1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Elżbieta Cherezińska: "Nad happy endem trzeba popracować"

Elżbieta Cherezińska: "Nad happy endem trzeba popracować"

Elżbieta Cherezińśka: „Dla mnie historia dzieje się tu i teraz”. I dodaje, że dziś bardziej niż bohaterów potrzebujemy bohaterek. Fot. Dariusz Chereziński
Elżbieta Cherezińśka: „Dla mnie historia dzieje się tu i teraz”. I dodaje, że dziś bardziej niż bohaterów potrzebujemy bohaterek. Fot. Dariusz Chereziński
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Pisząc, wraca do przeszłości, i to odległej. Niedawno skończyła cykl poświęcony Piastom, nad którym pracowała blisko dziewięć lat. Elżbieta Cherezińska, nazywana królową polskiej powieści historycznej, mówi: „Dla mnie historia dzieje się tu i teraz”. I dodaje, że dziś bardziej niż bohaterów potrzebujemy bohaterek.

Widzę, że za pani plecami trwa remont. To początek czy koniec?
Początek. Od dawna chciałam go zrobić, ale potrzebowałam wszystkich moich kartonów z materiałami źródłowymi. Postanowiłam, że kiedy zamknę cykl, w prezencie zrobię sobie remont gabinetu. Na razie wyniosłam pudła na strych i muszę przyznać, że była to wzruszająca chwila.

Nie dziwię się. Poświęciła pani temu cyklowi mnóstwo czasu.
Niemal dziewięć lat. W tym czasie gabinet zapełniał się książkami, kopiami archiwaliów – mnóstwem papierów, które musiałam mieć pod ręką. Ale cieszę się też, że zamknęłam je w plastikowych pojemnikach także z innego powodu. Nasze koty w pewnym momencie były na mnie tak złe, że nie poświęcałam im czasu, że weszły do gabinetu, między kartony, i nasikały na dwie najważniejsze książki, do których zaglądałam od samego początku cyklu. Suszyłam je na grzejnikach, okadzałam, szukałam kopii w antykwariatach. Ale przynajmniej znam odpowiedź na pytanie, jak pachnie Władysław Łokietek [śmiech].

Wyniosłam ze szkoły przekonanie, że historia to bitwy, wojny i podział ziem. Na szczęście dzisiaj opowiada się o przeszłości w inny sposób. Tak jak pani. To historia od kuchni i od alkowy, obraz codziennego życia.
To się moim zdaniem zaczęło od powieści fantasy, które przez dekady całymi garściami czerpały z entourage’u historycznego, choć brały z niego tylko to, co było potrzebne i wygodne dla autorów, jak kostium, legendy czy wierzenia. Tę wiedzę doskonale wykorzystał Andrzej Sapkowski, przykuwając naszą uwagę słowiańszczyzną. I choć sam Sapkowski bardzo się przed tymi słowiańskimi analogiami wzbrania, uważam, że to on obudził w nas Słowian, a nie Cleo i Donatan [śmiech].

Na spotkaniach poświęconych moim książkom o wikingach na konwentach widziałam tysiące młodych ludzi, którzy wychodzili właśnie ze świata fantasy i zwracali się w stronę historii, bo coś ich w niej urzekło. A już wisienką na torcie była „Gra o tron”. George R.R. Martin obficie czerpał z wiedzy historycznej, tworząc swoją ponadczasową opowieść o walce o władzę. Zawsze się śmieję, że każda powieść historyczna mogłaby nosić tytuł „Gra o tron”, tylko Martin był pierwszy.

A dlaczego zaczęła pani pisać o Piastach, dość nam odległych, a nie o dynastiach późniejszych?
Mieszko, Bolesław i Świętosława to wielka trójca początków państwa polskiego. Fascynująca rodzina! Mamy tu silnego ojca, silnego syna, ale najsilniejsza z nich jest Świętosława, córka i siostra, która miała długie życie, siedziała po kolei na czterech tronach. Zanim Chrobry w 1025 roku się koronował, pierwsza korona królewska spoczęła właśnie na skroniach jego siostry. W Piastach był ogromny potencjał, działali tak, jakby nie było dla nich rzeczy niemożliwych. Wprowadzili swoją dynastię na arenę europejską z przytupem i na granicy bezczelności. Frapuje mnie ta „energia początku”, energia pierwszych władców. Wolałabym, żebyśmy mniej pamiętali o rozbiorach, a więcej o okresie rozkwitu. Takie opowieści nas budują, a nie te, w których się rozpijamy i rozpadamy. Wałkujemy powstania, rozbiory i romantyzm. A to czas wielkiej narodowej smuty. I jak nas to zbudowało? Dziś uciekamy od historii, kojarzy się nam z czymś nudnym, nie chcemy po raz kolejny przeżywać żałoby.

Kończy pani „Odrodzone królestwo” śmiercią Łokietka, tron przejmuje Kazimierz Wielki – to początek pokoju. Dobre zakończenie na obecne czasy?
Dla mnie historia dzieje się tu i teraz. Proszę zobaczyć, doświadczamy pierwszej wielkiej pandemii, która rozgrywa się na oczach całego świata. Oglądamy ją na żywo, przejmuje nas bardziej niż katastrofa klimatyczna, bo chorujemy my, ludzie, a nie bliżej nieokreślony klimat. Od tylu lat mówiło się o zagładzie, którą sami sobie zgotowaliśmy niezrównoważonym rozwojem. Dzisiaj w końcu widzimy, jak zaniedbaliśmy świat i jak na naszych oczach znów budzą się radykalne ruchy. Ale myślenie, że nasze życie nie ma sensu czy mocy sprawczej, spowoduje, że owszem, nie będzie miało. Nasi królowie toczyli wojny, osobiście z mieczem w ręku stawali na polu bitwy. Łokietek do najważniejszej bitwy życia ruszył po siedemdziesiątce. Nasze zadania są inne, ale ani trochę mniej znaczące. Jeśli nie podejmiemy wyzwań, które świat przed nami postawił, to przegramy tę wojnę, zanim do niej staniemy. Chciałabym dla nas dobrych zakończeń, „żyli długo i szczęśliwie”, dobrze by było, co? Ale nad happy endem trzeba popracować.

Elżbieta Cherezińska: 'Nad happy endem trzeba popracować'Elżbieta Cherezińska: "Nad happy endem trzeba popracować"

Pani „Harda” i „Królowa”, czyli dwa tomy poświęcone córce Mieszka I, Świętosławie, wpisują się w nurt herstorii, czyli wypełniania białych plam historii przemilczanymi dotąd biografiami kobiet.
Dedykowałam je wszystkim zapomnianym księżniczkom piastowskim, tym, które w drzewach genealogicznych oznaczano symbolem „n.n.”. To nieprawdopodobne, że żaden kronikarz średniowiecza nie zapisał imienia Świętosławy! Opisywano ją jako córkę Mieszka, siostrę Bolesława, żonę, matkę. A przecież ta kobieta tworzyła historię!

6 kwietnia ukaże się amerykańskie wydanie „Hardej”. Tamtejsza redaktorka powiedziała mi, że dla Amerykanów ta książka jest przede wszystkim opowieścią o kobiecie, która wspięła się wysoko po drabinie, w połowie tej drogi spadła na samo dno, zbudowała nową drabinę i weszła jeszcze wyżej. Każdy z jej mężczyzn zapisał się w historii, ale to ona przeskoczyła ich w doświadczeniu i bogactwie życia.

Kiedy brakuje źródeł, można kształtować bohaterów po swojemu?
Staram się użyć każdego strzępka informacji. Ale pomiędzy tymi strzępkami muszę zbudować wiarygodną osobowość, której uwierzą czytelnicy. Weźmy Łokietka – bałam się, że stworzę takiego chłopa swojaka, a chciałam pokazać, że on był impulsywny, nieobliczalny, nie słuchał doradców. Jednocześnie trwał w wieloletnim związku małżeńskim i szanował swoją żonę, ufał jej. Ale bywa i tak, jak było w przypadku Przemysła II. W ogóle nie czułam go jako bohatera, dopiero jego seksualny skok w bok uwiarygodnił go w moich oczach.

Seks odgrywa ogromną rolę w kontekście władzy, kontroli, to siła napędowa historii.
Nie zapominajmy o tym, że jedną z funkcji królów było przedłużanie dynastii, a te sprawy załatwia się jednak w łóżku. Z tym wiązał się zresztą ogromny stres, czy dziecko urodzi się żywe i zdrowe, czy to będzie chłopiec czy dziewczynka. Śmiertelność noworodków była wtedy ogromna, a i kobiety ryzykowały swoje życie. I nagle Bolesław Wstydliwy i Święta Kinga wyłamali się z tego schematu. Żeby zapewnić ciągłość władzy, a nie musieć uprawiać seksu, adoptowali Leszka Czarnego. W XIII wieku wśród wyższych warstw panował taki trend – uważano, że na świecie jest za dużo ludzi i nie należy płodzić w nieskończoność, tylko zachować czystość. A energię przeznaczyć na służbę Bogu i pracę intelektualną.

Co w pisaniu sprawia pani największą trudność?
W połowie pracy nad taką tysiącstronicową kolubryną przychodzi poczucie przytłoczenia, bo już mam za sobą kilka miesięcy pracy i wiem, jak wiele jeszcze zostało. Paradoksalnie, trzeba w tym momencie zapomnieć o odpoczynku, nie robić sobie wolnego, żeby nie wypaść z „temperatury” akcji. Każde święta, każdy wolny dzień oznacza później dwie godziny pracy więcej, bo muszę znowu wejść w klimat powieści.

Miała pani moment, kiedy ze zmęczenia uznała pani, że rzuca to wszystko?
Jeszcze zanim siądę do pracy, to rzucam wszystko [śmiech]. A poważnie – żeby nie doprowadzić do takiego wybuchu, bo wiem, że jestem do niego zdolna, zaczynam dzień od długiego spaceru brzegiem morza. Wietrzę głowę, patrzę na bezkres nieba, wody i piasku, idę i idę. A potem siadam do biurka i mogę pracować 12 godzin dziennie. Teraz czuję się jak po maturze i mam ochotę skończyć z samotnością w pracy, zrobić coś wspólnie z mężem. Szlifierka, papier ścierny, pędzel, bejce, farby. Uwielbiamy remonty, świetnie jest pracować wspólnie, przypomina nam się, jak razem budowaliśmy ten dom. Teraz z przyjemnością stworzę tu przestrzeń na kolejne opowieści. Mam dwa biurka do pracy, dwa punkty widzenia, a teraz odkryłam, że kiedy przestawię drugi fotel, zamiast dwóch punktów widzenia będę mieć trzy.

Co pomaga w pisaniu oprócz bliskości morza?

Otaczam się drobiazgami, które sprawiają mi przyjemność. Mój mąż jest rzeźbiarzem i zrobił mi w porożu maleńką główkę niedźwiedzia. Bardzo lubię jej dotykać, poroże jest ciepłe, porowate, ma się poczucie kontaktu z siłą zwierzęcia. Jest w tym też trochę szamanizmu. Kiedy piszę, nie spotykam się z przyjaciółmi, to dla mnie zbyt absorbujące. Odbijam sobie dopiero po skończeniu książki, wtedy chcę spotykać się ze wszystkimi i być matką na tysiąc procent, żyć na tysiąc procent. Staram się zachować więcej równowagi w pracy, ale tyle razy książka wygrywała z rodziną, że bardzo się cieszę, iż moi bliscy wciąż to tolerują. Pracuję na piętrze i kiedy schodzę na obiad, często jestem tak zakręcona, jakbym była w innym świecie. W domu mówi się, że „matka zeszła z sufitu”. Pamiętam, jak raz tak zeszłam i chciałam być matką tysiąclecia, więc pytam się dziewczynek: „Jakie macie dziś zajęcia pozagrobowe?”. Akurat umierał mi któryś z bohaterów [śmiech].

Jak to się stało, że właśnie powieści historyczne uznała pani za swój gatunek?
Boski zbieg okoliczności, a tak naprawdę dwa. Prowadziłam spotkania autorskie Szewacha Weissa, wówczas ambasadora Izraela w Polsce. Dużo rozmawialiśmy, opowiadał mi to, czego nie był w stanie powiedzieć ludziom podczas spotkań. Te jego historie fermentowały we mnie, głęboko je przeżywałam, musiałam coś z tym zrobić i po prostu je spisałam. Nie jako relację, ale jako opowiadania, które przenosiły traumatyczną rzeczywistość wojny w oniryczną i symboliczną przestrzeń. To była moja pierwsza książka [„Z jednej strony, z drugiej strony” – przyp. red.]. A kiedy jechałam na spotkanie autorskie Szewacha i moje, w pociągu poznałam pewnego mężczyznę, polskiego Żyda, którego matka była podczas wojny sekretarką Chaima Rumkowskiego w getcie łódzkim. Wiedziałam, że w Polsce nie ukazały się żadne relacje osoby z tak bliskiego otoczenia Rumkowskiego. Kiedy powiedział, że matka zostawiła wspomnienia, że zawsze chciała, by powstała książka… Prawdopodobieństwo, że spotkam w pociągu kogoś, kto powierzy mi materiał o takiej wartości, było mniejsze niż szóstka w Lotto, jak więc to nazwać? Przypadek? Dlatego mówię: boski zbieg okoliczności. Te dwa spotkania uruchomiły moją wyobraźnię i obudziły pasję pisania jako sposób na kreację. Po trudnych emocjonalnie spotkaniach z Holokaustem w pierwszych książkach chciałam opowiadać własne historie. A że prawdziwa historia stała się ich kanwą? Po prostu ją lubię.

Pisać książki historyczne a żyć z nich to dwie różne sprawy.
Po drugiej książce wiedziałam, że chcę pisać i że tego nie da się zrobić w międzyczasie ani tym bardziej po godzinach. Miałam wielu znajomych wśród pisarzy, w końcu przez lata prowadziłam spotkania autorskie. Wiedziałam od nich, jak trudny jest rynek wydawniczy, zwłaszcza dla debiutantów, ale byłam zdeterminowania. Powiedziałam mojemu wydawcy, że musimy negocjować wysokość honorarium, a on usiadł ze mną do rozmów. Dzięki temu mogłam spokojnie napisać książkę, potem kolejną, kolejną i kolejną. To był niesamowity czas. Nie przeżywałam premier książek, bo już pisałam następną, aż w pewnym momencie zorientowałam się, że osiągnęły już sprzedaż uznawaną za bestsellerową. Mój wydawca, Tadeusz Zysk, powiedział mi: „Zapracowałaś na to”. To była prawda, ale bez niego tak by się nie stało. Musiałabym szukać planu B, gdyby parę lat wcześniej nie postawił na mnie. Pisanie może i jest teatrem jednego aktora, ale wydawanie książek to praca zespołowa.

W wolnym czasie czyta pani powieści historyczne?
Lubię książki, których akcja toczy się w entourage’u historycznym, ale opowiadają wymyślone zdarzenia. Chętnie też sięgam po takie książki, jak historia medycyny, ubioru, higieny, odżywiania. Swoją drogą, czy wie pani, skąd się wzięło słowo „rozpasana”?

Nie.
Tak nazywano kobiety, które miały tak wygodne życie, że mogły sobie pozwolić na chodzenie bez pasa. Stać było na to tylko kobiety najbogatsze. Pas, który związywał suknię, był niezbędny, nic się bez niego nie dało w obejściu zrobić. Proszę sobie wyobrazić, jak z taką luźną suknią, niczym nieprzytrzymywaną, nachyla się pani nad ogniem… To pokazuje, ile trudu kiedyś kosztowało życie.

Australijski pisarz Richard Flanagan powiedział mi kiedyś, że każda powieść historyczna opowiada o współczesności, bo opowieści mają być uniwersalne.
Mnie się wydaje, że potrzebujemy nowych mitów na nowe czasy. Więcej, potrzebujemy nie tyle bohaterów, ile bohaterek. Patrzę na Kamalę Harris, Angelę Merkel czy Jacindę Ardern i Sannę Marin, które stworzyły własne wzorce przywództwa. Bo kiedy w przeszłości władczynie i polityczki próbowały rządzić jak mężczyźni, przegrywały. Do historii przechodziły te, które stworzyły własny wzorzec sprawowania władzy, jak Elżbiety I i II. Dlatego z wielką ciekawością obserwuję młode przywódczynie, ale też dojrzałą Angelę Merkel, która rządzi tyle lat i robi to z wielką klasą. Wierzę, że świat stanie się odrobinę lepszy, kiedy ta zmiana pokoleniowa i płciowa nastąpi, a ona już wchodzi w nasze progi.

To znaczy, że kolejną książkę poświęci pani kobiecie?
Moja autorska spiżarnia jest napakowana tematami. Myślę o Bonie Sforzy i Elżbiecie Łokietkównie, obie miały długie okresy panowania. W „Królestwie” Łokietka byli głównie mężczyźni, faktycznie stęskniłam się za bohaterkami. Dobrze byłoby móc przekazać władzę w ręce kobiet. 

„Odrodzone Królestwo”(2020), „Harda” (2016) i „Legion” (2013). Książki ukazały się nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka. „Odrodzone Królestwo”(2020), „Harda” (2016) i „Legion” (2013). Książki ukazały się nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka.

Elżbieta Cherezińska, rocznik 1972. Mieszka w Kołobrzegu. Z wykształcenia teatrolożka, debiutowała literacką biografią Szewacha Weissa „Z jednej strony, z drugiej strony”. Miejsce w literackiej ekstraklasie zapewniła jej zapoczątkowana w 2012 roku seria, którą zakończył wydany pod koniec 2020 roku tom „Odrodzone królestwo”

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.

  1. Kultura

Nowy dokument z udziałem Davida Attenborougha już niedługo trafi na Netflix

Kadr z filmu dokumentalnego
Kadr z filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". (Fot. materiały prasowe Netflix)
"To właśnie teraz jest dekada decydująca o przyszłości ludzkości na Ziemi" - słyszymy w zwiastunie filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". David Attenborough i naukowiec Johan Rockström badają w nim degradację bioróżnorodności Ziemi i sprawdzają, czy możemy jeszcze zapobiec kryzysowi.

„Świat na granicy” opowiada o ustaleniach naukowych profesora Johana Rockströma, który cieszy się uznaniem na całym świecie. To historia o najważniejszym odkryciu naukowym naszych czasów — o tym, że ludzkość maksymalnie przesunęła granice zapewniające stabilność życia na Ziemi przez 10 000 lat, od zarania cywilizacji.

Podczas 75 minut filmu wybierzemy się w podróż, podczas której dowiemy się, jakich granic absolutnie nie wolno nam przekroczyć, nie tylko ze względu na stabilność naszej planety, ale przede wszystkich z uwagi na przyszłość ludzkości. Poznamy rozwiązania, które możemy i musimy wdrożyć już teraz, jeżeli chcemy chronić mechanizmy utrzymujące życie na Ziemi.

Narratorem filmu dokumentalnego „Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” jest sir David Attenborough. Za produkcję odpowiada uhonorowany wieloma nagrodami zespół z wytwórni Silverback Films, która stworzyła przełomowy serial „Nasza planeta” oraz dokument „David Attenborough: Życie na naszej planecie”. Film przedstawia podstawy naukowe obu tych wpływowych produkcji.

„Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” będzie można obejrzeć od 4. czerwca na platformie Netflix.

(Fot. materiały prasowe Netflix)(Fot. materiały prasowe Netflix)
  1. Kultura

"Proste rzeczy" – czuła opowieść o poszukiwaniu życiowych fundamentów

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Błażej Sitowski. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)
Mówią: rzuć wszystko i wyjedź z miasta. Ale co dalej? Ucieczka z miejskiej dżungli to dopiero początek, zwłaszcza wtedy, gdy zabieramy ze sobą bagaż nierozwiązanych spraw rodzinnych, tak jak bohater filmu "Proste rzeczy" Grzegorza Zaricznego.

Nagrodzony na prestiżowym festiwalu Sundance Grzegorz Zariczny to reżyser, który odważnie eksploruje terytorium na granicy fabuły i dokumentu. W „Prostych rzeczach”, czułej opowieści o poszukiwaniu życiowych fundamentów, podpatruje autentyczną relację Błażeja (Błażej Kitowski), Magdy (Magdalena Sztorc) i ich córki Ali, wprowadzając do historii katalizator w postaci fikcyjnego wujka (Tomasz Schimscheiner) – brata zmarłego ojca Błażeja, który pojawia się, by pomóc młodym w remoncie wiejskiego domu. To punkt wyjścia do refleksji nad rodzinnymi relacjami i uporządkowania bolesnych spraw z przeszłości. Zariczny w umiejętny sposób zderza tu słodko-gorzką codzienność z bezmiarem uniwersalnych problemów.

Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)

Rozmowa z odtwórcami głównych ról: Magdaleną Sztorc i Błażejem Kitowskim

Jaką rolę w filmie odegrały wasze doświadczenia?
Grzegorz Zariczny zaprosił nas do udziału w filmie „Proste rzeczy” w momencie, kiedy byliśmy świeżo upieczonymi rodzicami. Nasza córka Alicja miała niecały rok. W tym czasie również zdecydowaliśmy się przeprowadzić na wieś i zaadaptować tam sobie część domu. Byliśmy w trakcie prac, kiedy zaczęły się rozmowy o wspólnej realizacji filmu. Najważniejszą postacią w tym układzie był Błażej. Grzegorz chciał opowiedzieć o jego trudnej relacji z ojcem i pokazać, jak młody mężczyzna – ojciec i partner - mierzy się z bolesnymi doświadczeniami z przeszłości, by odnaleźć spokój i siłę do działania w teraźniejszości.

Czy kamera w sferze intymnej jest rodzajem terapii? Przejrzeniem się w lustrze?
Kamera w sferze intymnej jest na pewno dużym przeżyciem, przynajmniej w życiu naturszczyków. Podeszliśmy do tematu z dużym zaangażowaniem, z wiarą, że historia, którą chce opowiedzieć Grzegorz, bazująca na naszych doświadczeniach, ale jednocześnie pozostająca fabułą, współgrająca z wrażliwością i wizją Grześka, będzie miała sens i będzie ważna dla widza. Chcielibyśmy, żeby ta historia kogoś poruszyła. Włożyliśmy w to dużą część siebie. Błażej na pewno musiał otworzyć swoją puszkę Pandory – dużo go to kosztowało. Czy film okazał się terapią? Nie, to tylko film.

Kadr z filmu 'Proste rzeczy', na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)

Mieliście precyzyjny scenariusz czy improwizowaliście?
Bazowaliśmy raczej na treatmencie. Rozpisaliśmy historię, którą chcieliśmy opowiedzieć na sceny. Każdą scenę Grzegorz z nami omawiał, każda miała swój cel. My również inspirowaliśmy Grześka – przez wiele tygodni spotykaliśmy się weekendami, opowiadaliśmy o naszej codzienności, działaniach, planach, wspomnieniach. Oprócz nas i Grzegorza, w spotkaniach brał udział Tomasz Schimscheiner (filmowy wujek), Weronika Bilska (autorka zdjęć) i Bartosz Świderski (drugi reżyser).Podczas planu zdjęciowego każda scena była improwizowana. Mówiliśmy własnym językiem, niemieliśmy rozpisanych dialogów. Najczęściej wszystko działo się w jednym dublu, w długich ujęciach – jedna kłótnia, jedna scena na rybach, itd. Ogromne znaczenie w tym projekcie i jego finalnym kształcie miał też montaż – trwał ponad rok.

Czy film wpłynął na waszą rodzinę?
Cieszymy, że mogliśmy wziąć udział w takim przedsięwzięciu. Nie da się tego wymazać. To też ważna rodzinna pamiątka. Jednocześnie był to eksperyment, trochę igranie z ogniem, z emocjami, z przeszłością. Nie zawsze czuliśmy się na to gotowi. Do dziś prowadzimy dyskusje, czy to miało sens, czy ten film nie utrudnił nam pewnych spraw. Czy to tak naprawdę nie było wywoływanie duchów, które dopiero teraz zaczynają nas nękać. Czy dopiero teraz nie nadszedł czas, żeby pewien rozdział zamknąć.

Film Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” w kinach od 4 czerwca.

  1. Kultura

Laurie Anderson – niekończąca się opowieść

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Właśnie ukazała się reedycja na czerwonym winylu legendarnego albumu Laurie Anderson „Big Science”. Piękny prezent dla jej fanów. Czyli dla kogo? Znawców muzyki awangardowej? Słuchaczy popu? Publiczności galerii sztuki współczesnej? Entuzjastów nowych technologii? Miłośników poezji czy filmu?

Dobry wieczór. Tu wasz kapitan. Za chwilę podejdziemy do próby awaryjnego lądowania”. Tak zaczyna się utwór „From the Air” otwierający „Big Science”. Utwór, który zabiera słuchacza w podróż bez powrotu – w rejs spadającym samolotem. Na tle zapętlonej jak spirala muzyki unosi się elektronicznie przetworzony głos Laurie Anderson, narratorki snującej katastroficzną opowieść. Ten głos, pozornie beznamiętny, obiektywny, zdający się należeć raczej do jakiejś zaawansowanej sztucznej inteligencji niż do żywej kobiety, potrafi hipnotyzować, rozbudzać wyobraźnię, grać na emocjach. W przyszłości opowie jeszcze wiele historii, które układają się w wielką sagę o współczesności, lataniu, polityce i świecie, w którym jutro nadeszło już dziś.

Rzucam to

Kiedy Laurie Anderson tworzyła „From the Air” i inne utwory z płyty „Big Science”, była postacią znaną, ale wyłącznie w wąskim kręgu nowojorskiej awangardy. Był przełom lat 70. i 80.; Anderson przybyła do miasta dziesięć lat wcześniej, szukając odpowiedzi na pytanie, kim tak naprawdę chce być w życiu. Urodziła się w 1947 roku na przedmieściach Chicago, jako jedno z ośmiorga dzieci pary, która postanowiła stworzyć rodzinną orkiestrę. Wszyscy bracia i siostry Laurie uczyli się zatem grać na instrumentach. Jej przypadły w udziale skrzypce. Jako nastolatka ćwiczyła po sześć godzin dziennie, szykując się do kariery zawodowej wirtuozki. W wywiadach wspomina spotkanie z pewną wybitną skrzypaczką, które sprawiło, że ten plan się nie ziścił.

„Zaczęłyśmy rozmowę i ze zdumieniem odkryłam, że ona błędnie wymawia co drugie słowo, nie potrafi się wyrazić – opowiada artystka. – Zrozumiałam, że nie chcę być taka jak ona. Chcę nauczyć się mówić! Pojęłam nagle, jak wiele jest rzeczy, których się nie nauczę, jeżeli dalej będę grała na skrzypcach. Decyzja o tym, żeby przestać grać, należy do kilku rzeczy, z których w swoim życiu jestem naprawdę dumna”.

Laurie miała w przyszłości znów wziąć skrzypce do ręki, ale był to już zupełnie inny instrument – urządzenie, które sama wynalazła i zbudowała, z elektroniczną głowicą zamiast progu i smyczkiem, na którym zamiast końskiego włosia rozpięta była taśma magnetofonowa. Na razie decyduje się na studiowanie biologii. Odkrywa jednak, że bardziej od nauki zajmuje ją ekstrahowanie chlorofilu z roślin i tworzenie tym naturalnym pigmentem rysunków. Przypomina sobie wówczas, jaką przyjemność sprawiało jej zawsze malarstwo. Rzuca więc i biologię, po czym przenosi się do Nowego Jorku, na historię sztuki. Studia kontynuuje na wydziale rzeźby, ucząc się u takich ówczesnych gigantów w tej dziedzinie jak Carl Andre i Sol LeWitt. To artyści, którzy zarażają ją zamiłowaniem do estetyki minimal – upodobaniem, któremu wierna pozostaje do dziś.

Dopóki nie roztopi się lód

W Nowym Jorku dołączyła do legionu aspirujących artystek i artystów, którzy tworzyli największą cyganerię świata sztuki lat 70. Pracowała jako instruktorka rysunku, ilustrowała książki dla dzieci, pisała krytyki do magazynów artystycznych. Wszystkie te dorywcze prace miały wspierać jej eksperymenty twórcze pokazywane w niszowych galeriach. Widywano ją na ulicy podczas publicznych performance’ów. Występowała obuta w łyżwy, które były przymarznięte do bryły lodu, artystka stała na niej niczym na postumencie. W rękach miała wspomniane elektroniczne skrzypce własnej konstrukcji. Specjalny tryb opóźniania dźwięku sprawiał, że mogła na nich grać duety z samą sobą. Koncert trwał, dopóki lód, w którym zatopione były łyżwy, nie roztopił się. Wtedy uwolniona performerka mogła zakończyć występ.

Ta i podobne akcje oraz instalacje pod koniec lat 70. zapewniły Laurie uznanie w świecie eksperymentalnej sztuki. Dla szerokiej publiczności pozostawała reprezentantką egzotycznego plemienia awangardzistów robiących rzeczy, których nie pojmie nikt, kto na co dzień nie żyje w świecie alternatywnych galerii i klubów na Manhattanie. Wkrótce jednak ten stan miał się radykalnie zmienić.

Fot. Zwierciadlo.plFot. Zwierciadlo.pl

Cud

W 1981 roku w domowym studiu, w na wpół partyzanckich warunkach, Laurie nagrała utwór „O Superman”. Szykowała go jako ścieżkę dźwiękową do nowego, operowego performance’u „United States”. Znajomi namówili ją jednak, by wydać piosenkę jako singiel w limitowanej edycji. Był to raczej konceptualny gest niż próba podbijania rynku muzycznego. Monotonna, hipnotyczna, minimalistyczna ośmiominutowa kompozycja, w której Anderson przetworzonym elektronicznie głosem robota bardziej recytuje, niż śpiewa rodzaj katastroficznej litanii o samotności, lękach i obsesjach Ameryki, wydawała się ostatnią rzeczą, która nadaje się na hit. Artystka nie była więc zaskoczona, kiedy w Stanach jedna rozgłośnia po drugiej odmawiały grania utworu jako zbyt trudnego dla masowej publiczności. Tym większe było więc jej zdumienie, kiedy dowiedziała się, że w Wielkiej Brytanii „O Superman” dociera do drugiego miejsca na liście przebojów, deklasując po drodze klasyczne rockowe i popowe kawałki.

Cud dokonał się za sprawą Johna Peela, brytyjskiego prezentera radiowego, który od lat 60. był wyrocznią w kwestii nowej muzyki. Peel, słynący z tego, że za nic ma konwencje i potrafi słuchać muzyki w sposób równie wizjonerski, w jaki nowatorscy artyści ją tworzą, puścił „O Supermana” w swojej audycji i za chwilę zastęp didżejów na Wyspach także chciał ten utwór grać. W tym czasie Anderson dystrybuowała swój wydany w nakładzie tysiąca egzemplarzy singiel metodą sprzedaży wysyłkowej. Osobiście pakowała i zanosiła na pocztę każdą zamówioną płytę. Pewnego dnia odebrała telefon z Wielkiej Brytanii, dzwonił facet z zamówieniem. „Odpowiedziałam mu: »Jasne, ile kopii wysłać?« – wspomina artystka. – A Brytyjczyk odparł: »No, na wtorek potrzebowałbym 40 tysięcy, a do następnego poniedziałku drugie tyle«”. Chwilę później artystka była już w biurze Warner Bros z prośbą o pomoc w wyprodukowaniu 80 tysięcy „O Supermanów”. Koncern odpowiedział propozycją kontraktu na siedem następnych albumów. Pierwszym z nich była płyta „Big Science”.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Wehikuły

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. Jej koncerty to hybryda muzyki, performance’u, wideo artu i multimedialnej instalacji. Co ważniejsze, w sztuce, którą tworzy, znika granica dzieląca eksperymentalną awangardę i kulturę popularną. Ceniona w świecie sztuki wysokiej za innowacyjną formę, Anderson przemawia jednocześnie do publiczności, która z większości koncertów muzyki współczesnej wymknęłaby się przy pierwszej dogodnej okazji. Zawsze fascynowały ją nowe technologie, w latach 80. jej nagrania brzmiały, jakby pochodziły z przyszłości, ale nigdy nie robiły wrażenia obcych współczesnej wrażliwości. Jako muzyk Anderson wróciła do gry na skrzypcach, ale spełniła też swoje młodzieńcze marzenie o nauczeniu się mówienia: realizuje multimedialne performance’y, od lat 90. reżyseruje w teatrze i operze. Uniwersytet Harvarda powierzył jej wykładanie poezji. Na tym nie koniec, w 2015 roku festiwale filmowe triumfalnie objechał jej film „Heart of a Dog”. Artystka swobodnie przemieszcza się między różnymi środkami wyrazu, podporządkowując je zawsze swojemu najważniejszemu medium – opowieści.
Piosenka, film, instalacja – to tylko wehikuły, którymi opowiadane przez Anderson historie mają dotrzeć do odbiorcy. I to właśnie na gruncie opowieści, tej najważniejszej ze sztuk, w twórczości Anderson odnajdują się tak różne grupy fanów.

„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)

Zaproszenie do lewitacji

Jeszcze w 2003 roku została pierwszą oficjalną artystką rezydentką przy NASA. Bezpośrednim owocem tej współpracy był performance „The End of Moon” z 2004 roku. W kolejnej dekadzie wyposażona w nowe cyfrowe narzędzia artystka powróciła na Księżyc w VR-owej instalacji „To the Moon”. To jedna z dwóch pionierskich prac w tej technice, które Anderson zrealizowała we współpracy z tajwańskim artystą Hsin-Chien Huangim. Pierwszą był „Chalkroom” z 2017 roku, uważany za jedno z najciekawszych VR-owych dzieł, jakie do tej pory powstały w sztuce. Odbiorca zostaje zaproszony do lewitacji w przestrzeni utkanej z rysunków i tekstów Anderson. Przemierzamy uniwersum wypełnione dźwiękiem i przestrzennym głosem artystki – świat, który jest jedną wielką szkatułkową opowieścią. To historia, która dla większości z nas zaczęła się wraz z pierwszym odtworzeniem płyty „Big Science”, albumu, który wtedy brzmiał, jakby nagrano go jutro, a dziś wydaje się idealnie pasować do dnia dzisiejszego. To opowieść o człowieczeństwie w futurystycznym świecie. I choć ów świat wydaje się coraz bardziej szalony, a nawet nieludzki, ta historia – podobnie jak opowieść Laurie Anderson – pozostaje wciąż aktualna i na szczęście jeszcze się nie kończy.