Elizabeth Strout – książka rodzi się z chaosu

Elizabeth Strout (Fot. materiały prasowe)

Nawet gdybym miała nigdy nic nie opublikować, pisałabym dalej – mówi laureatka Nagrody Pulitzera w dziedzinie literatury pięknej Elizabeth Strout.

Na spotkanie z Elizabeth Strout w Nowym Jorku w to gorące jesienne popołudnie wybrałem się jak głupi w koszuli z długimi rękawami i eleganckich spodniach, więc choć pisarka mieszka zaledwie cztery przecznice od metra, wchodząc do nowoczesnego apartamentowca The Brittany, ociekam potem. Wzrok portiera w liberii nie pozostawia wątpliwości, co sądzi o mokrych koszulach, ale nie wyprasza mnie z marmurowego holu, tylko anonsuje gospodyni. Pisarka mieszka na dziesiątym piętrze, w mieszkaniu, którego niewielkie rozmiary rekompensują wspaniały widok na East River i Harlem oraz basen, sauny, siłownia, pralnia i garaż. Napisałem „jak głupi”, bo gospodyni przyjmuje mnie w luzackim stroju i każe mówić do siebie po imieniu. Siadamy przy sosnowym stole w jadalni, gdzie powstała pokaźna część jej literackiego dorobku. Elizabeth pisze bowiem dość chaotycznie: poszczególne sceny, dialogi, myśli notuje na kartkach i dopiero pod koniec procesu twórczego nadaje im kolejność, łącząc w spójną całość.

Ludzkie dramaty bohaterów twoich powieści rozgrywają się na tle zapierającej dech w piersiach przyrody. Nie tęsknisz za owymi wspaniałościami, mieszkając w Nowym Jorku, gdzie są tylko dwie pory roku: zimne błocko i łaźnia turecka?
Nawet w Maine zimy nie są już tak ostre jak kiedyś. Nie pamiętam ’59 roku, bo miałam wtedy niecałe cztery lata. Ale jak byłam mała, zawsze spadały całe fury śniegu, wszystko zamarzało. Książkę („Trwaj przy mnie”, przyp. red) pisałam w Nowym Jorku, a serce wyrywało się do małych miasteczek zagubionych na rubieżach mroźnego Maine.

Nawet pochodzącej z arystokratycznego Bostonu żonie pastora się spodobało.
Fakt, że Lauren pochodzi z Massachusetts, wydaje mi się bardzo interesującym aspektem intrygi, umożliwia pokazanie amerykańskich podziałów klasowych. Do tej pory pamiętam zabawne – jak myślę – zdanie z książki, że w dniu ślubu po obu stronach nawy panowało milczące przekonanie, że właśnie ich młode popełnia mezalians. Matka Tylera zadziera nosa, rodzina Lauren też: jak ona może wychodzić za prowincjonalnego pastorzynę.

A jak ty wspominasz dziedziństwo w domu na końcu nieutwardzonej wiejskiej drogi?
Wychowywałam się w Maine i New Hampshire, ale oba domy stały daleko od innych. Bardzo dużo czasu spędzałam sama w lesie. Właśnie wtedy nawiązałam bliski kontakt z naturą, krajobrazem. One były moim prawdziwym domem i w pewnym sensie sprawiły, że zostałam pisarką, bo od wczesnego dzieciństwa musiałam polegać na samej sobie, a przez to również lepiej się poznać.

Fantazjowałaś, że towarzyszą ci fikcyjne osoby?
Miałam prawdziwych przyjaciół. Latem – ropuchy, które nosiłam wszędzie w wiaderku i którym budowałam domki z sosnowych gałązek, żółwie mieszkające nad brzegiem potoku, leśne kwiaty. To byli towarzysze mojego dzieciństwa.

Lubiłaś samotność?
Opowiadam teraz o czasach, kiedy byłam dzieckiem bardzo szczęśliwym w swoim lesie. Jak podrosłam, izolacja zaczęła mi doskwierać. Lubię ludzi, zawsze mnie fascynowali, tymczasem nie było ich wokół. W końcu zapragnęłam się stamtąd wyrwać.

Powiedziałaś kiedyś, że twoi rodzice „sceptycznie podchodzili do przyjemności”, co brzmi jak dowcipne wyrażenie myśli: męczyłam się.
Byli prawdziwymi purytanami całkowicie podporządkowanymi etyce, wedle której znaleźliśmy się na tym padole, by ciężko pracować. Ich przodkowie mieszkali w Maine od niepamiętnych czasów, antenaci mamy przyjechali do Ameryki w 1603 roku. Rodzice nie uznawali telewizji. Jedyną rozrywką był cotygodniowy „New Yorker”.

Czyli jakiś powiew świeżych idei do was docierał. W „Trwaj przy mnie” podkpiwasz z pani psycholog Rhondy Skillings. Uważasz teorie Freuda – z braku trafniejszego słowa – za głupie?
Nie tyle głupie, co niepełne. Stanowią zaledwie fragment układanki pozwalającej zrozumieć rozwój istoty ludzkiej. Szykując się do pisania książki, poszłam na wykłady o tym okresie amerykańskiej historii. Dowiedziałam się, że dopiero po drugiej wojnie zaczęto stosować psychoanalizę wobec dzieci, więc Rhonda Skillings w swoim Maine pod koniec lat 50. naprawdę głęboko wierzyła, że ma do czynienia z najwspanialszym psychologicznym odkryciem wszech czasów.

Powieść ukazuje destrukcyjną siłę plotki, ale w jednym z wywiadów mówiłaś, że ma ona również swoje dobre strony.
Tak, w „Mam na imię Lucy” plotkowanie rzeczywiście spełnia pożyteczną rolę – ułatwia matce i córce ponowne nawiązanie kontaktu. Destrukcyjny wpływ na społeczność West Annett w „Trwaj przy mnie” wywiera złośliwa plotka, obmowa. Ówczesne amerykańskie kobiety zajmowały się domem, rodziły dzieci, a poza tym nie miały nic do roboty. Urozmaicały sobie życie, kupując nowe gadżety do domu, lecz śmiertelnie się nudziły. Młody przystojny pastor Tyler Caskey stał się główną atrakcją miasteczka i jednocześnie zarzewiem konfliktu.

Zdaniem konserwatystów lata 50. były najszczęśliwszym okresem w historii Ameryki.
Robiąc research, studiowałam pisma ilustrowane z epoki, te wszystkie reklamy, zdjęcia pań w sukienkach z talią osy na tle supernowoczesnych sprzętów gospodarstwa domowego…

Przyrządzających mężom wieczorne martini.
I sobie też. Po kryjomu, żeby zalać robaka.

W Maine oszalały powojenny konsumpcjonizm trafił na twardą opokę purytańskiej tradycji, a lata 60. nie narobiły tak wielkiego zamieszania jak w innych regionach kraju. Pisząc „Braci Burgess”, skonfrontowałaś ten niezniszczalny, specyficzny tradycjonalizm tubylców z kompletnie innym kosmosem – somalijskimi uchodźcami. Skąd zaczerpnęłaś pomysł?
Z autentycznych wydarzeń. W małym miasteczku pewien mężczyzna wrzucił do meczetu świński łeb. Jak tylko usłyszałam tę informację, pomyślałam: „To jest materiał na powieść o Ameryce”. Facet miał 30 lat i popełnił samobójstwo tydzień przed rozpoczęciem się procesu karnego. Ja zrobiłam z niego 19-latka, bo chciałam opowiedzieć o zagubieniu, pomieszaniu pojęć charakterystycznym dla młodego wieku. Studia nad somalijską kulturą zajęły mi siedem lat. Bardzo dużo czytałam, żeby poznać losy uchodźców, a równocześnie próbowałam zdobyć zaufanie tego hermetycznego środowiska, w końcu zaczęłam odwiedzać ich domy, rozmawiać.

Jeden z bohaterów odnajduje bratnią duszę w amerykańskiej ikonie Jackie Kennedy. To ciekawy zabieg psychologiczny.
Usiłowałam zrozumieć, co czuł Abdikarim, patrząc, jak zabijają mu syna, i przypomiałam sobie Jackie z dokumentalnych zdjęć, wyrywającą się ochroniarzom i zbierającą rozpryśnięty mózg męża. Pomyślałam, że Abdikarim rozumiałby jej reakcję, przymus ratowania szczątków najdroższej ci osoby.

Twoje książki zdają się zawierać wiele tropów autobiograficznych.
Nie wykorzystuję własnej biografii jako materiału, ale z każdą postacią łączy mnie osobista więź. Żeby rozumieć bohatera, muszę mu przypisać przeżycia, których sama doświadczyłam. Nawet w przypadku Abdikarima potrzebowałam takiego punktu zaczepienia.

Jednak „Mam na imię Lucy” opowiada o córce pisarce i matce nauczycielce literatury jak w twoim prawdziwym życiu.
Nie stosuję takich zabiegów świadomie. Pierwsze szkice książek powstają trochę poza kontrolą. Bawię się różnymi możliwościami, nie bardzo wiedząc, jaki będzie ostateczny efekt. Początek pisania przypomina sen – zjawiają się znane ci postacie, ale robią rzeczy, których w rzeczywistości nigdy by nie zrobiły.

Kobiecym postaciom twoich książek daleko do ideału. Nie czujesz się zdrajczynią własnej płci?
Piszę o prawdziwych, choć fikcyjnych ludziach, więc muszą tworzyć kompleksowe portrety psychologiczne, bo każdy – kobieta czy mężczyzna – ma cechy, które nie napawają dumą. Nie widzę w tym nic złego. Jesteśmy skomplikowani.

Kiedy postanowiłaś zostać pisarką?
Nie pamiętam czasów, w których nią nie byłam. Matka od dzieciństwa zachęcała mnie do pisania. Wypełniałam grube liniowane zeszyty opowieściami, jak wyglądał pan, który sprzedał mi w sklepie trampki, albo co się wydarzyło w szkole.

W CV masz też kelnerowanie, ukończenie wydziału prawa, a nawet krótką praktykę adwokacką.
Półroczną. Trudno byłoby wymienić wszystkie miejsca, gdzie zarabiałam na życie. Pracowałam nawet w fabryce butów plus dziesiątkach restauracji. Podawałam lunche, roznosiłam koktajle w dyskotece, lałam piwo do kufli, serwowałam eleganckie obiady. Przećwiczyłam wszystkie możliwe szychty i specjalizacje branży gastronomicznej. Cały czas pisałam, ale nikt nie był zainteresowany publikacją, więc w końcu poszłam na prawo, żeby mieć jakieś zabezpieczenie. Myślałam: „Będę praktykować w dzień, a pisać nocą”, co oczywiście okazało się bzdurą. A ja okazałam się bardzo złym prawnikiem, przegrywałam sprawę za sprawą. Nie żałuję czasu poświęconego na studia, bo były o wiele bardziej przydatne niż kursy kreatywnego pisania. Nauczyłam się myśleć mniej emocjonalnie, a bardziej analitycznie. Zresztą wszystkie doświadczenia zawodowe w jakimś stopniu pomogły mi lepiej rozumieć innych ludzi.

Nie spieszysz się przy pisaniu. Jaką część tych długich okresów między publikacjami zajmuje twórczość, a ile zajęcia pozalekcyjne?
Właściwie cały czas pracuję. Jak wspominałam, dużo czasu poświęcam na research. Teraz, kiedy jestem starsza, szybciej potrafię skomponować dobre zdanie niż kiedyś.

Gdzie najlepiej ci to wychodzi?
Nie mam ulubionego miejsca. Siadam przy stole, na kanapie albo wręcz leżę w łóżku. W Maine mam pracownię, która zapewnia ciszę i spokój, więc wykonałam tam sporo pracy. Wstępne szkice, początek scen często zapisuję na kartkach, kończę na komputerze, drukuję, czytam i albo wyrzucam, albo rozwijam. Książka rodzi się z chaosu, dopiero po długim czasie te wszystkie strzępy zaczynają się układać w spójną całość. Wtedy ustalam: zacznę od tego kawałka, skończę na tej scenie. Również bohaterowie dopełniają się jako osoby w trakcie pisania. Fabułą się nie przejmuję – powstaje sama z siebie. Interesują mnie ludzie, więc gdy dobrze poznam postacie, wiem, jak będą reagować i co z tego wyniknie. Jeśli mnie nie zaskoczą swoimi decyzjami, to czytelnik też nie będzie zaskoczony.

Jak zareagowałaś na Pulitzera: „Sprawiedliwości stało się zadość” czy „Cholera, teraz za każdym razem będą oczekiwać, że dostanę nagrodę”?
Rozgłos przyciąga czytelników, więc poczułam, że wzrósł ciężar odpowiedzialności spoczywającej na mnie jako pisarce. A potem przyszła refleksja, że przecież zawsze starałam się pisać absolutnie najlepiej jak umiem, zatem niewiele się zmieniło. Przez długie lata nie odnosiłam sukcesu, ale nie przestawałam, szukałam własnego głosu, uczyłam się opowiadać historie. Nic innego nie chcę robić, więc gdyby się nie udało, pewnie wciąż byłabym piszącą powieści do szuflady kelnerką od koktajli.

Elizabeth Strout, ur. w 1956 r., autorka powieści: „Olive Kitteridge”, (uhonorowanej Pulitzerem), „Bracia Burgess”, „Mam na imię Lucy” i innych. Była również finalistką nagrody literackiej im. Faulknera oraz Orange Prize w Anglii. Mieszka w Nowym Jorku.