fbpx

„Wichrowe wzgórza” – recenzja

„Wichrowe wzgórza” - recenzja
Gutek Film

Reżyserka głośnego filmu o dojrzewającej Brytyjce „Fish Tank”, Andrea Arnold, sięga po klasyczną powieść Emily Brontë, by opowiedzieć dobrze znaną historię własnymi środkami i dowieść mocy swojego talentu.
Pierwsze polskie wydanie „Wichrowych Wzgórz” Emily Jane Brontë, prawdopodobnie najpopularniejszego romansu w historii zachodnioeuropejskiej literatury, nosiło tytuł „Szatańska miłość”. Andrea Arnold postanowiła uczynić postać Heathcliffa jeszcze bardziej piekielną, obsadzając w tej roli czarnoskórych aktorów: Jamesa Howsona i Solomona Glave’a (młodszy Heathcliff). To oczywiście zmiana nie tylko wizualna, brzemienna w przewartościowanie znaczeń. Nieakceptowany przez rodzinę Catherine jej mroczny kochanek staje się przez to także nieakceptowanym w społeczeństwie białych napiętnowanym „innym”, a cały konflikt wynikający z ich romansu zdaje się jeszcze bardziej pierwotny.

Arnold pozostawiła w scenariuszu niewiele dialogów, za to dopuściła do głosu tajemniczą, dziką naturę, której Heathcliff w jej interpretacji jest szczególnie wyrazistą personifikacją. Jest przedstawicielem sił natury, ale też natury oprawcą. Howson/Grave w wielu scenach wyłania się z mroku, zakrada z ciemnego ogrodu wprost pod rozświetlone okna, ukryty w cieniu podsłuchuje najintymniejsze rozmowy i widzi więcej niż którykolwiek z bohaterów. Raczej nie „rozumie”, ale „odczuwa”. Łomocące do okien nagie gałęzie, szmer padającego tu nieustannie deszczu, wycie wiatru zastępują u Arnold dialogi. Heathcliff w ogóle nie miałby głosu, gdyby nie Catherine, ucząca go słowo po słowie, jak nazywać świat i komunikować go białym.

Ale to, co najważniejsze pomiędzy bohaterami, w ogóle nie przynależy do tradycyjnej komunikacji, nie wywodzi się z języka. Jest domeną zmysłów i Arnold świetnie to rozumie. Dlatego ten film tak doskonale się ogląda, a trudno opowiada: każda scena jest perfekcyjna, oszczędna i pełna napięcia. Aktorom grającym w tym filmie trzeba byłoby poświęcić osobny esej, ale musiałby to być niestety esej fotograficzny. Ani Heathcliff, ani Catherine nie udają, że miłość zapiera im dech w piersiach. Są po prostu tak pokazani, że momentami i nam brakuje powietrza.

Czy warto było po raz kolejny zekranizować tak ze wszystkich już stron opracowaną opowieść? Dla takiego efektu warto.