1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Manipulacja w pracy

Manipulacja w pracy

123rf.com
123rf.com
Na to, jak postrzega nas otoczenie, mamy w znacznym stopniu wpływ. Niektórzy jednak podczas prezentowania siebie posługują się manipulacją... Dowiedz się, jak rozpoznać ten mechanizm i jak z nim walczyć.

Wszystko zaczęło się już w pierwszych dniach pracy w nowej firmie, do której Iwona trafiła przed ponad rokiem. Po kilku spotkaniach z prezesem i drugim wiceprezesem zauważyła, że wśród pracowników wyższego szczebla panuje zasada „przytakuj i nie wychylaj się”. Prezes – bezsprzecznie fachowiec w branży chemicznej, ale niekoniecznie w dziedzinie zarządzania – był osobą autorytarną i wymagającą posłuchu. Zazwyczaj stosował skuteczne posunięcia, ale coraz częściej zdarzały się mu wpadki decyzyjne. Zdaniem Iwony nie zauważał, że świat się zmienia dość szybko i metody, które sprawdzały się 10 lat temu, dziś nadają się do lamusa. Próbowała o tym rozmawiać i podsuwać nowe rozwiązania, jednak miała wrażenie, że jest traktowana jak brzęcząca mucha i najlepiej, jak schodzi prezesowi z drogi. Drugi wiceprezes przytakiwał szefowi i dobrze pilnował, żeby mieć jego podpisy na kontrowersyjnych dokumentach. „Głową muru nie przebijesz” – powiedział kiedyś Iwonie i ta zaczęła rozważać, czy nie rozejrzeć się za nową pracą, bo z aktualną firmą jakoś kompletnie „nie było chemii”.

Relacje z kolegami

Jedyną osobą, z którą wydawało się, że ma wspólny język, był Jerzy – szef działu prawnego. Od pierwszego dnia był dla niej miły, przynosił kawę i pamiętał, że słodzi brązowym cukrem. „Niewiele kobiet jest w stanie sobie radzić na takich stanowiskach jak ty – a jeśli już, to daleko im do gwiazd filmowych, a ty ze swoją urodą musisz budzić zazdrość wielu z nich” – takie słowa Jerzego pomagały jej przetrwać w niezbyt przyjaznym środowisku i ufać, że jest ktoś, na kogo można liczyć. Kiedy po kilku miesiącach pracy Iwona nadal czuła, że znajduje się w stanie zawieszenia – prezes niewiele od niej wymagał i miała wrażenie, że jest z jakichś względów odstawiona na boczny tor – postanowiła przegadać sprawę z Jerzym. „Moim zdaniem nie ma żadnej tragedii, weź trochę urlopu i odpocznij. Czasem warto dać szansę sprawom, by potoczyły się własnym biegiem” – zaproponował.

Posłuchała rady kolegi i po załatwieniu formalności w dziale personalnym wyjechała na dwa tygodnie w góry, żeby w zaprzyjaźnionym pensjonacie i na samotnych wędrówkach raz jeszcze rozważyć, czy wiązać się z tą firmą, czy jednak szukać pracy, która pozwoli jej lepiej rozwijać się zawodowo. Kiedy dwie godziny po powrocie została wezwana do prezesa, trochę się zdziwiła, że ten nagle przestał jej unikać. „Może rzeczywiście wszystko się ułożyło” – pomyślała. Jednak z rozmowy wynikało jasno, że prezes proponuje, by zwolniła się na własną prośbę i w ten sposób rozstaną się po dżentelmeńsku. „Skoro może sobie pani pozwolić na siedzenie dwa tygodnie w górach, kiedy firma jest w tarapatach, to nie wróży dobrze dalszej współpracy i należałoby się jak najszybciej rozstać” – perorował. Iwona już chciała zacząć się tłumaczyć, że cały czas była pod telefonem i nie miała żadnych sygnałów, że jest potrzebna w pracy, kiedy uświadomiła sobie, że jedyną osobą, która wiedziała, że wyjeżdża w góry, był Jerzy. Tylko on mógł więc „napuścić” na nią prezesa! Cały jej profesjonalizm nie był w stanie opanować ścisku w gardle i goryczy w sercu. „Jak mogłam być taka głupia?!” – pomyślała po raz pierwszy i powtarzała to zdanie jak mantrę przez kolejnych kilkanaście dni. O tym, że Jerzy liczył na stanowisko wiceprezesa i był zdumiony, że firma postanowiła wziąć kogoś z zewnątrz, dowiedziała się już po podpisaniu wypowiedzenia od jednej z prawniczek spotkanej w barku kawowym.

Mechanizmy manipulacji

Kiedy zaczęłyśmy wspólną pracę nad powrotem Iwony do pionu i skupieniem się na sensownym działaniu poprzedzonym wyciągnięciem wniosków z sytuacji na przyszłość, tak, by to, co zaszło, mogło być potencjałem rozwoju, a nie kamieniem u szyi, Iwona pierwszy raz uśmiechnęła się, słysząc słowo „ingracjacja”. – No proszę, jak to można wszystko ładnie nazwać – powiedziała. – Nie jakieś tam podlizywanie się, tylko dostojna ingracjacja.

Bo właśnie to słowo najlepiej opisywało mechanizmy, które „zagrały” w historii Iwony. Termin „ingracjacja” pochodzi od łacińskiego określenia wkradania się w czyjeś łaski – in gratiam – i jest próbą opisu szczególnego rodzaju manipulacji. Opiera się ona na tworzeniu takiej autoprezentacji, która ma na celu zdobycie przychylności innych poprzez przekazywanie im odpowiednich informacji o sobie, czyli przez sprytne manipulowanie obrazem własnej osoby. Psychologowie mówią wówczas o tak zwanym „ja fasadowym” – takim kształtowaniu własnego obrazu w oczach innych, żeby widzieli mnie tak, jak chcę być widziana i myśleli o mnie to, co chcę, żeby myśleli. Oczywiście cel tego oddziaływania pozostaje utajony przed tymi, którzy mu podlegają. Techniki manipulacyjne oparte na ingracjacji są często niedookreślone i trudne do zwerbalizowania, bardzo często – niestety – bywają skuteczne.

Wspólną cechą wszystkich zachowań właściwych dla ingracjacji jest „prześwietlanie” osoby, którą bierzemy na celownik, tak by rozpoznać jej potrzeby, preferencje, oczekiwania i na tej podstawie stworzyć taki obraz siebie, jaki będzie najlepiej przyjęty.

W naszej historii mistrzem technik ingracjacyjnych okazał się Jerzy: wyczuwając u Iwony potrzebę wsparcia, zaprezentował się przed nią jako przyjacielski i opiekuńczy, wzbudzając jej zaufanie, co pozwoliło mu „prześwietlić przeciwnika”, jakim w istocie była – z jego punktu widzenia. W stosunku do prezesa zastosował zasadę donosicielstwa, zawoalowaną troską o dobro firmy i jej prezesa. „Jak to możliwe, panie prezesie, że Iwona bierze sobie urlop i spaceruje po górach, kiedy sytuacja w firmie jest napięta i w końcu znowu wszystko na pana barkach? Nie wszyscy umieją być odpowiedzialni, niestety”. Nie mamy stuprocentowej pewności, że rozmowa tak przebiegała słowo w słowo, ale że według takiego schematu – można się domyślać.

Jak poradziła sobie z tą sytuacją Iwona? Po rozpoznaniu mechanizmów, które pojawiły się w jej relacjach w nowej firmie, i pozbyciu się myślenia w kategoriach, że to ona jest winna, bo „dała się podpuścić”, przekonała się, że jest podatna na manipulację, gdyż sama jest autentyczna w relacjach, i ma skłonność – jak większość z nas – do mierzenia innych własną miarą. Zdecydowała się na w trakcie którego nauczyła się rozpoznawać mechanizmy słowne, które wskazują na skłonności manipulacyjne rozmówcy i dowiedziała się, jak przeciwdziałać takim procesom. Byłam pod wrażeniem, obserwując zmianę jej postawy w trakcie naszej współpracy. Teraz, kiedy w nowej firmie, w której pracuje, pojawiają się zachowania oparte na mechanizmach, które rozpoznaje – nie budzi to jej emocji, tylko skłania do działań zapobiegawczych. Nie potrzebuje już opowieści o tym, jaka jest mądra i piękna, żeby poczuć się lepiej, bo ta świadomość towarzyszy jej nieustannie, odkąd pozbyła się swego schematu myślowego, że coś jest z nią nie w porządku. Wszystko dzięki Jerzemu, który jednak nadal nie jest wiceprezesem.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy rodzina jest najważniejsza w życiu człowieka? Zastanawia się Wojciech Eichelberger

O tym, że rodzina jest najważniejsza, świadczy gotowość do przekraczania i porzucania dziecięcych zranień i nierozgrywania ich na rodzinnej scenie, czyli ograniczanie neurotycznych potrzeb. (Fot. iStock)
O tym, że rodzina jest najważniejsza, świadczy gotowość do przekraczania i porzucania dziecięcych zranień i nierozgrywania ich na rodzinnej scenie, czyli ograniczanie neurotycznych potrzeb. (Fot. iStock)
Mówimy: Rodzina. A zaraz potem: zdrowie. Ale w pracy spędzamy całe dnie, liczba rozwodów wzrasta, a ślubów nie. Co jest więc dla nas priorytetem? Na te i inne pytania odpowiada Wojciech Eichelberger.

Wzrosła akceptacja dla związków bez ślubu, seksu przedmałżeńskiego, antykoncepcji i rozwodów. A jednocześnie nadal większość z nas mówi, że to rodzina jest najważniejsza. Czy to znaczy, że żyjemy wbrew temu, co cenimy? Bo skoro pieniądze i status są „naj” tylko dla kilku procent, to dlaczego tak pochłania nas praca, tyle energii i czasu oddajemy naszym pasjom albo i nałogom?
Deklaracje to jedno, a praktyka to drugie. Ta deklaracja ma swoją bezwładność, bo skądinąd rodzina to rzecz ważna. My też lubimy deklarować, że jesteśmy lepsi, niż jesteśmy. Bardziej moralni, bardziej wzniośli nawet, niż tradycyjny system wartości przewiduje, ale jak się nam przyjrzeć, to okazuje się, że to tylko słowa. Nasze zachowania często nie pokrywają się z tymi deklaracjami. W trakcie psychoterapii takie deklaracje się weryfikuje. Kiedy ktoś mówi: „Kocham swoje dzieci, tylko nie mam dla nich czasu”, odpowiadam: „Jeśli chcesz wiedzieć, kogo kochasz, przyjrzyj się, czemu poświęcasz najwięcej czasu i uwagi”. No i wtedy następuje rewizja tej iluzji. Z reguły bolesna.

A nie zaprzeczenie: „Nie mogę mniej pracować! Haruję tak dla nich, żeby miały najlepsze szkoły, wakacje i kursy chińskiego, skrzypiec” itd.?
Tak, oczywiście. Zaprzeczamy faktom i racjonalizujemy zachowania, które przeczą naszym deklaracjom i fałszywym przekonaniom. Ale w końcu docieramy do prawdy: „Wyszło na to, że najbardziej kocham mój samochód”. Albo: „Najważniejsza jest dla mnie moja praca, a nie dzieci. Jej najwięcej czasu poświęcam. Więc także moja miłość do żony jest deklaracją bez pokrycia”. Takie konstatacje bolą, jednak płynie z nich wielka korzyść, bo tylko trafna diagnoza pozwala na podjęcie skutecznej naprawy.

Na psychoterapii odkrywamy więc, że czasem kłamiemy, mówiąc o naszej wielkiej miłości do bliskich?
Iluzja nie jest kłamstwem, tylko wiarą, a nawet pewnością, że nasze wybory i zachowania są zgodne z wyznawanymi przez nas wartościami. Nie uświadamiamy sobie hipokryzji, w jakiej żyjemy. Zazwyczaj tworzymy iluzje na własny temat, by być w zgodzie z systemem norm i zasad deklarowanych przez religijne i polityczne autorytety.

Jeśli ktoś przyzna, że najważniejsze są dla niego osiągnięcia w bieganiu i sukcesy w pracy, to co wtedy?
Kiedy już to wie i nie udaje przed sobą, że jest inaczej, to jego problem się kończy. Powraca poczucie spójności. Wydawać by się mogło, że wtedy to jego najbliżsi mają problem, bo muszą zdecydować, czy chcą żyć pod jednym dachem z człowiekiem, który najbardziej kocha np. swój samochód. Tak, ale też dzięki poznaniu prawdy i oni doświadczą ulgi, bo do tej pory mogli się obarczać winą za to, że nie czuli się kochani. Mogli myśleć, że to z nimi jest coś nie tak, skoro nie potrafili poczuć i docenić ojcowskiej czy mężowskiej miłości. Bywa jednak i tak, że po nazwaniu sytuacji ludzie uspójniają się w drugą stronę – starają się dorosnąć do tego, co deklarują. Skoro ktoś już zdobywa się na to, by przyjść do terapeuty, to bierze pod uwagę możliwość zmiany na głębszym poziomie niż porzucenie złudzeń na własny temat.

Albo przyszedł, bo żona kazała: „Wciąż mi powtarza, że dla mnie rower jest ważniejszy nawet niż praca, czyli bezpieczeństwo materialne rodziny”.
Warto wtedy, by psychoterapeuta pomógł mu zastanowić się, czy żona ma rację. Jeśli tak, powinien zapytać: „Skoro już wiesz, że rower jest dla ciebie najważniejszy, to czy chcesz dać sobie spokój z tą żoną? Nie zawracać jej dłużej głowy, przeprosić, że się pomyliłeś? Czy może chcesz sprawdzić, dlaczego lekceważysz adresowane do ciebie, uzasadnione potrzeby i oczekiwania, i odkryć kiedyś, że to jednak ona jest dla ciebie najważniejsza?”. W wielu wypadkach, gdy ktoś zrozumie, że deklarował nieprawdę, by dopasować się do tego, co jest społecznie akceptowane, ale chce być osobą spójną, dorosłą i odpowiedzialną (czyli myśleć, mówić i robić to samo, żyć w zgodzie ze swoją prawdą, nie oszukiwać), to po odkryciu prawdy rusza w swoją drogę z ulgą.

Nie zawsze. Znajomy wie, że nie kocha dziecka, ale mimo to daje się szantażować eksżonie i zostaje w kraju, choć za granicą mógłby się rozwijać zawodowo, a tego właśnie pragnie.
To, że mamy świadomość, czego chcemy, i wiemy, co nas rozwija, nie oznacza jeszcze, że jesteśmy dojrzałymi ludźmi. Dojrzałość polega na tym, że wybieramy to, co jest dla nas najważniejsze, i czynimy to coś najważniejszą sprawą również w praktyce. Twój znajomy ma wybór: rodzina albo satysfakcjonująca i pożyteczna praca za granicą. Jeśli zostaje z rodziną nie dlatego, że dokonał takiego świadomego wyboru, bo uznał to za wartość dla niego prawdziwie nadrzędną, lecz na skutek presji byłej żony i otoczenia, to zachowuje się w sposób niedojrzały. Podkłada też bombę z opóźnionym zapłonem pod całe swoje życie. Wszyscy z powodu jego fałszywego poświęcenia będą cierpieć dłużej i bardziej, niż cierpieliby, gdyby wyjechał. Prawdopodobnie zgadza się zostać, żeby ukoić poczucie winy spowodowane tym, że nie kocha dziecka. Gdyby rozwiązał ten problem, właściwa decyzja byłaby łatwiejsza do podjęcia.

Może kiedy uporządkuje swoje życie wewnętrzne i dojrzeje, to pokocha dziecko i zostanie w kraju z radością?
Na dwoje babka wróżyła. Dojrzały emocjonalnie człowiek też może nie kochać dziecka. To nie świadczy o patologii. Miłość (także do dzieci) to dar. Spotkałem wielu ludzi, którzy z różnych powodów nie kochali swoich dzieci i czuli się z tego powodu tak podejrzani i winni, że nie potrafili się nawet przed sobą do tego przyznać. Udawali więc miłość i oddanie tak zażarcie, że bardziej i dłużej krzywdzili tym dziecko, niż gdyby żyli w zgodzie ze swoją trudną wewnętrzną prawdą. Wypieranie ze świadomości braku miłości do własnych dzieci często sprawia, że stajemy się wobec nich chorobliwie opiekuńczy albo zamieniamy naszą relację w perfekcyjny projekt wychowawczy. Zalewamy dziecko nadmiernymi wymaganiami albo nieustającymi prezentami. Czasami też odwracamy relację i to my siadamy dziecku na kolanach, domagając się od niego współczucia i wsparcia. Zaznaczam, że życie w zgodzie z wewnętrzną prawdą nie zawsze musi się przejawiać komunikowaniem tej prawdy otoczeniu – zwłaszcza dzieciom. Samo to, że niekochający rodzic zrozumie siebie i sobie wybaczy, sprawi, że to jego otoczenie, włącznie z dziećmi, odczuje wielką ulgę. Bo wtedy przestaje nadrabiać brak miłości nadmierną uwagą, napięciem i manipulacją, a także przestaje się dziecka czepiać, umieszczając w nim odpowiedzialność za swój problem: „Gdybyś ty było inne, to pokochałbym cię. To twoja wina, że cię nie kocham”.

Dlaczego kłamiemy nawet przed sobą, że kochamy dzieci, kiedy tak nie jest?
Bo istnieje bezwzględna społeczna i religijna norma, że własne dzieci się kocha z automatu. Nikomu nie wolno nie kochać swojego dziecka. W przeciwnym razie skazujemy się na moralną banicję, wykluczenie ze społeczności. A z drugiej strony – niestety, brak miłości do dzieci zdarza się coraz częściej, bo nie chcieliśmy ich mieć, nie jesteśmy pewni, czy są nasze, bo nie przepadamy za współrodzicem itd. A w świecie ludzkim miłość nie jest stanem hormonalno-gruczołowym. Tylko w pierwszej fazie życia dziecka, tej związanej z karmieniem piersią, matka czuje oksytocynową więź z dzieckiem. Gdy efekt oksytocyny mija, a w dodatku relacja z dzieckiem staje się coraz bardziej wymagająca, matka z przerażeniem może stwierdzić, że nie ma dla niego pozytywnych uczuć. Ojcowie miewają jeszcze trudniej, bo ich organizmy nie wydzielają oksytocyny, czyli hormonu więzi. Dlatego lepiej, jeśli podejmujemy decyzję o rodzicielstwie wtedy, gdy tego naprawdę pragniemy. Gdy dziecko przytrafia się „nie w porę”, wbrew poważnym planom, to tacy przypadkowi rodzice ryzykują kłopoty z jakością więzi między nimi a dzieckiem.

Co zrobić, kiedy odkryję, że nie rodzina, nie dziecko są dla mnie najważniejsze?
To, że nie kocham dziecka, nie zwalnia mnie z obowiązku zapewnienia mu warunków do życia i rozwoju, z obowiązku dbania o nie. Ale jest trudniej, bo jak się kocha dziecko, to starania i wybory same się porządkują. Uwalnia nas to także od nadmiernych – czasami wręcz panicznych – starań, od gorączkowości i histerii, które często biorą się z poczucia winy, że nie kochamy. Powtarzam więc: rodzicielskie niekochanie nie jest samo w sobie krzywdą dla dziecka, a jeśli jest uświadomione, to staje się lepsze od poczucia winy i nadrabiania. Nadmiar rodzicielskich emocji – czy to pozytywnych, czy negatywnych – w wychowywaniu szkodzi i obciąża dzieci.

Gdyby rodzina była dla nas najważniejsza, to jak byśmy postępowali?
O tym, że rodzina jest najważniejsza, świadczy gotowość do przekraczania i porzucania dziecięcych zranień i nierozgrywania ich na rodzinnej scenie, czyli ograniczanie neurotycznych potrzeb. I jeśli nawet nosimy w sobie zranionego dzieciaka, to powinniśmy wiedzieć, że partner nie będzie naszym wymarzonym rodzicem i nie możemy nieustannie siedzieć na jego kolanach. Rodzina jest najważniejsza, gdy umiemy przetrwać kryzysy pierwszego okresu małżeństwa, a potem przekroczyć trudny próg czwartego i siódmego roku. Trzeba być dojrzałym i wiedzieć, że rozczarowanie w związku jest nieuniknione. Aby być w rodzinie, trzeba zaakceptować wady innych i poznać swoje. Rodzina staje się najważniejsza dopiero wtedy, kiedy przestajemy ją idealizować.

Mamy przestać idealizować rodzinę, jeśli chcemy, żeby naprawdę stała się dla nas najważniejsza?
Myślę, że nasze prorodzinne deklaracje biorą się w dużej mierze z tęsknoty. Na ogół bowiem potrzeby związane z rodziną są bardzo frustrujące. Przeciętny polski dom jest dla dziecka środowiskiem trudnym. Często wychowuje się nas poprzez krytykę, porównania z innymi, podnoszenie poprzeczki i wymuszanie. Nie uczy się nas podążania za naszymi talentami i predyspozycjami. Stąd taka tęsknota za rodziną idealną, wspierającą, dającą bezpieczeństwo, siłę i poczucie własnej wartości. Nie potrafimy jednak takiej rodziny zbudować, w czym nie ma nic zawstydzającego, bo przekroczenie rodzinnego dziedzictwa to zadanie na co najmniej dwa pokolenia.

W dodatku miłość to emocja, a ta jest zmienna. Jak więc na niej budować?
Prawdziwa miłość to trwały stan umysłu, a nie emocja. A po drodze do niej mamy do pomocy dojrzałość, potrzebę spójności i odwagę zaglądania do swego cienia. Więc przedwcześnie nie zawracajmy innym ludziom głowy, że ich kochamy nad życie albo że nie możemy ich kochać, bo z nimi jest coś nie tak. Lepiej dać sobie czas na samopoznanie, zanim zdecydujemy się na rodzinę i dzieci.

Istnieją ludzie stworzeni do życia solo?
Każdy powinien indywidualnie rozstrzygnąć, czy naprawdę został do tego stworzony, czy to raczej jakiś problem w byciu z ludźmi i nawiązywaniu z nimi miłosnej więzi. To trzeba umieć rozstrzygnąć. Bo jeśli mamy bardzo złe doświadczenia w rodzinie pierwotnej, to albo wychodzimy z niej tak pokiereszowani, że mówimy: „Nigdy więcej rodziny!”, albo stwierdzamy: „Ach! Założę idealną rodzinę, taką, o jakiej zawsze marzyłem i na którą nie było stać emocjonalnie moich rodziców”.

Obie decyzje są neurotyczne, bo wynikają z dziecięcej traumy. Ale lepsza jest pierwsza, bo ogranicza możliwość krzywdzenia innych, a szczególnie dzieci. Proponowałbym jednak traktować ją nie jako życiową decyzję, lecz rodzaj poczekalni czy dojrzewalni. Bo życie będzie nas konfrontować z różnymi pouczającymi sytuacjami, sprzyjającymi dojrzewaniu i przekraczaniu naszych dziecięcych uwarunkowań. Kto wie, może za parę lat poczujemy, że już jesteśmy gotowi na rodzinę.

Czy wspomniany wzrost akceptacji dla antykoncepcji, rozwodów to nie dowód, że rodzina nie jest wartością?
Wręcz przeciwnie. Antykoncepcja może scalać rodzinę, czyniąc ją bardziej bezpiecznym środowiskiem dzięki możliwości kontroli nad rozrodczością. Poza tym sprzyja świadomemu rodzicielstwu. Mentorzy i moralizatorzy winni pamiętać, że ani nakazami, ani zakazami nie zbuduje się w człowieku dojrzałości i autonomii. Żeby dojrzeć, trzeba samodzielnie podejmować decyzje i doświadczać ich skutków. Z kolei seks przed ślubem ratuje przed ryzykiem popełnienia zasadniczego błędu w wyborze partnera, partnerki. Wzajemna atrakcyjność i harmonia seksualna w ogromnej mierze decydują o trwałości związków.

Od czego zacząć, jeśli chcemy, by rodzina była też miejscem, gdzie nam po prostu dobrze?
Od starań na rzecz głębokiego zrozumienia siebie. Trzeba poznać swoje uwarunkowania, ograniczenia i wewnętrzne przeszkody, które mogą stanąć na drodze zbudowania trwałych relacji partnerskich i rodzinnych. Na przykład wiedzieć, że w naszym rodzinnym systemie mężczyźni nie brali udziału w wychowaniu dzieci i starać się to dziedzictwo przekroczyć.

  1. Psychologia

Dzieci nie uczą się manipulacji. Intuicyjnie wyczuwają, która technika zadziała na rodziców

Dzieci idealnie rozpoznają słabości rodziców, znają ich kompleksy i do nich właśnie dostosowują rodzaj manipulacji. (Fot. iStock)
Dzieci idealnie rozpoznają słabości rodziców, znają ich kompleksy i do nich właśnie dostosowują rodzaj manipulacji. (Fot. iStock)
Dzieci nie uczą się manipulacji. Intuicyjnie wyczuwają, która technika zadziała na rodziców. Trudno bywa im nie ulec, zawsze warto je rozpoznać.

Kto wychował choć jedno dziecko, wie jak przydatny bywa niewinny fortel, by osiągnąć swój cel. Fortel nie zawsze bardzo poczciwy... I oto dzieci też to wiedzą i też mają swoje cele! Podobnie jak dorośli dysponują repertuarem sztuczek, pomocnych w załatwieniu jakiejś sprawy. Do tego idealnie, choć częściej radzi im intuicja i doświadczenie niż przemyślny plan, rozpoznają słabości rodziców, znają ich kompleksy i do nich właśnie dostosowują rodzaj manipulacji. Gdyby człowiek sam był bez skazy, stałby się bardziej na nie odporny, a tak… zwykle im ulega.

Co nią jest?

Manipulacja z definicji jest formą wywierania wpływu na jednostkę lub grupę, po to, by wbrew ich chęciom zaspokoić potrzebę manipulatora. Nie będzie zatem manipulacją płacz niemowlęcia, krzyk dziecka, które spadło z huśtawki, prośba nastolatka o doładowanie konta w telefonie czy pytanie o pozwolenie przekłucia ucha w szóstym miejscu. Jest nią natomiast histeria w miejscu publicznym, gdy tata odmawia kupna lizaka, lub porównywanie mamy do macochy, bo, niedobra, każe iść spać. Mali manipulatorzy uruchamiają swoje umiejętności:
  •  Żeby umocnić swój autorytet, czyli byśmy nie zapomnieli, kto w tym domu ma ostatnie słowo.
  • Żeby utrwalić reakcję i sprawdzić, czy nadal jesteśmy podatni manipulację, czyli: na wszelki wypadek.
  • Gdy czują, że zrobili coś złego i chcą odwrócić naszą uwagę lub odwlec moment ujawnienia prawdy.
  • Gdy czegoś chcą, a podświadomie wiedzą, że nie jest im to niezbędne.
  • Gdy nie chce im się poświęcać czasu na rzeczowe przekonywanie rodziców do czegoś.
  • Gdy chcą nam sprawić przykrość, ale nie mają odwagi otwarcie powiedzieć, co w tej chwili czują
  • Gdy są zmuszone podstępem prowokować nas do poświęcania im uwagi i czasu.

Przegląd dziecięcych manipulacji

Foch

Szantaż emocjonalny, czyli wyrażenie za pomocą mowy ciała informacji: „Widzę, że ty mnie w ogóle nie kochasz”. Do stosowania fochu uciekają się nie tylko nastolatki, ale już przedszkolaki. To manipulacja niezwykle skuteczna – przecież kochający rodzice chcą, by dziecko było szczęśliwe. A ponieważ większość ludzi czuje się w roli rodzica niepewnie, foch działa skutecznie. Smutna minka, drżąca broda, milczenie, smutek, unikanie kontaktu wzrokowego – i wszyscy prześcigamy się w wymyślaniu, co by sprawiło dziecku radość. Na pociechę: odporność na focha jest wśród rodziców rzadkością.

Dezinformacja

Stosowana głównie przez dzieci uczące się, a bazuje na... lenistwie rodziców! Bo nie chce się nam zbadać dokładnie sprawy. Oto Adaś, 11 lat, często mówi o swojej matematyczce. W jego oczach jest złośliwą starą panną, która nie lubi chłopców, i w ogóle złą nauczycielką. Kiedy mama idzie na zebranie, jest już przez dziecko odpowiednio „przygotowana”, wie, z kim będzie mieć do czynienia. Adaś zadbał, by mama nie traktowała rozmowy z matematyczką poważnie.

Zniekształcanie danych

Magda, 14 lat, mówi, że jej koleżanka Ania ma urodziny, ale ona raczej nie pójdzie, bo jej to nie bawi. Pewnie będzie nudno. Cztery dziewczynki mają u Ani jeść pizzę i oglądać film. Chyba znów zostanie sama w domu… Co innego gdyby miała prawdziwą przyjaciółkę, nie czułaby się taka samotna. Zatroskana mama zaczyna namawiać córkę, by jednak poszła na urodziny koleżanki. I Magda w końcu daje się przekonać. Jeśli będzie miała szczęście, jej mama nigdy się nie dowie, że to impreza na trzydzieści osób, nie u Ani, lecz na działce u kolegi, którego Magda nawet nie zna. W razie kłopotów powie: „przecież sama mnie namawiałaś, żebym nie siedziała w domu”.

Zniekształcanie danych najczęściej dotyczy spraw finansowych. Piotrek, 15 lat, często prosi rodziców o pieniądze na szkolną składkę, a to na wyjście do kina, to znów na ubezpieczenie lub jakieś ćwiczenia. Zawsze otwiera dzienniczek i czyta, ile dokładnie ma przynieść. Sam pisze kwotę… zwykle o 20 złotych większą niż jest wymagana. W razie wpadki zawsze może powiedzieć, że się pomylił.

Podsycanie rywalizacji

Ta manipulacja bazuje na braku pewności siebie opiekuna w roli rodzica. Stosują ją zazwyczaj dzieci wychowywane przez rozwiedzionych partnerów. Nie muszą być specjalnie przenikliwe, by dostrzec, jak bardzo każdemu zależy na opinii tego najlepszego rodzica w oczach dziecka. Rzadko powiedzą: „tatuś mi zawsze pozwala oglądać w nocy filmy”, już raczej: „kocham tatusia, bo z nim zawsze jest fajnie”. Niepewna matka sama zapyta, co sprawia, że jest fajnie, i oczywiście zaproponuje, by wspólne obejrzeć jakiś film. Rywalizację tego rodzaju podsycają i wykorzystują też dzieci z dobrych małżeństw, porównując mamę czy tatę do rodziców swoich znajomych. Umiejętnie podsunięte informacje o zachowaniu innych dorosłych mają być drogowskazem, na co można, a nawet trzeba, dziecku pozwolić.

Ewelinka, 12 lat, lubi opowiadać mamie śmieszne historie z życia swoich koleżanek. Ostatnia była o Uli, która kupowała z mamą spodnie. Długo krążyły po centrum handlowym, ale żadne jej się nie podobały. Zirytowana mama powiedziała, że chce mieć dwie godziny spokoju. Kiedy się rozdzieliły, Ula od razu znalazła odpowiednie spodnie, a mama potem tylko za nie zapłaciła. Sprytne, prawda? Tylko że w tej opowieści ani spodnie, ani kupowanie nie mają większego znaczenia. Celem Ewelinki jest przemycenie mamie informacji, że niektórzy rodzice pozwalają dzieciom samodzielnie poruszać się po centrach handlowych.

Ponieważ wszyscy deklarujemy, że nie obchodzi nas wcale wychowywanie u znajomych, mali manipulatorzy, niejako przy okazji, donoszą o tym, jak z dziećmi postępują inni, najlepiej ci, którzy nam imponują (dziecko zawsze wie, kogo uważamy za wzór). To dowód na to, jak dobrze dzieci wyczuwają nasze słabości. Najczęściej bowiem najsłabszym punktem rodzica jest to, że za nic nie chce być gorszy od innych.

Magiczne „proszę”

Gdy dziecko ma na coś ochotę, mówi: „Tatusiu, czy możesz mi kupić loda, proszę…”. To prosta manipulacja. Dzieci wykorzystują przekonanie większości rodziców, że dzisiejsze młode pokolenie jest okropne i w ogóle nie używa zwrotów grzecznościowych. W konsekwencji, gdy tylko mama i tata usłyszą słowo „proszę”, natychmiast miękną.

Paluszek i główka

Dzieci błyskawicznie orientują się, że ich zdrowie jest priorytetem. Jeśli rodzice są na tym punkcie przewrażliwieni, potomstwo natychmiast zaczyna miewać najprzeróżniejsze dolegliwości, które zdarzają im się najczęściej w momentach, gdy zrobią coś niedobrego,  a jeszcze częściej, gdy im się czegoś zrobić nie chce. Żeby zapobiec utrwaleniu tego rodzaju manipulacji, wprowadźmy zasady, które zniechęcą dziecko do chorowania. Kiedy zgłasza złe samopoczucie, a czujesz, że boli je przysłowiowy „paluszek” czy „główka”, pozwólmy mu na leniuchowanie, ale zdecydowanie bez korzystania z komputera, telewizora czy telefonu. Chodzi o to, żeby choroba nie kojarzyła się z nagrodą.

Niewielki upust

Trick powszechnie stosowany przez starsze dzieci. Gdy chcą, żeby im coś kupić, mówią, że to kosztuje sto złotych. Rodzic się oburza, ono wtedy „sprawdza” w sieci i okazuje się, że za czterdzieści też można kupić – wprawdzie nieco gorszy model, ale i taki może być. Zgodzi się, bo nie chce naciągać mamy czy taty. To bardzo inteligentne odwrócenie uwagi od tematu głównego – ceny zakupu.
 

Marudzenie

Ta manipulacja da dziecku satysfakcję, że to ono rządzi w domu. Gdy siedmioletnia Agata o ósmej wieczorem ma iść do łóżka, zawsze po drodze musi... wejść jeszcze do łazienki, pocałować mamę na dobranoc, a to znów coś jej się przypomni albo zapyta rodzica na przykład, jak to jest po śmierci – podejmuje temat, przy których mama nie powie: „jutro, teraz marsz do łóżka”. W ten sposób dziewczynka zasypia dopiero około jedenastej.

Tworzenie nastroju chwili

Dzieci intuicyjnie czują, jak wielką wartością dla dorosłego jest fizyczny kontakt z nimi, choćby buziak, uścisk i potrafią z tego korzystać. Przychodzą, przytulają się, rozczulają do łez i… intuicyjnie wyczuwają, że to dobry moment na marzenia lub zwierzenia. Dziewięcioletni Robert, wtulony w tatę, wyznał, że chciałby mieć własnego konia. To nic nie szkodzi, że konia nie dostanie, nawet lepiej! Po co narażać tatę na takie wydatki. Jak będzie dorosły, sam sobie kupi. A tata Roberta z poczuciem winy, że nie może zrealizować marzenia syna, zgodzi się na wiele pomniejszych, dla Roberta też ważnych rzeczy.

Jak się nie poddać manipulacjom

Portret psychologiczny rodzica podatnego na dziecięce manipulacje jest następujący: to człowiek, który nie do końca wierzy, że jest dobrym rodzicem, i który nie pogodził się jeszcze z tym, że rodzic idealny nie istnieje. Chce szybko załatwić z dzieckiem co trzeba i ważną wartością dla niego jest tzw. święty spokój.

Tymczasem jedyna droga przeciwstawienia się dziecięcym manipulacjom polega właśnie na wyrzeczeniu się świętego spokoju i konsekwentnym działaniu – bez zwracania uwagi na sztuczki, jakie stosuje dziecko. A najważniejszym i najskuteczniejszym sposobem zapobiegania manipulacji jest… niestosowanie jej przez samego rodzica. Nie ma sensu oszukiwać dziecka, wychowując je „na skróty”, wystarczy po prostu spędzać z nim czas, kochać i nie czuć się winnym ani nie wchodzić w rywalizację z teściową czy ekspartnerem.

Jeśli chcesz, żeby twoje dziecko nie uciekało się do manipulacji:

  • Baw się z nim, śmiej, wygłupiaj – nie będzie się bało rozmawiać o pewnych sprawach wprost, a ty pozbędziesz się poczucia winy, że się nim nie zajmujesz.
  • Przyjmij do wiadomości, że czasem trzeba się z własnym dzieckiem pokłócić, zabronić mu czegoś lub odmówić kategorycznie, a potem spokojnie przeczekać, aż się wypłacze.
  • Nie porównuj się do nikogo, bo każdy dom jest inny, każda rodzina funkcjonuje inaczej. Nie dostosowuj się do tego, co robią rodzice innych dzieci (czytaj: na co im pozwalają).
  • Pozwól, by inne osoby były dla twojego dziecka ważne, i ciesz się z tego. Im więcej ich będzie, tym bardziej ono na tym skorzysta. Nie ulegając pokusie podjęcia rywalizacji, kto jest dziecku najbliższy, wybijasz mu broń z ręki, bo nie może już cię szantażować, że kogoś innego też będzie kochać. Nie robi na tobie wrażenia to, że chwali zupy teściowej, czy lubi tatę i jego nową żonę, skoro ty także dobrze o nich mówisz.
  • Szczerze mów o swoich poglądach: „Mamy na to pieniądze, owszem; nie chodzi o to, że nas nie stać. Stać. Ale nie podoba mi się, że kupujesz czwartą grę. Takie jest moje zdanie”.
  • Nie martw się tym, jak to wygląda z boku, czy ktoś pomyśli, że jesteś wyrodnym rodzicem, bo czegoś dziecku odmawiasz. Ludzie w sklepie czy na spacerze to idealna publiczność dla manipulatora.
Zanim jednak skrajnie negatywnie ocenisz zachowanie dzieci, zauważ, że często muszą się uciekać do manipulacji, żeby otrzymać od dorosłych to, co im się słusznie należy: szacunek, czas, zainteresowanie, a nawet miłość.

  1. Psychologia

Jak rozmawiać z furiatami? – Sposoby na irracjonalne zachowania

W kontakcie z kimś irracjonalnym twój organizm wysyła ci sygnały informujące o zagrożeniu. Czasem samo wspomnienie takiej osoby powoduje reakcję fizjologiczną. 
Dlaczego tak się dzieje? Twój mózg gadzi daje ci wybór między walką i ucieczką. (fot. iStock)
W kontakcie z kimś irracjonalnym twój organizm wysyła ci sygnały informujące o zagrożeniu. Czasem samo wspomnienie takiej osoby powoduje reakcję fizjologiczną. Dlaczego tak się dzieje? Twój mózg gadzi daje ci wybór między walką i ucieczką. (fot. iStock)
- Aby dotrzeć do irracjonalnych ludzi, trzeba wiedzieć, dlaczego tacy są. Trzeba też wiedzieć, dlaczego polemizowanie czy argumentowanie nie zdaje egzaminu, za to dobrze sprawdzi się wczucie w ich rozchwiane emocje – przekonuje Mark Goulston, autor książki „Jak rozmawiać z furiatami”.

Przepracowałem dziesięciolecia jako psychiatra i wiem, jak wygląda „wariactwo” – a widziałem parę naprawdę poważnych przypadków. Jak poważnych? Jeden z moich pacjentów był stalkerem Britney Spears. Inny wyskoczył z balkonu na piątym piętrze, bo był przekonany, że potrafi latać. Jeszcze inny zadzwonił do mnie z więzienia na Dominikanie z informacją, że pojechał tam, by wzniecić rewolucję.

Pracowałem też z ważącymi czterdzieści kilogramów anorektykami, rozchwianymi emocjonalnie ludźmi uzależnionymi od heroiny i owładniętymi halucynacjami pacjentami ze schizofrenią. Uczyłem negocjatorów specjalizujących się w porwaniach, jak nakłonić do poddania się przestępców, którzy chcą kogoś skrzywdzić. Obecnie z kolei pokazuję prezesom i menedżerom wielkich firm, jak uporać się z pozbawionymi zahamowań osobami, które zagrażają wynikom przedsiębiorstw.

Jednym słowem, znamy się z wariactwem naprawdę dobrze. Jakiś czas temu jednak doznałem olśnienia – ja oczekuję wariactwa na co dzień, bo to moja praca. Zdałem sobie jednak sprawę, jak często ty musisz stawiać czoło furiatom – przy czym nie są to stalkerzy Britney Spears czy osoby ze skłonnościami samobójczymi, tylko ludzie, którzy przejawiają coś, co nazywam „wariactwem codziennym”.

Ten moment olśnienia przydarzył się, kiedy udałem się na spotkanie dla zarządców mas spadkowych, którzy potrzebowali porady, jak pomóc rodzinom pogrążonym w kryzysie. Obawiałem się, że będzie nudno, ale ku własnemu zaskoczeniu byłem zafascynowany. Odkryłem, że – tak jak ja – ci ludzie musieli rozmawiać z furiatami każdego dnia. Niemal każdy problem, który poruszali, dotyczył klientów zachowujących się kompletnie irracjonalnie.

Ci prawnicy nie mieli żadnych kłopotów ze sporządzaniem testamentów czy tworzeniem funduszy powierniczych. Nie wiedzieli jednak, co zrobić, kiedy ich klienci zaczynają „świrować”, a bardzo potrzebowali się tego dowiedzieć.

To właśnie wtedy dotarło do mnie, że każdy – w tym ty – styka się z tym samym problemem. Założę się, że niemal każdego dnia musisz sobie poradzić z przynajmniej jedną irracjonalną osobą. Szef, który oczekuje niemożliwego? Roszczeniowy rodzic? Wrogo nastawiony nastolatek? Manipulujący współpracownik? Sąsiad, który zawsze szuka dziury w całym? A może rozchwiany emocjonalnie partner albo irracjonalny klient?

Czas na wyjaśnienie słowa „wariat”

Wiem, że brzmi ono pejoratywnie i jest zupełnie niepoprawne politycznie. Kiedy go jednak używam, nie mam na myśli osób cierpiących na choroby psychiczne. Nie używam go też do napiętnowania żadnej grupy ludzi. Po prostu każdy z nas czasami zachowuje się jak „wariat”. Tego słowa używam do opisania zachowania irracjonalnego.

Ludzie, z którymi się stykasz, potrafią zachowywać się irracjonalnie na cztery różne sposoby:

  • Mają zaburzone postrzeganie świata.
  • Myślą lub mówią rzeczy, które nie mają sensu.
  • Podejmują decyzje i działania, które nie leżą w ich najlepszym interesie.
  • Kiedy starasz się sprowadzić ich z powrotem na drogę rozsądku, stają się po prostu nie do wytrzymania.
W mojej książce dzielę się najlepszymi sposobami na dotarcie do osób, których irracjonalne zachowanie przejawia się w powyższych formach. Korzystałem z tych technik we wszelkich sytuacjach – od wyjaśniania biurowych wojen podjazdowych po ratowanie małżeństw. Możesz równie skutecznie wykorzystać je do radzenia sobie z irracjonalnymi ludźmi we własnym otoczeniu.

Przede wszystkim wczuj się w emocje

Wykorzystanie narzędzi, które prezentuję w tej książce, wymaga nieco odwagi. Nie uda ci się uporać z huśtawką emocji, jeżeli będziesz je ignorować albo polemizować z nimi lub się kłócić. Spróbuj się w nie po prostu wczuć. Lata temu usłyszałem radę, co zrobić, kiedy pies ugryzie cię w rękę – jeżeli poddasz się instynktowi i spróbujesz wyszarpnąć mu dłoń z pyska, zaciśnie tylko mocniej zęby. Jeżeli jednak na przekór odruchowi wepchniesz dłoń głębiej, pies zwolni uchwyt. Dlaczego? Bo kolejnym krokiem dla niego jest przełknięcie smacznego kęsa, a w tym celu musi rozluźnić nacisk szczęk. To właśnie moment, kiedy możesz wyciągnąć dłoń.

Tę samą zasadę stosuje się w rozmowie z irracjonalnymi osobami. Jeżeli zachowujesz się tak, jakby postradali zmysły, a ty nie, po prostu pogrążą się głębiej we własną rzeczywistość. Jeżeli jednak wczujesz się w ich irracjonalność, to radykalnie zmienisz dynamikę całej sytuacji. Oto przykład.

Po koszmarnym dniu, jednym z najbardziej frustrujących w życiu, wracałem samochodem do domu w zasadzie na autopilocie, rozmyślając o swoich problemach. W Kalifornii jest to niestety bardzo niebezpieczne.

Wjeżdżałem właśnie do Doliny San Fernando, jadąc na południe Sepulveda Boulevard, kiedy niechcący wymusiłem pierwszeństwo na półciężarówce, w której jechał ogromny facet z żoną. Zatrąbił na mnie, a ja podniosłem rękę na przeprosiny. A potem, niecały kilometr później, jak ten idiota znowu wjechałem mu przed maskę.

Gość wyprzedził mnie, zajechał mi drogę i się zatrzymał, więc ja też musiałem stanąć. Widziałem, jak jego żona gestykuluje nerwowo i próbuje go nakłonić, żeby odpuścił.

Nie posłuchał jej jednak i wysiadł z samochodu – miał prawie dwa metry wzrostu i ważył ze sto pięćdziesiąt kilogramów. Podszedł do mojego wozu i walnął w szybę od strony kierowcy, przeklinając, ile sił w płucach.

Byłem tak oszołomiony, że otworzyłem okno, a potem po prostu poczekałem, aż zrobi przerwę na dalsze inwektywy.

– Czy kiedykolwiek miał pan tak upiorny dzień, że po prostu liczył pan na spotkanie kogoś, kto wyciągnie spluwę, strzeli do pana i zakończy te męczarnie? Czy to pan jest tą osobą? – zapytałem, kiedy brał wdech. Opadła mu szczęka. – Co? – wydukał.

Do tego momentu zachowywałem się jak idiota, ale tutaj zrobiłem coś genialnego. Nie wiem, jak, ale w oszołomieniu powiedziałem właśnie to, co należało powiedzieć.

Nie próbowałem się kłócić z tym olbrzymem – prawdopodobnie na próby argumentacji wyciągnąłby mnie z samochodu i mi przyłożył. Nie odpowiedziałem też agresją. Zamiast tego wczułem się w jego emocje.

Gapił się na mnie, więc kontynuowałem. – Zwykle nie wjeżdżam ludziom przed maskę, a już na pewno nigdy nie robię tego dwa razy z rzędu. To po prostu taki dzień, że nieważne, co zrobię albo kogo spotkam – w tym pana! – wszystko idzie nie tak. Czy będzie pan tak miły i mnie zastrzeli?

Zmienił się w oczach – w ułamku sekundy uspokoił się i zaczął dodawać mi otuchy.

– Hej, chłopie, będzie dobrze. Serio! – wyrzucił z siebie. – Spokojnie, będzie dobrze. Każdy ma czasem taki dzień.

– Łatwo panu powiedzieć! – perorowałem dalej. – To nie pan spieprzył dziś wszystko, a ja tak. Nie będzie dobrze, nie sądzę. Ja już chcę, żeby to się skończyło! Pomoże mi pan?

– Nie, naprawdę, będzie dobrze, po prostu spróbuj się uspokoić – wspierał mnie z zaangażowaniem.

Pogadaliśmy jeszcze parę minut, a potem wsiadł do półciężarówki, powiedział coś do żony i pomachał do mnie w lusterku wstecznym, jakby mówił: „Pamiętaj, rozluźnij się. Będzie dobrze”.

A potem odjechał.

Przyznam, że nie jestem z siebie dumny. Ten facet w półciężarówce na pewno nie był tego dnia jedynym wariatem na drodze.

Ale o to właśnie chodzi. Mógł mnie sprać na kwaśne jabłko i pewnie by to zrobił, gdybym próbował się z nim kłócić albo zaczął cokolwiek wyjaśniać. Ja jednak spotkałem się z nim w jego rzeczywistości, w której to ja byłem tym złym, a on miał pełne prawo zrobić mi krzywdę. Dzięki instynktownemu wykorzystaniu techniki, którą nazywam asertywnym poddaniem się, w niecałą minutę przestałem być agresorem i stałem się sojusznikiem.

Na szczęście ta reakcja była dla mnie instynktowna, nawet w zły dzień – to dlatego, że od lat jako psychiatra musiałem wczuwać się w emocje innych. Robiłem to tysiące razy, na różne sposoby, i wiem, że ta metoda się sprawdza.

Wiem też, że sprawdzi się w twoim przypadku. Wczucie się w emocje jest strategią, którą możesz wykorzystać wobec każdej irracjonalnej osoby. Możesz na przykład skorzystać z niej w rozmowie z:

  • partnerem, który na ciebie wrzeszczy – albo nie chce z tobą rozmawiać;
  • dzieckiem, które mówi: „Nienawidzę cię” albo „Nienawidzę siebie”;
  • starzejącym się rodzicem, który mówi: „Nie kochasz mnie już”;
  • pracownikiem, który bezustannie przeżywa załamania w pracy;
  • despotycznym zwierzchnikiem.
Nieważne, z jakim rodzajem „wariactwa codziennego” masz do czynienia – wczucie się w nie pozwoli ci się wyrwać z błędnego koła strategii komunikacyjnych, które nie działają, i dotrzeć do ludzi, z którymi musisz się porozumieć. W efekcie poradzisz sobie z niemal każdą wypełnioną emocjami sytuacją.

Zastąp reakcję „walka albo ucieczka” kołem racjonalności

Przede wszystkim musisz zrozumieć, że wczucie się w cudze wariactwo nie jest reakcją instynktowną. Twoje ciało nie chce tego robić.

W kontakcie z kimś irracjonalnym twój organizm wysyła ci sygnały informujące o zagrożeniu. Zwróć na to uwagę – czujesz ucisk w gardle, tętno ci przyspiesza, w brzuchu coś się kotłuje albo zaczyna cię boleć głowa. Czasem samo wspomnienie takiej osoby powoduje reakcję fizjologiczną.

Dlaczego tak się dzieje? Twój mózg gadzi daje ci wybór między walką i ucieczką. Jeżeli jednak irracjonalna osoba jest stałym elementem twojego życia osobistego lub zawodowego, żadna z tych reakcji nie rozwiązuje problemu.

Zamiast tego lepiej  podejść do wariactwa od zupełnie innej strony z wykorzystaniem sześcioetapowego procesu, który nazywam kołem racjonalności.

Oto, co trzeba zrobić na poszczególnych etapach:

  1. Przyjmij do wiadomości, że osoba, z którą masz styczność, nie jest w stanie myśleć racjonalnie w bieżącej sytuacji. Dodatkowo zrozum, że jej szaleństwo jest głęboko zakorzenione w odległej lub niedawnej przeszłości, a nie w chwili obecnej, więc nie jest to coś, z czym możesz polemizować albo się kłócić.
  2. Ustal schemat działania rozmówcy – konkretny sposób, w jaki przejawia się jego szaleństwo. To strategia, którą wykorzystuje, aby wyprowadzić cię z równowagi – wpędzając cię w złość, poczcie winy, wstyd, strach, frustrację czy albo twoje własne szaleństwo. Kiedy już przejrzysz ten schemat, poczujesz większy spokój, koncentrację i kontrolę nad waszą rozmową – a także będziesz w stanie dobrać odpowiednią kontrstrategię.
  3. Zrozum, że to nie ty jesteś przyczyną tej huśtawki emocjonalnej, tylko osoba, z którą rozmawiasz. Nie bierz jej słów osobiście – w tym celu przed rozmową zidentyfikuj i zneutralizuj własne punkty zapalne. Podczas rozmowy będziesz korzystać ze skutecznych narzędzi mentalnych, aby nie dać się sprowokować. Dzięki temu unikniesz przejęcia kontroli przez ciało migdałowate (to termin zaproponowany przez psychologa Daniela Golemana) – dochodzi do niego, gdy ciało migdałowate (część mózgu odpowiedzialna za poczucie zagrożenia) blokuje racjonalne myślenie.
  4. Rozmawiaj z osobą irracjonalną, wczuwając się w jej emocje poprzez wejście w jej świat ze spokojem i jasno określonym zamiarem. Na początku załóż jej niewinność – musisz wierzyć, że to tak naprawdę dobry człowiek, a jego zachowanie ma uzasadnioną przyczynę. Nie osądzaj – zamiast tego zainteresuj się, co leży u podstaw takiego zachowania. Następnie wyobraź sobie, że sam odczuwasz to, co twój rozmówca – czujesz się atakowany, niezrozumiany i zepchnięty do defensywy.
  5. Pokaż rozmówcy, że jesteś sojusznikiem, a nie zagrożeniem. Wysłuchaj jego wybuchu spokojnie i z empatią. Zamiast próbować go opanować, zachęcaj go, by dał upust emocjom. Zamiast odpowiadać atakiem, dostosuj się do niego, a wręcz go przeproś. Jeżeli go życzliwie wysłuchasz i będziesz empatycznie naśladować jego zachowanie, on zacznie słuchać i naśladować ciebie.
  6. Kiedy już twój rozmówca się uspokoi, spróbuj sprowadzić go na drogę bardziej racjonalnego myślenia.

  1. Psychologia

Jak mądrze krytykować? Informacja zwrotna zamiast krytyki

- W kontekście środowiska pracy lepiej jest mówić o informacji zwrotnej niż o konstruktywnej krytyce, bo samo słowo „krytyka” jest nacechowane mocno negatywnie - mówi Joanna Heidtman. (Fot. iStock)
- W kontekście środowiska pracy lepiej jest mówić o informacji zwrotnej niż o konstruktywnej krytyce, bo samo słowo „krytyka” jest nacechowane mocno negatywnie - mówi Joanna Heidtman. (Fot. iStock)
Czy krytyka w pracy jest w ogóle potrzebna? Nie, jeśli jest podana w nieodpowiedni sposób i w niewłaściwym momencie. Psycholog Joanna Heidtman radzi, jak ją przekazywać i przyjmować bez zbędnych emocji. 

Czy krytyka w pracy może być budująca? Nie, jeśli jest podana w nieodpowiedni sposób i w niewłaściwym momencie. Psycholog Joanna Heidtman radzi, jak ją przekazywać i przyjmować bez zbędnych emocji. 

Zazwyczaj mamy problem z tym, jak komuś powiedzieć, że zrobił coś źle albo zachował się nie tak. Nie mniejszy kłopot mamy z przyjmowaniem krytyki – często utożsamiamy ją z oceną siebie, a nie naszej pracy czy konkretnego zachowania. Szefowie używają zwrotu „konstruktywna krytyka”…
W kontekście środowiska pracy lepiej jest mówić o informacji zwrotnej niż o konstruktywnej krytyce, bo samo słowo „krytyka” jest nacechowane mocno negatywnie, nawet kiedy mówimy, że jest konstruktywna. Często obawiamy się informacji zwrotnej, ale jest ona jednak niezbędna: po pierwsze do dobrej współpracy ze sobą – tak z szefem, jak i współpracownikami – po drugie do rozwoju. Aby się jej nie obawiać, musimy się nauczyć ją dawać i przyjmować. A przede wszystkim nie wiązać całego procesu z silnymi emocjami.

Dlaczego tak często czujemy się dotknięci?
Posłużmy się metaforą ze świata techniki – jeśli jakiś system pracuje, to musi pobierać informacje z zewnątrz, jak mu idzie. Jeśli chcemy ustawić temperaturę w pokoju do danej wysokości, urządzenie będzie pobierać informacje z otoczenia, czy jest ona w danym momencie powyżej czy poniżej pożądanego poziomu, i dostosuje do tego swoją pracę. Analogicznie – informacje zwrotne potrzebne są nam, byśmy osiągali pożądany rezultat. Brzmi to dość prosto, jednak w praktyce obie strony angażują w tę komunikację zbyt wiele emocji – w końcu nie jesteśmy termostatami, tylko ludźmi!

Czego zatem potrzebujemy?
Zacznijmy od strony, która daje informację zwrotną – załóżmy, że w twoim zespole jest osoba, która często się spóźnia lub przynosi prezentacje z błędami, zaburzając pracę innych. Nie można tego tak zostawić, choć kusi, by nie psuć atmosfery w pracy zwracaniem uwagi. Unikanie tematu jednak źle wpłynie na efektywność i współpracę ludzi w zespole. Dlatego po pierwsze, musisz zbadać swoją intencję: Co mną kieruje? Co chcę powiedzieć? Po to, by nie „upuścić” negatywnej pary, nie karać nikogo. Jeśli czujesz, że towarzyszą ci silne emocje, odłóż tę rozmowę. Po drugie, gdy coś nie działa, mów o tym od razu. Jeśli ktoś nie otrzymuje przez długi czas żadnej informacji zwrotnej, to może uważać, że wszystko jest w porządku. Zwracając uwagę, dajesz mu szansę na zmianę, inaczej nie możesz mieć pretensji, że nic się nie zmienia. I jeszcze jedno – nie oczekuj od razu rewolucji. Zmiana może nie nastąpić szybko, co więcej, może nawet nie nastąpić wcale. Przyjęcie komunikatu nie jest równoznaczne ze zmianą zachowania.

Dlaczego?
Często powtarzam: przyjmuj każdą informację zwrotną tak, jakbyś dostawała prezent. Co z nim zrobisz – czy odstawisz na półkę, czy włożysz do szuflady, czy zaczniesz go używać – zależy już od ciebie. Dlaczego informacja zwrotna to prezent? Bo dowiadujesz się, jak cię widzą inni. To jedno ze źródeł wiedzy o samej sobie. Pamiętam, że kiedyś wypełniałam kwestionariusz, w którym miałam ocenić swoje zachowanie. Potem ten sam kwestionariusz wypełniała dla mnie grupa. Okazało się, że nasze oceny nie do końca się pokrywają. Do dziś uważam, że było to dla mnie cenne źródło informacji. Nie wszystkie informacje wzięłam pod uwagę, ale wiele z nich umożliwiło mi zmianę zachowania i polepszenia relacji z innymi. Poza tym ciekawie było spojrzeć na siebie z perspektywy innych. To wzbogaca.

Niezwykle istotna jest jednak forma podania informacji zwrotnej i intencja, z jaką to robisz. Jeśli przekażesz ją nieprawidłowo, zbyt emocjonalnie, uwalniając swój gniew, irytację lub agresję, to ktoś, kto ją otrzyma, nie tylko nie zmieni zachowania, ale nawet tej informacji nie przyjmie. Potraktuje ją zbyt osobiście (jako krytykę osoby, nie zachowania) i odrzuci na starcie.

Będzie słuchał, ale nie usłyszy?
Nie usłyszy, odrzuci, wyprze, a do tego wzbudzi złe emocje i nastawi się do ciebie negatywnie. Ralph Waldo Emerson mawiał: „To, jak do mnie mówisz, woła do mnie tak głośno, że nie słyszę, co do mnie mówisz”.

Ale w Polsce wciąż, choć pewnie to już się zmienia, wielu szefów wyłącznie krytykuje, pomijając zupełnie fakt, że pracownik robi coś dobrze, bo to oczywiste albo jest w zakresie jego obowiązków.
Niestety, zbyt często informacja zwrotna przekazywana jest nieprawidłowo lub też szef preferuje „zarządzanie przez telepatię”, tak jakby zakładał, że pracownik ma się domyślić, że robi coś nieprawidłowo. Nie przekazuje żadnej informacji zwrotnej, a potem karze pracownika, np. złą oceną pracy. To fatalny model, mam nadzieję, że coraz szersza edukacja menedżerska wyeliminuje go zupełnie. W wielu firmach pojawia się inna kultura organizacyjna – to moja obserwacja z ostatnich 10 lat pracy z menedżerami i zespołami pracowników. Coraz powszechniej uważa się, że informacja zwrotna udzielana na bieżąco jest konieczna, żeby iść do przodu i nie tworzyć dodatkowych problemów.

Dlaczego dopiero się tego uczymy? Co powoduje, że nie tylko nie umiemy przyjmować informacji zwrotnych, ale także ich dawać?
Proces wychowania? Często tak zachowują się w swoich relacjach rodzice. To znaczy nie informują się wzajemnie na bieżąco o tym, co ich boli i co im nie odpowiada w zachowaniu drugiej osoby (np. „To mi przeszkadza”, „Nie lubię kiedy…”, „Jest mi z tym źle, niekomfortowo, proszę, byś to zmienił…”), a potem pretensje gromadzą się i skutkują wybuchem uogólniającego: „Bo ty nigdy…, bo ty zawsze…, z tobą to się nie da wytrzymać”. Dziecko, które jest świadkiem takich sytuacji, potem może podobnie zachowywać się w swoim domu i w pracy. Tyle tylko, że informacja zwrotna nie może być podana tak, że zniszczy czyjąś samoocenę i wiarę w siebie. Kiedy słyszysz, że jesteś całkowicie do bani, to nie możesz niczego zmienić, co innego, gdy złe jest konkretne zachowanie, bo można je korygować, ku obopólnemu zadowoleniu.

To, o czym musimy jeszcze pamiętać przy informacjach zwrotnych – to miejsce i czas. Nie można ich przekazywać w biegu, przy okazji, na korytarzu czy w windzie. Nawet dobra informacja może być źle odebrana, jeśli zostanie podana w taki sposób.

O ile dla wielu z nas do przyjęcia jest, że szef może zwrócić uwagę pracownikowi, to w drugą stronę wydaje się to już niemożliwe. A przecież trzeba umieć powiedzieć przełożonemu, że przekracza granice, łamie zasady współpracy…
Informacja zwrotna ma działać w obie strony, jeśli współpraca ma się układać. Ale znowu wchodzi tu nasza kultura i założenie, że owszem, na szefa można narzekać we własnym gronie i znosić różne trudności, ale nikt nie decyduje się, żeby pójść i dać mu informację zwrotną, stworzyć szansę, by to zmienił. Zdarza mi się, że rozmawiam z grupą pracowników, którzy identyfikują jakiś problem związany ze stylem zarządzania, komunikowania czy oceniania przez szefa. Na moje pytanie: „Czy rozmawialiście z nim na ten temat?”, odpowiadają, że nawet nie przyszło im to do głowy. Często nam się tylko wydaje, że szef nie przyjmie informacji zwrotnej albo że zareaguje źle, negatywnie, wrogo. Nieprawda – jeśli tylko będzie opierała się na faktach i zostanie podana nie w tonie pretensji, to nawet jeżeli to trudna dla szefa sytuacja, a jego pierwsza reakcja będzie nerwowa – weźmie pod uwagę to, co mu powiemy. Co więcej, doceni fakt, że pracownicy przychodzą do niego, mówiąc otwarcie, z czym mają problem, a nie rozmawiają jedynie między sobą lub skarżą się na jego styl zarządzania do jego własnego przełożonego.

Jak w takim razie powiedzieć szefowi, że wiecznie nas krytykuje i zupełnie nie wiemy, co robimy dobrze, skoro wszystko robimy źle?
Warto wejść na wyższy poziom zaawansowania w dawaniu informacji zwrotnej, czyli dostosować ją do charakteru osoby, której ją dajemy. Szefami zostają zwykle ludzie nastawieni zadaniowo. Często mniej sprawni w budowaniu relacji i komunikacji. Podejmują decyzje, kierując się logiką, a mniej inteligencją emocjonalną. A informacja zwrotna jest związana i z umiejętnościami komunikacyjnymi, i z relacjami, w związku z tym dawana szefowi powinna być po pierwsze, krótka (nie może obfitować we wstępy i sięgać historią „do paleolitu”), i po drugie, dotyczyć jednego zachowania lub jednej grupy zachowań (nie może to być niekończąca się lista spraw i zachowań). Ma dotyczyć konkretnej sytuacji, która jest dla nas trudna (np. „Kiedy oceniasz naszą pracę, nie podając kryteriów tej oceny, to…”) i pokazywać konsekwencje tego zachowania, logikę przyczynowo-skutkową („…to gubimy się, próbując odgadnąć twoje oczekiwania”). Ostatnim elementem tak podanej informacji zwrotnej jest powiedzenie, czego byśmy chcieli, jakie są nasze oczekiwania (np. „chcielibyśmy, aby te kryteria były nam znane od początku, żebyśmy mieli szansę sami siebie poddać ocenie według tych kryteriów”). Podsumowując, w takiej informacji zwrotnej muszą zaistnieć trzy elementy – konkretne zachowanie, konsekwencje i oczekiwane, bardziej konstruktywne zachowanie.

Czy to uproszczenie, że z osobistym braniem do siebie informacji zwrotnych kłopot mają głównie kobiety? Czy rzeczywiście od płci zależy, jak do tych informacji podejdziemy?
Większe różnice wynikają z typu osobowości niż z płci. Typy mocno relacyjne, empatyczne, dla których relacje i ich temperatura, a także atmosfera w pracy są często ważniejsze niż sam efekt pracy, informację zwrotną potrafią przyjąć bardzo osobiście. W takich wypadkach lepiej sprawdzi się inny model podawania informacji zwrotnej, niż ten, który właśnie omawiałyśmy. Określa się go mianem „kanapki” lub „hamburgera”. Najpierw dajemy to, co pozytywne („Bardzo mi się podoba sposób, w jaki pracujesz z ludźmi nad tym projektem”, „Bardzo cenię sobie naszą współpracę ze względu na…”), następnie komunikujemy to, co jest do zmiany czy korekty („…to, o co prosiłabym cię, żebyś zmienił, to…”) i zamykamy kanapkę znowu czymś pozytywnym, ale autentycznym, nieudawanym (np. „Bardzo ci dziękuję za tę pracę. Jeżeli będziesz miał z tym jakikolwiek kłopot, to moje drzwi są zawsze otwarte, przyjdź, pomogę ci”). Zakończenie jest też elementem relacyjnym, motywacyjnym. To trudniejsze dla niektórych osób oraz trwa nieco dłużej. I działa tylko w wypadku ludzi nastawionych relacyjnie – jeśli taką „kanapkę” będziemy chcieli zaserwować zadaniowcom, usłyszymy zapewne: „Dobrze, już dobrze, skończ te wstępy i powiedz, o co chodzi”. Czyli: schowaj bułkę i daj mi mięsko (śmiech). Natomiast podanie osobom zorientowanym bardziej relacyjnie informacji w sposób zwięzły, krótki i niemal wojskowy skutkuje tym, że będą się niepokoić o to, co stało się z relacją – „OK, rozumiem tę logikę, ale co to za forma?! Coś się stało? Czy nie jestem już tu akceptowany?”.

Dlaczego tak istotne jest przekazywanie pozytywnych informacji zwrotnych?
Niektóre osoby nie czują potrzeby, by szef je chwalił, ponieważ same mają głębokie wewnętrzne przekonanie, że są w czymś dobre. Inni mogą jak najbardziej chcieć pozytywnej informacji zwrotnej. Nie pracujemy jedynie dla pieniędzy, ale dla poczucia satysfakcji, uznania, bycia potrzebnym. Naszym „paliwem” do pracy jest wewnętrzna motywacja, która może być podtrzymana przez pozytywną informację zwrotną. Kiedy czujemy się docenieni, jesteśmy gotowi do dodatkowego wysiłku. Dlatego apeluję do szefów, przyłapujcie ludzi także na robieniu rzeczy dobrze!

Dr Joanna Heidtman pycholog i socjolog, trener biznesu i coach. 

  1. Psychologia

Narcystyczna matka. Jak relacja z matką kształtuje dorosłą kobietę?

Narcystyczna matka postrzega córkę raczej jako przedłużenie samej siebie niż jako odrębną osobę z unikalną tożsamością. (Fot. iStock)
Narcystyczna matka postrzega córkę raczej jako przedłużenie samej siebie niż jako odrębną osobę z unikalną tożsamością. (Fot. iStock)
W dzieciństwie oceniane nie za to, kim są, ale za to, co robią. Kontrolowane i nadmiernie krytykowane. W dorosłym życiu borykają się z poczuciem niskiej wartości, tęsknią za bezwarunkową miłością. Jeśli nosisz w sobie emocjonalną pustkę, nie czujesz się zauważana i doceniana, wiecznie udowadniasz sobie i innym, że jesteś coś warta – przyjrzyj się swojej relacji z matką. Tak radzą terapeutki Karyl McBride i Susan Forward.

Nasza kultura ma swoje obwarowania, tabu. Podczas gdy gabinety psychoterapeutów zapełniają się klientami straumatyzowanymi przez rodziców, tzw. opinia publiczna oczekuje, by o matce mówiło się jak o zmarłym: dobrze albo wcale. A przecież miliony osób cierpią z powodu tego, co amerykańska terapeutka Susan Forward nazywa „matczyną raną”. Ich matki były przytłoczone macierzyństwem, może niezbyt dojrzałe. Albo zaabsorbowane innymi sprawami. Może zmagały się z depresją, uzależnieniem... Są też matki zaborcze, osaczające dziecko. Despotyczne – takie, które wciąż wymagają, egzekwują, karzą. Matki nieprzebierające w słowach, raniące dotkliwie swoją krytyką. Takie, które używają przemocy – szarpią, popychają, biją. Pewnie każda z nich chce jak najlepiej, ma swoje wyobrażenie o tym, co to znaczy być dobrą matką. Przecież karmią, myją, ubierają, kupują... Tylko że często są niedostępne, chłodne, nieczułe. Mówi się, że kochają po swojemu. Susan Forward nazywa je jednak „matkami, które nie potrafią kochać”. Matka może być też narcystyczna, wtedy wszystko kręci się wokół niej. Dla dziecka, które z natury jest egocentryczne, to niezwykle trudne, czasem nie do zniesienia. Zwłaszcza dla córki. Na szczęście jako dorosła kobieta może nauczyć się okazywać miłość zarówno sobie, jak i innym.

Syndrom pustego lustra

Terapeutka Karyl McBride w książce „Nigdy dość dobra” (wyd. Feeria) podkreśla, że matka stanowi dla córki główny punkt odniesienia i wzór jej ról – kochanki, żony, przyjaciółki. Narcystyczna matka postrzega córkę raczej jako przedłużenie samej siebie niż jako odrębną osobę z unikalną tożsamością. Oczekuje od dziecka, że będzie zachowywać się i reagować na świat tak jak ona. Dziewczynka stara się sprostać temu wyzwaniu, tłumi własne potrzeby. Szybko uczy się, że niewiele znaczy, niewiele może. Skoro nie potrafi zadowolić mamy, coś z nią jest nie tak! Wniosek? Nie jest godna miłości.

Po czym poznać narcyzm? Zwłaszcza że każdy jest przecież w mniejszym czy większym stopniu egocentryczny. W książce „Matki, które nie potrafią kochać” (wyd. W.A.B.) Susan Forward mówi o „uporczywej manii wielkości” i „nienasyconym głodzie uwagi ze strony innych”. O potrzebie udowodnienia swojej wyższości, domaganiu się wyjątkowego traktowania. O zazdrości, braku empatii i instrumentalnym traktowaniu ludzi. Jak zauważa Karyl McBride, z postawy osoby narcystycznej przebija komunikat: „Ja jestem najważniejsza”. Albo: „Ty nie jesteś dość dobra”.

Czy twoja matka jest narcystyczna? Artykuł prasowy raczej nie powinien rozstrzygać takich kwestii, ale może okaże się zachętą, żeby przyjrzeć się bliżej tematowi. Karyl McBride zamieszcza w swojej książce stosowny kwestionariusz. Pyta m.in.: Czy matka rywalizuje z tobą, obwinia ciebie lub innych, zamiast przyjąć odpowiedzialność za własne uczucia i działania? Czy długo żywi urazę, krytykuje cię i zawstydza? Czy chce wpływać na twoje decyzje i zawsze stawiać na swoim, czy w jej obecności czujesz się bezradna? Im więcej udzielisz odpowiedzi twierdzących, tym większe spektrum narcyzmu odnajdziesz w swojej mamie.

Oczywiście, wcześniej czy później będziesz musiała przekierować uwagę na siebie... I być może zobaczysz nadwrażliwość, nieśmiałość, trudności w podejmowaniu decyzji i budowaniu trwałych relacji, brak zaufania do siebie, brak poczucia bezpieczeństwa. Będziesz musiała zmierzyć się z tym, że twój rozwój emocjonalny został zahamowany. Że dlatego trudniej ci doświadczać uczuć, ale też stworzyć własne, autentyczne życie, stać się odrębną osobą. „Ja” córek, o których jest ta opowieść, odzwierciedla przede wszystkim to, jak postrzegały je matki. A ten obraz nie jest zbyt pozytywny.

Presja i porzucenie

W filmie „Pocztówki znad krawędzi” była gwiazda musicali grana przez Shirley MacLaine odwiedza w ośrodku odwykowym córkę, w którą wcieliła się Meryl Streep. Co ją interesuje? Fryzura, makijaż i wystrój pomieszczenia. Potem role się odwracają – pijana matka powoduje wypadek i trafia do szpitala. Czym się przejmuje? Nie chce być pochowana bez brwi! „Zostałyśmy stworzone raczej na widok publiczny niż do życia prywatnego”– tłumaczy bohaterka grana przez Streep lekarzowi.

Dla narcystycznej matki najważniejsza jest fasada, wizerunek. Córka ma go strzec, pielęgnować, szlifować. W efekcie nie potrafi też ukształtować własnego. Narcystyczne matki, o których kręci się filmy, Karyl McBride określa jako typ ekstrawagancko-ekstrawertyczny (swoją drogą taką postać zagrała później Meryl Streep w filmie „Sierpień w hrabstwie Osage”). Inne wyróżnione typy to: psychosomatyczny (wykorzystuje swoje choroby, cierpienie i dolegliwości do manipulowania innymi), uzależniony (wiadomo), skrycie podły (opiekuńcza i serdeczna w towarzystwie, okrutna i poniżająca w domu) czy typ nastawiony na osiągnięcia (swoje i dzieci).

Kluczowa klasyfikacja, jaką posługuje się McBride, wynika jednak ze sposobu sprawowania opieki. Mamy więc matkę ignorującą – taką, która zaniedbuje dziecko, przekazując mu sygnały, że nie zasługuje na miłość i wsparcie – i matkę pochłaniającą, czyli mającą duże oczekiwania wobec potomka, dominującą, kontrolującą i wywierającą presję. Taka matka nie zostawia małemu człowiekowi przestrzeni na indywidualny rozwój, wymusza określone zachowania, a nawet zainteresowania, gusty. Niby dwa różne style macierzyństwa, a efekty podobne: dziecko ma trudności z prawidłową indywiduacją, jego obraz siebie zostaje zniekształcony. Czuje się zagubione. Oczywiście te dwa style zachowania i wychowania mogą się łączyć, występować naprzemiennie.

Sukcesy i sabotaże

Nie trzeba chyba przekonywać, że osoba wychowana przez narcystyczną matkę nie ma zbyt wysokiego poczucia wartości. Przekaz, jaki przyswoiła, brzmi: „Moja wartość tkwi w tym, co robię, a nie w tym, kim jestem”. Może to doprowadzić do dwóch diametralnie różnych sposobów funkcjonowania. Jeden polega na realizowaniu wielkich ambicji i nierzadko perfekcjonizmie. Drugi na rezygnacji ze swoich aspiracji i siebie oraz na autosabotażu. Ambitna córka próbuje zdobyć uwagę, uznanie (czytaj: miłość) innych poprzez gromadzone laury. Jak pisze McBride, taka osoba jest bardziej „aktywnością ludzką” niż „istotą ludzką” zadowoloną z bycia sobą. Nierzadko odczuwa chroniczne wyczerpanie, nie potrafi zatroszczyć się o siebie. Dwoi się i troi, żeby się pokazać, wykazać i wciąż słyszy wewnętrzny głos: „To za mało!”. Być może nawet osiąga więcej niż inni, tylko jakim kosztem? Jeśli z determinacją dążysz do celu, dbając o siebie i doceniając swoje osiągnięcia, wszystko w porządku. Co innego, jeśli czujesz się wyczerpana, wydrenowana, a pochwały z zewnątrz tylko chwilowo wypełniają wewnętrzną pustkę, bo w końcu nie o nie chodzi... Zdaniem McBride sabotująca siebie córka jest tak naprawdę wewnętrzną bliźniaczką ambitnej. Obie uwierzyły, że są nie dość dobre. Ta sabotująca po prostu nie próbuje udowodnić, że jest inaczej. Godzi się na bycie nieudacznicą, mniej czy bardziej świadomie się poddaje. Na złość matce, po swojemu. Niewykluczone, że stępia ból poprzez nałogi czy inne autodestrukcyjne zachowania.

Córki narcystycznych matek próbują wypełnić emocjonalną pustkę, poszukując opiekunów zastępczych. Mają wypaczony obraz miłości – mylą ją z zadowalaniem drugiej osoby. Trudno im zaufać innym albo ufają za bardzo. Ich „partnerski radar” jest uszkodzony. W ich domach uczucia były wypierane, a komunikacja zaburzona, oparta głównie na krytyce albo triangulacji (przekazywaniu informacji za pośrednictwem innych osób, np. ojca). Brakowało zdrowych granic. Takie kobiety czują się bardzo niepewnie w relacjach intymnych, ich związki z mężczyznami oparte są zwykle na zależności lub współzależności. Od matki nauczyły się, że miłość to jest to, co ktoś może zrobić dla ciebie (i odwrotnie).

Nikt nie jest w stanie zaspokoić naszych potrzeb z dzieciństwa, zwłaszcza takich, które nie do końca rozumiemy. Dlatego tak ważne jest, by kobieta wychowana przez narcystyczną matkę odkryła własną tożsamość, swoje autentyczne „ja”.

Gdybym była dobra

Taka praca składa się z kilku etapów i nie jest łatwa. W wielu wypadkach wymaga wsparcia profesjonalisty. Punktem wyjścia jest zwykle akceptacja ograniczeń matki. Nie obędzie się bez spotkania z trudnymi uczuciami: gniewem, żalem, może rozpaczą. Bez opłakania matki, której nie dane było ci mieć, i własnego Wewnętrznego Dziecka, któremu zabrakło miłości. Potem przyjdzie czas na oddzielanie się od matki, uwalnianie spod jej wpływów, w tym od negatywnych monologów, które są jej zinternalizowanym głosem.

Karyl McBride podkreśla potrzebę pracy nad własną tożsamością, odkrywania pasji i zainteresowań, talentów i upodobań. Możesz sięgnąć do wspomnień z dzieciństwa, przypomnieć sobie, co cię najbardziej bawiło, cieszyło, pociągało, zachwycało. Możesz zrobić listę wartości, jakim hołdujesz: wypisać przekonania i preferencje dotyczące polityki i religii, miłości i przyjaźni, filmów, książek, muzyki, mody, biżuterii, samochodów, architektury, ćwiczeń, pór roku i pogody, jedzenia, wakacji, kolorów, kwiatów, kamieni szlachetnych... A może zechcesz zrobić kolaż, wyklejając arkusz papieru zdjęciami kobiet, które symbolizują dla ciebie pozytywną, dojrzałą kobiecość; emanują energią, którą chcesz poczuć, wytyczają ci drogę? McBride proponuje też ćwiczenie „Gdybym była dość dobra...”. Napisz na kartce taki nagłówek i wynotuj rzeczy, które zrobiłabyś (zrobisz?), kiedy uznasz siebie za dość dobrą.

No dobrze, a relacje z matką? Zwłaszcza z taką, która wciąż próbuje manipulować, kontrolować, wpływać, zawłaszczać? Obie terapeutki przyznają, że zmiana tych relacji to ogromne wyzwanie – w niektórych sytuacjach najlepszą decyzją (choć zawsze ostateczną!) jest zerwanie kontaktu. W większości wypadków udaje się jednak wypracować tzw. kulturalne stosunki, sprowadzające się do uprzejmych, niezobowiązujących rozmów. Bez oczekiwań i rozczarowań. Ważne, by pamiętać, że narcyzm matki z czegoś wynika. Nie urodziła się taka. Prawdopodobnie w jej dzieciństwie też zabrakło miłości, empatii, matczynej uwagi. Dała tyle, ile mogła. Doceń to. Znajdź w sobie miejsce na wdzięczność.

Stwórz swoją wewnętrzną matkę

Karyl McBride radzi, by w trakcie pracy nad oddzielaniem się od matki i leczeniem ran z dzieciństwa stworzyć swoją Wewnętrzną Matkę. Taka matka zawsze jest blisko, gotowa dawać opiekę i wsparcie. To sposób, by samemu sobie matkować. Chodzi o łagodny, serdeczny głos wewnętrzny, do którego często nie mamy dostępu. Czas, by go usłyszeć, pozwolić mu rozbrzmiewać w tobie. Jak to zrobić? Znajdź zaciszne miejsce, gdzie nikt nie będzie ci przeszkadzać, i sporządź listę swoich zalet, zaczynając od słowa „jestem”. Niech wskaże je ten życzliwy, wspierający, doceniający głos. Zapisz wszystkie słowa uznania, jakie podpowiada: „jestem silna, inteligentna, mądra, jestem kochająca, empatyczna, wrażliwa, jestem zaradna, energiczna, odpowiedzialna, jestem uczciwa, uczynna, troskliwa, jestem uzdolniona, uduchowiona, jestem piękna wewnętrznie i zewnętrznie, jestem zdrowa...”.

Podczas tej pracy odsuń wszelkie negatywne sygnały: zaprzeczanie swoim zaletom, podważanie ich czy stwierdzanie, że jesteś ich pozbawiona. W głębi serca wiesz, że to nieprawda.