fbpx

Wesele Wyspiańskiego w Krakowie na wesoło

Cosi, gdziesi, kajsi
fot. P. Kubic

Są takie lektury, które nie ulatują z naszej pamięci w tajemniczy sposób wraz z odebraniem świadectwa maturalnego. Dzieła pisane o nas i dla nas. Ku przestrodze i refleksji, nie tylko w epoce życia autorów. Takim evergreenem polskiej literatury jest niewątpliwie „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego.
Chociaż napisane i po raz pierwszy wystawione dokładnie 112 lat temu, nadal daje możliwości odczytywania, rozwija przed nami wachlarz nowych znaczeń. Bo przecież wciąż gubimy złoty róg, schylając się po czapkę z piór, mimo iż wygląd tych rekwizytów zmienia się z biegiem czasu . Doskonale wiedział o tym Sławomir Maciejewski.

Jego autorski projekt słowno-muzyczny Cosi, gdziesi, kajsi, ktosi to echo pobrzmiewających w naszych głowach, stale obecnych w języku i kulturze (także masowej) cytatów z epokowego dzieła Wyspiańskiego. Nie ma tu dekoracji, krakowskich strojów ani dwóch Matek Boskich na ścianie chłopskiej chaty. Jest pusta scena, na którą po chwili, zamiast ludowej kapeli, wychodzi zespół rockowy. Tłumem gości, wśród których obok siebie zasiadają reprezentanci wszelkich grup społecznych, są widzowie. W końcu, z charakterystycznym „Kto mnie wołał? Czego chciał?“ na scenie pojawia się Chochoł-Wodzirej (Sławomir Maciejewski) z dwiema tajemniczymi skrzynkami, których zawartość za chwilę ujawni. W jednej znajduje się lśniąca, ciemnoczerwona gitara elektryczna – atrybut wieszcza XX wieku? Można wszak zaryzykować twierdzenie, że muzyka rockowa była w latach późniejszych tym samym, co przed wiekami twórczość autorów diagnozujących na kartach literatury nasze narodowe choroby. W drugiej skrzynce – rozmontowanej na trzy części, aby łatwiej było ją transportować – jest oryginalna kosa spod Racławic, z ostrzem skierowanym ku górze.

Rozpoczyna się wesele. Nie potrzeba Gospodarza, Pana Młodego, Młodej, Czepca, Poety, Nosa, Szeli, Jaśka, Wernyhory… Sławomir Maciejewski nosi w sobie ich wszystkich, wszyscy oni grają w jego duszy. Jednocześnie, schizofrenicznie.

Swoją formą spektakl nawiązuje do widowisk właściwych kulturze masowej. Najsilniejsze skojarzenia to koncert i kabaretowy stand up – sytuacje odległe o lata świetlne od epoki Wyspiańskiego, a jednocześnie tak jej bliskie. Scena kabaretowa jest od dawna miejscem, gdzie wyśmiewa się narodowe wady i problemy społeczeństwa, wytykając bezlitośnie ułomności rządzącym i obywatelom. Muzyka rockowa natomiast od początku swojej kariery w naszym kraju, opanowanym wówczas przez ustrój zakładający poddanie się radzieckiej hegemonii, poprzez zaangażowane teksty oraz buntowniczą postawę wykonawców, była nośnikiem idei wolności. W późniejszym okresie stała się natomiast zrozumiałym dla młodych ludzi narzędziem krytyki politycznej. Czy nie o to samo chodziło autorowi Wesela? Wyspiański wypunktowuje raz po raz wszystkie bolączki swojego narodu, które nie pozwalają mu na odzyskanie upragnionej niepodległości. Bolesną prawdę opakowuje jednak w barwny papierek efektownego widowiska.

To samo robi Sławomir Maciejewski. Pomaga mu w tym Bartosz Chajdecki, utalentowany kompozytor młodego pokolenia, autor aranżacji do telewizyjnego serialu Czas honoru. Monolog złożony z wyrwanych z kontekstu cytatów z Wyspiańskiego okraszony jest mocnym, gitarowym uderzeniem. Widz odkrywa na nowo znany (nieznany?) tekst. Maciejewski proponuje interpretację, na widok której niejednemu poloniście zjeżyłby się włos na głowie. Pokazuje, jak łatwo można manipulować słowem i żonglować kontekstami. Wezwanie do „polskiego świętego“ brzmi zupełnie inaczej, gdy w tle słychać refren Barki. Wypowiedzi pierwotnie należące do krakowskich dziewcząt, spragnionych uwagi i obtańcowywania przez bronowickich chłopców, w spektaklu zyskują charakter jednoznacznie kojarzący się z jednym z najgorętszych tematów prasowych w ostatnim czasie, czyli obecnością mniejszości seksualnych w naszym kraju. Nowy sens pojawi się także wtedy, kiedy krakowską czapkę z pawim piórem – symbol prywaty, lecz także lokalnej tożsamości zakrawającej chwilami o nacjonalizm – zamienimy w biało-czerwone nakrycie głowy kibica, a noszący ją aktor wykona charakterystyczny gest wzniesienia rąk.

Najbardziej jaskrawym i wywołującym jednocześnie najgłośniejszy aplauz widowni przykładem manipulacji jest słynny cytat „Chińczyki trzymają się mocno“ w odniesieniu do… sportowych butów wyprodukowanych zapewne na terenie Państwa Środka, które sukcesywnie zalewa swoimi wyrobami europejskie rynki. Taka interpretacja Wyspiańskiego jest niewątpliwie ślizganiem się po powierzchni nastawionym na efekt komiczny. Nie można jej jednak odmówić pewnego intelektualnego wdzięku. Choć Maciejewski w swoim monodramie nie odkrywa Ameryki – grając z tematami poruszanymi przez prasę i telewizyjne programy publicystyczne, nie tyle istotnymi, co po prostu dobrze się sprzedającymi – jego skojarzenia trafiają w samo sedno. Tak jak sto lat temu Wyspiański, teraz on kreśli portret współczesnych mu Polaków. Narodu, który woli stawiać swojemu wielkiemu rodakowi kolejny monumentalny, kiczowaty pomnik, zamiast wsłuchać się w jego słowa i zrozumieć ich przekaz. Społeczeństwa, w którym nawet miłość jest upolityczniana, sprowadzana do dyskusji o zasadności wprowadzania związków partnerskich i prawach homoseksualistów albo głoszenia doń nienawiści czy nadmiernej aprobaty. Ludzi, którzy po nadużyciu napojów wysokoprocentowych (najlepiej w najczystszej postaci), stają się ksenofobiczni i wszczynają dyskusję o żydowskiej winie za wszystkie nieszczęścia tego świata. Portret przerysowany, na który każdy zapewne widz Teatru im. Słowackiego (lub bywalec dowolnej sceny na terenie kraju) zareagowałby oburzeniem. Jest w nim jednak zapewne ziarno prawdy, którego uparcie nie chcemy przyjmować, choć śmiejemy się z celnych skojarzeń i słownych żartów w spektaklu. Tak, jak w wielu utworach kabaretowych, telewizyjnych serialach i sitcomach dotykających podobnej problematyki, przeżywających obecnie swój renesans.

Ważnym elementem monodramu Maciejewskiego jest nieustannie podejmowana gra z widownią. Poprzez umiejętnie prowadzony dialog widz może stać się aktorem, który ma wpływ (rzeczywisty lub tylko jego złudzenie) na przebieg wydarzeń. Aktor kokietuje kobiety, zaczepia mężczyzn, zmusza ich do interakcji, nigdy nie naruszając jednak ich komfortu. Publiczność staje się wspólnotą weselnych gości. W przypadkowo dobranej zbiorowości osób, których łączy jedynie fakt, że w kasie teatru kupili bilety na spektakl, znajdują się zapewne pracownicy umysłowi oraz fizyczni, inteligencja pracująca, studenci, uczniowie, biznesmeni, panie domu. Ludzie rozmaicie postrzegający rzeczywistość oraz sztukę, dysponujący różnym przygotowaniem i narzędziami do ich odbioru. Zupełnie tak, jak goście zgromadzeni sto lat temu w bronowickiej chacie. Czynnikiem spajającym zbiorowość a jednocześnie symbolem obśmiewanej w monodramie mentalności ma być „bania“ – symboliczna setka czystej… wody, która w pewnym momencie zaczyna krążyć wśród publiczności.

Wieczór mija szybko. Przemyślane, świetnie zagrane przedstawienie. Jasny, czytelny koncept. Wreszcie kawał mocnego brzmienia coraz rzadziej obecnego w radiostacjach. Jednak w drodze powrotnej ciężko o pogłębioną refleksję, jaka normalnie towarzyszy odbiorowi podobnych treści. Cosi, gdziesi, kajsi, ktosi sprowadza Wesele do roli literackiego evergreenu, nie zaś dzieła ponadczasowego. Nie w tym kontekście. Katharsis oczywiście brak. Jest tylko rozrywka. Jednak jest to rozrywka na wysokim poziomie.

„Cosi, gdziesi, kajsi, ktosi”, reżyseria Sławomir Maciejewski, Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

Artykuł pochodzi z portalu Teatralia

 

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze