Karolina Breguła: Moja koreańska wojna

Breguła: Moja koreańska wojna
Karolina Breguła

Przyleciałam do Seulu w ostatnich dniach stycznia. Krótko po moim przyjeździe Korea Północna przeprowadziła próbę nuklearną, po której media na całym świecie zaczęły alarmować o coraz większym zagrożeniu ze strony Pyongyang.
Z niepokojem obserwowałam rosnące napięcie, każdego dnia coraz więcej czasu poświęcając zdobywaniu informacji na temat konfliktu z Koreą Północną. Zdenerwowana nowymi wiadomościami, bezustannie biegałam do swoich koreańskich sąsiadów, by sprawdzić, jakie jest ich zdanie na temat tego, co się dzieje. Zdziwieni moim zaangażowaniem w nieistotną – ich zdaniem – sprawę, odpowiadali zawsze to samo: „Nie martw się, to tylko polityczna gra”.

Nie wierzyłam w ich spokój, codziennie więc przychodziłam sprawdzać, jak zareagują na najświeższe wiadomości. Opowiadałam im o wyliczeniach, ile minut potrzeba Korei Północnej, by zamienić Seul w morze ognia; opisach zniszczeń, jakie są w stanie spowodować amerykańskie pociski; prośbach Pyongyang o ewakuację obcokrajowców i ich kilkukrotnych groźbach ataku zaplanowanego zwykle na pojutrze.

Każdego dnia byli tak samo niewzruszeni. Relacje z moich prasówek traktowali jak poranną porcję dobrych dowcipów. Jakkolwiek poważne brzmiałyby doniesienia prasowe, oni niezmiennie reagowali śmiechem. Na początku wydawało mi się, że to reakcja obronna, która pozwala im nie zwariować. Ale szybko zrozumiałam, że naprawdę ani trochę się nie obawiają.

Moje życie w Seulu szybko zaczęło rozchodzić się na dwie równoległe rzeczywistości – tę beztroską, którą dzieliłam z Koreańczykami i tę nerwową, która była udziałem zagranicznych artystów w Changdong Art Studio. Nasz budynek miał dwa piętra, na każdym z nich był dom jednej z moich dwóch rzeczywistości.

Na parterze, gdzie znajdują się biura i pracownie koreańskich artystów, życie toczyło się zawsze tym samym rytmem, niezależnie od tego, co mówiły dzienniki. Można było tutaj wypić kawę, poplotkować i umówić się na sobotnią imprezę. Zawsze było wesoło i sympatycznie.

Piętro wyżej trwała koreańska wojna. Ja i moje dwie europejskie sąsiadki codziennie spotykałyśmy się w kuchni – każda z nas po wielogodzinnej lekturze porannej prasy. Nawet kiedy przysięgałyśmy sobie, że nie będziemy więcej omawiać polityki, co rano robiłyśmy to na nowo. Porównywałyśmy wiadomości z polskich, fińskich i irlandzkich źródeł. Potem dla pewności oglądałyśmy jeszcze BBC i CNN.

Wprowadziłam się w przedziwny stan podwójnego życia. Codziennie, po wielogodzinnym porannym zagłębianiu się w temat ataku, który może nastąpić w każdej chwili, ruszałam do pracy w mieście pełnym życia i radości. Na kilkanaście godzin zupełnie zapominałam o niebezpieczeństwie, by przypomnieć sobie o nim późnym wieczorem, po przekroczeniu progu naszej kuchni, gdzie zwykle trwały już polityczne analizy.

Sama słuchałam głośnej muzyki, a podobne dźwięki, dobiegające od sąsiadów z drugiej strony podwórka powodowały, że nerwowo nasłuchiwałam upewniając się, czy to nie wybuchy północnokoreańskich bomb. Umawiałam się przez telefon na kawę, równocześnie odbywając wojenny rytuał układania paszportu, portfela, komputera i aparatu na stoliku przy drzwiach, żeby w razie ewakuacji móc szybko opuścić mieszkanie. W pewnym momencie nie wiedziałam już, w którą z tych rzeczywistości wierzę bardziej. Wszystko kompletnie mi się pomieszało.

Zgodnie z tym, co trzy dni temu podały media, eksperci do spraw konfliktu między Północną i Południową Koreą szacują, że na 70-80 procent wybuchnie wojna. Czytając to pierwszy raz szczerze się zaśmiałam – takie wyliczenie to świetna ilustracja tego, jak żyło mi się w Korei. Wczoraj gazety pisały o podejrzeniach, że Korea Północna planuje atak na 15 kwietnia czyli w dzień urodzin Kim Ir Sena.

Jest 15 kwietnia. Piję kawę na lotnisku Incheon. Czytam wiadomości, równocześnie trzęsąc się ze strachu i śmiechu – po wielu tygodniach treningu jestem w tym bardzo dobra. Mimo wszystko cieszę się, że za kilka godzin zredukuję ilość rzeczywistości i skalę towarzyszących im emocji. Taka zmiana przyda się nie tylko mnie, ale i moim koreańskim znajomym, którym należy się przerwa w słuchaniu bzdur o wojnie.