1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Grywalizacja - pomoże się zmotywować

Grywalizacja - pomoże się zmotywować

Grywalizacja wykorzystuje tę konstrukcję w ludzkim mózgu, by dawać nam przyjemność z grania. (Fot. iStock)
Grywalizacja wykorzystuje tę konstrukcję w ludzkim mózgu, by dawać nam przyjemność z grania. (Fot. iStock)
Wymyśl sobie grę, a łatwiej ci będzie wykonywać nudne zadania, rozwijać się, motywować, a nawet zachęcić dzieci do domowych obowiązków. Grywalizacja – pomysł Pawła Tkaczyka – to klucz do zamiany życia w zabawę.

Jak gra może zmienić nasze życie?
By to zrozumieć, trzeba poznać nasze modele podejmowania decyzji. Mamy dwa takie systemy. Pierwszy jest automatyczny, nie mamy nad nim kontroli. Działa na zasadzie bodziec–reakcja. Czyli jeśli ja powiem: „bez pracy nie ma...”, to w pana głowie automatycznie wyskakuje brakujące słowo. Drugi system to świadomy głos w głowie – tzw. zdrowy rozsądek: „lepiej zrobić to, a nie tamto”. Problem polega na tym, że myślimy, iż kierujemy się w działaniach zdrowym rozsądkiem, tymczasem za decyzję odpowiada system pierwszy. Na przykład niech pan powie, kto rządzi w takim związku: jeździec i słoń?

Jeździec.
A gdy słoń się przestraszy, jest napalony albo głodny?

To słoń.
Właśnie. Tak mniej więcej wygląda podejmowanie decyzji w naszej głowie – nam się wydaje, że to zdrowy rozsądek, czyli jeździec, jest u władzy, ale tak naprawdę rządzi słoń, czyli automat. Jak sprawić, by te dwa systemy działały w zgodzie? Nabierać słonia. Na przykład musimy rano wstawać, by iść do pracy, ale słoń mówi: „Oszalałeś? Ja nigdzie nie idę!”. Oszukujemy więc słonia, nastawiając budzik, który nie tylko dzwoni, ale i ucieka. Słoń chce mieć spokój, więc musi wstać, żeby złapać budzik. W grywalizacji nie nabieramy słonia, tylko z nim rozmawiamy. Wtedy osiąganie celów staje się prostsze: niezależnie, czy chcesz zrzucić wagę, rzucić palenie, czy oszczędzać pieniądze na emeryturę.

Jaką grę by pan ułożył dla osób, które chcą się odchudzić?
Taką, która polega na dawaniu ludziom natychmiastowej nagrody za to, że coś robią albo przed czymś się powstrzymują. Przykład: aplikacja do biegania na smartfony. Wyznaczam sobie w niej wyzwania, np. dystans do pokonania w ciągu tygodnia, dnia, godziny itd. W aplikacji jest pasek postępu, dlatego cały czas widzę, ile do tego celu mi brakuje. Gdy na to spojrzę, to nie myślę, że dzięki temu będę mniej ważył za 10 lat, tylko myślę o tym, by pasek postępu się wypełnił. Dla słonia to wystarczająca nagroda.

Dlaczego gry są tak przyjemne?
Bo dają nam zastrzyk hormonów szczęścia. Poprzez grę uczymy się otaczającego świata. Człowiek rodzi się z mózgiem, który potrafi mniej niż mózgi zwierząt – źrebak w godzinę po narodzinach już sam chodzi, a człowiek potrzebuje na to ponad roku. Powinniśmy ten rok spędzić w łonie matki, ale rodzimy się, bo mózg musi rosnąć. A gdyby urósł przed porodem, mielibyśmy poważne problemy z urodzeniem takiego mózgu. Dlatego natura zdecydowała się rozwijać mózg dziecka poza łonem matki w bezpieczny sposób – poprzez gry, zabawy.

Ale my, dorośli, też lubimy grać.
Bo nigdy z tego nie wyrastamy – zastrzyki hormonów z dzieciństwa nas uzależniają od zaspokajania ciekawości. Grywalizacja wykorzystuje tę konstrukcję w ludzkim mózgu, by dawać nam przyjemność z grania.

W co grać, by się rozwijać?
Proszę sobie wyobrazić nastolatka, który mówi: „Tato, powyjmowałem gary ze zmywarki i teraz sobie wymyślę jeszcze dwie rzeczy, które mogę dzisiaj w domu posprzątać”. Jak to osiągnąć? W Internecie jest gra Chore Wars (wojny obowiązków domowych – przyp. red.), w której można stworzyć postać i zdobywać dla niej punkty oraz wyposażenie, w zamian za wykonywane obowiązki domowe. W drużynie jedna osoba wyznacza zadania i nagrody drugiej, np. za wyniesienie śmieci masz 2 złote dukaty, za co możesz sobie kupić miotłę chwały. Niematerialne nagrody, a działają. Mój nastoletni syn dostał ode mnie taką strukturę zadań i swobodę wymyślania własnych wyzwań, które ja musiałem zatwierdzić. On się tak w to wkręcił, że gdy przychodzi do domu, to mówi: „Ciekawe, co dzisiaj mogę sobie wymyślić. Posprzątam biurko”. Robi to z własnej woli, dla zabawy. My chcemy się automotywować poprzez gry, tylko potrzebujemy do tego pomysłu. Podobnie działa wspomniany program na smartfona. Mogę w nim zaplanować bieganie, skakanie, jazdę na rowerze itd. Gry mają wartość społeczną, więc program kusi: „zaproś znajomych”. Może się pościgacie? Gdy budzę się rano i widzę na smartfonie, że kolega właśnie nabija kilometry, to „mój” słoń myśli: „Ooo, stary. Jak tak, to wstajemy!”. To jest motywujące.

A jak siebie zmotywować do regularnej nauki języka obcego?
Zamiast mówić: „Muszę poświęcić godzinę dziennie na naukę” – bo wtedy słoń spyta: „Po co?” – trzeba mu dać jakąś fizyczną nagrodę, np. kolejne „eksponaty” do kolekcji. Ona nie ma pokazywać, ile ktoś już zrobił, ale ile jeszcze mu brakuje do celu. Pamięta pan, jak zbierał pan naklejki z gum do żucia?

Tak. Bardziej rzucało się w oczy, ile jeszcze ich mam do wypełnienia, a nie ile już uzbierałem.
Właśnie. Ten mechanizm można zastosować w nauce języka, np. stworzyć sobie okienko na korkowej tablicy, które zmieści 100 karteczek ze słówkami. Po każdym słówku, którego się pan nauczy, nalepi pan karteczkę na tablicy, uzupełniając kolekcję. Po jej wypełnieniu czeka nagroda, którą wcześniej sobie pan zdefiniował. Przy czym tablica musi być cały czas widoczna – dzięki temu motywacja wzrasta – oraz jasno pokazywać, ile brakuje do osiągnięcia nagrody.

Czy zna pan jakąś grę, którą każdy z nas mógłby wykorzystać w swoim życiu do rozwoju?
Kółko i krzyżyk. Reguły każdy zna. Wieszam na ścianie planszę do kółka i krzyżyka i za każdym razem, gdy np. przebiegnę 10 km, mogę postawić na planszy mój znak. Jednocześnie druga osoba, której rzucam wyzwanie, także ma prawo wypełnić na tej planszy pole po 10 km. Kto pierwszy wypełni trzy pola, wygrywa wcześniej ustaloną nagrodę. Tę grę można zastosować do czegokolwiek: nauki języka, czytania książek…

Wyobraża pan sobie dzień bez grywalizacji?
Nie bardzo. Zawsze są jakieś gry w moim życiu. Mam samochód, który pilnuje, bym oszczędzał paliwo, i robi to w formie gry – kolory na desce rozdzielczej się zmieniają w zależności od tego, czy jeżdżę ekonomicznie, czy też nie. Jako grę traktuję nawet kartkę z zadaniami, które mam wykonać danego dnia – odhaczam każde kolejne i widzę, ile mi brakuje do końca. Dzień bez grywalizacji byłby bardzo nudny.

Paweł Tkaczyk mówca publiczny, prowadzi wykłady i szkolenia nt. marki, nowoczesnego marketingu, stosowania zasad gier w firmach, autor książek: „Grywalizacja”, „Zakamarki marki”, „Narratologia”. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

5 poradników rozwojowych - żeby się żyło lepiej

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Zimowe wieczory i zubożałe w pandemii życie towarzyskie przyniosły mi taki pożytek, że miałam czas na powrót do książek, które kiedyś odłożyłam „na potem”. Niektóre czekały na swoją kolej dość długo... Ale to książki, które się nie starzeją!  Oto pięć poradników rozwojowych, które przynoszą nie tylko inspiracje do działania, ale i podpowiedzi, co zrobić, żeby żyło nam się lepiej. Jasne, nie ma uniwersalnych rozwiązań, ale warto szukać tych, które sprawdzą się w naszym przypadku.

Wyzwanie Stoika, William B.Irvine, wyd. Insignis

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Pierwszym skojarzeniem, jakie mam ze słowem „stoik” jest „spokój”. Słowniki tłumaczą  go jako zachowanie równowagi niezależnie od okoliczności i komplikacji. Czy w dzisiejszym świecie to w ogóle możliwe? Tak, twierdzi profesor filozofii, William B.Irvine – to kwestia zachowania stoickiej strategii prób. Opiera się ona na wywodzącym się od starożytnych filozofów założeniu, że do sytuacji, jakie spotykają nas na co dzień, możemy odnieść się elastycznie I w zależności od interpretacji różnie na nie reagować. Takie podejście znane jest również we współczesnej psychologii – to tzw. efekt ram interpretacyjnych; niełatwo jednak wprowadzić je w życie. Wzorem stoików – jako ułatwienie – autor proponuje traktowanie problemów jak wyzwania, które mają polepszyć naszą egzystencję.  Oprócz wspomnianego spokoju przyniosą nam większą odporność psychiczną I sprawczość, a mniej frustracji I automatyzmów w działaniu. A w dłuższej perspektywie – akceptację upływu czasu, a nawet tego, że nas kiedyś zabraknie.

Przestań się zamartwiać, Joanna Godecka, wyd. Muza

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Pragniemy czuć się bezpiecznie i ciągle na zapas zamartwiamy się rzeczami, które mogą nam w tym przeszkodzić. A – jak pisze psychoterapeutka – Joanna Godecka nie sposób jednocześnie martwić się i czuć bezpiecznie. O poczucie bezpieczeństwa nie trzeba zabiegać specjalnymi metodami – przyjdzie samo, gdy uwolnimy się od podszytych lękiem przekonań związanych z naszą relacją z sobą  i z innymi, z osiąganiem celów, rozwojem osobistym i duchowym. Są zapisane w naszej głowie jak dane na dysku komputera i podobnie jak w informatyce nawet po usunięciu pozostaje po nich ślad. Zatem lepiej je przekodować i temu, jak to zrobić, a potem utrwalić nowy zapis – poświęcony jest ten podręcznik.

Od czerwieni do turkusu, Ewa Mażul, wyd. Onepress

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Zazwyczaj działamy nawykowo, także  w zakresie komunikacji.  A to oznacza, że tak przyzwyczailiśmy się do tego, jak mówimy, że często nawet nie sprawdzamy, czy i w jakim stopniu inni nas rozumieją. W tym właśnie doświadczona trenerka komunikacji Ewa Mażul upatruje źródło problemów we wzajemnym porozumiewaniu się. Jak rozwiązanie problemu proponuje empatyczne podejście – nazywa jej „rolls-royce’em komunikacji werbalnej”.  Osiągnięcie tego poziomu wymaga przejścia na turkusowy poziom świadomości (to nawiązanie do koncepcji tzw. turkusowych organizacji. To wymagający proces, w zamian zyskujemy jednak umiejętność znajdowania rozwiązań korzystnych dla obu stron. A nic bardziej motywującego jeszcze nie wymyślono!

Sztuka tworzenia wspomnień, Mik Wiking, wyd. Insignis

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

To mój zdecydowany faworyt w tym zestawieniu poradników. Często do niego wracam, jeśli nie fizycznie, to w myślach... Meik Wiking, znany wcześniej z książki poświęconej hygge, czyli duńskiemu sposobowi na pielęgnowanie poczucia dobrostanu, jest dyrektorem Instytutu Badań nad Szczęściem w Kopenhadze. Wyniki prowadzonych tam badań wskazują, że na to, iż jedni ludzie czują się szczęśliwsi od innych, wpływają m.in. wspomnienia, jakie przechowują w pamięci. Najważniejszym przesłaniem, jakie wynika z publikacji „Sztuka tworzenia wspomnień” wydaje się to, że nie zapamiętujemy rzecz przypadkowych, a te, na które ktoś zwrócił nam uwagę, albo tzw. pierwsze razy: pierwszą podróż zagraniczną, pierwszy wyjazd na wakacje bez rodziców... Ponieważ nie zawsze znajdzie się ktoś, kto nam o czymś przypomni, a i z wiekiem coraz mniej tych premierowych wydarzeń, autor proponuje, by samodzielnie stymulować dobre wspomnienia. Jak to robić? Na przykład, kiedy poczujemy coś przyjemnego starajmy się to zapamiętać. Wkrótce po pierwszej lekturze książki zrobiłam sobie ćwiczenie i zachowuję w pamięci uczucie, jakie towarzyszyło mi, gdy ugryzłam zerwane prosto z drzewa jabłko; samego smaku nie pamiętam, lecz na wspomnienie, jak soczysty był ten pierwszy gryz, moje ślinianki gwałtownie się budzą..

Jak rozmawiać z furiatami, Mark Goulston, Wydawnictwo Zwierciadło

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

„Założę się, że każdego niemal dnia musisz  poradzić sobie przynajmniej z jedną irracjonalna osobą” –  pisze psychiatra Mark Goulston i zwraca uwagę, że w takiej sytuacji nawet najbardziej logiczna argumentacja będzie daremna. Autor radzi, by wbrew instynktowi wczuć się w cudze „wariactwo” i dopiero po pokazaniu rozmówcy, że z naszej strony nie ma się czego obawiać, odwołać się do jego zdrowego rozsądku. Goulston przypomina, że każdy z nas może się czasami zachowywać jak wariat i upierać przy zupełnie bezsensownych działaniach. Dlatego w książce, poza podaniem wielu przykładów, jak rozmawiać z furiatami, radzi, jak poradzić sobie z własną irracjonalnością oraz jej skutkami. Taką ściągę warto mieć na półce!

  1. Psychologia

Inteligencja emocjonalna - jak zarządzać emocjami 

Gdy czujesz, że tracisz kontrolę - zatrzymaj się i wsłuchaj w swoje emocje. Jaką emocję czujesz? Nazwij ją. (Fot. iStock)
Gdy czujesz, że tracisz kontrolę - zatrzymaj się i wsłuchaj w swoje emocje. Jaką emocję czujesz? Nazwij ją. (Fot. iStock)
Wielu z nas nie potrafi panować nad swoimi emocjami, co przekłada się na relacje z innymi, atmosferę w domu, wyniki w pracy. Zestresowani rodzice powielają utarte schematy wychowania, w których nie ma miejsca na rozwijanie inteligencji emocjonalnej u dzieci.  Traci na tym każda ze stron.

Każdy z nas ma dni, w których czuje, że wszystko wymyka się spod kontroli. Nad niczym nie panuje i najchętniej zapadłby się pod ziemię, albo zniknął na kilka dni. Ciągłe wrażenie przytłoczenia i natłoku pracy, wywołuje w nas ogromny stres i poczucie bezsilności. Albo co gorsze - wybuch napięcia.

Ale są też tacy, którzy pomimo licznych przeciwności losu każdego dnia są pełni energii i optymistycznie patrzą w przyszłość, a wszystkie napotykane na swojej drodze problemy potrafią przekuć w sukces.

W czym tkwi sekret? W poziomie inteligencji emocjonalnej i umiejętności zarządzania własnymi emocjami. Inteligencja emocjonalna to zbiór określonych kompetencji, dzięki którym łatwiej człowiekowi funkcjonować w społeczeństwie. Można do nich zaliczyć cztery główne umiejętności: rozpoznawanie emocji i ich rozumienie, wykorzystywanie ich potencjału w działaniu i myśleniu, empatyczne ich wyrażanie oraz korzystne regulowanie. Wysoki poziom inteligencji emocjonalnej przekłada się na lepsze radzenie sobie w sytuacjach konfliktowych czy stresujących, a także wpływa na tworzenie zdrowych relacji międzyludzkich.

Zarządzanie emocjami, a dzieciństwo  

Właściwego rozpoznawania emocji warto uczyć już małe dzieci. Powinno się też tłumaczyć, dlaczego dana emocja się w ogóle pojawiła. Pamiętajmy, aby rodzice mieli wspólną definicję dla opisywania znaczenia emocji. Dzieci uczą się poprzez naśladownictwo, dlatego tak ważne jest, by mieć świadomość, że nasze komunikaty i reakcje stanowią dla nich przykład i wzór do naśladowania. Rolą rodziców, dziadków, pierwszych nauczycieli w żłobku czy przedszkolu jest nie tyle nauczenie ich czym są w ogóle emocje i dlaczego ich doświadczamy, ale przede wszystkim swoją postawą, pokazywanie właściwych reakcji na nie.

Tak samo jest w przypadku dorosłych. Chociaż umiejętność zarządzania swoimi emocjami teoretycznie powinien mieć opanowaną każdy z nas, to jednak wiele osób miewa z tym trudności. Dzisiaj większość z nas chce regulować emocje, omijając inną ważną umiejętność jaką jest wyrażanie, czyli empatyczne pokazanie tego, jak się czuje. Samo wyregulowanie emocji nie wystarczy do dobrej komunikacji a wręcz może ją  utrudniać.

Rodzice mający problemy w tym obszarze nie będą w stanie przekazać niezbędnej wiedzy dziecku, aby potrafiło ono, w dorosłym już życiu, wyrażać i odczytywać emocje we właściwy sposób. Na szczęście inteligencja emocjonalna nie jest cechą genetyczną i można ją kształtować przez całe życie.

Inteligencja emocjonalna, a jakość życia

Dobrze rozwinięta inteligencja emocjonalna może w znaczący sposób wpłynąć na jakość naszego życia, związków z innymi, naszą samoocenę i postrzeganie samych siebie, a nawet na naszą motywację i zaangażowanie w pracy. Powinna to być umiejętność, którą rozwija się w przedszkolu czy szkole, tak jak uczy się pisania i czytania. W ten sposób można  kształcić dzieci tak, aby wyrosły na ludzi świadomych siebie, swojej wartości, pewnych siebie, ale przede wszystkim – zwyczajnie szczęśliwych.

Osoba inteligentna emocjonalnie to przede wszystkim taka, która jest świadoma swoich emocji, uważnie je obserwuje i pokazuje je innym, w czytelny i bezpieczny sposób, aby inni wiedzieli jak dokładnie ona się czuje. Kiedy jest potrzeba  zmniejszenia swojego pobudzenia emocjonalnego używa takich sposobów, który przede wszystkim jest skuteczny i “zdrowy” dla niej samej. Taka osoba nie tłumi w sobie uczuć, nie krzywdzi innych używając agresji pasywnej czy fizycznej, ponieważ każda pojawiająca się emocja jest dla niej konkretnym komunikatem. Na co dzień chcielibyśmy otaczać się właśnie takimi osobami, które swoją postawą i umiejętnością empatycznego podejścia do każdej emocji powodują, że czujemy się przy nich  po prostu bezpiecznie. Takie osoby jasno komunikują innym swój smutek, powody pojawienia się złości czy gniewu, widać jak zmniejszają zbyt intensywną radość. Potrafią również okazać ogrom wsparcia, empatii i zawsze nas wysłuchają, a przede wszystkim wiemy, jakiej reakcji możemy się po nich spodziewać. Swoją postawą sprawiają, że mamy pewność, że żadna kłótnia czy inna sytuacja konfliktowa z ich udziałem nie zamieni się w burzę słów, wyścig krzyków, obwiniania, szukania winnego i plotkowania.

Warto też pamiętać, że starając się o pracę potencjalny szef nie będzie tolerował wybuchów złości czy krzyków, które bardziej pasują do nastolatka wkraczającego w okres dorosłości, a nie przyszłego pracownika międzynarodowej korporacji. Jego oczekiwania dotyczyć będą tego, aby pracownik jasno i empatycznie wypowiadał się na temat powodu swojej złości. Żyjemy w dynamicznych czasach, w których zdolność do jasnego komunikowania swoich potrzeb, radzenia sobie ze stresem, rozwiązywania sytuacji konfliktowych, czy umiejętność pracy w zespole niejednokrotnie bardzo różniących się od siebie ludzi często bywają ważniejsze niż faktyczny poziom wykształcenia potwierdzony uzyskanymi dyplomami.

Zawsze jest dobry czas na rozwój emocjonalny

Inteligencję emocjonalną możemy rozwijać niezależnie od wieku, czy posiadanego wykształcenia. Pierwszym krokiem ku zmianie jest uświadomienie sobie swojego problemu, przyznanie się przed samym sobą, że nie potrafimy panować nad swoimi emocjami i reakcjami na różne sytuacje. Przerasta nas to, nie wiemy jak się zachować, jak zareagować, a co najważniejsze – jak odwrócić naszą uwagę od bodźców, które wywołały w nas niepożądane emocje. Gdy przez lata tłumiliśmy w sobie wszystkie emocje, bo tak zostaliśmy wychowani i żyliśmy w przeświadczeniu, że przyznanie się do odczuwania danej emocji jest złe lub nie na miejscu, albo nikt wcześniej nam nie pokazał jak w zdrowy sposób radzić sobie z narastającą w nas złością czy poczuciem bezsilności, to sami nie będziemy w stanie sobie pomóc. Niezbędne będzie wsparcie specjalistów.

Jednym ze skutecznych rozwiązań może być trening rozwoju inteligencji emocjonalnej, podczas którego uczestnicy uczą się zarządzać swoimi emocjami. Jest on dopasowany do indywidualnych potrzeb danej osoby, co weryfikują poprzedzające go testy sprawdzające m.in. aktualny poziom wszystkich kompetencji. Każdego dnia możemy również ćwiczyć naszą inteligencję emocjonalną za pomocą krótkich ćwiczeń wyrabiających w nas określone nawyki i uważność na reakcje naszego organizmu.

Z rozwijaniem inteligencji emocjonalnej powinno być tak, jak z nabywaniem każdej nowej umiejętności. Żeby nie zniechęcić się brakiem znaczących rezultatów warto zacząć od małych kroków, dzięki którym powoli zaczniemy w sobie wyrabiać nawyk pewnej uważności na reakcje naszego organizmu i emocje temu towarzyszące.

Pomocne wskazówki:

1. Gdy czujesz, że tracisz kontrolę - zatrzymaj się i wsłuchaj w swoje emocje. Jaką emocję czujesz? Nazwij ją.

2. Co się dzieje z twoim ciałem, kiedy ją odczuwasz, w którym miejscu najbardziej odczuwasz daną emocję?

3. Co wywołało tę emocję? Dlaczego ją odczuwasz?

4. Jak powinieneś wyrazić tę emocję, aby nie krzywdziła innych, ale była dla nich czytelna?

5. Co możesz zrobić, aby zmniejszyć jej siłę?

6. Co możesz zrobić, aby zmienić swój nastrój?

(Fot. archiwum prywatne) (Fot. archiwum prywatne)

Marzena Martyniak – psycholog, specjalista w dziedzinie rozwoju inteligencji emocjonalnej, stowarzyszony partner International Society of Emotional Intelligence (ISEI). Autorka polskiej wersji SEL (Social Emotional Learning) oraz unikalnego programu edukacyjnego Land of Emotions.

  1. Psychologia

Sposoby na umysłową rutynę? Pobaw się w Sherlock'a Holmes'a!

Wyrobienie sobie nowych nawyków myślowych, nie tylko może usprawnić pracę mózgu, ale sprawi też, że lepiej odnajdziemy się w nowych okolicznościach. (fot. iStock)
Wyrobienie sobie nowych nawyków myślowych, nie tylko może usprawnić pracę mózgu, ale sprawi też, że lepiej odnajdziemy się w nowych okolicznościach. (fot. iStock)
Choć życie raczej nie podsuwa zagadek na miarę tych, jakie rozwiązywał genialny detektyw, to sprawne i regularnie trenowane szare komórki pozwolą nam być bardziej przenikliwymi na co dzień.

Czy Sherlock Holmes byłby zachwycony czy raczej zawiedziony dzisiejszymi czasami – trudno powiedzieć. Z jednej strony ucieszyłby go rozwój technologii i nauki, z drugiej pewnie zdziwiłby fakt, że tak naprawdę niewiele się zmieniło w kwestii tego, na ile potrafimy korzystać z naszego umysłu. Jak zauważa psycholog Maria Konnikova, na co dzień zbyt często jesteśmy zaskakująco bezmyślni. Wiele informacji nam umyka, a potem jesteśmy zaskoczeni, że sprawy okazały się inne, niż nam się wydawało. Idziemy przez park i nie widzimy drzew, bo nasze umysły są zajęte przetwarzaniem tego, co właśnie się wydarzyło, lub tworzeniem scenariuszy na przyszłość. Coraz częściej też zawodzi nas pamięć, nie tylko nie potrafimy sobie przypomnieć, w którym roku była bitwa pod Grunwaldem, ale też co robiliśmy w zeszłą niedzielę. A przecież jako dzieci widzimy i pamiętamy wszystko: nowe emocje i doświadczenia, zapach deszczu, kolor roweru kolegi. Dlaczego jako dorośli popadamy w umysłową rutynę?

Wszystkiemu winien jest proces automatyzacji, który, choć z gruntu jest dobry (pozwala nam np. prowadzić samochód bez każdorazowego przypominania sobie, jak to się robi), to niebezpiecznie przybliża do bezrefleksyjności. – Jak wiele podjęliśmy decyzji i powzięliśmy sądów, nie zdając sobie sprawy z tego, jak i dlaczego to robimy? – pyta Konnikova. I przekonuje, że codzienna gimnastyka mózgu jest równie potrzebna jak regularne ćwiczenia ciała. Wykorzystując metodologię najsłynniejszego na świecie detektywa – Sherlocka Holmesa, możemy nie tylko rozwiązać niejeden życiowy problem, ale też stworzyć nawyki myślowe, które pozwolą nam wejść w bardziej uważną relację ze sobą i światem. Bo co prawda Holmes został wymyślony, ale jego rygorystyczne podejście do myślenia było jak najbardziej realne. W skrócie jego metoda wygląda następująco: zrozumieć i określić problem; dokonać obserwacji; zbudować hipotezę; sprawdzić i dedukować; wszystkie czynności powtórzyć.

Mózg jak poddasze

To, co najbardziej charakteryzowało Holmesa, to jego sceptyczny i dociekliwy stosunek do świata. Niczego nie przyjmuje na wiarę i wszystkiego jest ciekaw. Tyle tylko, że ludzki umysł lubi już raz wytyczone ścieżki, myślimy w sposób szybki i odruchowy. Dopiero kiedy coś nami wstrząśnie, zmusi do zatrzymania się na chwilę – zaczynamy porządnie myśleć, a czasem nawet zmieniamy zdanie, którego do tej pory byliśmy w 100 procentach pewni. Dlatego aby choć w niewielkim ułamku stać się jak Sherlock Holmes, musimy przezwyciężyć naturalny opór, jaki wobec takiego podejścia będzie miał nasz mózg. – Nigdy nie zakładajmy z góry, że coś jest tym, czym jest. Myślmy o każdej rzeczy, jakby była absurdem porównywalnym do nieistniejącego w przyrodzie zwierzęcia – radzi Maria Konnikova.

Kolejna sprawa to selekcja informacji. Jak mówi detektyw: „Mózg człowieka przypomina niewielkie puste poddasze, które trzeba tak umeblować, by nam to odpowiadało. Głupiec będzie zbierał wszelkiego rodzaju gazety, jakie nawiną mu się pod rękę. Wówczas wiedza, która mogłaby mu się przydać, zostaje wyparta lub w najlepszym przypadku upchnięta gdzieś w kąt, wraz z mnóstwem innych rzeczy, tak że dostęp do niej będzie utrudniony. Rozsądny człowiek nad wyraz skrupulatnie wybiera to, co wnosi na swoje poddasze, czyli wkłada do swojego mózgu”. W miarę upływu czasu pewne „meble” na poddaszu przestają być potrzebne, po inne sięgamy coraz częściej – to stanowi oś tego, kim naprawdę jesteśmy. Sherlock Holmes umiał odgadnąć zawartość poddasza konkretnej osoby na podstawie jej wyglądu zewnętrznego, dzięki czemu wiedział, kim dana osoba jest i do czego może być zdolna.

Potęga obserwacji

Przez chwilę zabawmy się w Sherlocka. Wyobraź sobie, że jesteś na przyjęciu i właśnie podchodzi do ciebie nieznana osoba. Co możesz powiedzieć na jej temat na podstawie pierwszego wrażenia? Młoda, ładna, sympatyczna? A może nawet dobra, hojna, poukładana? Te wszystkie wnioski mogą być trafne albo chybione, w większości wypadków wyciągamy je bowiem na podstawie własnych, często nieuświadomionych przekonań. Powiedzmy, że nowo poznana osoba ma na sobie bluzkę z krzykliwym nadrukiem, a ty nie lubisz takiej ostentacji. Najprawdopodobniej stwierdzisz, że jest nieciekawa. A może przypomina ci twoją ukochaną kuzynkę – uznasz zapewne, że jest sympatyczna.

Oto kolejna właściwość naszego umysłu – lubi przeskakiwać prosto do wniosków, żeby się nie przemęczać. Poza tym na naszą ocenę ma duży wpływ nastrój. Kiedy jesteśmy zrelaksowani i szczęśliwi, mamy bardziej akceptujące, pozbawione rezerwy spojrzenie na świat. Fachowo nazywa się to heurystyką afektu – jak czujemy, tak myślimy. Dlatego dobrze znać swoje nawyki oraz tendencje umysłu i pamiętać, że pierwsze wrażenie to tylko pierwsze wrażenie. Lepiej zastanowić się, co je wywołało i czy większy ma to związek z naszą tendencją do konkretnych ocen, czy z obiektywną prawdą.

Holmes proponuje, by zawsze zaczynać od podstaw, czyli od obserwacji. Przy czym każdy z elementów powinien być rozpatrywany w kontekście, w połączeniu z pozostałymi – nie jako oderwany kawałek. Obserwacja powinna być też zintegrowana z posiadaną wiedzą. To, co zwykle najbardziej przeszkadza nam w byciu dobrym obserwatorem, to nieumiejętność skupienia. Zbyt często robimy wiele rzeczy naraz: rozmawiamy przez telefon, jednocześnie sprawdzając mejle w skrzynce odbiorczej, albo słuchamy muzyki, prowadzimy samochód i rozmawiamy ze współpasażerem. To wszystko sprawia, że nie jesteśmy w stanie być obecnymi w każdej z tych czynności. Stąd wiele informacji nam umyka. Oczywiście nie chodzi o to, by być skupionym na wszystkich bodźcach – wtedy byśmy oszaleli. Trzeba umieć dokonywać selekcji. Tylko jak ustalić, na czym skupić uwagę, a co sobie podarować? Konnikova podaje hipotetyczny przykład zawodów, jakie można by urządzić pomiędzy Holmesem a Watsonem. Wyobraźmy sobie, że obaj stoją na dachu wieżowca w centrum miasta, na którym znajduje się kilka przyrządów optycznych do bliższej obserwacji. Wygra ten, który najszybciej dostrzeże nadlatujący samolot. Jak obaj podejdą do zadania? Watson pewnie zacznie przeskakiwać od jednej lunety do drugiej, bo czas ucieka. Holmes najpierw sprawdzi na swoim smartfonie (zakładamy, że zawody odbywają się współcześnie) rozkład lotów, ustali stronę, z której powinien nadlecieć pierwszy samolot, po czym spokojnie będzie go wypatrywał. Wniosek? Musisz ustalić, na co masz patrzeć, jaki jest twój cel.

Sherlock stawia na aktywną obserwację, czyli taką, która angażuje wszystkie zmysły i niczego nie wyklucza. Sam nie wyciąga od razu wniosków i co chwila sprawdza, czy coś mu nie umknęło. A jeśli choć jeden element przeczy jakiejś teorii, odrzuca teorię, a nie element, zgodnie ze swoją zasadą, że wyjątek przekreśla regułę.

Używaj wyobraźni

W jednym z opowiadań Artura Conan Doyle’a Holmes zwraca się do inspektora Lestrade’a, który zbyt pochopnie wyciągnął wnioski, tymi słowy: „Zacny Lestrade, bujna wyobraźnia nie jest pańską najmocniejszą stroną”. Inspektor wzrusza ramionami, no bo co tu do rzeczy ma wyobraźnia. Obserwacja, dedukcja – owszem, ale czy wyobraźnia to rzecz, na której powinien polegać pracownik Scotland Yardu? Jak najbardziej! Wyobraźnia jest kolejnym etapem naszego procesu myślenia. Pomaga złożyć do kupy wszystkie obserwacje i sprawdzić, czy scenariusz lub wytłumaczenie, które jest ich wypadkową, ma rację bytu. Pozwala znaleźć mniej oczywiste rozwiązania, wyjść poza schematy. I jest przyjemnością. Dlatego rozwiązywanie zagadek kryminalnych sprawia taką frajdę. Kreatywności można się nauczyć, regularnie ją ćwicząc. Na przykład za pomocą prostego zadania.

Wyobraź sobie, że ktoś wprowadza cię do pokoju, w którym stoi stół, na nim leżą pudełko gwoździ, zapałki i świeca. Twoim zadaniem jest przytwierdzenie świecy do ściany. Jeśli należysz do 75 procent uczestników tego klasycznego eksperymentu, jaki przeprowadził psycholog Karl Duncker, w pierwszym odruchu będziesz próbowała przybić świeczkę do ściany za pomocą gwoździa – szybko przekonasz się, że jest to niemożliwe. Nie uda się też plan polegający na zapaleniu świeczki i przyklejeniu jej na wosk do ściany (taka konstrukcja szybko się zawali). Jakie jest prawidłowe rozwiązanie? No właśnie, wymaga odrobiny wyobraźni. Chodzi o to, by wyjąć gwoździe z pudełka, przybić pudełko do ściany, zapalić świecę, nakapać woskiem na pudełko i przymocować świeczkę. Dlaczego tak znikomy procent osób wpada na to rozwiązanie? – Większość ludzi nie zauważa, że coś tak oczywistego jak pudełko gwoździ może być czymś innym – pudełkiem i gwoźdźmi – konstatuje Maria Konnikova. Fachowo nazywa się to fiksacją funkcjonalną – na ogół postrzegamy przedmioty zgodnie z ich pierwotnym przeznaczeniem, przydzieloną wcześniej funkcją. I z tą fiksacją walczy właśnie wyobraźnia, która w dużej mierze polega na odnajdywaniu nieoczywistych związków między elementami niemającymi ze sobą na pierwszy rzut oka nic wspólnego.

Co, jeśli nie potrafisz znaleźć odpowiedzi czy wytłumaczenia innego niż to najbardziej oczywiste, które jednak nie działa? Zdystansuj się od problemu. Wyjdź gdzieś lub nawet wyjedź, zajmij się czymś innym, czynnością równie angażującą, ale na tyle niezwiązaną z tematem, nad którym się głowisz, żeby nie wymagała zbyt wielkiego wysiłku i pozwoliła ci się na chwilę oderwać. Sherlock zwykł w takich sytuacjach wypalać trzy fajki, ty możesz posłuchać muzyki, zagrać w siatkówkę, popracować w ogródku.

Moc dedukcji

I wreszcie clou metody Sherlocka Holmesa – dedukcja. To ostatni etap, na którym łączymy wszystkie pojedyncze elementy w spójną całość. Porządkujemy i poddajemy obróbce zebrany materiał. Jedną z żelaznych zasad detektywa jest: „Kiedy wyeliminujesz wszystko, co niemożliwe, to, co zostaje, musi być prawdą, jakkolwiek wydaje się nieprawdopodobne. Może pozostać kilka wyjaśnień, wówczas wszystkie po kolei sprawdzamy, dopóki nie okaże się, że za jednym z nich stoją najbardziej przekonujące argumenty”. W przypadku dedukcji ważna jest też umiejętność odróżniania tego, co kluczowe, od tego, co przypadkowe. Nie jest to łatwa sprawa, ale trening czyni mistrza. Podstawowa zasada: nie możesz dopuścić, by jedna pasująca możliwość wyeliminowała wszystkie inne informacje, którymi mogłabyś się posłużyć. No i nigdy nie wykluczaj niemożliwego, choć musi się ono mieścić w granicach logiki.

Nadal nie wiesz, co myśleć i jakie rozwiązanie wybrać? Przedstaw swój sposób rozumowania i kolejne kroki procesu dedukcji komuś bliskiemu. Nic tak nie porządkuje informacji i nie gruntuje poglądu na sprawę, jak opowiedzenie wszystkiego na głos i usłyszenie stanowiska innej osoby. Bo podstawowy błąd, jaki możemy popełnić, to zakładać, że nasze podejście jest jedynym właściwym.

Jeśli przyjrzymy się metodzie Holmesa bliżej, okaże się, że nie tylko uczy nas logicznego, niczym niezmąconego myślenia, ale też nieosądzania i wyciągania zbyt pochopnych wniosków, otwartości na świat i uważności. Coraz częściej mówi się o tym, że genialny detektyw był prawdziwym mistrzem Mindfullnes.

Ćwicz swoją dedukcję

Zapisz pierwszą odpowiedź, jaka przychodzi ci do głowy:

1. Kij i piłka do bejsbola kosztują razem 1 dolara i 10 centów. Kij jest droższy od piłki o dolara. Ile kosztuje piłka? 2. Jeśli 5 maszyn w ciągu 5 minut produkuje 5 urządzeń, ile czasu zajmie 100 maszynom wyprodukowanie 100 urządzeń? 3. Na stawie rośnie kępa lilii wodnych. Codziennie rozrasta się dwukrotnie. Jeśli pokrycie powierzchni całego stawu zajmie liliom 48 dni, to ile dni potrzeba, by zarosły połowę stawu?

Zadanie pochodzi z książki Marii Konnikovej, „Myśl jak Sherlock Holmes”, Agora 2015

  1. Styl Życia

Rafting. Ty kontra rzeka

Rafting może być świetnym sposobem, by zmierzyć się z tym, co nas blokuje. (Fot. iStock)
Rafting może być świetnym sposobem, by zmierzyć się z tym, co nas blokuje. (Fot. iStock)
Adrenalina i kontemplacja. Praca zespołowa i rywalizacja. Okazja do wyjścia poza strefę komfortu. To tylko kilka powodów, dla których warto spróbować raftingu. Nasza dziennikarka Jolanta Maria Berent sprawdziła to na własnej skórze w Słowenii.

Na rynku rozwojowym znajdziesz kilka sposobów na to, żeby zmierzyć się z tym, co cię blokuje, powstrzymuje przed sięganiem po więcej. Chodzenie po rozżarzonych węglach, łamanie strzały grdyką czy deski ciosem karate. To ćwiczenia obliczone na wykonanie pewnego kroku – nie tyle ku przepaści, co w stronę własnej siły, pewności siebie. Sygnał dla podświadomości, że otwierasz się na nowe. Że – owszem, możesz odczuwać lęk, ale gotowa jesteś go przekroczyć.

Mimo to kiedy podczas wyjazdu z grupą dziennikarzy do Słowenii zaproponowano nam rafting – spływ pontonem po rwącej, górskiej rzece (piękna, szmaragdowa Socza plus Alpy Julijskie) – początkowo nie paliłam się do tego pomysłu. Woda nie jest moim ulubionym żywiołem, a do tego lało jak z cebra. Sam koordynator wyjazdu odradzał przedsięwzięcie. I wtedy zapaliła mi się lampka: cóż za wspaniała okazja, żeby spotkać się z tym żywiołem! Jak mogłabym ją zmarnować?

Jakoś to będzie

Z naszej pięcioosobowej grupy na udział w wyprawie decyduje się poza mną tylko jedna osoba. Wsiadamy do busa podstawionego przez organizatorów spływu, jedziemy do miejsca, gdzie dostajemy niezbędne wyposażenie: gumowe buty, dwie części kombinezonu, kask, kapok. Gdzie się przebrać? Jak to gdzie? Na brzegu rzeki! Zaczynam się zastanawiać, czy to był dobry pomysł. Próbuję porozumieć się z sąsiadem – okazuje się, że to nauczyciel grupy młodych uczniów szkoły ogrodniczej z Belgii. Są lepiej przygotowani niż ja: mają ręczniki i stroje kąpielowe. Ktoś uprzedził ich, że pod kombinezonem może zostać tylko dolna część bielizny. Nas nie. OK, dodatkowa bariera do przekroczenia. Jakoś to będzie.

I jakoś jest – na polanie, do której dojeżdżamy, nawet się specjalnie nie zasłaniamy. W końcu każdy jest zajęty sobą i rozpracowywaniem poszczególnych części ekwipunku. Koleżanka przekonuje mnie, że zamek w kombinezonie powinien się zasuwać od spodu. Rezultat: zakładamy strój na lewą stronę. Jakoś to będzie – uczepiłam się tej mantry.

Przewodnik woła grupę do pontonu, udziela niezbędnych instrukcji. Jak siedzieć, gdzie trzymać nogi, jak operować ciałem. Jak chwycić wiosło, jak nim poruszać. Co zrobić, kiedy wpadnie do wody. Wreszcie: jak postępować, kiedy trafi tam któryś z członków załogi. Jeśli to twój sąsiad, wciągasz go z powrotem za kapok. Jeśli ty, układasz się stopami w stronę nurtu – mówiąc bardziej obrazowo, „nogami do przodu”. W szeregach wyczuwa się lekki niepokój. Zaczynamy zdawać sobie sprawę z powagi sytuacji. Podejrzewam, że to część przedstawienia, że Theo (prosi, żeby koniecznie podać jego imię) celowo podkręca atmosferę. Tak czy inaczej adrenalina jest już na odpowiednim poziomie – możemy wyjść z pontonu i znieść go po stromej skarpie na brzeg rzeki. Pierwszy kontakt z wodą robi wrażenie. Jest zimna, jest wzburzona. Jest mokra. Szarpie pontonem, rzuca nim w górę i w dół, obraca. Pokazuje, kto tu rządzi.

Z wodą nie przelewki

Sprawdzamy, jak wprawki „na sucho” przekładają się na prawdziwe wiosłowanie. Czy my w ogóle mamy wpływ na cokolwiek. Okazuje się, jak ważne jest utrzymanie odpowiedniego rytmu, synchronizacja z towarzyszami podróży. Niezłe ćwiczenie dla zespołu – uczy zgodnego działania we wspólnym celu. Każda ręka się liczy, każdy ma swój wkład. Uczymy się figury zwanej piramidą: wszystkie wiosła piórami do góry, łączymy je nad głowami, wydajemy okrzyk bojowy. Kiedy zaczynamy się czuć nieco pewniej, pojawia się element rywalizacji – wyścigi z innymi załogami. Inna konkurencja: kto kogo skuteczniej ochlapie, wzbijając wiosłem fontanny. Nie ma gdzie się schować, woda z każdej strony! I jeszcze fotograf, podążający w kajaku naszym tropem, w poszukiwaniu co bardziej atrakcyjnych ujęć...

Jest akcja, zabawa, ale są też chwile kontemplacji. Co jakiś czas przewodnik prosi, żeby oprzeć wiosła na kolanach. Milknie. To te odcinki rzeki, na których nie trzeba z nią walczyć. Rozluźniamy się, pozwalamy, by nas niosła. Podziwiamy potęgę gór wokół, nasycenie kolorów. Zwłaszcza że wyszło słońce. Theo opowiada o okolicznych wodospadach i jaskiniach, o wydarzeniach związanych z tym miejscem. Podczas I wojny światowej przez dolinę Soczy przechodziła linia frontu, armie włoska i austriacko-węgierska stoczyły tu dwanaście krwawych bitew. Do tych miejsc i wydarzeń nawiązuje Hemingway w „Pożegnaniu z bronią”. Jest też wątek kinematograficzny – okazuje się, że w okolicy kręcono zdjęcia do drugiej części „Opowieści z Narnii”. Przypominam sobie dreszczowiec „Dzika rzeka”, w którym Kevin Bacon prześladował płynącą pontonem po Kolorado Meryl Streep. Theo potakuje: zawsze jakiś psychopata może się czaić za krzakiem. Zdaje się, że już nawet nastolatkowie mu nie wierzą.

Skacz i nie myśl

Tymczasem największe dreszcze dopiero przed nami. Właściwie była to typowa cisza przed burzą. Przewodnik zapowiada kolejny punkt programu: za chwilę będzie odliczał, na „trzy” wszyscy mamy wyskoczyć. Nie wierzę własnym uszom, to musi być kolejny żart! Ale nie: wygląda na to, że oczekuje się od nas skoku na głęboką wodę. No, chyba że nie jest tu zbyt głęboka. Na hasło „trzy” wciąż siedzę w pontonie, zajęta wewnętrzną walką. Jakaś część mnie mówi, że po co, że to głupie: nie muszę ryzykować, udowadniać czegokolwiek komukolwiek. Ale jest i inna, która twierdzi: „Nie jesteś gorsza. Co ci zależy. Masz kapok. Jeśli tego nie zrobisz, pożałujesz. Doświadczenie będzie niepełne. Teraz albo nigdy!”. Skaczę i... nie jest zbyt miło. Uwierzyłam, że – skoro jesteśmy blisko brzegu – woda będzie płytka. Nie jest. No ale od tego między innymi jest przewodnik – żeby wciągnąć wszystkich za kapoki z powrotem do środka.

Z czym zostajesz? To może być duma i ulga. Przypływ energii. Poczucie świeżości (nie tylko z powodu wody w butach). Na pewno satysfakcja: że spróbowałaś czegoś nowego, że dzieliłaś z innymi to doświadczenie, dołożyłaś swoje wiosło (czyli poczucie sprawczości). Ale też, że zaufałaś. Wodzie, przygodzie, innym ludziom. Sobie. Że dałaś radę. Z ręcznikiem czy bez. Właściwie to mogłabyś teraz przenosić góry. Tylko po co? Wygląda na to, że są na swoim miejscu.