1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Ania Rusowicz - Wiem po co żyję

Ania Rusowicz - Wiem po co żyję

Znana piosenkarka bigbitowa Ada Rusowicz zginęła w wypadku. Jej siedmioletniej córce zawalił się świat. Przeszła przez etapy: rozpaczy, poczucia winy, aż do zaprzeczenia, że matka w ogóle istniała. Dziś Ania Rusowicz jest pogodzona ze sobą i z losem. Ale skłócona z ojcem. To dlatego występuje pod nazwiskiem mamy

– Zamierzałaś zostać farmaceutką, a nagle pojawiłaś się w Opolu i zaśpiewałaś piosenki mamy. Co to znaczy?

– Miałam zostać farmaceutką, a właściwie lekarzem, tylko dlatego, że tak chciała moja rodzina, wujostwo, które wychowywało mnie po śmierci mamy… O śpiewaniu nie chciałam słyszeć. Robiłam wszystko, byle nie śpiewać. Po dwóch latach wzięłam jednak dziekankę i nie skończyłam tamtej szkoły. Po wielu latach i kolejnych studiach (psychologia), które właśnie kończę, dojrzałam do śpiewania, a do piosenek mamy – dopiero w tym roku. Stąd występ w Opolu i płyta „Mój Big-Bit”. To wszystko było procesem ewolucyjnym, przez który musiałam przejść, by dojść do punktu, w którym jestem teraz. Warto było – już wiem, kim jestem. Podczas tej wędrówki odnalazłam swoją tożsamość.

– Jak szukałaś samej siebie?

– Dorastające dziecko przegląda się w oczach mamy i taty jak w lustrach. Opieka rodziców daje poczucie bezpieczeństwa, pozwala odkrywać świat i znaleźć siebie. Jest fundamentem, na którym budujemy nasze dorosłe życie. Miałam siedem lat, kiedy mama zginęła w wypadku. Wtedy straciłam grunt i długo miałam poczucie, że jestem zawieszona w próżni. Uczucia, które mi wtedy towarzyszyły, mówiły o dużej niepewności i lęku. Nie wiedziałam, co tak naprawdę się stało, bo małe dziecko nie ma świadomości śmierci. Mój świat się jednak załamał, tym bardziej że byłyśmy do siebie z mamą bardzo przywiązane. Ona wrażliwa i ciepła. Kochana. Czasem nawet nadopiekuńcza. Poświęciła się rodzinie, nie żałując, że rezygnuje z własnej kariery. Podobno, gdy się urodziłam, oszalała ze szczęścia. Nie potrafiłam się z nią rozstać ani na krok. Wciąż miałam wizję, że jeśli mnie gdzieś zostawi, stanie się coś złego. Może ona też przeczuwała, co się wydarzy, i chciała zostawić mi zapasy miłości na całe moje życie? Potem, gdy zginęła, poczucie winy, że to ja swoimi koszmarami doprowadziłam do jej śmierci, nie opuszczało mnie przez długi czas.

Dopiero na drugich studiach dowiedziałam się, że dzieci często przeżywają tzw. lęk separacyjny dający takie właśnie objawy. Dotarło do mnie, że ja tego na nią nie zesłałam. Zanim to zrozumiałam, minęło wiele lat. Początkowo śmierć mamy zupełnie wyparłam. Uważałam, że nic się nie stało. Że ona dalej żyje, tylko nie ma jej przy mnie... Dziecko, które traci rodziców, czuje się gorsze, niedowartościowane. Dziewczynki w szkole często przekrzykują się nawzajem, że ich mama jest ładniejsza, lepiej ubrana itd. Pamiętam, gdy jedna z koleżanek powiedziała mi: „przecież twoja mama nie żyje”. Odpowiedziałam, że nie możemy się więcej przyjaźnić, bo mnie obraża. Z okresu wczesnoszkolnego mam jeszcze jedno wspomnienie. Na Dzień Matki dzieci rysowały piękne laurki. Ja również namalowałam swoją, ale później pokolorowałam ją na czarno. Potem było jeszcze trudniej. Zaprzeczyłam temu, że mama w ogóle istniała. Przyjęłam, że te mgliste wspomnienia o niej to tylko moja wybujała wyobraźnia. Nic realnego.

– Powiedziałaś o utracie rodziców, ale przecież ty straciłaś w wypadku mamę. Ojciec przeżył.

– Tak. Jednak mnie nie wychowywał. Po śmierci mamy mój 13-letni wtedy brat Bartek zamieszkał wraz z nim, a ja? Ojciec zrzekł się praw do opieki nade mną. Wychowywało mnie wujostwo, najpierw w Dzierzgoniu pod Malborkiem, potem w Bydgoszczy i aż ciężko mi sobie wyobrazić, co by było, gdyby oni mnie nie wzięli... Jestem im wdzięczna. Pamiętam, że nieustannie pytałam ciocię o tatę, kiedy zadzwoni, zabierze mnie do domu, a jej było niezręcznie powiedzieć mi prawdę, więc mówiła, że tata jest w trasie w Ameryce. Przez wszystkie te lata ojciec pojawił się u mnie tylko raz. W rok po śmierci mamy. Tylko ten raz.

– Nie masz żalu do niego o to, że cię tak zostawił?

– Miałam. Było mi bardzo ciężko... Szczególnie w liceum. Często wsiadałam  wtedy w pociąg i jechałam na grób mamy do Poznania, żeby się wypłakać, spotkać i porozmawiać z bratem. Parę razy na samym początku poszłam do ojca pod drzwi, ale nie zostałam wpuszczona. Ciężko było mi to odrzucenie zaakceptować. Przeżywałam też ogromną złość, ból i zaprzeczenie w stosunku do mamy, że jej nie ma, jak ona mogła to zrobić, tak odejść bez słowa? To irracjonalne i dla innych osób trudne do przyjęcia, bo jak można złościć się na kogoś, kogo nie ma? Ale wtedy tak właśnie czułam. Przyszła do mnie spóźniona żałoba. Dopiero terapia i muzyka przyniosły wiele odpowiedzi... Teraz sama mogę być już rodzicem. Czuję, że mogłabym dać miłość i opiekę własnym dzieciom, chociażby właśnie taką, której sama nie miałam ze strony ojca. Wydaje się, że w życiu najważniejsza jest rodzina, ta najbliższa. To bliscy są z nami zawsze, gdy tego potrzebujemy. Ja nie mam mamy, tata żyje zupełnie innym życiem. Moją rodziną są moi przyjaciele, z nimi dzielę się troskami, problemami, z nimi też świętuję swoje małe sukcesy. Dostaję od nich wiele pozytywnych emocji, bo wierzą we mnie i pomagają mi spełnić moje marzenia.

– Ślub z Hubertem był najpiękniejszą chwilą w twojej historii?

– Był niewątpliwie piękny...  Ale najpiękniejsza chwila siedzi w moim umyśle, jest wizualizacją: jestem na polanie, wokół cisza i nagle słyszę kroki, coraz głośniejsze... Wreszcie podchodzi do mnie moja mama. To najpiękniejszy mój moment. Nic nie szkodzi, że ma miejsce w wyobraźni.

– Rozmyślałaś czasem, kim byłabyś, gdybyś nie doświadczyła tamtych wszystkich tragedii?

– Takie traumy wywierają mocny wpływ na osobowość. Ale nie chciałabym tego wszystkiego rozpatrywać jedynie w smutnych kategoriach. Staram się wyciągać wnioski i nadawać pewnym wydarzeniom sens. Nie przychodzimy na ten świat przypadkowo. Moje przeżycia nauczyły mnie ogromnej pokory i świadomości, że życie jest kruche. Trzeba je więc doceniać w każdym jego aspekcie, w każdej chwili, zawsze. Ja już wiem, po co żyję.

– Po co?

– Przede wszystkim nie żyję wyłącznie dla siebie. Każdego roku mnóstwo dzieci traci w wypadkach rodzica lub oboje rodziców. Półtora roku temu zadzwonił do mnie mój bliski kolega. Stracił żonę w katastrofie smoleńskiej. Został sam z kilkuletnią córeczką. Pytał mnie, jak to jest, kiedy traci się mamę w tak młodym wieku, jak można wtedy pomóc dziecku. Poczułam, że to jest właśnie ten moment, kiedy moje doświadczenia mogą stać się drogowskazem dla innych. Z perspektywy czasu wiem, że najlepszą radą jest miłość i obecność drugiego rodzica, bo wtedy to na nim skupia się cała uwaga dziecka, potem opieka psychologiczna, a w późniejszym czasie terapia długoterminowa.

– Ciebie jednak uzdrowiła też muzyka.

– Na początku była przerażająca, ale szybko poczułam, że to jest to, że wszystko, co złe, odeszło. Na studiach zaczęłam śpiewać w klubach. Jakieś covery z lat 80., które grałam na fortepianie, próbowałam też komponować pierwsze piosenki. A potem znalazł mnie zespół Dezire, który szukał wokalistki. Zaczęło się bawienie muzyką, powstała paczka ludzi o podobnych zainteresowaniach i chcących zrobić coś fajnego. Nagraliśmy pierwsze teledyski, nie miało znaczenia, że finansowaliśmy to sami, wyciągałam ostatni grosz na podróż do Warszawy. Czułam, że żyję.

– Czy w szukaniu tożsamości pomogła ci zmiana nazwiska?

– Tak. Nazwisko jest ważnym elementem określającym tożsamość człowieka. Wraz z bratem doszliśmy do wniosku, że Rusowicz bardziej do nas pasuje. Ja z byłym nazwiskiem, czyli Kędziora (prawdziwe nazwisko ojca), czułam się tak, jakbym była w nieswojej skórze.

– Uważasz, że dzieci gwiazd mają ułatwioną drogę do kariery, czy jest wręcz odwrotnie?

– Myślę, że mają łatwiej, ale podobnie mają dzieci lekarzy, prawników itp. To normalne, że rodzice chcą pomóc własnym dzieciom. Trzeba pamiętać również, że każdy ma swoją historię i nie można wkładać wszystkich do jednego worka... Ja jestem tego przykładem. Przez całe życie ludzie nie mieli zielonego pojęcia o tym, kim mój brat Bartek i ja naprawdę jesteśmy, nie miałam żadnych pleców ani w szkole, ani w klubach, w których śpiewałam. Jednak i tak wiele osób zarzucało mi, że rodzice wszystko mi załatwili, często nawet nie wiedząc o tym, że mama odeszła, gdy miałam siedem lat, a z tatą nie miałam żadnego kontaktu. Nie było mi łatwo. Gdy miałam 18 lat, wystąpiłam o alimenty. Ojciec nie był ucieszony. Z początku nie płacił wcale, później komornik wypłacał mi 200 zł. Śmieszą mnie wypowiedzi ojca w gazetach, że poświęcił mi wszystko.

– A ten moment, kiedy po raz pierwszy sięgnęłaś po piosenki mamy. Jak go pamiętasz?

– To stało się rok temu. Miałam 27 lat i dopiero wtedy byłam w stanie zmierzyć się z jej piosenkami. Na początku podeszłam do tego instrumentalnie, na wszelki wypadek. Żeby nie cierpieć. Najpierw zaśpiewałam bardzo ważną dla mnie piosenkę „Czekałam na ciebie tysiąc lat”... Ona też jest pierwsza na mojej płycie. Trudno opisać cały ten proces. Wyciągam te utwory i myślę: „jak by to mama zrobiła?”.

Patrzę na nieliczne pamiątki, bo po mamie pozostało tylko kilka rzeczy, które zachowała dla mnie ciocia, jakaś sukienka, pierścionki – moje talizmany. Reszta rzeczy została w naszym rodzinnym domu, czyli u ojca. Wyciągam więc te piosenki i do dziś, gdy je śpiewam, jestem na granicy płaczu. W tym roku mija 20. rocznica śmierci mamy. Jak to możliwe, że nikt o tym nie pamiętał? Wydało mi się to aż nienaturalne. Tylko w „Głosie Poznańskim” pojawiła się krótka notatka o rocznicy śmierci Ady Rusowicz. Starałam się przypomnieć światu o jej dorobku, o tej cudownej muzyce, o jej energii. Tak trafiłam do Opola. Udało się namówić dyrekcję festiwalu, wystąpiłam w koncercie Polskiego Radia. Kiedy na pierwsze dźwięki piosenek mamy publiczność zareagowała oklaskami, poczułam, że się udało. Że pamiętają. Po występie ludzie zaczepiali mnie za kulisami, mówiąc: „Pani mama nie była piosenkarką, ona była ikoną. Była inna. Wszyscy chcieli wyglądać jak ona, przedziwnie się ubierać, to Ada Rusowicz wprowadzała na polską scenę awangardę, zamiast koczków układała sobie włosy jak brodę, każdy paznokieć malowała na inny kolor. To dla niej Czesław Niemen pisał piosenki”. Teraz jest już płyta, która w połowie jest wypełniona piosenkami mamy. Moje marzenie o przywrócenie pamięci o niej stało się realnym muzycznym projektem. Długo przed występem w Opolu Witek Górka z TVP Kultura cały czas puszczał teledyski mamy, było kilku innych, którzy też pamiętali, i tacy ludzie jak on utwierdzili mnie w przekonaniu, żeby coś zrobić. Dziękuję im za to.

– Dla kogo tak naprawdę robisz to, co robisz?

– Dla mamy na pewno. Dla siebie też. Wiem z całą pewnością, że odkryłam swoją drogę, choć przez lata próbowałam na siłę od niej uciec. Dla innych? Dzisiaj w tym wywiadzie opowiadam o niełatwych sprawach. Myślę, że ludzie nie potrafią albo nie chcą przebywać z takimi przeżyciami, które są chlebem powszednim dla opuszczonego dziecka.

– Nie przeszkadza ci, że będą porównywać cię z mamą?

– To dla mnie wyłącznie komplement. Nie zamierzam pozbawiać się tej formy kontaktu z nią. Prawda jest ukryta w tym, co dostałam od mamy, w genach, głosie, podobnej wrażliwości. Ja to mam. To prawda niekwestionowana. Wcześniej wszyscy pytali mnie: „Po co ty tę matkę ruszasz? Ty musisz udowodnić, że coś potrafisz lepiej”. Ale co ja lepiej potrafię tak naprawdę? Dostałam od niej dokładnie to, co dostałam. Podpisałam kontrakt i jest płyta. Połowa piosenek to moje kompozycje i teksty, a sześć stanowią utwory mamy, których nie odtwarzam i nie robię z nich coverów, ale próbuję połączyć tamte czasy z czymś nowoczesnym. To nowe numery, lecz brzmią tak, jakby świat cofnął się w czasie. Płyta nie jest jednak nostalgiczna, bo sięgnęłam po utwory raczej bigbitowo-imprezowe. Czy jestem artystką? Płyta pokaże. Z dumą mogę jednak powiedzieć: Jestem córką swojej mamy. Cieszę się, że w końcu to z siebie wyjęłam. Czuję się silna. Mój pociąg ruszył i chyba prędko się nie zatrzyma.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Filmy na długi weekend poleca szefowa działu kultury "Zwierciadła"

Kadr z filmu
Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)
Jakie filmy na długi weekend? Jeśli myślicie o wybraniu się do kina, decyzja może być niełatwa, bo po tygodniach lockdownu namnożyło się nam premier i znakomita większość z nich jest warta zobaczenia. A może by tak spojrzeć na najnowsze kinowe produkcje czysto użytkowo? Czego się dzięki nim dowiecie? Czym was zaskoczą? Jakie drzwi przed wami uchylą? Oto trójka filmów ciekawostek, dzięki którym trochę inaczej spojrzycie na świat.

„Ludzki głos”

Przez ponad 40 lat reżyserowania filmów Pedro Almodovar wyraźnie dał publiczności do zrozumienia, jakie historie i postacie go interesują. Niewielu jest filmowców równie charakterystycznych, o „almodovarowskim klimacie” mówimy, kiedy na ekranie emocje sięgają zenitu, a namiętność uwikłanych w najdziwniejsze uczuciowe układy bohaterów prowadzi ich do niechybnej zguby. Plus wspaniałe kobiece role i dziko kolorowe stylowe wnętrza – oto Almodovar w czystej postaci. W „Ludzkim głosie” nie brakuje żadnego z wyżej wymienionych składników, a jednak to w twórczości reżysera rewolucyjne posunięcie. Po pierwsze Tilda Swinton na ekranie – twórca „Kiki” czy „Wszystkiego o mojej matce” nigdy wcześniej nie nakręcił anglojęzycznego filmu. Celowo nie piszę, że Tilda występuje tu w głównej roli, bo to właściwie filmowy monodram. Występuje tu jeszcze tylko sprzedawca w sklepie z narzędziami, od którego bohaterka grana przez Swinton (kobieta porzucona, na skraju załamania nerwowego) kupuje siekierę, żeby dać upust swojej rozpaczy. I jeszcze długość „Ludzkiego głosu” – pół godziny. Co z pozostałą prawie godziną? Po tym, jak wybrzmi ostatnia scena filmu, w ramach seansu zaglądamy z wizytą do mistrza hiszpańskiego kina i do ikony kina brytyjskiego. Zgodnie z nową pandemiczną tradycją, rozmawiają online, każde od siebie z domu. Chcecie wiedzieć jak mieszka Almodovar, a jak Tilda? Które z nich ma leniwie pozującego do kamery kota, a które psy? Jak się dogadują, jak powstawał film i co jeszcze wspólnie szykują? Wpadajcie do kina na „Ludzki głos”.

Kadr z filmu 'Ludzki głos'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ludzki głos". (Fot. materiały prasowe)

„La Gomera”

Kryminalna historia gangsterska, opowiadana po części całkiem serio, po części z przymrużeniem oka. Jej reżyser Corneliu Porumboiu to uznany twórca rumuńskiej Nowej Fali, dotychczas kręcił filmy o i w swojej ojczyźnie, tym razem wziął się za produkcję międzynarodową. Jest tu wszystko, czego można się po tego typu kryminalnej historii spodziewać: skorumpowani policjanci, narkotyki, wielkie pieniądze, bezwzględne czarne charaktery, tajemnicza femme fatale. Ale są tu też wątki, których w takim filmie nie spodziewalibyście się wcale. Skąd w tytule „La Gomera”? To właśnie na tej jednej z Wysp Kanaryjskich gangsterzy mają dobić targu. A cała filmowa intryga opiera się na tutejszym el silbo. Czyli tradycyjnym języku tutejszych mieszkańców – gwizdanym. Na mało zaludnionej, a pokrytej dolinami i wzniesieniami, zamglonej i wietrznej Gomerze powstał system porozumiewania się na odległość inny niż rozpalanie ognisk czy bicie w tam tamy, skuteczniejszy i bardziej dokładny. Gwiżdże się głośno, przeciągle i bardzo melodyjnie. Całe sylaby. Dowolne zdanie, nazwy własne, wszystko. Dziś el silbo kultywuje się jako część tradycji regionu, jest wśród obowiązkowych przedmiotów w szkole. A w filmie „La Gomera” przybyłe z Bukaresztu typy spod ciemnej gwiazdy uczą się go jako szyfru, żeby porozumiewać się między sobą i uniknąć wpadki. Oryginalny pomysł? Tak jak i sam film, który niejednego widza skłoni do wycieczki na nie tak popularną – zupełnie niesłusznie – kanaryjską Gomerę.

Kadr z filmu 'La Gomera'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)

„Ojciec”

O tym filmie wiele mówi się w kontekście rewelacyjnej roli Anthony’ego Hopkinsa i Olivii Coleman i rzeczywiście oboje są świetni. A już szczególnie wznoszący się na wyżyny aktorstwa Hopkins: jeśli wydawało wam się, że znacie wszystkie jego genialne zagrania, możecie wyjść z kina zaskoczeni. Ta rola ma tym większy ciężar, że jest niezwykle osobista, Hopkins gra starszego schorowanego człowieka, w wywiadach sam przyznaje, że czerpał z doświadczeń własnego ojca, ale też oglądając go w tej roli nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w jakimś sensie 84-letni brytyjski aktor odgrywa scenariusz, który może przytrafić się także jemu. Jego filmowy imiennik coraz mniej pamięta, coraz częściej mylą mu się fakty, gubi przedmioty, traci orientację. Tak, o starości i demencji opowiadano i w teatrze („Ojciec” to ekranizacja sztuki) i w kinie mnóstwo razy, a jednak ten film zaskakuje. Nakręcono go trochę jak thriller czy kryminał, tak, żeby każdy z nas mógł się wczuć w sytuację głównego bohatera. Razem z nim próbujemy odróżnić prawdę od tego, co tylko się wydaje, rozpoznać, kto jest kim, gdzie się w ogóle znajdujemy. Mieszkanie za każdym razem jest trochę inne, przedmioty zmieniają swoje miejsce. Czy córka Anthony’ego mieszka z mężem czy sama? Komu można ufać? Jaka jest kolejność zdarzeń? Odpowiedzi szukamy aż do finału, kiedy zagadka się rozwiązuje. Genialny pomysł, projekcje „Ojca” powinny być obowiązkowe dla wszystkich , którzy zajmują się bliskimi zmagającymi się z demencją czy chorobą Alzheimera. A właściwie dla każdego z nas, bo to poza wszystkim także po prostu film o byciu z drugim człowiekiem, wspieraniu go, nawet jeśli zupełnie nie rozumiemy jego zachowania.

Kadr z filmu 'Ojciec'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ojciec". (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

Seriale – nowości, które warto zobaczyć

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Pure". (Fot. materiały prasowe)
Wśród serialowych nowości, są takie, które naprawdę warto zobaczyć. Oto produkcje, które obejrzycie z przyjemnością.

„Witamy na odludziu”, 8 odcinków, HBO GO

Nie spodziewajcie się kolejnego skandynawskiego kryminału. To bardziej czarna komedia w duchu braci Coen z elementami westernu. Akcja „Witamy na odludziu” rozgrywa się na północnych krańcach Norwegii, na dawnym terytorium Samów. Odwiedzamy niewielką, odizolowaną od świata społeczność, która składa się z samych oryginałów. Są tu: skorumpowany szef policji z chorobą Leśniowskiego-Crohna, opętana przez złego ducha sprzedawczyni, fińscy przemytnicy alkoholu, sutener w żałobie, przeklinająca Boga pastorka, no i patrząca na tę zwariowaną zbieraninę nauczycielka, która pojawiła się w Utmark, żeby zacząć nowe życie. Głównym wątkiem jest jednak zacięta rywalizacja między popijającym i niezbyt wygadanym hodowcą owiec Finnem a bezwzględnym Bilzim, dla którego Norwegowie to intruzi na ziemiach jego przodków. Zaczyna się banalnie, od konfliktu o owce, na które poluje ukochany pies Lapończyka. Sprawy się komplikują, gdy żona Finna opuszcza go i wraz z ich 12-letnią córką, najdojrzalszą z całego towarzystwa, wprowadza się do domu Bilziego.

„Nierealne”, 6 odcinków, HBO i HBO GO

W Londynie roku 1896 na skutek tajemniczego zjawiska część mieszkańców zostaje obdarzonych nadprzyrodzonymi zdolnościami. Chodzi głównie o kobiety, które bynajmniej nie zjednują sobie sympatii ogółu, są traktowane jako zagrożenie, a nawet prześladowane. Głównym bohaterkom serialu – skorej do bitki wieszczce i pomysłowej wynalazczyni – dzięki wsparciu filantropki z wyższych sfer udaje się stworzyć dla „dotkniętych” azyl. Serial jest jak ćwiczenie z wyobraźni, co by było, gdybyśmy przenieśli fabułę „X-Men” do wiktoriańskiej Anglii i wzbogacili ją feministycznym podtekstem. Produkcyjny rozmach robi wrażenie, ale mnożenie w nieskończoność wątków i pomysłów trochę nuży.

„Pure”, 6 odcinków, BBC First

Nerwica natręctw może się przejawiać kompulsywnym myciem rąk albo ciągłym sprawdzaniem, czy zakręciliśmy wodę. W przypadku 24-letniej Marnie manifestuje się obsesyjnymi myślami na temat seksu. Kiedy na 25-leciu ślubu rodziców wyobraźnia podsuwa jej pornoscenki z rodziną w rolach głównych, Marnie pęka. Ucieka do Londynu. Chce się w końcu dowiedzieć, co z nią nie tak. Może podświadomość daje jej do zrozumienia, że jest lesbijką albo seksoholiczką? Twórcy umiejętnie łączą komediową konwencję o dojrzewaniu grupy 20-latków z tematem wpływu nerwicy na życie, w tym relacje z bliskimi i przyjaciółmi.


  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.

  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.