1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. „O dobru" - recenzja spektaklu

„O dobru" - recenzja spektaklu

Fot. Bartek Sowa
O dobru za często się nie mówi. Bo to jakby nieco żenujące, zbyt na serio. Podejrzanie brzmi ten tytuł w zestawieniu z nazwiskami twórców: Strzępka i Demirski przemawiają przecież tonem przede wszystkim ironicznym, zaś ostrze ich krytyki kole we wszystkich bez wyjątku i nie oszczędza niczego, co pozornie ładne, gładkie i przyjemne.

Tym razem jednak sprawa wydaje się na tyle poważna, że i strategia musi ulec zmianie.  Chodzi  bowiem o sam teatr i – co zresztą w przypadku wałbrzyskiego tandemu nie dziwi – o żywą reakcję na to, co artystów dotyka na bieżąco, czyli o problemy w finansowaniu teatru i niekonsekwentną, ordynarną politykę kulturalną prowadzoną wobec instytucji publicznych. A co za tym idzie: o sytuację samych twórców, którzy zdają się być coraz częściej stawiani przed dylematami ideologicznymi, ekonomicznymi i osobistymi.

Na scenę wytoczone zostają ciężkie działa: wzruszenie, patos i próba zadania pytań, w które trudno już być może nawet uwierzyć: czy dobra wola ludzi jeszcze w ogóle istnieje? Czy jest coś, co może nas na serio i w pełni poruszyć? Czego oczekujemy od teatru i sztuki? Oczywiście te pytania, z każdym pojawieniem, wypowiedzeniem wzięte są w nawias, wywrócone na nice, okraszone ironią. Żebyśmy sami musieli decydować, co jest tu na poważnie, a co jest zgrywem, bezlitosną kpiną.

Pierwsza scena, to jakby jeszcze nie należąca do spektaklu, półprywatna zapowiedź występu. Aktorka w kostiumie i makijażu, dzięki którym od razu rozpoznajemy Amy Winehouse przeprasza za to, co za chwilę zobaczymy, tłumacząc jakość produkcji, problemami finansowymi i technicznymi teatru. Tylko dwa tygodnie; staraliśmy się zrobić, co mogliśmy; bardzo przepraszamy; damy z siebie wszystko. Już po chwili w tę przestrzeń – jak zwykle u Strzępki na poły roboczą, na poły niegotową – wkracza cała ekipa przedstawienia. Coś tam odgrywają, na szybko, jakby wyuczone role chcieli z siebie wyrzucić raz dwa, po czym ustawiają się do ukłonów i odbierają wręczane im goździki. Publiczność zdezorientowana, słychać pojedyncze śmiechy – z siebie samych, że tak łatwo jednak daliśmy się nabrać.

To przedstawienie w przedstawieniu jest jak wyeksponowanie – czarno na białym –oczekiwań widzów i jak impuls do gorzkiej refleksji: czego naprawdę chcemy, tu w teatrze. Czy nie tych recytacji właśnie, precyzyjnie przygotowanych scen, dobrze skomponowanych dialogów i scenografii, co nie wygląda jak barłóg lub jak, nie wiadomo komu do czego potrzebny szkielet dinozaura, ale jak akuratna dekoracja, łudząco przekonujący sztuczny świat?

Tu jednak nic z tych rzeczy, żadnego spełniania potrzeb widzów, żadnej przyjemnej iluzji. Zamiast tego aktorzy sami proszą o uściski i nie pytając nikogo o zdanie wchodzą na widownię, obłapiając oglądających. To jest nam bardzo potrzebne, proszę państwa, naprawdę – tłumaczy aktorka w peruce Amy.

Tragicznie zmarła zeszłego lata Winehouse nie potrafiła wyegzekwować swoich chęci, a jej tarapaty były jak niemiły zgrzyt dla setek fanów. Koncert w Belgradzie, tu na wałbrzyskiej scenie rekonstruowany precyzyjnie, według youtubowo powszechnych ujęć, próbowała przerwać po wielokroć. Pijana, zdezorientowana, zagubiona dziewczynka, z rozpadającą się fryzurą, błędnym wzrokiem, otoczona kordonem swoich muzyków i ochroniarzy kierujących jej chwiejny krok z powrotem na front sceny. Pierwsze takty „Back to Black” – kawałka już okrzyczanego hitem wszech czasów - urywają się raz po raz,  to znów brzmią. Zupełnie jak na koncercie, gdy wokalistka kilkakrotnie  zatrzymywała utwór. Oglądamy raz jeszcze Amy  taką, jak nikt nie chciał jej obejrzeć. Nieporadną, potrzebującą pomocy. Przemysł kulturalny jest okrutną machiną zdają się powtarzać prostą prawdę Strzępka i Demirski, karząc nam oglądać kulisy procesu tworzenia gwiazdy. Nie chcemy oglądać problemów Amy, nie w smak nam słuchanie o prywatnych dramatach teatralnego aktora, nie mamy ochoty uczestniczyć w terapii. O tym wszystkim na Pudelku.pl, w plotkarskich czasopismach, ale nie w teatrze, nie tu, gdzie przychodzimy, by dostać coś gotowego, zapłaconego, coś co nas zabawi, ucieszy, intelektualnie pożywi, ewentualnie wzruszy.

W „O dobru” napięcie pomiędzy ironią a całkiem poważnym tonem trzyma widza w nieustannej gotowości do rewizji swojej wiary i niewiary w to, w czym uczestniczy. Usprawiedliwia jakoś przewrotnie to niemodne już dziś w teatrze poczucie czułości, szczerego poruszenia, empatii. Gdy na koniec spektaklu aktorzy mówią o wspólnym rozpaleniu ognia na znak solidarności i wspólnoty, nikt im w pierwszej chwili nie wierzy. Wspólnota i jedność brzmią jak słowa z minionej epoki, z ośmieszonego dyskursu, który już teraz w teatrze tylko w krytycznej retoryce może kogokolwiek przekonać. Tymczasem ku ponownemu zaskoczeniu zdezorientowanych widzów, spektakl, w którym wszystko, co na niby okazuje się serio, kończy się jednak wspólnym ogniskiem, rozpalonym na tyłach budynku. Wychodzimy korowodem. Aktorzy, reżyserzy, widzowie, inspicjentka, stajemy wokół paleniska, jak na obozie harcerskim – jest w tym jakaś nostalgia i powrót do młodzieńczych wakacji. Dostajemy kartki z tekstem i trzymając się za ramiona śpiewamy wspólną pieśń. Trochę zawstydzeni, że ktoś nas przyłapał na tym wzruszeniu, wprowadził w sam środek naszych pieczołowicie tłumionych i trochę  z zakłopotaniem chowanych potrzeb: by poczuć się z innymi jakąś grupą, by miło spędzić wieczór, by uwierzyć w dobro innych ludzi, które ogrzewa.

I choć do końca nie wiemy, czy właśnie ostatecznie obnażono naiwność tej postawy, czy wręcz odwrotnie, pozwolono jej zaistnieć, mimo wszystko pozostaje poczucie, że coś nieoczywistego zostało powiedziane w wałbrzyskim teatrze, coś przekornie prawdziwego i uniwersalnego w tej publicystycznej tonacji udało się uzyskać.

Przeczytaj też o "Tęczowej trybunie""W imię Jakuba S."

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze