fbpx

Norah Jones – blisko, coraz bliżej

Norah Jones - blisko, coraz bliżej
Norah Jones ma na koncie Dziewięć statuetek Grammy i 50 mln sprzedanych płyt. (Fot. materiały prasowe)

Dziewięć statuetek Grammy i 50 mln sprzedanych płyt. niezły wynik jak na kogoś, kto ucieka od sławy. Norah Jones od kilku tygodni siedzi w domu z rodziną i żeby choć trochę zaspokoić głód koncertów, zmienia dawne nawyki. – Wreszcie odkryłam, do czego mogą mi być potrzebne media społecznościowe – mówi wokalistka.

Kiedyś byłoby to kurtuazyjne pytanie na początek rozmowy, dziś, w tym szczególnym czasie, brzmi chyba inaczej. Jak się czujesz?
Dobrze! I tak, masz rację, to jest wyjątkowy czas. Mam wrażenie, że uczy nieco innego podejścia do życia, spojrzenia na to, co jest naprawdę ważne, pokory. Co prawda raczej nie nazwałabym tego czasu spokojnym, myślę, że nie powie tak nikt, kto ma w domu małe dzieci [śmiech]. Chcę, żeby dla nich to były dni wartościowe, a może nawet piękne. Tyle że zorganizowanie w domu i szkoły, i placu zabaw to skomplikowane przedsięwzięcie. I chociaż nie wydaje mi się, żebym odnosiła wielkie sukcesy wychowawcze, walczę. Każdego dnia od nowa.

Masz w tym wszystkim choćby chwilę dla siebie?
Dzieci zajmują praktycznie cały mój czas. Kiedy próbowałam uczyć się tańczyć online, skończyło się na jednym kursie, chociaż świetnie się bawiłam. Moje hobby, czyli garncarstwo, też musi chwilowo poczekać. Zresztą, nie czuję się teraz szczególnie zainspirowana. To po prostu nie jest odpowiednia na to pora. Nie skarżę się, chociaż wyobrażam sobie, że osoby w innej sytuacji niż ja mogą tę przerwę od życia naprawdę wspaniale spożytkować.

Myślę, że nikt, kto słyszał twoją nową płytę, nie ma prawa narzekać na to, jak pożytkujesz czas. Świetny materiał.
Ta płyta z pewnością jest wyjątkowa, bo dzięki niej mogę być blisko moich słuchaczy w czasach, kiedy o bliskość jest trudno. Ta więź jest dla mnie teraz szczególnie cenna, myślę, że wszyscy pragniemy kontaktu.

Mówisz o bliskości ze słuchaczami. W twoim przypadku oznacza to właśnie muzykę. Dawno temu zdecydowałaś, że nie udzielasz się w mediach społecznościowych, chronisz prywatność, nie odpowiadasz na bardziej osobiste pytania.
Tę moją strefę komfortu wypracowałam sobie metodą prób i błędów. Cieszę się, że znalazłam system komunikacji ze słuchaczem, który pozwala mi być blisko, a zarazem nie dzielić się tym, co dla mnie intymne. Próbowałam, nie potrafię i nie chcę tego robić, to po prostu nie jestem ja. Zawsze najważniejsza była muzyka. Chciałam grać, marzyłam, by żyć z grania, żeby koncertować. W moich marzeniach to nie były wielkie stadiony, tylko kameralne kluby. Sława nigdy nie była celem i nigdy mnie nie interesowała.

Nie chodzi o to, że nie lubię wywiadów, ale po długim, wyczerpującym dniu spędzonym na promowaniu nowej płyty zaczynam zadawać sobie pytanie, czy właśnie tego chcę. I odpowiedź zwykle jest taka, że to, czego chcę naprawdę, to grać. Udzielanie się publicznie, pozowanie na okładkach magazynów czy bywanie na wielkich imprezach nigdy nie sprawiało mi przyjemności.

Co zatem myślisz dziś o tej 23-letniej dziewczynie ze zdjęcia, która trzyma pięć statuetek Grammy za swój debiutancki album?
Byłam taka młoda… Na pewno jednocześnie oszołomiona i bardzo szczęśliwa. Ale już wtedy czułam, że prawdziwe życie jest gdzieś indziej, że to nigdy nie będzie mój świat. Gonienie za sławą to ciągła walka o uwagę publiczności i mediów. Ja wolałam w tym czasie robić swoje. Sukces mojej debiutanckiej płyty „Come Away with Me” uświadomił mi, jak może wyglądać moja rzeczywistość, jeśli nie przejmę nad nią kontroli. Że będę nieustannie oceniana, krytykowana, obserwowana. Ta dawka wystarczyła mi, żebym miała pewność, że nie chcę tak funkcjonować. Okazało się, że ta mityczna sława jest bardzo nie dla mnie! Obserwowałam ją z bliska, każde ograniczenie, jakie się z nią wiąże, i zastanawiałam się, jak w ogóle można tego chcieć?! Wyobrażałam sobie, co by było, gdybym wciąż próbowała powtarzać swój pierwszy sukces. To by oznaczało życie pełne rozczarowań i zawiedzionych oczekiwań, życie pod ciągłą presją. Kiedy dotarło do mnie, co mogłoby mnie czekać, natychmiast się od tego uwolniłam. Nie takie miałam marzenia.

To z jakimi marzeniami przeprowadziłaś się z Teksasu do Nowego Jorku?
Żeby grać, grać wszędzie, jak najwięcej, poznawać fascynujących ludzi, uczyć się od nich, współpracować z nimi. Każdy mój kolejny dzień wypełniała wtedy muzyka. Zresztą kiedy było inaczej? Towarzyszy mi przecież od dziecka, nie znam życia bez niej. Przeprowadzka to jedna z najlepszych rzeczy, jakie mi się przytrafiły. Nowy Jork był dla mnie wtedy tak inspirujący, dał mi wszystko, o czym marzyłam. Miałam wrażenie, że cały składa się z muzyki – była w tylu miejscach! Śpiewałam wszędzie, gdzie mnie o to prosili, moje życie to było życie klubowe i koncertowe, przesiąkałam atmosferą tych miejsc, ale też standardów, które śpiewałam, myśląc o tym, kto wykonywał je przede mną. Powoli budowałam swoje miejsce na muzycznej scenie. Aż poznałam odpowiednich ludzi i zaczęłam grać swoje utwory. To wszystko wydaje mi się dziś tak magiczne, beztroskie. Kiedy Nowy Jork stoi otworem, masz wrażenie, że otwiera się przed tobą cały świat.

Oszałamiający sukces twojej pierwszej płyty przypisuje się nie tylko wspaniałym piosenkom, ale i okolicznościom, w jakich zostały wydane. Zima po wydarzeniach z września 2001 roku, moment, kiedy twoja subtelna muzyka była dla wielu słuchaczy ukojeniem.
Uważam, że prawdziwa, ważna dla odbiorcy, mądra sztuka, potrzebna jest zawsze. Z drugiej strony – przyznaję – ostatnio coraz częściej łapię się na myśli, że rzadko kiedy tak jak teraz potrzebujemy w Ameryce mądrych ludzi i słów. Patrzę na wszystko, co dzieje się w moim kraju, i dochodzę do wniosku, że gorzej być już nie może, chwilami czuję się bezsilna. W takich momentach dobrze jest schronić się w sztuce. Pokochałam poezję, wcześniej nie była mi aż tak bliska. Nie zliczę, ile razy przeczytałam „Księgę tęsknoty” Leonarda Cohena. To chyba moje ulubione wiersze.

Jeśli już wspomniałaś o poezji, muszę zapytać o słowa utworów z twojej najnowszej płyty. Uważam, że to najbardziej przygnębiające teksty w twojej dyskografii. To jest album złamanego serca i złamanego świata.
Ja słyszę też na nim nadzieję, dla mnie jest tu jednak światło. I bez tych przebłysków to nie byłoby skończone dzieło. Wiesz, słowa piosenek nigdy nie są jednoznaczne, a przynajmniej ja nie potrafię w ten sposób pisać. To nie muszą być moje historie, a zarazem są to piosenki bardzo osobiste, moje doświadczenia i uczucia. Ten album powstał przypadkowo, okazało się, że mam dużo dobrych piosenek, które składają się w spójną całość. Pisanie ich było dla mnie formą terapii, mogłam w nie włożyć wszystkie swoje emocje. To mój mąż pierwszy zauważył, jak bardzo są smutne, ja wcześniej nie miałam o tym pojęcia. Teraz, kiedy lepiej je rozumiem, widzę, w jakim byłam stanie, gdy je pisałam. Ale to właśnie jest piękne w tworzeniu: coś nieświadomego, bardzo autentycznego.

Ciekawa jestem, jak teraz odbierasz słowa piosenki „This Life”? Życie, jakie znaliśmy, dobiegło końca – tak jakbyś przewidziała to wszystko, co nas zaraz spotka.
I to właśnie ta najbardziej fascynująca część procesu, jakim jest pisanie. Różne znaczenia ujawniają się stopniowo. Życie dopisuje do nich nowy kontekst. Często zdarza się, że dopiero w interpretacji moich słuchaczy odnajduję sens własnych tekstów. Tak jest też z tymi nowymi. Te głęboko osobiste nagle okazują się mieć szeroki, wręcz globalny wymiar. Myślę zresztą, że nie sposób odbierać teraz sztukę inaczej. Kiedy wszyscy zastanawiamy się, dokąd zmierza ten świat.

Za czym najbardziej tęsknisz, siedząc w domu?
Zdecydowanie za graniem na żywo, za kontaktem z innymi muzykami i z publicznością. Ta wymiana energii, fascynacji, umiejętności to są momenty zupełnie magiczne, kiedy może zdarzyć się wszystko, kiedy jest się zupełnie wolnym, kiedy zatracasz się w tym, co robisz.

To mój największy głód w życiu, muszę wciąż być zainspirowana, wciąż dowiadywać się czegoś, poznawać nowe rzeczy. A nie ma lepszych nauczycieli niż inni muzycy.

Czy to z tej tęsknoty powstały twoje domowe koncerty?
Tak. Wreszcie odkryłam, do czego mogą mi być potrzebne media społecznościowe. Taki koncert online jest czymś bardzo osobistym, to koncert z mojego domu, a zarazem nie przekracza moich granic. Dzielę się muzyką, ale nie moją prywatnością. Czasem gram spontanicznie, nie są to idealne występy, nic nie jest wyreżyserowane. To taka namiastka tej niewiadomej, która towarzyszy każdemu koncertowi na żywo, namiastka dawnego życia.

Na koniec chciałam jeszcze zapytać, czy po utwór „Patience” Guns n’Roses, który wykonałaś w ramach tych domowych koncertów, sięgnęłaś trochę z przymrużeniem oka, czy rzeczywiście jesteś fanką tej grupy?
Uwielbiam ich! A „Patience” jest jedną z moich ulubionych piosenek. I pomyślałam, jeszcze w marcu, że w tym dziwnym czasie te słowa zabrzmią szczególnie: „Wszystko, czego nam trzeba, to trochę cierpliwości… ”.

Norah Jones rocznik 1979. Po raz pierwszy pojawiła się na światowej scenie muzycznej wraz z debiutancką płytą wydaną w lutym 2002 roku. Ostatnio w czwartki prowadziła na własnym fanpage’u na Facebooku minikoncerty live, podczas których wykonywała swoje najpopularniejsze utwory i covery. Jej najnowszy, siódmy w dorobku, album „Pick Me Up Off the Floor” ukazał się u nas nakładem Universal Music.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze