fbpx

Dwubiegunowa

Ceniona, lubiana, ale też zaszufladkowana. Jako filozoficznie usposobiona do życia buddystka. Jako aktorka, która bierze udział tylko w sztuce wysokiej. O życiowych priorytetach i codziennych zmaganiach, pracy i miłości, zazdrości i przyjaźni opowiada Maja Ostaszewska.
W tym roku kończy pani 40 lat. Będą podsumowania, rozrachunki?

Do tej pory wydawało mi się, że te wszystkie graniczne momenty sami sobie wymyślamy. Ale teraz trochę to się zmieniło. Z jednej strony, dobrze czuję się ze sobą 40-letnią, jestem dużo bardziej świadoma siebie niż kiedyś, zdarzyło mi się coś najwspanialszego, czyli rodzina, dzieci. A z drugiej strony – pojawia się taka myśl, że być może połowę życia mam za sobą. Parę lat temu nie czułam upływających lat, a teraz, po urodzeniu dwójki dzieci, już to odczuwam. Mam chyba dwubiegunową osobowość. Raz wydaje mi się, że wszystko układa się wspaniale – dwójka cudownych dzieci, zawód, który ciągle jest moją pasją, mnóstwo dobrych zdarzeń. A innym razem nachodzi mnie refleksja na temat tego, czego nie zrobiłam. Niby młodo się czuję, a tu czterdziestka, starzeję się, jakieś zmarszczki.

Niepokoi to panią?

Do niedawna wydawało mi się, że z tym, co dzieje się w moim ciele, w ogóle nie mam problemu. Nadal śmieszy mnie, jak ktoś szaleje na tym punkcie. Ale teraz uczciwie muszę powiedzieć, że widzę zmiany. Zobaczyłam ostatnio film ze swoim udziałem sprzed dziesięciu lat i zdziwiłam się: inna buzia, inne ciało. Kiedyś się wymądrzałam, że o tym nie myślę. Teraz już myślę. Może trochę dlatego, że my, aktorki, ciągle jesteśmy oceniane. To stresujące, ale z drugiej strony – naturalnie mobilizujemy się, żeby o siebie dbać. Polki powinny dawać sobie prawo do tego, żeby się ze sobą dobrze czuć. Każdemu co innego jest potrzebne, ale moim zdaniem ciągle za mało sobie na to pozwalamy. Niby już jesteśmy nowoczesne, ale wciąż dźwigamy na plecach ten stereotyp matki Polki.

Pani też?

Miałam taki moment, gdy urodziłam pierwsze dziecko, że całkowicie oddałam się macierzyństwu. Jak dziś na to patrzę, choć to był bardzo piękny czas, to widzę, że odstawiłam siebie na bok. Funkcjonowałam przez długi czas trochę tak, jakbym była tylko dla dzieci. I chyba troszkę z tym przesadziłam. Dzieci nadal są na pierwszym miejscu, ale już wiem, że potrzebuję też przestrzeni dla siebie. Ostatnio pomyślałam, żeby wyjechać na chwilkę zupełnie sama. Pierwszy raz przyszło mi to do głowy! Nie wiem, czy to zrobię, ale już sama myśl była dla mnie czymś miłym. Uwielbiam być z moimi dziećmi, zabieram je ze sobą, gdzie tylko mogę. Kiedy kręcę film albo wyjeżdżam na dłużej z teatrem (jak ostatnio, kiedy z Krzysztofem Warlikowskim przygotowywaliśmy premierę w Belgii). Ale dojrzewam do wyważenia proporcji między rolą matki i kobiety.

W naszej rozmowie dziewięć lat temu przypomniała pani słowa ojca, który przyznał, że w pewnym momencie zrozumiał: dzieciom trzeba dać prawo do własnego cierpienia. Pamięta pani o tym dzisiaj, kiedy ma swoje dzieci?

Oczywiście, te słowa bardzo utkwiły mi w pamięci i sercu. Gdy wtedy rozmawiałyśmy, dużo łatwiej było mi się wymądrzać, bo nie miałam własnych dzieci. Teraz nie jestem tak skora do teoretyzowania. Po prostu staram się być czujna. Mój ojciec miał na myśli okres dorastania, kiedy dzieci robią różne głupoty, a rodzice chcieliby zatrzymać je w domu. Ale tego nie da się zrobić, bo każdy młody człowiek musi przejść swoją drogę. Takie doświadczenia jeszcze przede mną. Kiedy dzieci pojawiły się na świecie, nie bez zdziwienia odkryłam, że jestem typem matki kury, nieco nadopiekuńczej. Pracuję nad tym. I dla dzieci, i dla samej siebie.

Na czym ta praca polega?

Ćwiczę asertywność. Również dla budowania ich samodzielności. Bardzo prosty, banalny przykład: Ostatnio byliśmy na wakacjach, czytałam książkę, Franio bawił się obok, nie mógł znaleźć autka i strasznie marudził. Wzięłam głębszy oddech i powiedziałam: „Poszukaj sobie sam, ja jestem zajęta”. Usłyszałam swoje słowa i odetchnęłam z ulgą. Udało się! Bo jeszcze niedawno rzucałam wszystko, nawet gdy dzieci doskonale dałyby sobie radę same. Dziś wiem też, że nie trzeba bać się rozstań z nimi, takie doświadczenia budują ich wolność, pokazują, że świat bez mamy nie jest taki straszny.

Dzieci rozwijają nas jako ludzi, ale też ograniczają.

Dla mnie to najgłębsze doświadczenie życia. Ma wpływ na wszystko. Na patrzenie na świat, na poczucie odpowiedzialności za samą siebie i innych, na oczywiste ustawienie priorytetów, na stosunek do pracy i życie towarzyskie. Wydaje mi się, że po urodzeniu dzieci także uprawianie zawodu nabrało jakiejś nowej jakości. Każdą decyzję życiową czy zawodową podejmuję przez pryzmat korzyści moich i dzieci. To bardzo uporządkowało mi życie. Bez dzieci byłabym uboższa.

W jaki sposób przemodelowały pani priorytety?

Zawodowo angażowałam się na granicy pracoholizmu. Wiodłam dość bogate życie towarzyskie, ale wydawało mi się, że ciągle czegoś mi brak. Odkąd mam dzieci, jestem wolna od takiego myślenia, potrafię się zatrzymać. Każda, najbardziej zwyczajna czynność nabrała sensu.
Co więcej – wychowana w filozofii buddyjskiej, praktykująca przez wiele lat w różnych szkołach, nigdy nie doświadczyłam tak istotnej pracy z własnym ego jak przy dzieciach. Zwłaszcza gdy były malutkie, w te wszystkie bezsenne noce znane rodzicom. Moja córeczka urodziła się jako wcześniak. Spędziłam miesiąc w szpitalu, tylko z nią. To był niezwykły czas, rodzaj retritu [odosobnienia – przyp. red.], choć bardzo tęskniłam za Franiem.

Znalazł wspólny język z siostrzyczką?

Och tak! Uwielbiają się, są ze sobą bardzo związani. Janinka czeka, kiedy Franek wróci z przedszkola. A gdy rano się obudzi, to pierwsze pytanie, jakie zadaje, brzmi: „gdzie Franek?”. Franio pociesza ją, gdy jest chora, stara się rozśmieszyć, kiedy jej smutno. Ale bardzo nad tym pracowaliśmy, żeby nie czuł się zazdrosny – po przyjściu ze szpitala prezent dla Frania od siostrzyczki, pozwalanie na to, żeby mógł wziąć ją na ręce, spędzanie czasu tylko z nim.

W cytowanym już wywiadzie sprzed lat powiedziała mi pani, że związek też wymaga pracy. Nadal pani tak sądzi?

Z dzisiejszej perspektywy uważam, że jeśli na początku jest zbyt dużo tej pracy, to chyba coś jest nie tak. Bo pierwsza faza to euforia, zakochanie, chemia. Nie do końca wierzę w pary, które już na tym etapie mają problemy i brną dalej.

Pojawienie się dzieci zmienia związek?

Przede wszystkim scala w sposób niewyobrażalny. Daje totalne poczucie wspólnoty. Już sam moment narodzin jest magiczny.

Rodziliście razem?

Razem, ale naprawdę trzeba dać sobie prawo do szczerej decyzji w tej sprawie. Bo dzisiaj wywiera się presję na mężczyzn. Nawet ci, którzy nie chcą, uważają, że muszą uczestniczyć w porodzie. Niektóre kobiety też chciałyby rodzić same albo z innymi kobietami. Dajmy sobie prawo, aby żyć według tego, co nam dyktuje wewnętrzny głos, co jest dla nas ważne.

Dzieci bezpowrotnie coś odbierają.

To prawda. Mamy mniej czasu dla siebie, znika część romantyzmu, bo dzieci cały czas są z nami. Trzeba dogadywać się, dzielić obowiązkami. To wszystko jest trudne i wymaga ciągłych ustaleń.

Co mimo wszystko pomaga wytrwać razem?

Uczucie, chemia, więź, przyjaźń, wzruszenie, poczucie humoru, radość bycia ze sobą. Ale ważne jest także, żeby dawać sobie nawzajem przestrzeń. Zawsze wydawało mi się, że jestem typem samotnika. Jak za długo partner przesiedział ze mną w domu, to się dusiłam. Po czym los postawił przede mną Michała, operatora. A życie z operatorem to jak życie z marynarzem. Gdy pracował w Stanach, nie było go parę miesięcy. Często znika na miesiąc, dwa. Najpierw źle się z tym czułam, teraz uczę się dawania mu wolności, ale też domagania się wolności dla siebie.

Ktoś jednak musi zająć się domem.

Na początku było dla mnie naturalne, że to ja bardziej zajmę się dziećmi. Wszystko odbyło się bez bólu. To ta dobra strona późniejszego macierzyństwa – Frania urodziłam, jak miałam 34 lata, Janinkę – 36. Już się nagrałam, posmakowałam wolnego życia, z przyjemnością się wycofałam. I co zabawne, nikt nawet nie zauważył tego mojego wycofania. Akurat wchodził do kin film „Katyń”, udzielałam sporo wywiadów i to była moja jedyna praca. Nie wychodziłam z domu nawet do teatru.

Po urodzeniu Janiny szybciej wróciłam do pracy, ale cały czas była przy mnie, karmiłam ją w przerwach między zdjęciami. Im jestem starsza, tym bardziej się przekonuję, że dobrze, gdy partnerzy mają osobne światy.

Chyba nigdy razem nie pracowaliście?

Udało nam się spotkać zawodowo dopiero ostatniego lata, przy nowym filmie Małgośki Szumowskiej, w którym Michał był współscenarzystą i operatorem. Zdjęcia kręciliśmy na Mazurach, gdzie wszyscy mieliśmy wynajęte domy. Wieczorami spotykaliśmy się, kwitło życie towarzyskie. Wielu ludzi nie może uwierzyć, że wszyscy się przyjaźnimy, ponieważ Michał i Małgośka byli kiedyś małżeństwem. Brukowce wypisują niestworzone rzeczy na nasz temat. A my jesteśmy jak jedna wielka rodzina, nasze dzieci się uwielbiają. Pamiętam, jak w przerwie zdjęć przyjechały nianie z naszymi dziećmi i zaczęło strasznie lać. Schowaliśmy się wszyscy w busie do make-upu, mamy nawet takie zdjęcie: trzymamy dzieci na kolanach, siedzimy razem i śmiejemy się do rozpuku. Zupełnie niepolski model.

Naprawdę trudno uwierzyć, że można wyzbyć się zazdrości.

Znamy się z Małgośką jeszcze z Krakowa, przez naszych rodziców. Nie mamy za sobą żadnej nieprzyjemnej historii związanej z ich rozstaniem. Parą z Michałem staliśmy się dwa lata później. Małgośka była jedną z pierwszych osób, której o tym powiedziałam. Na co ona, że się cieszy, bo bała się pojawienia jakiejś strasznej kobiety u jego boku. Od początku
wiedziałam, że się będą przyjaźnić.

Przyjaźń kobiety i mężczyzny jest możliwa?

Moim zdaniem tak, nawet jeśli po drodze pojawia się fascynacja albo nawet zakochanie. Wierzę, że można przekuć to w przyjaźń. Jeśli spotykamy człowieka, z którym moglibyśmy być, gdybyśmy nie byli w innym związku, to szkoda stracić tę relację, fajniej zostać przyjaciółmi. Tym bardziej wierzę w przyjaźń między ludźmi, którzy tak jak Michał i Małgośka byli ze sobą. Jeśli o coś byłam zazdrosna, to o ich wielką wspólną pasję, bo uwielbiają razem pracować. Są wyjątkowym twórczym duetem. Potem przyszła myśl: „To fantastyczne, że są przykładem tego, jak można budować relacje po rozstaniu”. W ogóle im jestem starsza, tym łatwiej przychodzi mi szanowanie przestrzeni Michała. Nie mogę powiedzieć, że zupełnie jestem wolna od zazdrości, ale coraz bardziej przekonuję się, że ważniejsze jest to, co dzieje się, kiedy jesteśmy razem, niż rozmyślanie o chwilach, kiedy nie jesteśmy. Im Michał ma lepszy czas, im bardziej spełnia swoje marzenia, realizuje swoje pasje, tym lepiej dla nas obojga. Michał kręci filmy z pięknymi aktorkami i gdybym zaczęła się tym martwić, tobym chyba zwariowała.

Grała pani u największych reżyserów w poważnych sztukach i filmach. Teraz nie stroni pani od filmów lekkich. I nikt nie ma pani tego za złe!

Wydaje mi się, że dla aktora wielką pułapką jest to, że się nabzdycza na własny temat i sądzi, że na przykład jest lepszy od aktorów serialowych. Są momenty, kiedy doświadczamy sztuki wysokiej, ale świetnie jest powiedzieć sobie: „Jestem aktorem, gram różne role”. Bo to odświeżające być różnorodnym i mierzyć się z tym, co kompletnie obce. Udział w lżejszych projektach rozluźnia myślenie na swój temat. Przeraża mnie kabotyństwo, które kwitnie w tym środowisku. Pamiętam, jak pierwszy raz wzięłam udział w reklamie gazety modowej. Podniosło się straszne larum: Jak to nasza niekomercyjna aktorka gra w reklamie? A ja wtedy przekornie poczułam, że nikt nie może mnie ustawiać. Zrobiłam to, oczywiście, dla pieniędzy, ale w zgodzie ze sobą. Pomyślałam: „Nie mogę dać się zapędzić w żadną szufladkę. Te pochlebne etykietki też są obciążające”.

Serial „Przepis na życie” kompletnie zmienia pani wizerunek – z poważnej osoby na wesołą babkę.

Widzowie ten serial uwielbiają. Gram nieco komediową rolę i świetnie się przy tym bawię. Dobrze jest robić rzeczy różnorodne. Dla samej siebie i widzów, żeby ich po prostu nie znudzić.

A jednak ta czterdziestka jest przełomowa.

Może trochę tak. Jestem świadoma tego, co za mną, otwarta na to, co jeszcze przed, znam swoje możliwości, ale i ograniczenia. Już wiem, że nie można powiedzieć „nigdy” albo „na pewno”, bo wszystko bardzo się zmienia, rzeczywistość wokół i my sami. Dlatego ważne jest dla mnie to, co tu i teraz, i na tym się skupiam.

Maja Ostaszewska aktorka teatralna i filmowa. Babcia była aktorką, dziadek rzeźbiarzem i scenografem, ojciec Jacek Ostaszewski jest muzykiem i założycielem awangardowej grupy Osjan. Pracowała z: Krystianem Lupą, Jerzym Grzegorzewskim, Grzegorzem Jarzyną, Andrzejem Wajdą, Agnieszką Holland. Ostatnio związana z Nowym Teatrem Krzysztofa Warlikowskiego. Laureatka m.in.: Grand Prix za rolę w „Płatonowie” Krystiana Lupy na 14. Przeglądzie Spektakli Dyplomowych Szkół Teatralnych, Nagrody im. Aleksandra Zelwerowicza za „Anioły w Ameryce” w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego, nagrody na festiwalu filmowym w Turynie za najlepszą rolę kobiecą w „Przemianach” Łukasza Barczyka, a także nagród na festiwalu w Gdyni, otrzymała też Paszport Polityki i Złotą Kaczkę.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze