenka, film, instalacja – to tylko wehikuły, którymi opowiadane przez Anderson historie mają dotrzeć do odbiorcy. I to właśnie na gruncie opowieści, tej najważniejszej ze sztuk, w twórczości Anderson odnajdują się tak różne grupy fanów.

„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)

Zaproszenie do lewitacji

Jeszcze w 2003 roku została pierwszą oficjalną artystką rezydentką przy NASA. Bezpośrednim owocem tej współpracy był performance „The End of Moon” z 2004 roku. W kolejnej dekadzie wyposażona w nowe cyfrowe narzędzia artystka powróciła na Księżyc w VR-owej instalacji „To the Moon”. To jedna z dwóch pionierskich prac w tej technice, które Anderson zrealizowała we współpracy z tajwańskim artystą Hsin-Chien Huangim. Pierwszą był „Chalkroom” z 2017 roku, uważany za jedno z najciekawszych VR-owych dzieł, jakie do tej pory powstały w sztuce. Odbiorca zostaje zaproszony do lewitacji w przestrzeni utkanej z rysunków i tekstów Anderson. Przemierzamy uniwersum wypełnione dźwiękiem i przestrzennym głosem artystki – świat, który jest jedną wielką szkatułkową opowieścią. To historia, która dla większości z nas zaczęła się wraz z pierwszym odtworzeniem płyty „Big Science”, albumu, który wtedy brzmiał, jakby nagrano go jutro, a dziś wydaje się idealnie pasować do dnia dzisiejszego. To opowieść o człowieczeństwie w futurystycznym świecie. I choć ów świat wydaje się coraz bardziej szalony, a nawet nieludzki, ta historia – podobnie jak opowieść Laurie Anderson – pozostaje wciąż aktualna i na szczęście jeszcze się nie kończy.