1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Haruki Murakami - Coś spadło z przestworzy

Haruki Murakami - Coś spadło z przestworzy

Przyjęło się, że Haruki Murakami to arcyciekawy pisarz o wyjątkowo nudnym życiorysie. Ale czy ktoś, komu dźwięk odbitej piłki przynosi objawienie, kto zaczyna wstawać o godzinie, o której wcześniej kładł się spać, i nagle zostaje maratończykiem, może być nudny?

Na początku był jazz. Chociaż były też studia literaturoznawcze na tokijskim uniwersytecie. No, ale nie każdy, kto studiuje literaturę, musi być powodowany ambicjami literackimi. Murakami nie był. A więc jazz. Kupowanie płyt za pieniądze zaoszczędzone na jedzeniu. Klub jazzowy – otworzył go wraz z żoną. Nazywał się Peter Cat – na cześć starego kota, który po trudach miejskiego życia trafił na starość na wieś. Bo Murakamiego wciągnął wtedy całkowicie rytm miasta. W ciągu dnia pracował w sklepie muzycznym, wieczorami udzielał się w klubie, a na noc wracał do domku stojącego na trójkątnej posesji między torami dwóch linii kolejowych. Zgrzyty, świsty, dudnienie, gwizdy, stuki... Był to bardziej świat dźwięków niż słów. Muzyka w klubie musiała grać na tyle głośno, żeby zagłuszała konwersacje. Sam ją zresztą puszczał, sam robił kanapki, mieszał drinki, zmywał naczynia, przyrządzał faszerowaną kapustę (na którą do dziś nie może patrzeć), no i siekał cebulę – worek dziennie (do dziś nie płacze przy tej czynności). Najlepiej czuł się w małej wnęce, w której połykał powieść za powieścią. Ale też mógł obserwować stamtąd „prawdziwe istoty ludzkie na żywo”. A potem przyszedł 1 kwietnia 1978 roku. Murakami miał 29 lat. Wybrał się na mecz baseballowy ulubionej drużyny Jaskółki Yakult. Miejsce miał na zapolu – żadnych trybun, ławek, tylko trawiasty stok. Więc leżał na tej świeżej trawie, pod bezchmurnym, wiosennym niebem, sącząc piwo i delektując się całością. Wreszcie na scenę wkroczył amerykański pałkarz Dave Hilton. Pierwszą piłkę posłał na lewe pole. Kij trafił z impetem w piłkę, po stadionie rozeszło się echo uderzenia... A w głowie Murakamiego pojawiła się, niczym objawienie, myśl: a może by tak napisać książkę? „Wciąż pamiętam bezkresne niebo, dotyk świeżej trawy i radosny trzask kija – wspomina. – Coś spadło wówczas z przestworzy i cokolwiek to było, przyjąłem ten dar”.

Miast zajmować się kontemplowaniem doświadczenia, udał się do sklepu po pióro i papier. Pół roku później pierwsza powieść „Słuchajcie pieśni wiatru” była gotowa. Pisał ją w nocy przy kuchennym stole, popijając piwo. Godzina, dwie i do łóżka. Wyszły z tego krótkie zdania, krótkie rozdziały, 200 stron. Nagroda w konkursie dla debiutantów literackiego pisma „Gunzō”. Powieść doceniono właśnie z powodu oryginalnego, rwanego stylu – rezultat wykradania nocy cennych godzin. Zaczyna się od słów: „Nie istnieje perfekcyjne pisanie. Tak samo jak nie istnieje perfekcyjne rozczarowanie”.

Oddać wszystko pisarstwu

Wygląda na to, że to biograf Murakamiego Jay Rubin przyczynił się do rozpowszechniania opinii o zwyczajności (żeby nie powiedzieć nijakości) pisarza. „Nie miał żadnych szczególnych zainteresowań ani wad; żadnych obsesji ani dziedzin, w których byłby specjalistą – ubolewa, wspominając młodość pisarza. – Nie pochodził z patologicznej rodziny; nie doznał ciężkiego załamania ani urazów psychicznych. Nie żył ani w dostatku, ani w nędzy. Nie był ani upośledzony, ani nadmiernie uzdolniony”. Jakim cudem – chciałoby się zapytać – został pisarzem?

A jednak w jego życiu były książki (czytane pod szkolną ławką albo na wagarach). Rodzice, którzy uczyli języka japońskiego i literatury, a w domu przy posiłkach dyskutowali o poezji. No i byli Amerykanie – okupanci przychodzący z fascynującego świata. Świata Hollywoodu, rock and rolla, jazzu, ale też Raymonda Chandlera, F. Scotta Fitzgeralda, Kurta Vonneguta czy Trumana Capote’a. Lektura tego ostatniego utwierdziła go w przekonaniu, że chce studiować literaturę. Najpierw musiał przyswoić sobie standardowy język japoński (wcześniej posługiwał się tylko dialektem z okolic Kobe). Kolejna adaptacja polegała na zapuszczeniu włosów, brody, zmianie garderoby („Z moim dotychczasowym strojem naprawdę nie dałoby się przeżyć, więc musiałem wyglądać jak flejtuch”). Zamieszkał w akademiku, na zajęcia raczej nie chodził – wolał kluby jazzowe i sale kinowe. Randki, picie z kolegami, wędrówki z plecakiem, nocowanie pod gołym niebem. Pracę dyplomową poświęcił „idei podróży w filmie amerykańskim”, chciał zostać scenarzystą.

 
Jeszcze na studiach postanowił się ożenić. Z Yoko, wzorową studentką z Tokio, poznaną podczas pierwszych zajęć. Rodzice Murakamiego byli przeciwni, a oni poszli do urzędu i się zarejestrowali. Mieli po 22 lata. 10 lat później Haruki oznajmił żonie, że chce zostać pisarzem. Nie takim z doskoku, drapiącym w nocy po kuchennym stole, ale takim z biurkiem, w pełnym wymiarze godzin. Oznaczało to zamknięcie przynoszącego zyski klubu, postawienie wszystkiego na jedną kartę („Musiałem oddać pisarstwu wszystko, co miałem”).

Samotność długodystansowca

Po ukończeniu książek poprawia je w nieskończoność, nawet po ich publikacji. Przyznaje, że nie ma żadnych rzeczy, tematów, z którymi chciałby się mierzyć. Że większość jego historii zaczyna się od tytułu. Pojawia się jakieś sformułowanie, w ślad za nim obraz. A on podąża ufnie za tym obrazem... Potem mówi o jakimś opowiadaniu „dziwne”, jakby nie wiedział kto, co i jak, nie potrafi wyjaśnić, co oznacza owca w jego powieści. Zresztą... Podczas pisania „Przygody z owcą” nie czuł nawet, że ją tworzy, działał bez planu. „Opowieść już jest wewnątrz człowieka i trzeba ją z siebie wyciągnąć. Nie da się jej stworzyć, można ją tylko wydobyć”. Przez pierwsze rozdziały przebrnął po omacku, potem coś zaświtało w ciemności. Więc szedł za tym promykiem światła, uważając, żeby nie wpaść w jakąś dziurę. „Najczęściej przypomina to improwizację jazzową, bo fabuła prowadzi mnie tam, gdzie sama chce”.

Pisanie opowiadań to zabawa – dają mu poczucie swobody, lekkości – ale już powieści... Pojawia się „wrażenie przechodzenia do krainy zmarłych”. Zwłaszcza na początku całego procesu, zwłaszcza tuż przed świtem. Dopadają go lęki, myśli o śmierci. A właściwie ta jedna, uporczywa: „Nie chcę umierać, nie chcę umierać, nie chcę umierać. Przynajmniej dopóki nie skończę tej książki, absolutnie nie chcę umierać”. Być może to ten lęk kazał mu radykalnie zmienić tryb życia. Trzy paczki papierosów dziennie ustąpiły miejsca diecie, ćwiczeniom i bieganiu. Dzień przesunął się o 180 stopni – teraz zaczyna się o godzinie czwartej, kończy o 21. Codziennie przebiega 10 kilometrów. Startuje w maratonach, triatlonach. Bieganie to rodzaj terapii. Sposób na zachowanie zdrowia. Ale też rodzaj sprawdzianu: jak rozkładać siły? Jak odróżnić konsekwencję od obsesji? Ile uwagi skupiać na świecie zewnętrznym, a ile na własnym wnętrzu? Raczej introwertyk. Potrafi brylować w towarzystwie, a potem nagle zapaść się w siebie. Jedynak indywidualista. Nawet gdy podczas studiów angażował się w demonstracje antymilitarne, uczestniczył w protestach w pojedynkę (rzucanie kamieniami w policję – tak, ale już wspólne budowanie barykad – niekoniecznie). Uparty. Ukończył stukilometrowy ultramaraton, chociaż całe ciało wołało o litość, rozpadało się, chociaż czuł się „jak kawałek wołowiny, wpychany wolno do maszynki do mięsa”.

W studni podświadomości

Wizjoner-racjonalista. Nie musi stymulować wyobraźni, by w jego opowieściach pojawił się krasnoludek tańczący do muzyki Rolling Stonesów, fabryka słoni, magazyn z czaszkami jednorożców, gadające koty, kobiety o paranormalnych zdolnościach (wróżące z wody czy też wyposażone w niezwykłe uszy). W to wszystko wplecione są motywy czasu, straty, szukania drogi – do siebie, do innych. A kiedy się szuka, zanurzając się w gęstej mgle emocji, pragnień, sprzecznych dążeń, nietrudno otrzeć się o inny świat, przekroczyć granicę. Bohaterowie Murakamiego przechodzą na drugą stronę lustra, błądzą po lesie -labiryncie, który okazuje się częścią ich samych, obserwują siebie z wysokości diabelskiego młyna... Oba światy, realny i ten drugi, niepostrzeżenie się przenikają – pewnie dlatego, że Murakami opisuje je z rzeczową naturalnością, skrupulatnie. Kiedy jego bohaterowie gotują obiad, czytelnik może spisywać gotowe przepisy, jeśli utkną w korku, czujemy fizycznie ich napięcie. Ale kiedy przesiadamy się do równoległej rzeczywistości, wszystko jest równie namacalne. Nie bez powodu Murakami twierdzi, że nic nie sprawia mu większej przyjemności niż opisywanie w najdrobniejszych detalach rzeczy, które nie istnieją. Zapewnia jednak, że jest pragmatykiem – zjawiska nadprzyrodzone go nie interesują. Raczej możliwości mózgu – bo to umysł jest dla niego przepustką do innych światów. Jego dziadek był mnichem buddyjskim, on deklaruje niewiarę w Boga. Ale przyznaje, że „niemała liczba tajemniczych wydarzeń ubarwiła tu i tam jego życie”. I że koncentrując się na obcej osobie, potrafi uzyskać wiele informacji na jej temat.
 
Autor niemałej liczby tajemniczych opowieści największą popularność zyskał za sprawą prostej historii miłosnej o tytule zaczerpniętym z piosenki Beatlesów. „Norwegian Wood” – sukces o słodko-gorzkim smaku. 3,5 miliona sprzedanych egzemplarzy tylko w Japonii, ale też przewodniki po miejscach opisanych w powieści (i pielgrzymki do nich), lawina listów, koniec anonimowości. No i cała ta radosna gadżetomania, z czekoladkami w kształcie drzewka „o czystym smaku lasu i miłości” na czele. To było dla niego za dużo: dezorientacja, irytacja, nawet wstyd. Poczucie samotności („Miałem wrażenie, że wszyscy mnie nienawidzą”). Przez siedem miesięcy nic nie napisał. Nie licząc przekładów z literatury amerykańskiej, bo to może robić zawsze. A ile ma przy tym frajdy! Ile się uczy! Kiedy tłumaczył „Uwolnić niedźwiedzie” Johna Irvinga, spotkał się z nim w Nowym Jorku. Ponieważ Irving nie miał za wiele czasu, umówili się rano w Central Parku na rozmowę w biegu. Dosłownie. Stany to dla Murakamiego drugi dom, kilka lat spędził jako wykładowca współczesnej literatury japońskiej na tamtejszych uniwersytetach. Uciekał też do Europy – przed sławą, japońskością... Potem okazało się, że i poza krajem jest rozpoznawalny. I że Japonia jest mu mimo wszystko bliska. Poczuł to szczególnie w 1995 roku, kiedy podczas jego pobytu za granicą Japończycy przeżyli dwie tragedie: trzęsienie ziemi i zamach gazowy w tokijskim metrze, zorganizowany przez sektę Najwyższa Prawda. Wydał wtedy dwa tomy wywiadów – z ofiarami zamachu i członkami sekty. Zszedł z piedestału, chciał być bliżej ludzi. Dotknąć, zrozumieć...

Utrzymać rytm

W Japonii pisarz to mistrz i nauczyciel, specjalista od życia, od wszystkiego. Więc Murakami wciąż jest nagabywany: o występ w reklamie, wykład, wypowiedź, komentarz, radę, przepis, uświetnienie czegoś tam. I co myśli o skażeniu środowiska, o powrocie mini... Uznał, że nie chce mieć nic wspólnego z telewizją i w ogóle bywać – pięć garniturów i 20 krawatów rzadko opuszcza szafę. Jego styl to tenisówki, plastikowe zegarki. Minimalizm. Również w wystroju domów – tego w Tokio i tego nad morzem.

Przez trzy lata bezpośredni kontakt z czytelnikami zapewniała mu własna strona internetowa. Zanim ją zamknął, odpowiedział na jakieś sześć tysięcy mejli. A potem wydał całą zawartość w postaci książek i płyt. Nie uznaje granic między sztuką a literaturą popularną, czerpie pełnymi garściami z kultury masowej. Oczywiście, traktuje ją na swój sposób: kiedy swoim bohaterem czyni Johnniego Walkera czy pułkownika Sandersa z KFC, nie jest to z pewnością hołd złożony tym wynalazkom. Ale niektórzy uważają go za cynicznego przedsiębiorcę produkującego beznamiętnie chwytliwy towar. Pierwszym czytelnikiem i krytykiem jego twórczości jest Yoko. Także doradcą, administratorką, ochroniarzem. Filtrem. Robi zdjęcia do jego tekstów prasowych. Dzieci nie mają, wszystko oddali pisarstwu. Bo pisarstwo według Murakamiego to dyscyplina, konsekwencja, skupienie, wytrwałość... „Żeby wytrwać w czymkolwiek, trzeba utrzymać rytm” – podkreśla. Rytm biegu, jazzu, zdania... Aha, jeszcze jedno: nie trzeba dogadzać wszystkim. Tego nauczył się, prowadząc bar: „Żeby utrzymać się w interesie, wystarczy grono stałych bywalców”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Filmy na długi weekend poleca szefowa działu kultury "Zwierciadła"

Kadr z filmu
Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)
Jakie filmy na długi weekend? Jeśli myślicie o wybraniu się do kina, decyzja może być niełatwa, bo po tygodniach lockdownu namnożyło się nam premier i znakomita większość z nich jest warta zobaczenia. A może by tak spojrzeć na najnowsze kinowe produkcje czysto użytkowo? Czego się dzięki nim dowiecie? Czym was zaskoczą? Jakie drzwi przed wami uchylą? Oto trójka filmów ciekawostek, dzięki którym trochę inaczej spojrzycie na świat.

„Ludzki głos”

Przez ponad 40 lat reżyserowania filmów Pedro Almodovar wyraźnie dał publiczności do zrozumienia, jakie historie i postacie go interesują. Niewielu jest filmowców równie charakterystycznych, o „almodovarowskim klimacie” mówimy, kiedy na ekranie emocje sięgają zenitu, a namiętność uwikłanych w najdziwniejsze uczuciowe układy bohaterów prowadzi ich do niechybnej zguby. Plus wspaniałe kobiece role i dziko kolorowe stylowe wnętrza – oto Almodovar w czystej postaci. W „Ludzkim głosie” nie brakuje żadnego z wyżej wymienionych składników, a jednak to w twórczości reżysera rewolucyjne posunięcie. Po pierwsze Tilda Swinton na ekranie – twórca „Kiki” czy „Wszystkiego o mojej matce” nigdy wcześniej nie nakręcił anglojęzycznego filmu. Celowo nie piszę, że Tilda występuje tu w głównej roli, bo to właściwie filmowy monodram. Występuje tu jeszcze tylko sprzedawca w sklepie z narzędziami, od którego bohaterka grana przez Swinton (kobieta porzucona, na skraju załamania nerwowego) kupuje siekierę, żeby dać upust swojej rozpaczy. I jeszcze długość „Ludzkiego głosu” – pół godziny. Co z pozostałą prawie godziną? Po tym, jak wybrzmi ostatnia scena filmu, w ramach seansu zaglądamy z wizytą do mistrza hiszpańskiego kina i do ikony kina brytyjskiego. Zgodnie z nową pandemiczną tradycją, rozmawiają online, każde od siebie z domu. Chcecie wiedzieć jak mieszka Almodovar, a jak Tilda? Które z nich ma leniwie pozującego do kamery kota, a które psy? Jak się dogadują, jak powstawał film i co jeszcze wspólnie szykują? Wpadajcie do kina na „Ludzki głos”.

Kadr z filmu 'Ludzki głos'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ludzki głos". (Fot. materiały prasowe)

„La Gomera”

Kryminalna historia gangsterska, opowiadana po części całkiem serio, po części z przymrużeniem oka. Jej reżyser Corneliu Porumboiu to uznany twórca rumuńskiej Nowej Fali, dotychczas kręcił filmy o i w swojej ojczyźnie, tym razem wziął się za produkcję międzynarodową. Jest tu wszystko, czego można się po tego typu kryminalnej historii spodziewać: skorumpowani policjanci, narkotyki, wielkie pieniądze, bezwzględne czarne charaktery, tajemnicza femme fatale. Ale są tu też wątki, których w takim filmie nie spodziewalibyście się wcale. Skąd w tytule „La Gomera”? To właśnie na tej jednej z Wysp Kanaryjskich gangsterzy mają dobić targu. A cała filmowa intryga opiera się na tutejszym el silbo. Czyli tradycyjnym języku tutejszych mieszkańców – gwizdanym. Na mało zaludnionej, a pokrytej dolinami i wzniesieniami, zamglonej i wietrznej Gomerze powstał system porozumiewania się na odległość inny niż rozpalanie ognisk czy bicie w tam tamy, skuteczniejszy i bardziej dokładny. Gwiżdże się głośno, przeciągle i bardzo melodyjnie. Całe sylaby. Dowolne zdanie, nazwy własne, wszystko. Dziś el silbo kultywuje się jako część tradycji regionu, jest wśród obowiązkowych przedmiotów w szkole. A w filmie „La Gomera” przybyłe z Bukaresztu typy spod ciemnej gwiazdy uczą się go jako szyfru, żeby porozumiewać się między sobą i uniknąć wpadki. Oryginalny pomysł? Tak jak i sam film, który niejednego widza skłoni do wycieczki na nie tak popularną – zupełnie niesłusznie – kanaryjską Gomerę.

Kadr z filmu 'La Gomera'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)

„Ojciec”

O tym filmie wiele mówi się w kontekście rewelacyjnej roli Anthony’ego Hopkinsa i Olivii Coleman i rzeczywiście oboje są świetni. A już szczególnie wznoszący się na wyżyny aktorstwa Hopkins: jeśli wydawało wam się, że znacie wszystkie jego genialne zagrania, możecie wyjść z kina zaskoczeni. Ta rola ma tym większy ciężar, że jest niezwykle osobista, Hopkins gra starszego schorowanego człowieka, w wywiadach sam przyznaje, że czerpał z doświadczeń własnego ojca, ale też oglądając go w tej roli nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w jakimś sensie 84-letni brytyjski aktor odgrywa scenariusz, który może przytrafić się także jemu. Jego filmowy imiennik coraz mniej pamięta, coraz częściej mylą mu się fakty, gubi przedmioty, traci orientację. Tak, o starości i demencji opowiadano i w teatrze („Ojciec” to ekranizacja sztuki) i w kinie mnóstwo razy, a jednak ten film zaskakuje. Nakręcono go trochę jak thriller czy kryminał, tak, żeby każdy z nas mógł się wczuć w sytuację głównego bohatera. Razem z nim próbujemy odróżnić prawdę od tego, co tylko się wydaje, rozpoznać, kto jest kim, gdzie się w ogóle znajdujemy. Mieszkanie za każdym razem jest trochę inne, przedmioty zmieniają swoje miejsce. Czy córka Anthony’ego mieszka z mężem czy sama? Komu można ufać? Jaka jest kolejność zdarzeń? Odpowiedzi szukamy aż do finału, kiedy zagadka się rozwiązuje. Genialny pomysł, projekcje „Ojca” powinny być obowiązkowe dla wszystkich , którzy zajmują się bliskimi zmagającymi się z demencją czy chorobą Alzheimera. A właściwie dla każdego z nas, bo to poza wszystkim także po prostu film o byciu z drugim człowiekiem, wspieraniu go, nawet jeśli zupełnie nie rozumiemy jego zachowania.

Kadr z filmu 'Ojciec'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ojciec". (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

Seriale – nowości, które warto zobaczyć

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Pure". (Fot. materiały prasowe)
Wśród serialowych nowości, są takie, które naprawdę warto zobaczyć. Oto produkcje, które obejrzycie z przyjemnością.

„Witamy na odludziu”, 8 odcinków, HBO GO

Nie spodziewajcie się kolejnego skandynawskiego kryminału. To bardziej czarna komedia w duchu braci Coen z elementami westernu. Akcja „Witamy na odludziu” rozgrywa się na północnych krańcach Norwegii, na dawnym terytorium Samów. Odwiedzamy niewielką, odizolowaną od świata społeczność, która składa się z samych oryginałów. Są tu: skorumpowany szef policji z chorobą Leśniowskiego-Crohna, opętana przez złego ducha sprzedawczyni, fińscy przemytnicy alkoholu, sutener w żałobie, przeklinająca Boga pastorka, no i patrząca na tę zwariowaną zbieraninę nauczycielka, która pojawiła się w Utmark, żeby zacząć nowe życie. Głównym wątkiem jest jednak zacięta rywalizacja między popijającym i niezbyt wygadanym hodowcą owiec Finnem a bezwzględnym Bilzim, dla którego Norwegowie to intruzi na ziemiach jego przodków. Zaczyna się banalnie, od konfliktu o owce, na które poluje ukochany pies Lapończyka. Sprawy się komplikują, gdy żona Finna opuszcza go i wraz z ich 12-letnią córką, najdojrzalszą z całego towarzystwa, wprowadza się do domu Bilziego.

„Nierealne”, 6 odcinków, HBO i HBO GO

W Londynie roku 1896 na skutek tajemniczego zjawiska część mieszkańców zostaje obdarzonych nadprzyrodzonymi zdolnościami. Chodzi głównie o kobiety, które bynajmniej nie zjednują sobie sympatii ogółu, są traktowane jako zagrożenie, a nawet prześladowane. Głównym bohaterkom serialu – skorej do bitki wieszczce i pomysłowej wynalazczyni – dzięki wsparciu filantropki z wyższych sfer udaje się stworzyć dla „dotkniętych” azyl. Serial jest jak ćwiczenie z wyobraźni, co by było, gdybyśmy przenieśli fabułę „X-Men” do wiktoriańskiej Anglii i wzbogacili ją feministycznym podtekstem. Produkcyjny rozmach robi wrażenie, ale mnożenie w nieskończoność wątków i pomysłów trochę nuży.

„Pure”, 6 odcinków, BBC First

Nerwica natręctw może się przejawiać kompulsywnym myciem rąk albo ciągłym sprawdzaniem, czy zakręciliśmy wodę. W przypadku 24-letniej Marnie manifestuje się obsesyjnymi myślami na temat seksu. Kiedy na 25-leciu ślubu rodziców wyobraźnia podsuwa jej pornoscenki z rodziną w rolach głównych, Marnie pęka. Ucieka do Londynu. Chce się w końcu dowiedzieć, co z nią nie tak. Może podświadomość daje jej do zrozumienia, że jest lesbijką albo seksoholiczką? Twórcy umiejętnie łączą komediową konwencję o dojrzewaniu grupy 20-latków z tematem wpływu nerwicy na życie, w tym relacje z bliskimi i przyjaciółmi.


  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.

  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.