fbpx

Panaceum – ostatni film Stevena Soderbergha

"Panaceum"
Monolith

Idźcie na „Panaceum”. Choć po Stevenie Soderberghu powinniśmy oczekiwać lepszego kina, to i tak jego ostatni w karierze film ustawia wysoko poprzeczkę.

"Panaceum"
Monolith/więcej w galerii

Co nadaje sens życiu? Dobrze dobrane leki – powiedziała ostatnio poetka i pisarka Justyna Bargielska, w jednym z programów kulturalnych. Od tej puenty mógłby wyjść w swoim najnowszym filmie Steven Soderbergh.

Steven Soderbergh, jedna z najważniejszych i najbardziej pracowitych postaci amerykańskiej kinematografii, w wieku 50 lat zapowiedział przejście na emeryturę. Na szczęście – tylko emeryturę od kina. Ten człowiek-orkiestra, który ostatnie ćwierć życia dzielił między reżyserię, scenografię, produkcję i aktorstwo, uznał, że spełnił się na wielkim ekranie i teraz swoje życie poświęci malarstwu i produkcji seriali telewizyjnych. „Panaceum” to jego pożegnanie z kinem.

Trzeba przyznać – nie jest to pożegnanie w wielkim stylu. Soderbergh to przecież genialne dziecko kina, człowiek, który w wieku 26 lat otrzymał Złotą Palmę za kultowy dziś już film, otwierający drogę kina niezależnego na salony, czyli „Seks, kłamstwa i kasety video”. Potem było jeszcze lepiej – Soderbergh za punkt honoru zdawał sobie wziąć, by w swojej karierze zrealizować niemal każdy gatunek filmowy. W jego portfolio znalazł się zatem thriller polityczny „Co z oczu to z serca” (z jedyną dobrą rolą Jennifer Lopez), oscarowe kino o przemyśle narkotykowym „Traffic”, który otworzył filmową karierę Benicio del Torro, społeczny dramat „Erin Brockovich” (wybitna rola Julii Roberts), kosmiczny „Solaris” na podstawie Lema, doskonałe kino pastiszowe, czyli seria „Ocean’s…” z najciekawszą chyba ekipą aktorów-przyjaciół ostatnich lat – Bradem Pittem, Georgem Clooneyem i Mattem Damonem, wreszcie produkcja takich tytułów, jak „Musimy porozmawiać o Kevinie”, „Syriana” czy „Good Night i Good Luck”. Słowem, mamy do czynienia z człowiekiem, który stoi za sukcesem połowy najważniejszych amerykańskich filmów ostatnich dwóch dekad. A na pożegnanie dostajemy „Panaceum”, które nawet w połowie nie jest tak dobre jak najsłabszy z jego filmów, choć wciąż jest godny obejrzenia. Tym bardziej, że – przyglądając się widowni obecnej na sali – miałam wrażenie, że połowa nie nadąża za wydarzeniami, a druga połowa zupełnie nie dostrzega istotnych niuansów i pytań o moralność, którymi karmi nas reżyser. Zatem wciąż jego ostatni film to kino bardzo inteligentne, nawet zbyt inteligentne na większości widzów.

„Panaceum” to taki thriller medyczny, czy też lepiej – farmaceutyczny, z mocnym wątkiem kryminalnym, gdzie każdy z głównych bohaterów musi udawać kogoś, kim nie jest. Z pozoru ta historia jest satyrą na Amerykę rozkochaną we wszelkiego rodzaju terapiach i psychotropach, a także na swobodnie sobie poczynający przemysł farmaceutyczny. Poznajemy dr Jonathana Banksa, psychiatrę z Wielkiej Brytanii, który postanowił przenieść praktykę do Stanów, bo tu „podejście do zaburzeń jest zdrowsze”, czytaj: ludzie chętnie sięgają po porady i po leki. Dr Banks chętnie w tej kwestii doradza, dość swobodnie szafując lekami, konsultuje też nowe produkty z kolejnymi firmami medycznymi, otrzymując za to sowite wynagrodzenie. Reprezentuje tę część społeczeństwa, dla której leki są rozwiązaniem większości problemów – nawet własnej żonie podsuwa magiczny środek na rozluźnienie, gdy czeka ją trudna rozmowa o pracę. Widać, że kariera, wizerunek i pieniądze są dla niego ważne. Na szczęście – nie najważniejsze. Gdy trafia do niego pacjentka z silną depresją (lunatyczna Rooney Mara, pamiętna z „Dziewczyny z tatuażem”), lekarz bez wahania decyduje się pomóc, konsultując się nawet z poprzednią terapeutką Emily – dr Victorią Siebert (Catherine Zeta-Jones). Gdy zarówno Emily, jak i dr Siebert wspominają mu o nowym leku na depresję o nazwie Ablixa, ten – nie zastanawiając się długo – przepisuje go zdesperowanej pacjentce. Jakie jest jego zdziwienie, gdy okazuje się, że Emily pod wpływem leku zabiła w półśnie swojego, dopiero co odzyskanego męża.

I tu wątek farmaceutyczny przechodzi w kryminalny. Emily, oskarżona, o morderstwo, przenosi winę na lek oraz na tego, kto mu go przepisał. Dr Banks w ciągu kilku chwil traci wszystko, co tak pieczołowicie budował: praktykę, klientów, karierę oraz pieniądze. Desperacko próbując to wszystko odzyskać, zaczyna drążyć sprawę w tych punktach fabuły, których do tej pory – podobnie jak my – nie brał pod uwagę. Przez chwilę Soderbergh pogrywa z widzem: kto jest sprawcą a kto ofiarą? Kto musi stać się kimś innym niż jest i co chce osiągnąć.

Gdy już wszystko staje się jasne, a życie odzyskuje swój harmonijny bieg, widzowi pozostaje morał: zbrodnia została ukarana, sprawiedliwości stało się zadość, możemy pochylić się nad myślą, że chciwość została ukarana. No ale co to wnosi, o czym jest ten film. Czy o chciwości, która staje się udziałem każdego bohatera w „Panaceum”? I czy to właśnie z nią rozlicza się Soderbergh w swoim ostatnim obrazie?

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze