1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Haruki Murakami - Coś spadło z przestworzy

Haruki Murakami - Coś spadło z przestworzy

Przyjęło się, że Haruki Murakami to arcyciekawy pisarz o wyjątkowo nudnym życiorysie. Ale czy ktoś, komu dźwięk odbitej piłki przynosi objawienie, kto zaczyna wstawać o godzinie, o której wcześniej kładł się spać, i nagle zostaje maratończykiem, może być nudny?

Na początku był jazz. Chociaż były też studia literaturoznawcze na tokijskim uniwersytecie. No, ale nie każdy, kto studiuje literaturę, musi być powodowany ambicjami literackimi. Murakami nie był. A więc jazz. Kupowanie płyt za pieniądze zaoszczędzone na jedzeniu. Klub jazzowy – otworzył go wraz z żoną. Nazywał się Peter Cat – na cześć starego kota, który po trudach miejskiego życia trafił na starość na wieś. Bo Murakamiego wciągnął wtedy całkowicie rytm miasta. W ciągu dnia pracował w sklepie muzycznym, wieczorami udzielał się w klubie, a na noc wracał do domku stojącego na trójkątnej posesji między torami dwóch linii kolejowych. Zgrzyty, świsty, dudnienie, gwizdy, stuki... Był to bardziej świat dźwięków niż słów. Muzyka w klubie musiała grać na tyle głośno, żeby zagłuszała konwersacje. Sam ją zresztą puszczał, sam robił kanapki, mieszał drinki, zmywał naczynia, przyrządzał faszerowaną kapustę (na którą do dziś nie może patrzeć), no i siekał cebulę – worek dziennie (do dziś nie płacze przy tej czynności). Najlepiej czuł się w małej wnęce, w której połykał powieść za powieścią. Ale też mógł obserwować stamtąd „prawdziwe istoty ludzkie na żywo”. A potem przyszedł 1 kwietnia 1978 roku. Murakami miał 29 lat. Wybrał się na mecz baseballowy ulubionej drużyny Jaskółki Yakult. Miejsce miał na zapolu – żadnych trybun, ławek, tylko trawiasty stok. Więc leżał na tej świeżej trawie, pod bezchmurnym, wiosennym niebem, sącząc piwo i delektując się całością. Wreszcie na scenę wkroczył amerykański pałkarz Dave Hilton. Pierwszą piłkę posłał na lewe pole. Kij trafił z impetem w piłkę, po stadionie rozeszło się echo uderzenia... A w głowie Murakamiego pojawiła się, niczym objawienie, myśl: a może by tak napisać książkę? „Wciąż pamiętam bezkresne niebo, dotyk świeżej trawy i radosny trzask kija – wspomina. – Coś spadło wówczas z przestworzy i cokolwiek to było, przyjąłem ten dar”.

Miast zajmować się kontemplowaniem doświadczenia, udał się do sklepu po pióro i papier. Pół roku później pierwsza powieść „Słuchajcie pieśni wiatru” była gotowa. Pisał ją w nocy przy kuchennym stole, popijając piwo. Godzina, dwie i do łóżka. Wyszły z tego krótkie zdania, krótkie rozdziały, 200 stron. Nagroda w konkursie dla debiutantów literackiego pisma „Gunzō”. Powieść doceniono właśnie z powodu oryginalnego, rwanego stylu – rezultat wykradania nocy cennych godzin. Zaczyna się od słów: „Nie istnieje perfekcyjne pisanie. Tak samo jak nie istnieje perfekcyjne rozczarowanie”.

Oddać wszystko pisarstwu

Wygląda na to, że to biograf Murakamiego Jay Rubin przyczynił się do rozpowszechniania opinii o zwyczajności (żeby nie powiedzieć nijakości) pisarza. „Nie miał żadnych szczególnych zainteresowań ani wad; żadnych obsesji ani dziedzin, w których byłby specjalistą – ubolewa, wspominając młodość pisarza. – Nie pochodził z patologicznej rodziny; nie doznał ciężkiego załamania ani urazów psychicznych. Nie żył ani w dostatku, ani w nędzy. Nie był ani upośledzony, ani nadmiernie uzdolniony”. Jakim cudem – chciałoby się zapytać – został pisarzem?

A jednak w jego życiu były książki (czytane pod szkolną ławką albo na wagarach). Rodzice, którzy uczyli języka japońskiego i literatury, a w domu przy posiłkach dyskutowali o poezji. No i byli Amerykanie – okupanci przychodzący z fascynującego świata. Świata Hollywoodu, rock and rolla, jazzu, ale też Raymonda Chandlera, F. Scotta Fitzgeralda, Kurta Vonneguta czy Trumana Capote’a. Lektura tego ostatniego utwierdziła go w przekonaniu, że chce studiować literaturę. Najpierw musiał przyswoić sobie standardowy język japoński (wcześniej posługiwał się tylko dialektem z okolic Kobe). Kolejna adaptacja polegała na zapuszczeniu włosów, brody, zmianie garderoby („Z moim dotychczasowym strojem naprawdę nie dałoby się przeżyć, więc musiałem wyglądać jak flejtuch”). Zamieszkał w akademiku, na zajęcia raczej nie chodził – wolał kluby jazzowe i sale kinowe. Randki, picie z kolegami, wędrówki z plecakiem, nocowanie pod gołym niebem. Pracę dyplomową poświęcił „idei podróży w filmie amerykańskim”, chciał zostać scenarzystą.

 
Jeszcze na studiach postanowił się ożenić. Z Yoko, wzorową studentką z Tokio, poznaną podczas pierwszych zajęć. Rodzice Murakamiego byli przeciwni, a oni poszli do urzędu i się zarejestrowali. Mieli po 22 lata. 10 lat później Haruki oznajmił żonie, że chce zostać pisarzem. Nie takim z doskoku, drapiącym w nocy po kuchennym stole, ale takim z biurkiem, w pełnym wymiarze godzin. Oznaczało to zamknięcie przynoszącego zyski klubu, postawienie wszystkiego na jedną kartę („Musiałem oddać pisarstwu wszystko, co miałem”).

Samotność długodystansowca

Po ukończeniu książek poprawia je w nieskończoność, nawet po ich publikacji. Przyznaje, że nie ma żadnych rzeczy, tematów, z którymi chciałby się mierzyć. Że większość jego historii zaczyna się od tytułu. Pojawia się jakieś sformułowanie, w ślad za nim obraz. A on podąża ufnie za tym obrazem... Potem mówi o jakimś opowiadaniu „dziwne”, jakby nie wiedział kto, co i jak, nie potrafi wyjaśnić, co oznacza owca w jego powieści. Zresztą... Podczas pisania „Przygody z owcą” nie czuł nawet, że ją tworzy, działał bez planu. „Opowieść już jest wewnątrz człowieka i trzeba ją z siebie wyciągnąć. Nie da się jej stworzyć, można ją tylko wydobyć”. Przez pierwsze rozdziały przebrnął po omacku, potem coś zaświtało w ciemności. Więc szedł za tym promykiem światła, uważając, żeby nie wpaść w jakąś dziurę. „Najczęściej przypomina to improwizację jazzową, bo fabuła prowadzi mnie tam, gdzie sama chce”.

Pisanie opowiadań to zabawa – dają mu poczucie swobody, lekkości – ale już powieści... Pojawia się „wrażenie przechodzenia do krainy zmarłych”. Zwłaszcza na początku całego procesu, zwłaszcza tuż przed świtem. Dopadają go lęki, myśli o śmierci. A właściwie ta jedna, uporczywa: „Nie chcę umierać, nie chcę umierać, nie chcę umierać. Przynajmniej dopóki nie skończę tej książki, absolutnie nie chcę umierać”. Być może to ten lęk kazał mu radykalnie zmienić tryb życia. Trzy paczki papierosów dziennie ustąpiły miejsca diecie, ćwiczeniom i bieganiu. Dzień przesunął się o 180 stopni – teraz zaczyna się o godzinie czwartej, kończy o 21. Codziennie przebiega 10 kilometrów. Startuje w maratonach, triatlonach. Bieganie to rodzaj terapii. Sposób na zachowanie zdrowia. Ale też rodzaj sprawdzianu: jak rozkładać siły? Jak odróżnić konsekwencję od obsesji? Ile uwagi skupiać na świecie zewnętrznym, a ile na własnym wnętrzu? Raczej introwertyk. Potrafi brylować w towarzystwie, a potem nagle zapaść się w siebie. Jedynak indywidualista. Nawet gdy podczas studiów angażował się w demonstracje antymilitarne, uczestniczył w protestach w pojedynkę (rzucanie kamieniami w policję – tak, ale już wspólne budowanie barykad – niekoniecznie). Uparty. Ukończył stukilometrowy ultramaraton, chociaż całe ciało wołało o litość, rozpadało się, chociaż czuł się „jak kawałek wołowiny, wpychany wolno do maszynki do mięsa”.

W studni podświadomości

Wizjoner-racjonalista. Nie musi stymulować wyobraźni, by w jego opowieściach pojawił się krasnoludek tańczący do muzyki Rolling Stonesów, fabryka słoni, magazyn z czaszkami jednorożców, gadające koty, kobiety o paranormalnych zdolnościach (wróżące z wody czy też wyposażone w niezwykłe uszy). W to wszystko wplecione są motywy czasu, straty, szukania drogi – do siebie, do innych. A kiedy się szuka, zanurzając się w gęstej mgle emocji, pragnień, sprzecznych dążeń, nietrudno otrzeć się o inny świat, przekroczyć granicę. Bohaterowie Murakamiego przechodzą na drugą stronę lustra, błądzą po lesie -labiryncie, który okazuje się częścią ich samych, obserwują siebie z wysokości diabelskiego młyna... Oba światy, realny i ten drugi, niepostrzeżenie się przenikają – pewnie dlatego, że Murakami opisuje je z rzeczową naturalnością, skrupulatnie. Kiedy jego bohaterowie gotują obiad, czytelnik może spisywać gotowe przepisy, jeśli utkną w korku, czujemy fizycznie ich napięcie. Ale kiedy przesiadamy się do równoległej rzeczywistości, wszystko jest równie namacalne. Nie bez powodu Murakami twierdzi, że nic nie sprawia mu większej przyjemności niż opisywanie w najdrobniejszych detalach rzeczy, które nie istnieją. Zapewnia jednak, że jest pragmatykiem – zjawiska nadprzyrodzone go nie interesują. Raczej możliwości mózgu – bo to umysł jest dla niego przepustką do innych światów. Jego dziadek był mnichem buddyjskim, on deklaruje niewiarę w Boga. Ale przyznaje, że „niemała liczba tajemniczych wydarzeń ubarwiła tu i tam jego życie”. I że koncentrując się na obcej osobie, potrafi uzyskać wiele informacji na jej temat.
 
Autor niemałej liczby tajemniczych opowieści największą popularność zyskał za sprawą prostej historii miłosnej o tytule zaczerpniętym z piosenki Beatlesów. „Norwegian Wood” – sukces o słodko-gorzkim smaku. 3,5 miliona sprzedanych egzemplarzy tylko w Japonii, ale też przewodniki po miejscach opisanych w powieści (i pielgrzymki do nich), lawina listów, koniec anonimowości. No i cała ta radosna gadżetomania, z czekoladkami w kształcie drzewka „o czystym smaku lasu i miłości” na czele. To było dla niego za dużo: dezorientacja, irytacja, nawet wstyd. Poczucie samotności („Miałem wrażenie, że wszyscy mnie nienawidzą”). Przez siedem miesięcy nic nie napisał. Nie licząc przekładów z literatury amerykańskiej, bo to może robić zawsze. A ile ma przy tym frajdy! Ile się uczy! Kiedy tłumaczył „Uwolnić niedźwiedzie” Johna Irvinga, spotkał się z nim w Nowym Jorku. Ponieważ Irving nie miał za wiele czasu, umówili się rano w Central Parku na rozmowę w biegu. Dosłownie. Stany to dla Murakamiego drugi dom, kilka lat spędził jako wykładowca współczesnej literatury japońskiej na tamtejszych uniwersytetach. Uciekał też do Europy – przed sławą, japońskością... Potem okazało się, że i poza krajem jest rozpoznawalny. I że Japonia jest mu mimo wszystko bliska. Poczuł to szczególnie w 1995 roku, kiedy podczas jego pobytu za granicą Japończycy przeżyli dwie tragedie: trzęsienie ziemi i zamach gazowy w tokijskim metrze, zorganizowany przez sektę Najwyższa Prawda. Wydał wtedy dwa tomy wywiadów – z ofiarami zamachu i członkami sekty. Zszedł z piedestału, chciał być bliżej ludzi. Dotknąć, zrozumieć...

Utrzymać rytm

W Japonii pisarz to mistrz i nauczyciel, specjalista od życia, od wszystkiego. Więc Murakami wciąż jest nagabywany: o występ w reklamie, wykład, wypowiedź, komentarz, radę, przepis, uświetnienie czegoś tam. I co myśli o skażeniu środowiska, o powrocie mini... Uznał, że nie chce mieć nic wspólnego z telewizją i w ogóle bywać – pięć garniturów i 20 krawatów rzadko opuszcza szafę. Jego styl to tenisówki, plastikowe zegarki. Minimalizm. Również w wystroju domów – tego w Tokio i tego nad morzem.

Przez trzy lata bezpośredni kontakt z czytelnikami zapewniała mu własna strona internetowa. Zanim ją zamknął, odpowiedział na jakieś sześć tysięcy mejli. A potem wydał całą zawartość w postaci książek i płyt. Nie uznaje granic między sztuką a literaturą popularną, czerpie pełnymi garściami z kultury masowej. Oczywiście, traktuje ją na swój sposób: kiedy swoim bohaterem czyni Johnniego Walkera czy pułkownika Sandersa z KFC, nie jest to z pewnością hołd złożony tym wynalazkom. Ale niektórzy uważają go za cynicznego przedsiębiorcę produkującego beznamiętnie chwytliwy towar. Pierwszym czytelnikiem i krytykiem jego twórczości jest Yoko. Także doradcą, administratorką, ochroniarzem. Filtrem. Robi zdjęcia do jego tekstów prasowych. Dzieci nie mają, wszystko oddali pisarstwu. Bo pisarstwo według Murakamiego to dyscyplina, konsekwencja, skupienie, wytrwałość... „Żeby wytrwać w czymkolwiek, trzeba utrzymać rytm” – podkreśla. Rytm biegu, jazzu, zdania... Aha, jeszcze jedno: nie trzeba dogadzać wszystkim. Tego nauczył się, prowadząc bar: „Żeby utrzymać się w interesie, wystarczy grono stałych bywalców”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze