1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Dorota Miśkiewicz: Zawsze mam jakieś "ale"...

Dorota Miśkiewicz: Zawsze mam jakieś "ale"...

Sony Music, Fot. Kama Czudowska
Sony Music, Fot. Kama Czudowska
Zobacz galerię 1 Zdjęć
O przełamywaniu lęków, gotowaniu jako terapii na codzienne rozbieganie i tęsknocie w swoich piosenkach – opowiada Dorota Miśkiewicz

Jak to jest wychowywać się w domu wypełnionym muzyką?

Pamiętam wspólne wyjazdy z rodzicami na wakacje, kiedy nie było jeszcze radia w samochodzie – na tylnej półce stawialiśmy duży „kaseciak” i w ten sposób muzyka towarzyszyła nam przez całą drogę. Tata przywoził z zagranicy płyty twórców niedostępnych na polskim rynku. Wśród nich byli: Al Jarreau, David Sanborn, George Benson, Quincy Jones... Słuchaliśmy tych nagrań i później mój brat wykonywał partię basów, a ja trąbek. A kiedy tata przywiózł porządne głośniki, nagle usłyszałam głębię, której wcześniej nie znałam. Bardzo przeżywałam muzykę. I gdy na egzaminie do szkoły muzycznej raz się pomyliłam, przeraziłam się, że mogę nie zdać. Mama, tata – muzycy, a ja? Myślałam, że życie się skończy, jeśli nie zostanę muzykiem…

Rozmawialiście o swoich gustach muzycznych?

Tata wchodził do domu i mówił: „mam świetną płytę”. Nie namawiał nas, żebyśmy razem słuchali, po prostu ją puszczał. Ja ulubione utwory przegrywałam z radia na kasety. Potem niektóre dawałam tacie, mówiąc: „Zobacz, to jest taka młodzieżowa muzyka”. A on ją akceptował. Taka otwartość na różne gatunki pozostała mu do dziś. Lubi muzykę, która jest wesoła, zaszczepił to we mnie. Mój brat natomiast gra wielkie formy o dużej głębi, czego nauczył się od Tomasza Stańki. Ale zarówno dla mnie, jak i dla mojego brata muzyka stanowiła prywatny świat każdego z nas.

Zdarzało się wam razem muzykować?

Tylko w święta, za namową mamy. Raz, pamiętam, gdy byłam w liceum, wyciągnęliśmy z piwnicy wzmacniacz gitarowy, do tego podpięliśmy mikrofon, ja śpiewałam, mój brat grał na kanapie, która mu służyła za perkusję, a tata na pianinie. To było przeżycie! Wcześniej, w podstawówce, komponowałam i śpiewałam tylko w zamkniętym pokoju, gdy nikogo nie było w domu. I długo myślałam, że tworzyć należy w zamknięciu, a potem dzielić się tym, co powstało. Tata tak robił – wchodził i mówił: „Zobaczcie, co wymyśliłem”. Siadał do pianina i grał. A cała rodzina słuchała i chwaliła.

Prezentowałaś domownikom swoje kompozycje?

Do czasu. Obraziłam się, gdy pokazałam tacie, co wymyśliłam i nie usłyszałam: „Ale super!”, tylko: „Trochę za smutno”. Zaczęłam dzielić się swoimi kompozycjami z kolegą z klasy. On słuchał i mówił: „Dobre, dobre, smutne, ale dobre”. To mi bardziej odpowiadało. A po latach „odobraziłam się” i pokazuję tacie to, co tworzę.

Popatrz wstecz, zmieniłaś się bardzo jako artystka?

Analizując moje kolejne płyty, słyszę, że balansują na granicy jazzu i popu, coraz bardziej wymykając się klasyfikacjom. Myślę też, że są coraz bardziej pogodne. Jako dziecko wymyślałam sobie utwory na pianinie, bez słów. Długo pisałam smutno. Kilka wesołych piosenek, które popełniłam, uważałam za banalne. Niedawno zrozumiałam, że są po prostu optymistyczne. Zaczęłam w końcu dążyć w muzyce do radości. Pomógł mi w tym Marek (przyp. red. – Marek Napiórkowski, mąż Doroty), dla którego muzyka zawsze była źródłem radości i powstawała pomiędzy ludźmi. Pokazał mi, że nie muszę tworzyć w zamkniętym pokoju, że możemy wymyślać ją razem – siedząc na kanapie, patrząc się na siebie i reagując. Cała ostatnia płyta tak powstała. W czasie trzech wypadów do domu pracy twórczej ZAiKS-u – dwóch do Konstancina i jednego do Radziejowic.

Co przeniknęło z życia na tę płytę?

Przyjechaliśmy do Konstancina późnym wieczorem i Marek powiedział: „Dobra, to od razu coś zagramy”. Zainspirowała nas cisza panująca wokół. Wszyscy spali, więc musieliśmy grać cichutko. Tak powstała piosenka „Jasności nie mam” – cicha, medytacyjna. Na początku pomysły przychodziły same i wszystkie nam się podobały. Ale po kilku dniach zaczęła się nuda. Obracaliśmy się wśród tych samych dźwięków. Musieliśmy przebić ten mur na siłę. Zaczęliśmy wymyślać pod prąd i grać na przykład w metrum 7/4. Chcieliśmy narzucić sobie jakąś trudność, żeby wyszło inaczej. Po napisaniu muzyki udaliśmy się do Bogdana Kondrackiego, pod okiem którego nagrywaliśmy kolejne partie instrumentów. Spokój domowego studia podziałał na naszą kreatywność. Bogdan zachęcał do eksperymentów z dziwnymi brzmieniami, nagrywania na leżąco, szukania instrumentów wśród sprzętów domowych. Dopiero gdy aranżacje były gotowe, zaczęła się praca nad tekstami i pojawiła się myśl o duetach z Ewą Bem i Wojtkiem Waglewskim.

Na wcześniejszych płytach chyba częściej się pojawiały twoje własne kompozycje?

Na poprzedniej płycie są piosenki, które napisaliśmy razem z Markiem, które napisałam ja sama i sam Marek. „Caminho” i „Pod rzęsami” to były płyty mieszane. A wcześniejsza  – „Zatrzymaj się”, była tylko moja. Teraz wolę współtworzyć. Przede wszystkim z Markiem, z którym się dobrze rozumiemy. Ale lubię też posiłkować się innymi głosami. Przy okazji tej płyty poprosiłam o teksty Wojciecha Młynarskiego i Bogdana Loebla, Michała Rusinka oraz Grzegorza Turnaua. Tytuł „Ale” to jego pomysł.

Dlaczego „Ale”?

Podczas nagrywania nigdy nie przyświeca mi jedna myśl przewodnia. Dopiero na koniec zastanawiam się, jak to wszystko podsumować. Ostatni tekst pisał Grzegorz Turnau, który zawsze nazywał moje płyty, i on podsunął mi „Ale”. Od razu mi się spodobało – krótkie, wyraźne i intrygujące. Ja zawsze mam jakieś „ale”. To sprawia, że kiedy jest źle, pamiętam o pozytywach, a gdy jest dobrze, w tyle głowy świta mi myśl, żeby się mieć na baczności. Nic nie jest czarne ani białe. Wszystko jest szare, rozciąga się pomiędzy tymi dwoma barwami. Piosenka „Ale” to pochwała szarości i codzienności.

Co jest dla ciebie ważne w tej codzienności?

Przede wszystkim to „ale”, czyli zauważanie dwóch stron medalu. Dzięki temu uzyskuję rodzaj równowagi. Ważna jest też cisza i spokój, ale tego by nie było bez lekkiego zamieszania. Burze emocjonalne muszą się pojawiać i uczę się je akceptować. Gdy słucham swoich piosenek, widzę, że jest w nich dużo tęsknoty. Ale na tej płycie jest ona łagodniejsza, zaakceptowana przeze mnie...

A codzienne rytuały? Masz jakieś sposoby na dobry nastrój?

Od jakiegoś czasu chodzę na jogę i tam odnajduję spokój. Gdy ćwiczę, nic innego nie ma znaczenia. Zagłębiam się w siebie i z zajęć wychodzę szczęśliwa. To mi pomogło pokonać kilka własnych lęków. W przeciągu roku stanęłam na desce windsurfingowej, wsiadłam na konia i zanurkowałam z butlą. To ostatnie dało mi najwięcej –  poczucie spełnienia. Przed zejściem pod wodę rozmawiałam z nurkiem-przewodnikiem i on powtarzał: „Tam nic ci nie grozi, to wszystko jest w twojej głowie”. I zrozumiałam, że faktycznie tak jest.

Czy pierwszy występ też był dla ciebie przełamaniem lęku?

Oczywiście. W liceum na próbie przedstawienia sama się zgłosiłam. Wyszłam i zaśpiewałam cichutkim, drżącym głosem. Mam w pamięci, ile szczęścia dało mi przełamanie tej bariery w sobie. Bardzo chciałam śpiewać. Sama zapisałam się na lekcje śpiewu i do klubu piosenki w domu kultury. Na języku polskim śpiewałam wiersze zamiast je recytować. Na egzaminie z fortepianu grałam i śpiewałam własny utwór. Już gdy zdawałam do akademii muzycznej na skrzypce, wiedziałam, że nie będę grać, tylko śpiewać. W czasie studiów otrzymałam propozycję współpracy od Włodzimierza Nahornego. Przyszłam na próbę, dostałam nuty i stwierdziłam, że nie umiem zaśpiewać tak wysoko. Nahorny na to: „A pokaż”. Zaśpiewałam i powiedział: „Dobrze jest”. Okazało się, że mogę. I zaczęły się pierwsze trasy koncertowe, nagrania i występy na Jazz Jamboree…

Co jeszcze sprawia ci radość? Oprócz muzyki.

Narty. I jedzenie. Jem z pasją. Wyniosłam to z domu – tata uwielbiał gotować i jeść. I ja się cieszę, gdy stoję nad garami, czekając, aż danie będzie gotowe. Nawet jeżeli jest to ziemniak z kefirem. Gotowanie dobrze mi robi nie tylko na ciało, ale i na duszę. Odkąd chodzę na jogę, wiem, że według ajurwedy jestem vatą. Jest we mnie przewaga powietrza i wiatru, to oznacza ruchliwość i pobudzenie, a w związku z tym potrzebuję czegoś, co mnie ustabilizuje i uziemi. Na moje rozbieganie i niepokoje dostałam zalecenie: gotować. I gdy mam trudniejsze dni, gotuję i dużo jem. Oprócz tego zajmuję się innymi prostymi rzeczami – zmywam, piorę, sprzątam. Jak to wszystko zrobię, czuję się spełniona i zadowolona.

A dzisiaj na przykład dużo radości sprawiło mi obserwowanie pięcioletniej dziewczynki w poczekalni do lekarza. Babcia ją cały czas uciszała, a ona nic sobie z tego nie robiła i śmiała się ze wszystkiego. A ja śmiałam się razem z nią. Lubię patrzeć na radość innych. Cenię sobie przyjaźń i bliskość.

Jak dbasz o siebie?

Wychodzę z założenia, że jak położę się na dywanie i 10 razy podniosę nogi, to lepsze to niż nic. Więc codziennie podnoszę nogi. Najtrudniejsze jest dbanie o własne emocje, bo jest ich dużo i pojawiają się w różnych sytuacjach. W tych skrajnych próbuję odłożyć pewne sprawy na jutro. Sama tak robię i proszę też o to innych. Jest jeszcze taka warstwa duchowa, która obejmuje wszystkie poprzednie warstwy. Szukam odpowiedzi, co to znaczy dbać o duszę. Wydaje mi się, że to poszukiwanie spokoju i radości istnienia. Nie potrafię codziennie medytować, ale czasami siadam i odczuwam w sobie takie spokojne szczęście, które zdarza się też niespodziewanie, gdy patrzę na zielone drzewo albo na taką śmiejącą się dziewczynkę...

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Anthony Hopkins w nowym filmie "Wirtuoz. Pojedynek zabójców" - zwiastun i data premiery

Dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins jako tajemniczy szef płatnego zabójcy w filmie
Dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins jako tajemniczy szef płatnego zabójcy w filmie "Wirtuoz. Pojedynek morderców". (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
W thrillerze noir „Wirtuoz. Pojedynek morderców” dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins wciela się w postać tajemniczego szefa płatnego zabójcy granego przez Ansona Mounta. Nowy film Nicka Stagliano zadebiutuje na VOD już 5 maja.

W thrillerze noir „Wirtuoz. Pojedynek morderców” dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins wciela się w postać tajemniczego szefa płatnego zabójcy granego przez Ansona Mounta. Nowy film Nicka Stagliano zadebiutuje na VOD już 5 maja.

Jest opanowany, skrupulatny i działa z morderczą precyzją. Wirtuoz to bezimienny zabójca na zlecenie, który od swojego mentora otrzymuje najtrudniejsze zadanie w dotychczasowej karierze. Musi wytropić i zabić zbuntowanego zabójcę, nie wie jednak, kto jest jego celem. Zna tylko czas i miejsce, gdzie będzie mógł spotkać swoją przyszłą ofiarę. Co zrobi, kiedy na jego drodze stanie piękna kobieta? Czy wytropi cel i idealnie wykona zadanie?

W rolach głównych występują: Anthony Hopkins („Milczenie owiec”), Anson Mount („Non-Stop”), Abbie Cornish („Jestem Bogiem”), Eddie Marsan („Dżentelmeni”). Za reżyserię odpowiada Nick Stagliano („Good Day For It”), który jest także współscenarzystą i producentem filmu.

https://www.youtube.com/watch?v=qWcW4vFHNfs&feature=youtu.be

- Mentor jest silną postacią. To co mi się najbardziej spodobało to prostota. Nick Stagliano w bardzo prosty sposób ułożył scenariusz. Nie przereżyserował go na papierze. Czasami trzeba przedzierać się przez scenariusze z ogromną liczbą wskazówek scenicznych. Ten z kolei był bardzo klarowny i napisany wprost – mówi Anthony Hopkins.

- Od zawsze fascynowało mnie, jaki wpływ na nas, ludzi, ma poczucie winy. Dlatego postanowiłem stworzyć  historię, w której główny bohater, będący w rzeczywistości złym człowiekiem, staje w obliczu poczucia winy, sumienia, współczucia i emocji, które zaczynają przejmować nad nim władzę – dodaje reżyser Nick Stagliano.

Film dostępny będzie od 5 maja na platformach VOD: ipla, vod.pl, Orange VOD, premiery Canal+, platforma CANAL+, Chili, PLAY NOW, Multimedia GO, mojeekino.pl, e-kinopodbaranami, TVP VOD, Vectra i UPC Polska.

  1. Kultura

Płyty miesiąca - nowości muzyczne

Relaks z dobrą muzyką to idealny pomysł na odpoczynek po pracy (Fot. iStock)
Relaks z dobrą muzyką to idealny pomysł na odpoczynek po pracy (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Dobrej muzyki nigdy za dużo. Wieczór z dobrą płytą to idealny sposób na relaks. W tym  miesiącu polecamy kilka nowości, które mogą wzbogacić waszą płytotekę.

Zaskoczenie

Pat Metheny „Road To The Sun”

Pat Metheny wydał już kilkadziesiąt płyt (za które dostał aż 20 nagród Grammy), ale takiej w swojej dyskografii jeszcze nie miał. Własne kompozycje powierzył bowiem pięciu innym gitarzystom: czterem weteranom z Los Angeles Guitar Quartet oraz gwiazdorowi filharmonicznych sal – Jasonowi Vieaux. Sam materiał to dwie kilkuczęściowe suity, którym zdecydowanie bliżej do muzyki kameralnej niż jazzu. Równie zaskakujący, co interesujący debiut Metheny’ego w nowej roli.

Pat Metheny „Road To The Sun”, Warner Pat Metheny „Road To The Sun”, Warner

Sprawdzona formuła

Mogwai „As The Love Continues”

Szkockie Mogwai od ćwierć wieku nagrywa na przemian nowe płyty studyjne i soundtracki (ostatnio do serialu „Zero Zero Zero”). Niespecjalnie zmienia się też jego muzyka. Wciąż może ona służyć za definicję post-rocka: cicho, głośniej, kulminacja, znów cicho, powtórz. Ale jak słusznie zauważają sami Szkoci, gdy ten gatunek podbijał muzyczny rynek, wielu obecnych słuchaczy jeszcze nie było na świecie. A starszym fanom ta formuła i tak nigdy się nie znudzi.

Mogwai „As The Love Continues”, Rock Action/PIAS Mogwai „As The Love Continues”, Rock Action/PIAS

Lekcja muzyki

Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”

Trzy lata temu pewien szwedzki producent udał się do rybackiej wioski w Senegalu, by nagrać improwizacje tamtejszych muzyków. Później materiał szlifował z nimi zdalnie. Teraz możemy posłuchać efektów tej przygody w wykonaniu ponad 20 muzyków, dla których afrykański jazz, blues, dub i pieśni sufickie są jak „różne gatunki ryb pływające w tym samym oceanie”. Usłyszymy tu też chór dziecięcy, bo ta płyta to jedno wielkie wezwanie, żeby edukować i uwrażliwiać przez sztukę.

Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”, Sahel Sounds Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”, Sahel Sounds

Żywiołowo

Julia Stone „Sixty Summers”

Julia Stone tym razem bez brata, za to w innym doborowym towarzystwie. Australijska gwiazda folku nie przestaje muzykować z bratem pod szyldem Angus & Julia Stone, jednak po długiej przerwie od solowej kariery postanowiła przejrzeć dziesiątki swoich próbnych nagrań z ostatnich lat i wybrać tuzin najlepszych. Nie robiła tego sama, bo współproducentką nowej płyty jest mistrzyni pogmatwanych piosenek Annie Erin Clark, znana jako St. Vincent, a wśród gości pojawiają się Matt Berninger oraz Bryce Dessner z zespołu The National. Wspólnymi siłami pomogli Stone oderwać się od akustycznych łagodności – choć ich tu rzecz jasna nie brakuje – i popróbować syntezatorowego popu czy funku. Żywiołem Stone pozostaje jednak scena. Warto więc zajrzeć także na jej kanał YouTube, na którym opublikowała cały koncert z premierowym materiałem. Przy okazji zbierała fundusze dla poszkodowanych przez pandemię muzyków.

Julia Stone „Sixty Summers”, Warner Julia Stone „Sixty Summers”, Warner

  1. Kultura

Krystyna Janda promuje czytanie poezji

W ramach projketu
W ramach projketu "Poezja" Krystyna Janda przedstawi swoją interpretację poezji francuskiego autora Guillaume’a Apollinaire’a. (Fot. Adam Kłosiński)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Trwa projekt „Poezja”, czyli cykl spotkań online, podczas których znani aktorzy przedstawiają swoje interpretacje wierszy wybitnych poetów. W tym tygodniu Krystyna Janda zmierzy się z poezją francuskiego autora Guillaume’a Apollinaire’a. 

Trwa projekt „Poezja”, czyli cykl spotkań online, podczas których znani aktorzy przedstawiają swoje interpretacje wierszy wybitnych poetów. W tym tygodniu Krystyna Janda zmierzy się z poezją francuskiego autora Guillaume’a Apollinaire’a. 

W ramach projektu "Poezja" powstaje seria transmisji online, podczas których znani aktorzy interpretują wiersze  światowych poetów. Projekt, podobnie jak sama poezja, ma mieć wymiar międzynarodowy. Wiersze czytać będą znane osobistości, a transmisje będą nadawane z różnych krajów. Projekt ma na celu popularyzację czytania literatury, w szczególności poezji.

- „Poezja” w nazwie projektu występuje samotnie, bez dodatków, co jeszcze bardziej uwydatnia jej siłę. Jednocześnie poezja może mieć inne znaczenie w zależności od odbiorcy. Z poezją można mieć kontakt powierzchowny lub bardzo intymny, może wywoływać śmiech lub rozpacz, zawsze jednak ma ona efekt wyzwalający, pozwalając odkrywać i lepiej zrozumieć nas samych i otaczający nas świat. Poezja to wolność sama w sobie, jednak bez aktywnego udziału odbiorcy traci swoją wyzwalającą moc. Poezję trzeba więc najpierw uwolnić poprzez jej czytanie, aby mogła ona odwdzięczyć się odbiorcy tym samym - czytamy na stronie internetowej organizatora akcji, Galerii Pure Egoism.

Do tej pory w projekcie wzięli udział: Jan Peszek, który zaprezentował wiersze Krzysztofa Kamila Baczyńskiego oraz Janusz Andrzejewski, w interpretacji wierszy Marcina Barana. Transmisje można obejrzeć na profilu facebookowym Galerii Pure Egoism.

Gościem kolejnej transmisji będzie aktorka, reżyserka i pisarka Krystyna Janda. W środę 28 kwietnia 2021 o godz. 17:00 aktorka zaprezentuje wiersze Guillaume’a Apollinaire’a, francuskiego poety awangardowego, autora prozy i esejów. Urodzony w 1880 roku we Włoszech Guillaume Apollinaire przyjaźnił się z Picassem, pisał dla niego wiersze, uważając kubistyczne obrazy malarza za idealne dopełnienie własnych idei. Twórczość Apollinaire’a sytuuje się na granicy słowa i obrazu, formy jego wierszy mają kształt, który, obok treści, również jest nośnikiem znaczenia. Ta wyjątkowa forma działa na wyobraźnię, ma charakter figuratywny.

W najbliższą środę o godz. 17:00 zapraszamy na rozmowę z Krystyną Jandą, podczas której zaprezentujemy wiersze...

Opublikowany przez PURE ƎGOISM Piątek, 23 kwietnia 2021

 

Spotkanie i rozmowę z Krystyną Jandą poprowadzi Krzysztof Maruszewski, właściciel Galerii Pure Egoism oraz prezes Stilnovisti, partnera projektu „Poezja”. Transmisja na żywo wydarzenia rozpocznie się w środę 28 kwietnia, o godz. 17:00 na profilu Facebook Galerii Pure Egoism.

  1. Kultura

Galeria Zwierciadła - Czarodziej Henryka Strenga

Obraz „Czarodziej przy zielonej skale” wśród innych prac można oglądać na wystawie „Henryk Streng/Marek Włodarski i modernizm żydowsko-polski” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, która ma potrwać do 9 maja.
Obraz „Czarodziej przy zielonej skale” wśród innych prac można oglądać na wystawie „Henryk Streng/Marek Włodarski i modernizm żydowsko-polski” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, która ma potrwać do 9 maja.
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Przed wojną Henryk Streng, po niej – Marek Włodarski. Powiedzieć, że to malarz zupełnie zapomniany, jest przesadą. Ale zdecydowanie był dotąd za słabo znany.

Kiedy malował „Czarodzieja przy zielonej skale”, miał 27 lat i wyrastał już na jedną z najciekawszych postaci sztuki nowoczesnej międzywojennego Lwowa. Niedawno wrócił do rodzinnego miasta z Paryża. Studiował tam u kubisty Fernanda Légera, poznał się także z papieżem surrealizmu Andrém Bretonem.

Wpływy jednego i drugiego widoczne są w „Czarodzieju...”, ale jeszcze wyraźniej daje jednak o sobie znać oryginalna indywidualność Henryka Strenga (1903–1960). Jako polski Żyd mieszkający w wieloetnicznym Lwowie przyzwyczajony był do czerpania z wielu źródeł i łączenia różnorodnych inspiracji. Angażował się politycznie po lewej stronie, ale jednocześnie przyjaźnił z wizjonerem Brunonem Schulzem. W sztuce interesował go realizm, ale zarazem fascynowała możliwość jego przekroczenia w stronę metafizyki, a nawet abstrakcji.

W czasie drugiej wojny światowej był świadkiem unicestwiania wielo­kulturowego świata, którego był obywatelem, przez dwa totalitaryzmy: hitlerowski i stalinowski. Uczestniczył w kampanii wrześniowej jako żołnierz. Później jako Żyd musiał się ukrywać – dosłownie – za szafą u swojej przyszłej żony, malarki Janiny Brosch. W 1944 roku oboje przedostali się ze Lwowa do Warszawy, zdążyli akurat na powstanie, podczas którego artysta został aresztowany i osadzony w obozie koncentracyjnym Stutthof. Przeżył cudem, ale nie jako Henryk Streng, lecz Marek Włodarski. Przybrał to nazwisko jeszcze w latach okupacji i po wojnie przy nim pozostał. Jak wielu ocalonych z Holokaustu uznał, że jego dawną tożsamość przekreśliła Zagłada. Rodzona córka Marka Włodarskiego, polskiego malarza z komunistycznej Warszawy, miała 24 lata, kiedy dowiedziała się, że był kiedyś ktoś taki jak Henryk Streng, żydowski artysta z przedwojennego Lwowa.

Powojenny artysta Marek Włodarski to malarz co najmniej równie ciekawy jak Streng – i jednocześnie nie tyle niedoceniony, ile słabo znany. Powiedzieć, że Streng /Włodarski to postać zapomniana, byłoby przesadą. Na to był to zbyt tęgi malarz. Fakty jednak są takie, że po drugiej wojnie światowej nie odbyła się żadna indywidualna wystawa artysty. Ani za jego życia, ani później. Aż do teraz, bo zakrojoną na szeroką skalę prezentację Henryka Strenga/Marka Włodarskiego przygotowało Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Całe szczęście, że jej otwarcie zbiegło się z poluzowaniem epidemicznych obostrzeń. Najmniej znany z najwybitniejszych polskich modernistów ma teraz nie tylko pokaz, lecz także publiczność, na którą bez wątpienia zasługuje. 

  1. Kultura

„Czego nauczyła mnie ośmiornica” z Oscarem za najlepszy dokument

Dokument „Czego nauczyła mnie ośmiornica” opowiada o przyjaźni filmowca Craiga Fostera z ośmiornicą. (Fot. materiały prasowe/Ross Frylinck)
Dokument „Czego nauczyła mnie ośmiornica” opowiada o przyjaźni filmowca Craiga Fostera z ośmiornicą. (Fot. materiały prasowe/Ross Frylinck)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Film „Czego nauczyła mnie ośmiornica” zdobył Oscara dla Najlepszego Pełnometrażowego Filmu Dokumentalnego. Historia o niezwykłej przyjaźni między człowiekiem a ośmiornicą podbija serca publiczności. 

Dziś w nocy Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej po raz 93. przyznała Oscary, najważniejsze i najbardziej prestiżowe na świecie nagrody filmowe. W kategorii na najlepszy film dokumentalny statuetkę zdobył tytuł "Czego nauczyła mnie ośmiornica" („My Octopus Teacher”) w reżyserii Pippy Ehrlich i Jamesa Reeda. Zwyciężył z filmami: "Kolektyw", "Crip Camp", "Agent kret", i "Time".

'My Octopus Teacher' Pippa Ehrlich. (Fot. materiały prasowe) \"My Octopus Teacher\" Pippa Ehrlich. (Fot. materiały prasowe)

"Czego nauczyła mnie ośmiornica" opowiada o przyjaźni pewnego filmowca z mieszkanką podwodnego świata. Po latach spędzonych na filmowaniu najniebezpieczniejszych zwierząt świata Craig Foster wypalił się, popadł w depresję i pogubił się w relacjach z rodziną. Postanowił więc zrobić sobie przerwę w karierze i wrócić do korzeni — magicznego podwodnego świata i gęstych lasów wodorostów u wybrzeży południowoafrykańskiego Kapsztadu. Przez niemal dekadę Craig codziennie nurkował w lodowatym i pełnym drapieżników oceanie bez kombinezonu i akwalungu. Pierwszym obiektem jego badań została napotkana i śledzona przez niego ośmiornica zwyczajna. Wkrótce stała się też jego nauczycielem i wprowadziła do świata, którego nie poznał wcześniej żaden człowiek. Film „Czego nauczyła mnie ośmiornica” powstawał przez ponad 8 lat, podczas których Craig nagrał ponad 3000 godzin materiału. Oglądamy w nim historię niezwykłej przyjaźni w unikalny sposób udowadniającej, jak inteligentne są zwierzęta.

Dokument miał swoją polską premierę kinową podczas festiwalu Millennium Docs Against Gravity i był jednym z najpopularniejszych tytułów kinowej części MDAG. Spotkanie dotyczące układu nerwowego stworzeń podwodnych okazało się wielkim hitem, a „Czego nauczyła mnie ośmiornica”, pokazywana w sekcji Klimat na zmiany, otrzymała nagrodę Green Warsaw Award dla najlepszego filmu o tematyce ekologicznej. Promyk nadziei na to, że człowiek jest jednak zdolny do stworzenia właściwych relacji z naturą odnaleźliśmy w kameralnej historii opowiedzianej przez duet reżyserski Pippę Ehrlich i Jamesa Reeda zatytułowanej "Czego nauczyła mnie ośmiornica" - tak brzmi fragment jednogłośnego werdyktu, który wtedy zapadł.

Oscarowy dokument "Czego nauczyła mnie ośmiornica" można obejrzeć na platformie Netflix.