1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Polki: jakie dziś jesteśmy?

Polki: jakie dziś jesteśmy?

fot.123rf
fot.123rf
Przed kolejną edycją akcji „Solidarność Kobiet ma Sens”, postanowiłyśmy przyjrzeć się temu, na ile jesteśmy solidarne wobec samych siebie. Czy spełniamy swoje marzenia i realizujemy cele? Czy potrafimy własne potrzeby postawić na pierwszym miejscu?

O nakreślenie portretu współczesnej Polki poprosiłyśmy ekspertkę w dziedzinie kobiecych motywacji Katarzynę Pawlikowską i psycholog Dominikę Maison, autorki badań i powstałej na ich podstawie książki „Polki. Spełnione profesjonalistki, rodzinne panie domu czy obywatelki świata?”. – Spojrzałyśmy na polskie kobiety z perspektywy uniwersalnych potrzeb psychologicznych, zmieniających się wartości i stylów życia, światopoglądu i przekonań politycznych oraz szeroko rozumianej konsumpcji.

Jakie wnioski wysunęły się na pierwszy plan? – Niestety, Polki nie zawsze mają poczucie, że ich głos traktowany jest z należytą powagą – uważa Katarzyna Pawlikowska. – Nie czują, by ich potrzeby i opinie były zauważane, a przecież to one są główną siłą nabywczą naszego rynku. Niedoceniana na rodzimym rynku Polka zajmuje jednak wysokie noty w rankingach światowych – należymy np. do najbardziej przedsiębiorczych kobiet w Europie (zaraz po Francuzkach), a jeśli chodzi o udział wśród pracodawców – plasujemy się na pierwszym miejscu w Unii Europejskiej! (29,4 proc. pracodawców w Polsce to kobiety). Zajmujemy wysokie funkcje menedżerskie w przedsiębiorstwach, a zakładając swoje firmy, kierujemy się chęcią niezależności i samodzielności. Jednak swoich talentów menedżerskich wciąż nie chcemy wykorzystywać w polityce, uważamy, że nie mamy na nią realnego wpływu.

PORTRET ZBIOROWY

Żyjemy dziś zupełnie inaczej niż nasze matki, ale wciąż (w większości) na pierwszym miejscu stawiamy potrzeby innych, a nie własne. Najpierw rodzina, praca zawodowa, a na końcu my. Na szczęście to się powoli zmienia. Zwiększa się grupa kobiet, które siebie stawiają na pierwszym miejscu. Z badań wyłoniły się cechy, które pozwoliły stworzyć typologię współczesnych Polek:

ZACHŁANNE KONSUMPCJONISTKI – to spora grupa, 17 proc. Kobiety, które wydają często więcej niż mają. Średnia wieku to 39 lat, ale są przedstawicielki młodsze i starsze niż ta średnia. Najwięcej, bo 50 proc. Zachłannych Konsumpcjonistek ma średnie wykształcenie, 29 proc. zawodowe, a 20 proc.– wyższe. Większość (75 proc.) to mężatki lub w związkach nieformalnych (12 proc.). Głównym celem życiowym kobiet z tej grupy jest założenie rodziny, ale czy są szczęśliwe, gdy już go osiągną?

– Deklarują silne poczucie spełnienia życiowego, ale także silne poczucie krzywdy – mówi Dominika Maison. – Być może wynika to z tego, że są to osoby o silnej potrzebie autoprezentacji, dla których ważne jest, jakie wrażenie robią na innych, jak są postrzegane. Taka niespójność to cecha charakterystyczna osób o bardzo materialistycznym nastawieniu.

Są tradycyjne w podejściu do życiowych ról, uważają, że mężczyzna powinien utrzymywać dom, a kobieta zajmować się rodziną. – Praca jest dodatkiem do prawdziwego życia, jest przede wszystkim źródłem pieniędzy, które można przeznaczyć na dbanie o siebie – zauważa Dominika Maison. – Zachłanne Konsumpcjonistki tym, co kupują i posiadają, starają się zrobić wrażenie na innych, ale podbudowują w ten sposób też własną samoocenę.

RODZINNE PANIE DOMU – to 13 proc. z nas. W większości kobiety po 40. i 50. roku życia, raczej mieszkanki wsi (55 proc.) i mniejszych miejscowości (25 proc.) niż wielkich miast. To Polki zaangażowane w życie rodzinne (79 proc. mężatek), ale słabo wykształcone – tylko połowa z nich ma stałą pracę. Pomimo to Rodzinne Panie Domu są zadowolone ze swojego życia, zajmują się rodziną, domem i dziećmi nie dlatego, że muszą, ale dlatego, że to lubią, że to dla nich priorytet.

– Bycie matką, żoną i gospodynią domową definiuje w dużej mierze ich tożsamość – mówi Dominika Maison. – Wszystkie inne aspekty życia są podporządkowane tej właśnie roli. Trzeba jednak podkreślić, że nie są to kury domowe, a raczej strażniczki domowego ogniska. Rodzinna Pani Domu pełni ważną funkcję – kieruje domem i domownikami. Nie chce, by mężczyzna wtrącał się do jej królestwa.

Dla większości z nich kariera jest czymś abstrakcyjnym i kojarzy się z osobami dbającymi tylko o siebie. Wykonują swoją pracę z zaangażowaniem, ale nigdy nie zgodziłyby się na awans kosztem czasu poświęconego dla dzieci. Mało dbają o siebie, pieniądze wolą przeznaczać na bliskich.

NIESPEŁNIONE SIŁACZKI – największa grupa, stanowiąca aż 24 proc. badanych. Dużo pracują, poświęcają się dla innych, chcą dobrego świata. Dobrze wykształcone (41 proc. ma wyższe wykształcenie, 39 proc. – średnie). Większość z nich, ponad 80 proc., pracuje. Średnia wieku – 39 lat. Mieszkają w dużych lub średniej wielkości miastach. Chcą w każdej z ról – pracowniczki, matki, żony – być bardzo dobre. A jednak nie do końca są szczęśliwe.

Poczucie dużego obciążenia obowiązkami powoduje, że często czują się zmęczone, ale także, że nie do końca wykorzystały swoją szansę, nie sprostały wymaganiom, stąd może poczucie niespełnienia – podsumowuje badaczka.

Niespełnionym Siłaczkom najbardziej ze wszystkich grup brakuje czasu dla siebie. Dbają o siebie, ale tu także stawiają sobie wymagania – odchudzają się, są aktywne sportowo, ale także częściej niż inne grupy chodzą do teatru, czytają więcej książek.

ROZCZAROWANE ŻYCIEM – to 12 proc. z nas, w tej grupie najwięcej jest osób starszych – często już na emeryturze lub rencie, ale są też kobiety jeszcze stosunkowo młode, pracujące. Raczej słabo wykształcone (tylko 16 proc. ma wyższe wykształcenie). Są zawiedzione życiem – nieudanymi związkami, trudnymi relacjami z dziećmi, niesatysfakcjonującą pracą. Są smutne i zmęczone, bez nadziei na lepsze jutro. Mało aktywne, niewiele robią dla siebie, choć mają relatywnie dużo czasu. Nie dbają o siebie, bo „już im nie zależy”.

– Dla Rozczarowanych Życiem codzienność to jedno pasmo obowiązków i konieczności – podsumowuje Dominika Maison.

OSAMOTNIONE KONSERWATYSTKI – stanowią 10 proc., to grupa najstarszych kobiet (średnia wieku wynosi 58 lat), ale także najsłabiej wykształconych (51 proc. ma podstawowe wykształcenie, a wyższe zaledwie 3 proc). Połowa z nich to mieszkanki wsi. Są najmniej zadowolone z życia ze wszystkich przytoczonych w badaniu grup, choć mają jasno zdeklarowane, konserwatywne poglądy co do roli kobiety (jako podporządkowanej mężczyźnie), ale także wychowania dzieci (surowego). Są dumnymi obywatelkami Polski i mieszkankami swojej lokalnej społeczności. Czas spędzają biernie, najczęściej przed telewizorem (ok. 5 godzin dziennie), praca nie jest źródłem satysfakcji ani rozwoju, tylko gwarantem dochodu. Nie dbają ani o zdrowie, ani o urodę.

SPEŁNIONE PROFESJONALISTKI – stanowią zaledwie 10 proc., ale za to czują się spełnione we wszystkich obszarach swojego życia. Średnia wieku to 42 lata, ale są w tej grupie i 20-latki, i kobiety po sześćdziesiątce. Pełen przekrój wiekowy.

– Jest to grupa zdecydowanie najlepiej wykształcona ze wszystkich, aż 62 proc. Spełnionych Profesjonalistek skończyło studia, a 32 proc. ma wykształcenie średnie – zaznacza Dominika Maison. – Kobiety o niższym wykształceniu są tu naprawdę rzadkością. Co ważne, w tej grupie wykształcenie było wartością wewnętrzną – te kobiety uczyły się, bo chciały, a nie dlatego, że oczekiwało tego od nich otoczenie.

Spełnione Profesjonalistki to optymistki, grupa najbardziej ze wszystkich zadowolona z życia – aż 83,5 proc. Nie boją się nowych wyzwań i czerpią z życia garściami. Czas wolny przeznaczają na swoje potrzeby i pasje. Nie chcą stawiać potrzeb partnera czy dzieci ponad swoimi; 43 proc. z nich nie ma dzieci. To kobiety zdecydowanie nowoczesne, które swobodnie korzystają z udogodnień, jakie dają nowe technologie.

OBYWATELKI ŚWIATA – jest ich 14 proc. To segment najmłodszych Polek (69 proc. nie ma jeszcze 25 lat). Obywatelki Świata są nowoczesne i otwarte, a ich styl życia i ubierania się nie odbiega od stylu rówieśniczek na Zachodzie. Nie chcą zakładać rodziny zbyt wcześnie, najpierw wolą się „wyszumieć” i odnieść sukces. Są bardzo towarzyskie, ale gdy zostają same, nie bardzo wiedzą, co ze sobą zrobić.

– Dla Obywatelek Świata bardzo dużą wartością są inni ludzie – zaznacza Dominika Maison. – Nie lubią być same, wolą otaczać się gronem znajomych, spędzać czas z innymi, pielęgnować więzi. Ważne jest także to, że świat zewnętrzny odgrywa dużą rolę w ich samookreśleniu.

Lubią dobrze wyglądać i wydawać na siebie pieniądze (głównie na kosmetyki i ubrania). Znają się na modzie i trendach. W przyszłość patrzą z optymizmem, nie pamiętają żadnych porażek, jedynie sukcesy (w badaniach nie potrafiły wskazać niepowodzeń). Chcą być niezależne, podróżować i realizować kolejne studia.

A Ty, w której grupie się odnajdujesz, droga Czytelniczko?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Moda i uroda

Dawid Hady: krawiec slow fashion

Dawid Hady ze swoją ulubioną maszyną do szycia z 1967 roku. (Fot. materiały prasowe)
Dawid Hady ze swoją ulubioną maszyną do szycia z 1967 roku. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
W jego pracowni nic nie ma prawa się zmarnować. Ubrania powstają na zamówienie ze starannie wyselekcjonowanych tkanin w maksymalnie kilku egzemplarzach. Inne dostają drugie życie i ponownie trafiają do obiegu. Wierny tradycyjnemu krawieckiemu rzemiosłu stara się tworzyć etycznie i ekologicznie, bo wierzy, że wspólnymi siłami uda nam się zbudować nową jakość – modę, która nie zadaje bólu i nie niesie cierpienia.

W latach 80. na terenie Świlczy, niewielkiej wioski oddalonej kilka kilometrów od Rzeszowa, prowadzono prace archeologiczne, które wykazały, że osadnicy zamieszkujący te tereny w V w. zajmowali się obróbką bursztynu. W 2021 roku w swojej pracowni w Świlczy urzęduje Dawid Hady, krawiec slow fashion, który tworzy modę odpowiedzialną. Skąd wziął się tam Dawid i jak to się stało, że postanowił zostać krawcem? Świlcza to moje korzenie, tutaj się urodziłem i spędziłem osiemnaście lat mojego życia. Dorastanie na wsi było cudownym doznaniem, ukształtowało moją wrażliwość i sprawiło, że od najmłodszych lat obdarowany zostałem miłością bezwarunkową przez Matkę Ziemię. Przebywanie blisko natury to błogosławieństwo. W dzieciństwie dużo rysowałem, rzeźbiłem i malowałem. Byłem dzieckiem z artystyczną duszą, które wakacje spędzało leżąc na kocu pod swoją ulubioną wielką brzozą, rozwijając swoje artystyczne pasje.

Miłość do ubrań istniała we mnie od zawsze, już w szkole podstawowej chciałem tworzyć ubrania, zostać projektantem mody. Po ukończeniu szkoły podstawowej przystąpiłem do egzaminu wstępnego do Liceum Sztuk Plastycznych w Rzeszowie. Byłem młodym chłopakiem z marzeniami, wydawało mi się, że jedyne czego potrzebuję żeby zostać dobrym projektantem, to wykształcenie dobrej kreski. Sądziłem, że liceum plastyczne i tytuł artysty plastyka uczyni ze mnie projektanta mody. Na szczęście podczas egzaminów wstępnych poległem właśnie na rysunku i do liceum plastycznego się nie dostałem. Na ławce rezerwowych było technikum odzieżowe i to był strzał w dziesiątkę! Oprócz rysowania i projektowania ubioru, posiadłem magiczną umiejętność szycia ubrań, i co za tym idzie, materializowania własnych projektów, to było niesamowite doznanie. Do dzisiaj pamiętam emocje, które towarzyszyły mi po zrealizowaniu pierwszego własnego projektu.

Prawdopodobnie los czuwał nade mną i zaprowadził w najbardziej dogodne dla mnie miejsce, tak po prostu musiało być. Teraz  mogę mówić o sobie technik technologii odzieży, czy też krawiec slow fashion. Zabawne, bo jako jedyny w klasie nigdy wcześniej nie szyłem na maszynie, wcześniej tworzyłem ręcznie jedynie stroje dla lalek siostry. Pamiętam jak z trudem utrzymywałem linię prostą szyjąc na maszynie.

Po szesnastu latach jestem tutaj, we własnej pracowni krawieckiej, gdzie z pedantyczną dokładnością przeszywam każdy milimetr tworzonego ubrania. Dwa lata temu wróciłem do Polski po dekadzie spędzonej za granicą, żeby zrealizować marzenie o modzie, która nie krzywdzi. Od marca 2020 roku działam pod własnym nazwiskiem.

Dawid Hady z psią asystentką Fridą (Fot. materiały prasowe) Dawid Hady z psią asystentką Fridą (Fot. materiały prasowe)

Przed naszym spotkaniem robiłam mały research na twój temat i trafiłam w sieci na artykuł z 2005 roku. Widzę, że dość wcześnie wzbudzałeś zainteresowanie mediów. Jak to było być młodym chłopakiem, który interesuje się modą, ubiera inaczej niż 99 proc. społeczeństwa i mieszka w Rzeszowie? Pozwolę sobie przytoczyć tutaj moją ulubioną historię z dzieciństwa. Wydarzyła się ona w przedszkolu, miałem sześć lat. Pewnego dnia pani poinformowała nas o przyjeździe fotografa, który następnego dnia miał zrobić nam pamiątkowe zdjęcie na zakończenie przedszkola. Od razu zacząłem myśleć,  jak się ubiorę do tego historycznego zdjęcia. Wybór był oczywisty, miałem swój ulubiony komplet, w którym czułem się najlepiej. Był to wełniany sweter w niebiesko-czerwone pasy i jeansowe ogrodniczki z kaczorem Donaldem. Zapomniałem dodać, że był czerwiec, a tego dnia było bardzo gorąco. W południe przyjechał fotograf zrobić nam zdjęcia na przedszkolnym placu zabaw. Pamiętam doskonale jak bardzo było mi gorąco i pytania kierowane w moją stronę, czy aby na pewno nie chcę zdjąć z siebie swetra lub przebrać się w coś lżejszego. Nie było takiej opcji, chciałem za wszelką cenę mieć na sobie moje ulubione ubrania. Cierpiałem, ale czułem, że jestem szczęśliwy. Zdjęcie przedstawia grupkę dzieci na placu zabaw, wszyscy ubrani w letnie sukienki, koszulki, spodenki, i ja w centralnej części tego zdjęcia, siedzę w promieniach słońca, mam na sobie wełniany sweter, jeansowe ogrodniczki oraz szczęście wyrysowane na twarzy. Do dzisiaj, gdy myślę o tej sytuacji, patrzę na tego małego chłopca z wielką czułością i podziwem.

Mówię żartobliwie, że innym trzeba się po prostu urodzić. Przyzwyczaiłem się do tej  swojej inności dość wcześnie. Bywały chwile mało przyjemne, to fakt. Zwracanie na siebie uwagi innych jest wpisane w życie tych, którzy odbiegają wyglądem od reszty społeczeństwa. Nieprzyjemny był dla mnie okres dojrzewania, kiedy bardzo pragnąłem pokazać światu swoją odzieżową inność, niestety nie była ona odbierana pozytywnie. Słyszałem wtedy wiele nieprzyjemnych określeń, a to nie jest dobre dla dorastającego, wrażliwego dziecka. Brałem to wszystko do siebie i długo nosiłem w sobie. Na szczęście z upływem czasu to się zmieniło. Dzisiaj mogę powiedzieć, że jestem świadomym swojej wartości człowiekiem. Bardzo cenię swoją wrażliwości, uważam, że jest ona moim największym skarbem. Świadomość siebie i tego, że jest się cudem przychodzi z czasem. Mam ją od ponad dziesięciu lat i czuję się z tym wspaniale.

Po ukończeniu rzeszowskiego Technikum Odzieżowego marzyłeś o wielkich pokazach w Londynie. Chciałeś zostać drugim Arkadiusem? Arkadius inspirował mnie do bycia sobą, wyrażania siebie poprzez ubiór. Jako nastolatek przeczytałem wszystkie wywiady z Arkadiusem i z wypiekami na twarzy oglądałem jego kolekcje. Byłem nim zafascynowany, ale nigdy nie chciałem być drugim Arkadiusem, wręcz przeciwnie, coraz bardziej chciałem być sobą.

W tamtym wywiadzie wspomniałeś, że twoim marzeniem są studia projektowania ubioru w Krakowie. Czy twoja zawodowa ścieżka potoczyła się tak jak sobie to zaplanowałeś? Po ukończeniu technikum odzieżowego i zdobyciu tytułu technika technologii odzieży wyprowadziłem się ze Świlczy do Krakowa z zamysłem studiowania projektowania ubioru. Jednak już po pierwszym semestrze stwierdziłem, że to nie dla mnie. Nie znalazłem tam niczego, co mogłoby mnie zafascynować i zachęcić do pozostania tam dłużej. O wiele ciekawsze było codzienne życie miasta, poznawanie jego mieszkańców i rozmowy z nimi. W Krakowie poznałem Hankę Podrazę, z którą stworzyłem duet HadyPodraza. Wyznaczaliśmy modowe trendy, szyliśmy ubrania, zajmowaliśmy się kreowaniem wizerunku własnego i innych, stylizacjami do zdjęć, teledysków, powołaliśmy do życia zakład krawiecki Igiełka, w którym działaliśmy. Twórczość HadyPodraza była wizjonerska, do dzisiaj taka pozostaje, gdy patrzę na to, co tworzyliśmy razem ponad jedenaście lat temu. Z czasem Kraków zrobił się dla mnie zbyt mały i podjąłem decyzję o wyjeździe do Londynu, chciałem spróbować swoich sił w wielkim mieście. W Londynie odkryłem siebie na nowo, wielkie miasta są najlepszymi nauczycielami życia. Dowiedziałem się co lubię, a czego nie. Mieszkając w Londynie po raz pierwszy w życiu zobaczyłem jak bardzo jesteśmy uzależnieni od konsumpcji, ciągłego kupowania, tego, że życie większości z nas ogranicza się do zarabiania pieniędzy i ich wydawania. Przeraziło mnie to, w jaki sposób funkcjonuje przemysł modowy, nie chciałem być jego częścią.

Co się stało, że zrezygnowałeś z marzeń o pokazach w wielkim świecie mody i postanowiłeś zostać klimatycznym i ekologicznym wojownikiem, który będzie tworzył modę odpowiedzialną? Przeprowadzka do Londynu miała być przepustką do wielkiego świata mody, kariery i spełnienia. Jednak życie i krążące wokół kosmiczne energie piszą dla nas czasem zupełnie inne scenariusze. Po prawie dziesięciu latach życia w Londynie, gdzie mocno doświadczyłem struktur rządzących tym światem, uświadomiłem sobie jak bardzo nasze życie okupione jest cierpieniem innych ludzi. Nadal bardzo niewiele osób jest świadomych tego, że przemysł odzieżowy, zaraz po paliwach kopalnych, najbardziej zatruwa środowisko. Były to dla mnie szokujące informacje. Oglądając najmodniejsze londyńskie witryny sklepowe widziałem jedynie cierpienie, ból i wyzysk. Nie chciałem być częścią tego przemysłu.

Kiedy zgiełk wielkiego miasta stał się nie do zniesienia, przeniosłem się do Hiszpanii na wieś. Tam przez rok odpoczywałem, zachwycając się cudownymi krajobrazami. Marzenia o byciu projektantem i pokazach mody zamieniłem na walkę o lepsze jutro dla nas, ludzi i planety, której mieszkańcami jesteśmy. Zacząłem dużo czytać o ekologii, o eksploatowanej do granic wytrzymałości Ziemi, o kryzysie klimatycznym i  wyzysku ludzi, o tym jak wygląda produkcja ubrań fast fashion. Przyswojenie ogromu cierpienia zawartego w tych informacjach było niezwykle trudne, wtedy pojawiły się pytania w jaki sposób ja, swoim działaniem mogę przyczynić się do poprawy kondycji modowego świata, w którym żyjemy. Dużo myślałem nad przyszłością, moją i naszą jako ludzi, nad wizją nadciągającego kryzysu klimatycznego

Tak narodził się nowy Dawid, klimatyczny i ekologiczny wojownik, który stoi na czele marki Dawid Hady, opiekującej się ludźmi, ubraniami i naszą wspaniałą planetą. Od dwóch lat jestem w Polsce, i to tutaj w Świlczy od roku działam pod własnym nazwiskiem, tworząc modę etycznie skrojoną, pełną miłości do ludzi i planety. Przez ponad dziesięć ostatnich lat życie kierowało mnie w różne części świata, dużo podróżowałem, czytałem, uczyłem się siebie, aby rok temu stanąć na czele własnej firmy. Tak po prostu miało być.

Dawid Hady w swojej pracowni (Fot. materiały prasowe) Dawid Hady w swojej pracowni (Fot. materiały prasowe)

W twojej pracy najważniejsza jest przejrzystość. Pokazujesz jak wygląda twoje miejsce pracy, podkreślasz też, że ubrania powstają w maksymalnie kilku egzemplarzach. Czy w ten sam sposób podchodzisz do tkanin czy dodatków, np. guzików, których używasz? Znasz ich miejsce pochodzenia, wiesz w jaki sposób zostały wyprodukowane? Transparentność procesu produkcji jest dla mnie bardzo ważna. Jednym z jej elementów jest właśnie pokazanie mojego miejsca pracy, tego w jakich warunkach powstają tworzone przeze mnie ubrania. W moich relacjach na Instagramie pokazuję również cały proces tworzenia ubrań: krojenie, szycie czy prasowanie. Próbuję szczegółowo dokumentować każdy krok mojej pracy, tak aby było to jak najbardziej przejrzyste, a zarazem ciekawe dla osób zainteresowanych procesem produkcji ubrań slow fashion. Aby ograniczyć do minimum wpływ mojej produkcji na środowisko, ubrania, które dostępne są w więcej niż jednym egzemplarzu szyję jedynie na zamówienie. W przypadku mody odpowiedzialnej oraz produkcji indywidualnej, dobór tkanin i dodatków nie może być przypadkowy, nieprzemyślany czy z niesprawdzonego źródła. Wszystkie miejsca, w których zaopatruję się w tkaniny i dodatki muszą być dokładnie przeze mnie przefiltrowane. Tkaniny, których najczęściej używam to len, konopie, mieszanka bawełny z lnem, tkaniny bambusowe pochodzące z recyclingu czy certyfikowana bawełna, z której szyję koszulki. Jeśli jest to możliwe, wspieram lokalne firmy i ich produkty. Dodatki są tak samo ważne jak dobór odpowiednich tkanin, muszą być przyjazne środowisku, wykonane z naturalnych materiałów, np. bambusowe guziki czy też pochodzące z odzysku. Marzę o bazowaniu wyłącznie na produktach lokalnych.

Absolutnie pozytywnym zaskoczeniem była dla mnie informacja, że wyprodukowanymi przez siebie ubraniami opiekujesz się dożywotnio, a co jeszcze ciekawsze, można je odesłać do ciebie nawet po kilku latach użytkowania, dostając w zamian rabat na kolejne zakupy. Gospodarka obiegu zamkniętego to superważne dla środowiska zagadnienie, którym dopiero zaczynają interesować się wielkie marki odzieżowe. U ciebie już to działa! Tak, działa, i co cieszy mnie najbardziej, to pozytywny odbiór tej idei. Ludzie, z którymi obcuję na co dzień, są zmęczeni słabą jakością ubrań oraz brakiem odpowiedzialności marek odzieżowych za produkt, który sprzedają. Obieg zamknięty w modzie od zawsze był dla mnie ważny, już ponad dekadę temu tworzyłem ubrania z tkanin zakupionych w sklepach z odzieżą używaną, oferowałem naprawę ubrań, które tego wymagały.

Współczesny świat nauczył wielu z nas, że za niewielkie pieniądze możemy dostać coś nowego, zgodnego z najnowszymi trendami. Co najgorsze, zakupami często poprawiamy sobie humor. Zapomnieliśmy też, że ubrania można oddać do naprawy, odświeżyć je, wymienić guziki na zupełnie inne, dodać haft, który urozmaici stare jeansy, które nam się znudziły. Wszędzie promuje się ideę posiadania wielkiej garderoby pełnej ubrań, nie ważne czy dobrej jakości, ważne, aby było ich dużo.

Ja oferuję dożywotnią opiekę nad stworzonymi przeze mnie ubraniami,  ponieważ one żyją razem z ze swoimi właścicielami, a ich użytkowanie jest procesem. Rzeczą naturalną jest to, że wraz z upływem czasu ubranie może wymagać naprawy, wymiany podszewki, zacerowania dziury, zwężenia, skrócenia. Biorę odpowiedzialność za jakość uszytych przeze mnie ubrań, jeśli zakupionego  u mnie ubrania nie chcesz już dłużej nosić, to masz możliwość odesłania go do mnie, w zamian daję ci rabat na zakup czegoś nowego. Oddane ubranie po przeglądzie, odświeżeniu i ewentualnych poprawkach trafi znowu do sprzedaży w moim dziale Druga Ręka. Gospodarka obiegu zamkniętego to zdecydowanie numer jeden przyszłości w modzie.

(Fot. Piotrek Książek/ materiały prasowe Dawid Hady) (Fot. Piotrek Książek/ materiały prasowe Dawid Hady)

Pisze o sobie, że jesteś feministą i że marzysz o świecie, w którym kobiety będą bezpieczne, zaopiekowane i niezależne. Swoją twórczością wspierasz działalność Fundacji Feminoteka. Możesz opowiedzieć więcej na ten temat? Feministą jestem od bardzo dawna. Prawdopodobnie od momentu przyjścia na świat, kiedy po raz pierwszy poczułem miłość matki. Wychowałem się w domu zaopiekowanym przez kobiety. Podczas pięcioletniego okresu nauki w technikum odzieżowym byłem jedynym mężczyzną w klasie, byłem rodzynkiem i uwierz mi na słowo, ten klasowy mikroświat rządzony przez kobiety był pełen miłości i zrozumienia, nikt nie czuł się odtrącony, niezrozumiały lub wykluczony. Nieustannie marzę o świecie, w którym patriarchalizm to przeszłość, w którym my, mężczyźni, uczymy się od kobiet miłości. Swoją twórczością bardzo chciałbym wspierać działania fundacji, które opiekują się kobietami i walczą o ich prawa. Dlatego tworząc damską koszulkę Hello Mother Earth zdecydowałem o przekazaniu części zysku ze sprzedaży na rzecz Fundacji Feminoteka.

Na koniec chciałabym zapytać, jak widzisz przyszłość mody. Światowa pandemia jeszcze bardziej obnażyła wszystkie grzechy przemysłu odzieżowego, skalę nadprodukcji, wyzysku ludzi i planety. Jak myślisz, w jakim kierunku w najbliższych latach będzie podążać moda? Czy zaczniemy kupować mniej i zwracać uwagę na jakość? A może to wszystko pójdzie w zupełnie inną stronę? Czuję, że jesteśmy na początku modowej rewolucji, to na pewno. Pandemia i kryzys klimatyczny zmienią świat. Ten, który znaliśmy odchodzi i nigdy już w znanej nam formie nie powróci. Z moich obserwacji wynika, że coraz więcej ludzi budzi się i zaczyna dostrzegać ogrom cierpienia i problemów, z którymi przychodzi nam się mierzyć. Zaczynamy żyć bardziej świadomie, chcemy być odpowiedzialnymi konsumentami, którzy stawiają nie na ilość, ale na jakość, wspierają lokalne marki, naprawiają, to co się zepsuło. W kolejnych latach docenimy rzemieślników – szewca, kaletnika czy krawca, którzy mają zakłady za rogiem. Cieszy mnie bardzo, że temat mody odpowiedzialnej przedziera się do mediów mainstreamowych i jest częstym tematem nawet w programach śniadaniowych. Wierzę, że wspólnymi siłami zbudujemy zupełnie nową jakość, modę, która nie zadaje bólu i cierpienia, gdzie z slow produkcyjnej taśmy wychodzą jedynie ubrania nasączone w 100% miłością. Tego wam i sobie życzę. Miłości!

  1. Psychologia

Mamy moc! Pewna siebie dziewczyna to pewna siebie kobieta

Ilustracja Ada Dziewulska
Ilustracja Ada Dziewulska
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Większość z nas biega, ćwiczy na siłowni. Mało kto myśli o ćwiczeniu „mięśni psychicznych”. Zwłaszcza nie myślimy o tym my, kobiety, uwikłane w stereotyp „słabej płci”. Na szczęście coraz więcej z nas wie, że siłę i odporność psychiczną trzeba kształtować już u dziewczynek.

Kamala Harris, przyszła wiceprezydentka Stanów Zjednoczonych i pierwsza w historii kobieta na tym stanowisku, zdaje się doskonale to rozumieć. W powyborczy dzień zwróciła się do dziewczynek: „Miejcie marzenia i uwierzcie, że można je spełniać”. Ona sama jako dziecko imigrantów, w dodatku ciemnoskóre, żeby wspiąć się na szczyt, musiała pokonać wiele zewnętrznych barier. Wykazała się przy tym niesamowitą siłą i odpornością psychiczną, cechami – jak się okazuje – niezbędnymi do realizowania marzeń, zwłaszcza tych burzących uprzedzenia i stereotypy.

Cóż to takiego owa siła i odporność psychiczna? Małgorzata Henke, trenerka biznesu, licencjonowana konsultantka mental toughness, wyjaśnia: – To coś, co określa, jak radzimy sobie ze stresem, z presją, z trudnymi sytuacjami, z kryzysem. I na ile potrafimy być efektywni pomimo różnych wyzwań. To zarówno umiejętność znoszenia trudnych warunków, czyli nasza twardość, jak i umiejętność szybkiego powrotu do równowagi, czyli elastyczność, prężność, zwana również rezyliencją. Można porównać tę siłę do mechanizmu wańki-wstańki, który sprawia, że przewrócona lalka natychmiast wraca do pionu.

Nie musimy się tłumaczyć

Nie oznacza to jednak, że ludzie silni psychicznie nigdy się nie przewrócą. Przewracają się, i to nieraz, ale potrafią skupić się na tym, co zrobić, żeby się podnieść i iść do przodu. Kobiety już wiedzą, jak ta siła jest ważna. Potwierdzają to amerykańskie badania przeprowadzone w 2016 roku, w których zapytano 6 tysięcy kobiet z całego świata o znaczenie siły psychicznej w pracy i życiu: 92 proc. z nich odpowiedziało, że ta cecha to warunek sukcesu, 71 proc. – że zaszłyby dalej, gdyby były silniejsze. I – co znamienne – 82 proc. chciałoby dysponować większymi zasobami siły i odporności psychicznej. Wniosek z tych badań płynie dość oczywisty – kobiety chcą być silniejsze, ale nie wiedzą, jak się do tego zabrać. Amy Morin, psychoterapeutka, w książce „13 rzeczy, których nie robią silne psychicznie kobiety”(wydawnictwo Galaktyka) pisze, że absolutnie każda z nas dysponuje siłą psychiczną. Szkopuł w tym, że jej nie wzmacniamy. No a wtedy ta siła zaczyna zanikać. Podobnie dzieje się z tężyzną fizyczną – gdy nie ćwiczymy mięśni, wiotczeją. Według Morin na siłę psychiczną składają się trzy wzajemnie na siebie wpływające czynniki: nasze myśli, uczucia i zachowania. Jeśli na przykład pomyślimy: „Tak naprawdę to nie mam nic mądrego do powiedzenia”, poczujemy się niezręcznie, głupio, a to z kolei spowoduje, że będziemy siedzieć cicho. Wszystko zaczyna się więc w naszej głowie. Zatem zdaniem autorki pierwsza rzecz, jaką powinniśmy zrobić, to zmienić nasze myśli! I na przykład nie porównywać się z innymi. Nie wątpić w siebie. Nie powstrzymywać się od zabierania głosu. Nie obwiniać się, gdy coś się nie uda. Nie wałkować wszystkiego w nieskończoność. Nie bać się łamania niepisanych zasad. Ten ostatni postulat jest szczególnie trudny. Od dziecka jesteśmy bowiem trenowane w byciu grzecznymi. Morin zauważa, że podporządkowywanie się oczekiwaniom innych bierze się z lęku przed złą opinią, utratą pracy, pozycji; z przekonania, że w ten sposób zasłużymy na szacunek, uznanie. Ważne, żebyśmy sobie to uświadomiły i nie ulegały niepisanym i destrukcyjnym zasadom. Zdaniem Morin świetnym na to sposobem jest… posiadanie własnego zdania. Zanim więc podejmiemy jakąś decyzję, powinnyśmy zastanowić się, dlaczego to robimy. Wystarczy krótki namysł, dwie, trzy minuty. Żeby było jasne – nikomu nie musimy nic tłumaczyć. Powinnyśmy jednak same zrozumieć, dlaczego to robimy. „Proszenie o zgodę i czekanie na zielone światło wcale nie musi być dobrym rozwiązaniem. Czasami lepiej rzucić się w coś z pełną świadomością, że za takie działanie trzeba będzie ponieść konsekwencje” – pisze Amy Morin.

Pewna siebie dziewczyna to pewna siebie kobieta. (Ilustracja Ada Dziewulska) Pewna siebie dziewczyna to pewna siebie kobieta. (Ilustracja Ada Dziewulska)

Same decydujemy o sobie

Dzisiaj w Polsce młode kobiety właśnie to robią – nie boją się łamać niepisanych zasad, między innymi takich: siedź cicho, bądź grzeczna, nie przeklinaj. To ogromny krok naprzód w nabywaniu siły. Małgorzata Henke przypomina jednak, że budowanie siły i odporności psychicznej nie jest jednorazowym aktem, ale procesem. I że wymaga pewnego programu i systematyczności. Chodzi o to, żeby wyrobić sobie nawyki działania w obszarach, które tę siłę budują. Jakie to obszary?
  •  Po pierwsze, pozytywne myślenie oparte nie na hurraoptymizmie, ale na faktach.
  •  Po drugie, umiejętność postawienia sobie pytania: czego ja właściwie chcę? I dążenie do tego celu.
  • Trzeci to kontrola uwagi, czyli skupianie się na tym, co istotne.
– Jednym ze sposobów kontrolowania uwagi, a zarazem jedną z najsilniejszych interwencji psychologicznych, która pomaga budować naszą siłę, jest trening wdzięczności. Także samym sobie. Ta technika może się wydawać śmieszna czy banalna, ale w istocie jest bardzo pomocna. Polega na tym, żeby każdego dnia zapisywać co najmniej trzy rzeczy, za które jesteśmy wdzięczni. Na przykład to, że nie spanikowałam, że zachowałam się racjonalnie, że potrafiłam powiedzieć „nie”.
  • Czwarty obszar budujący siłę i odporność psychiczną według Małgorzaty Henke to wizualizacja, czyli wyobrażanie sobie tego, co chcemy osiągnąć, bo dla neuroplastycznego mózgu wyobrażanie sobie czegoś jest tak samo ważne jak sama czynność.
  • Piąty obszar to kontrola lęku, czyli zadbanie o siebie poprzez relaksację, medytację, odpoczynek. I kolejny obszar – samoświadomość, czyli kierowanie uwagi na swoje myśli, emocje, zasoby, po prostu na siebie.
Po czym można poznać silne kobiety? Według Amy Morin po tym, że nie pozwalają innym decydować o sobie. Że nie starają się zadowolić wszystkich. Że mają odwagę mówić, co czują, myślą i czego chcą. Że nie użalają się nad sobą, nie traktują siebie jako ofiary, tylko biorą sprawy w swoje ręce. – Jako terapeutka zawsze interesowałam się tym, co sprawia, że niektórzy ludzie potrafią adaptować się do sytuacji, są odporni na stres i zdolni do odbudowania sił – mówi Amy w jednym z wywiadów. – Ale kiedy przeszłam przez doświadczenia kilku strat we własnym życiu – w dość krótkim czasie zmarli mój mąż, moja matka, teść – rozwinęłam także osobiste zainteresowanie siłą psychiczną. Chciałam się dowiedzieć, jak mogę uleczyć moje złamane serce, skąd wziąć siłę do życia. Teraz wiem, że najważniejsze to zarządzać tym, jak myślimy, odczuwamy emocje, jak się zachowujemy. Gdy będziemy zdolni do realistycznego myślenia, radzenia sobie z emocjami w zdrowy sposób i jeśli podejmiemy konstruktywne działania – wtedy nasza siła psychiczna będzie rosła.

Badania dowodzą, że kobiety i dziewczyny są bardziej skłonne działać, na wielką skalę, czasem ryzykownie, jeśli zachęci je choć jedna przyjaciółka albo szanowana przez nie osoba. (Ilustracja Ada Dziewulska) Badania dowodzą, że kobiety i dziewczyny są bardziej skłonne działać, na wielką skalę, czasem ryzykownie, jeśli zachęci je choć jedna przyjaciółka albo szanowana przez nie osoba. (Ilustracja Ada Dziewulska)

Pewna siebie dziewczyna…

…to pewna siebie kobieta. Ta pierwsza buduje tę drugą i odwrotnie. To zarazem tytuły dwóch książek Katty Kay, dziennikarki BBC, oraz Claire Shipman, dziennikarki ABC News i CNN, pisarki. „Pewna siebie kobieta” w Polsce ukaże się wiosną nakładem Wydawnictwa Literackiego. „Pewna siebie dziewczyna” już zdobyła uznanie polskich psychologów i czytelniczek. Obydwie powinny być lekturami obowiązkowymi dla wszystkich kobiet. W książce dla nastolatek autorki dają dziewczynom gotowe klucze potrzebne do otwierania pewności siebie. Jest tych kluczy cały pęk, a na pierwszym miejscu – wiara w siebie (czyli „to, co zmienia nasze myśli w działania”). Autorki poprosiły dziewczyny o pomoc w odpowiedzi na pytanie, do czego ich zdaniem służy wiara w siebie. I co usłyszały? „Żeby zapytać koleżankę, dlaczego usunęła mnie ze zdjęcia na Instagramie”. „Żeby powiedzieć innym, że jestem lesbijką, i nie ukrywać żadnej strony swojej osobowości”. „Mówić otwarcie o dręczeniu przez kolegów, chociaż się na mnie wkurzają”.

Tak rodzi się dziewczyńska siła, która potem, jak piszą autorki, „rozlewa się niczym masło na grzance”. Autorki tłumaczą to tak: Jeśli masz w swoim otoczeniu osoby pewne siebie i pozytywnie nastawione, uaktywnia się twoja kora przedczołowa, główny ośrodek racjonalnego myślenia. Przez co również twoja wiara w siebie wzrasta. Badania dowodzą, że kobiety i dziewczyny są bardziej skłonne działać, na wielką skalę, czasem ryzykownie, jeśli zachęci je choć jedna przyjaciółka albo szanowana przez nie osoba. Te badania znajdują potwierdzenie w tłumach kobiet na ulicach polskich miast. Oto rośnie świadome siebie pokolenie dziewczyn. Część z nich to wychowanki Fundacji „Kosmos dla Dziewczynek”, która prowadzi liczne warsztaty wzmacniające dziewczyńską siłę, uczy usuwania barier w głowach, które przeszkadzają rozwijać skrzydła. Fundacja wydaje świetne czasopismo „Kosmos dla Dziewczynek”, w którym przedstawia wspaniałe kobiety liderki. I promuje feminatywy w języku polskim, w myśl zasady, że język kształtuje percepcję świata. Największe zadania w budowaniu siły dziewczynek stoją jednak przed nami, rodzicami. Co możemy zrobić dla swoich córek? – Na pierwszym miejscu wymieniłabym to, żeby nie chronić dziewczynek, i w ogóle dzieci, przed porażkami – odpowiada psycholożka Aleksandra Piotrowska. – Dzisiejsi rodzice popełniają ten błąd nagminnie. Tymczasem bez porażki nie ma rozwoju. Dobrze jest więc powiedzieć: „Tak to już jest, córeczko, że człowiek ma porażki zagwarantowane”. W ten sposób pomagamy córce popatrzeć na nie z dystansem. Ale z drugiej strony trzeba też przeanalizować z nią to, co ewentualnie można zrobić, żeby zminimalizować ich ryzyko. Przy czym nie wolno przekazać młodej osobie, dojrzałemu człowiekowi zresztą też, że na wszytko mamy wpływ, bo to nieprawda. Aleksandra Piotrowska podkreśla, że w rozmowach z córkami trzeba akcentować brak biologicznych ograniczeń związanych z płcią. Dobrze jest pięć razy się zastanowić, zanim powiemy: „To nie dla ciebie, to dla chłopców”. Psycholożka szukała ostatnio prezentu dla wnuczki, która kończy sześć lat. I w każdym sklepie słyszała od ekspedientki pytanie: „Ten prezent to dla dziewczynki czy dla chłopca?”. Na hasło „kreatywna zabawka dla dziewczynki” wyszukiwarki pokazują przede wszystkim zestawy do makijażu. Zabawki dla chłopców wielokrotnie przewyższają różnorodnością i wartością edukacyjną te dla dziewczynek. – W najczarniejszych myślach nie sądziłam, że u schyłku mojej aktywności zawodowej będę mierzyła się z taką rzeczywistością, w której są w sklepach oddzielne półki dla dziewczynek i oddzielne dla chłopców. Tak nie było, kiedy wychowywałam moje dzieci. Nastąpiło tu niebywałe uwstecznienie. Unikajmy chociaż jako rodzice powielania stereotypów płciowych, bo uczą dziewczynki rezygnacji ze stawiania sobie wartościowych celów. Zamiast tego wspierajmy je w zyskiwaniu poczucia sprawczości, czyli w nabywaniu przekonania, że mogą mieć wystarczające kompetencje i zasoby, żeby sobie poradzić w życiu, że nie muszą uwieszać się na ramieniu mężczyzny. Traktujmy jako oczywistość to, że dziewczynka sama podejmuje decyzje w sprawach jej dotyczących i nikomu nic do tego, co wybierze. Jeśli zamarzy sobie jako prezent album z piłkarzami, a nie z królewnami, to bez mrugnięcia okiem spełnijmy to marzenie. I nie podkreślajmy na każdym kroku, że największą zaletą dziewczynek są niebieskie oczka i blond loki. Jeśli już chwalimy, to wtedy, gdy jest ku temu powód, a najlepiej za wysiłek, konsekwentne działanie. Bo właśnie tak buduje się siłę ich jako dziewczynek, a potem kobiet – radzi Piotrowska.

  1. Styl Życia

Żeglarz, nasza miłość

Od lewej: Dagmara, Patrycja i Urszula. Trzy pokolenia kobiet, które mają wokół siebie i Żeglarza wielu przyjaciół, wręcz całą społeczność gotową w razie potrzeby iść z pomocą. Fot. Bartosz Bańka/ Agencja Gazeta)
Od lewej: Dagmara, Patrycja i Urszula. Trzy pokolenia kobiet, które mają wokół siebie i Żeglarza wielu przyjaciół, wręcz całą społeczność gotową w razie potrzeby iść z pomocą. Fot. Bartosz Bańka/ Agencja Gazeta)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Babcia, mama i córka. Dawniej musiały się mierzyć z szaleństwem kaset wideo i multipleksów, dzisiaj stawiają czoła platformom streamingowym i pandemii. – Ja co roku chcę zamknąć kino, bo to się nie opłaca. To jest idiotyzm, fanaberia nasza. A na wiosnę i tak znowu je otwieramy – mówi Urszula „Babinex” Blindow, najstarsza z właścicielek kina Żeglarz. Jedynego, jakie zostało na Półwyspie Helskim.

Za ekranem kina przy ulicy Portowej znajduje się tajemne „przejście do Narnii”, czyli do małego mieszkanka właścicielek – babci „Babinex” Urszuli, mamy Dagmary i córki Patrycji. Kiedy rozmawiamy, towarzyszy nam ścieżka dźwiękowa filmu „Sokół z masłem orzechowym”, ponieważ za ścianą odbywa się akurat seans. Repertuar w kinie jest codziennie inaczej ustawiony: co godzinę można zobaczyć inny film. – Nie możemy wstawić jednego tytułu na wyłączność – mówi Dagmara. – Raz grałam cały weekend „Shreka” i widzowie do tej pory mi to wypominają. Ale to był wówczas warunek dystrybutora. Ci dystrybutorzy, którzy współpracują z nami od lat, znają specyfikę miejsca i wiedzą, że ludzie przyjeżdżają na kilka dni, czasem tylko na weekend i nie chcą codziennie oglądać tego samego.

W prezencie

Bogdan Blindow – bo od niego ta przygoda się zaczęła – w roku 1966 został kierownikiem Powiatowego Zespołu Kin w Wejherowie. A kiedy zlikwidowano powiaty, odpowiadał za kino Świt. – Jak Dagusia była dzieckiem, zajmowałam się tam wszystkim: sprzedawałam bilety, układałam razem z Bogdanem repertuar, sprzątałam, byłam bileterką, zajmowałam się papierologią – mówi „Babinex” Urszula. Dagmara, wychowana w Świcie, znała każdy jego odgłos. – Siadałam w ciągu dnia na pustej widowni i potrafiłam powiedzieć, kto, gdzie i co robi – wspomina. Latem rodzina Blindowów wyjeżdżała do zaprzyjaźnionych kin w kraju, przy których były pokoje gościnne dla pracowników. Tak po raz pierwszy trafili do Jastarni. Dagmara: – Jak przyjechaliśmy tu w 1986 roku, tak już zostaliśmy, bośmy się wszyscy w tym miejscu zakochali. W czasach małej prywatyzacji oddawano kina w ajencje i dzierżawy. W roku 1991 Bogdan Blindow, w tajemnicy przed rodziną, podpisał umowę na prowadzenie Żeglarza. Urszula: – Musiało mu być ciężko utrzymać to w tajemnicy, bo on był straszny gaduła, wszystko zawsze wygadał. A wtedy tylko zabrał mnie do samochodu i ani słowa. Skręcamy już na półwysep, pytam go: „Gdzie my jedziemy?”. A on: „Nie mogę ci jeszcze powiedzieć”. Ale jak już byliśmy blisko, nie wytrzymał: „Załatwiłem ci kino w Jastarni!”. To był taki prezent dla mnie. Bardzo się cieszyłam, skakałam w samochodzie, krzyczałam, klaskałam. Jechał z nami nasz kinooperator Henio, który był głuchoniemy. On już wiedział, więc jak się odwróciłam, cieszył się razem ze mną. Od tej pory cała rodzina prowadziła Świt w Wejherowie i sezonowo Żeglarza w Jastarni. Na Półwyspie Helskim działały wówczas jeszcze trzy inne kina: Wicher Hel, Albatros Władysławowo i Mewa Puck. Dziś z tej czwórki został tylko Żeglarz. Już po śmierci ojca Dagmara w roku 1997 przejęła dzierżawę, a chwilę później Żeglarza wykupiła. To kino prywatne, sezonowe, prowadzone przez trzy pasjonatki.

Patrycja: 'To jest nasze życie, skarb i największa pamiątka po dziadku. Choćby się waliło i paliło, nie poddamy się'. (Fot. Bartosz Bańka/Agencja Gazeta) Patrycja: "To jest nasze życie, skarb i największa pamiątka po dziadku. Choćby się waliło i paliło, nie poddamy się". (Fot. Bartosz Bańka/Agencja Gazeta)

Dagmara: Powitanie z Afryką

Niektóre filmy widziałam tak wiele razy, że znam je prawie na pamięć. Cytatami z „Seksmisji” przerzucaliśmy się z ojcem przy porannej jajecznicy. W filmie „Pluton”, po 22 projekcjach, jestem w stanie wyłapać wpadki, na przykład najpierw koszulka jest porwana, w następnym ujęciu cała. Pewnych wrażeń i scen filmowych nie da się przenieść z kina na mały ekran. Kadr z „Lotu nad kukułczym gniazdem”, kiedy auto z rozświetlonymi reflektorami przejeżdża przez całą szerokość ekranu, nie robi już takiego wrażenia w telewizorze. Podobnie jest z moim ukochanym filmem „Pożegnanie z Afryką”. Oglądając go w kinie, za każdym razem czuję powiew gorącego afrykańskiego powietrza, które wprost wylewa się z ekranu. W telewizji tego nie ma, a lecące po niebie różowe flamingi są tylko jedną wielką plamą. Na moje 50. urodziny Patunia zorganizowała mi przyjęcie niespodziankę, a goście złożyli się na prezent: bilet do Kenii. Jak się wreszcie skończy pandemia, spełnię swoje największe filmowe marzenie i odwiedzę dom Karen Blixen.

Przesłuchanie za "Przesłuchanie"

Latem przez kino Żeglarz przewijają się ludzie z całego kraju oraz goście z zagranicy. Przychodzą nie tylko na filmy, lecz także na organizowane tu imprezy, koncerty i wernisaże. Nie brakuje znanych nazwisk. To, co wydaje się tak przyjemne i towarzysko atrakcyjne, nie przynosi jednak dochodów. Na turystów na tyłach kina czekają więc sezonowe domki i pokoje na wynajem, które dają finansową podporę właścicielkom. Przez lata, aby utrzymać kino, Dagmara jeździła do pracy do Holandii: – Pracowałam przy produkcji sałatek, przy kwiatach, mięsie, pakowałam PlayStation. Byłam w tylu miastach i robiłam tyle rzeczy, że nie zliczę, i wszystko, co zarobiłam, szło na edukację Patrycji i na rachunki w kinie. Walka o utrzymanie Żeglarza wydaje się w tej rodzinie priorytetem, bo utratę kina już znają i wspominają z bólem. Był początek XXI wieku, w Gdyni pojawiły się multipleksy, widzowie zaczęli odchodzić z małych kin. – To było najgorsze doświadczenie w moim życiu. Czułam się przez wiele lat, jakby ktoś mi złamał życie, kompletnie nie mogłam się odnaleźć – wspomina Dagmara. – W kinie Świt w Wejherowie zaczynaliśmy, spędziłam w nim całe życie, jego zamknięcie przypłaciłam depresją. Siadałam wtedy sama na sali i kazałam sobie puszczać filmy, wyłącznie po to, żeby ludzie przechodzący obok słyszeli, że kino żyje. I żeby nie oszaleć. – Od tamtej chwili minęło ze 20 lat, a ja nadal nie mogę chodzić po ulicy, na której stoi ten budynek i marnieje – dodaje Urszula. – Do tego stopnia jest to obciążające. O innym traumatycznym „filmowym” doświadczeniu swojej babci opowiada Patrycja Blindow, choć wydarzyło się ono na wiele lat przed jej narodzinami i zna je tylko z opowieści. – Babcia rzadko o tym mówi, bo nie cierpi tego wspominać. Dziadek był działaczem Solidarności, więc był pod większą obserwacją. Kiedyś znaleziono u niego w kinie taśmę VHS, czyli nawet nie taką do dystrybucji, z filmem „Przesłuchanie” Ryszarda Bugajskiego. Został zatrzymany, były naloty w domu, babcia była przesłuchiwana. Jedyne, co pamięta, oprócz strachu, to lampę wycelowaną prosto w oczy.

Urszula: serce kina

Mam coś takiego, że nawet jeśli film nie jest wybitny, mądry czy chwytający za serce, to i tak go oglądam, żeby podziwiać kraj­obrazy lub podpatrywać zachowania ludzi, bo wiem, że w wielu miejscach na świecie nie będę. Dlatego nawet w najgorszym filmie potrafię sobie znaleźć coś, co mnie zaciekawi. Zawsze kochałam kino, jeszcze zanim poznałam Bogdana. Gdy studiowałam prawo, chodziłam do DKF-u. Lubiłam tę ciemność, to zapadanie się w fotelu, kiedy człowiek odcina się od wszystkiego i wchodzi w inny świat. W domu można oglądać film na kanapie nawet na największym telewizorze, ale to nie to samo: bo po herbatę się idzie do kuchni, bo ktoś zadzwoni, ktoś przyjdzie. A tu człowiek jest wyizolowany z realnego świata. Ostatnio taką magię poczułam na „Zimnej wojnie”. Wyszłyśmy z kina i nie rozmawiałyśmy ze sobą, tak byłyśmy zaczarowane. A ja w szczególności, bo poczułam wtedy to serce kina.

Babcie takich rzeczy nie robią

Codziennie o 21.15 przez 68 dni w czasie trwającego wiosną lockdownu w mediach społecznościowych pojawiało się zdjęcie zagadka. Był to zainscenizowany przez panie Blindow kadr z filmu, którego tytuł należało odgadnąć. Kalambury kinowe na czas #ZostańwDomu przyniosły kinu Żeglarz sławę i rzesze nowych fanów. Zagadki nie były łatwe, kadry – nieoczywiste. Wymyśliła je Patrycja jako formę promocji kina, choć nikt nie miał pewności, czy otworzy się ono latem. – Patrycja wybierała kadry z filmów i reżyserowała, ja byłam stroną techniczną: rekwizyty, makijaż, zestaw policjanta z kiosku Ruchu za dziesięć złotych albo maseczka z drogerii – opowiada Dagmara. – Długi czas nie zdawałyśmy sobie sprawy, jakim echem to się rozniesie. Pierwszy był „Ojciec chrzestny”, obśmiałyśmy się jak norki!
W czasie wiosennego lockdownu w mediach społecznościowych codziennie pojawiał się nowy kalambur. Internauci zgadywali, za bohaterów których słynnych filmów są wystylizowane Urszula, Dagmara i Patrycja.
 

Na większości zdjęć główną rolę gra Urszula Blindow: ucharakteryzowana na Śmierć z „Siódmej pieczęci” Bergmana, na E.T., American Psycho, Mistrza Yodę czy… Hannibala Lectera z „Milczenia owiec”. (Fot. archiwum kina Żeglarz) Na większości zdjęć główną rolę gra Urszula Blindow: ucharakteryzowana na Śmierć z „Siódmej pieczęci” Bergmana, na E.T., American Psycho, Mistrza Yodę czy… Hannibala Lectera z „Milczenia owiec”. (Fot. archiwum kina Żeglarz)

– Babinex wszystko dla mnie zrobi – mówi Patrycja – więc wiedziałam, że się zgodzi na kalambury, że to tylko kwestia czasu. Pod koniec doszłyśmy do takiej wprawy, że robiłyśmy zdjęcia w dziesięć minut, razem z przebiórką. Dagmara: – Mama czasami mówiła: „Ja już mam tego dosyć, jestem zmęczona”, a na drugi dzień wstawała i pytała: „No to co dzisiaj gram?”. Nasza główna gwiazda! Urszula: – No bo ja się tam najbardziej wygłupiałam! Normalne babcie takich rzeczy nie robią na pewno. Latem do kina Żeglarz przyjechał jeden z najbardziej aktywnych uczestników kalamburów z pretensjami, że to się tak z dnia na dzień skończyło, i z prezentem – muzyką z filmu „Łowca androidów” na winylu. Podobno do Jastarni przyjeżdża się i serce zostawia na zawsze albo nie wraca nigdy więcej. Wydaje się, że najbardziej zakochana w tym miejscu jest Patrycja, przy wymyślaniu kalamburów dopiero się rozgrzewała. Jej plany na rozwój i modernizację kina Żeglarz obejmują najbliższe dziesięć lat, a marzenia to budowa w Jastarni „imperium kultury”. Na pewno jest do tego merytorycznie przygotowana: skończyła prawo, dziennikarstwo i medioznawstwo oraz dwa kierunki podyplomowe – management kultury i prawo autorskie. – Patrycja po maturze miała trip po Europie – wspomina Urszula. – Dostałam od niej kartkę z Lizbony: „Babciu, Lizbona jest przepiękna, ale najpiękniejsza jest Jastarnia”. My jesteśmy zakochane w Jastarni, ale ona jest uzależniona od tego miejsca. Tutaj jest najlepiej, i nikt jej nie przekona, że jest inaczej.

Patrycja: rząd 1, miejsce 6

Pierwszy film, który pamiętam z kina, to był „Titanic”. Oglądałam go w warszawskiej Skarpie. Miałam może cztery lata, siedziałam u Dagusi na kolanach. Dziewczyny na zmianę czytały mi napisy, a bileterki robiły zakłady, że nie wytrzymam do końca seansu. Ale wytrzymałam. W Żeglarzu potrafiłam jako dziecko siedzieć w pierwszym rzędzie na szóstym miejscu nawet osiem godzin z rzędu, wychodząc tylko na picie i do łazienki. Dziewczyny pozwalały mi oglądać większość filmów, oprócz „Hannibala”. Mam tylko jedno traumatyczne wspomnienie z sali kinowej, film „Babe – świnka z klasą”. Byłam kilkuletnim dzieckiem i gdzieś w dwudziestej minucie seansu wpadłam między oparcie a siedzisko fotela. Stałam już tak do końca filmu, bo byłam nauczona, że jestem „z kina” i nie mogę przeszkadzać w trakcie projekcji. Jednym z najważniejszych filmów jest dla mnie „Za wszelką cenę” Eastwooda. Na takie filmy mówimy „ciężarówa”, bo nie jest to łatwa rzecz. Obejrzałam go, mając 11 lat, kiedy ostro trenowałam karate. Tak mnie ten film zdeterminował, że nie mogłam się doczekać kolejnego treningu. Jestem pokoleniem lat 90., więc na kreowanie mojego systemu wartości ogromny wpływ miały bajki. Niektóre cytaty, okraszone mądrościami wychowujących mnie dziewczyn, stanowią do tej pory podstawę moich zasad moralnych: „Ohana znaczy rodzina, a w rodzinie nikogo się nie odtrąca ani nie porzuca” z bajki „Lilo i Stich” albo „Miarą prawdziwego bohatera nie jest siła mięśni, ale siła serca” z „Herkulesa”.

Życie, skarb, pamiątka

W kinie Żeglarz panuje niepisany podział obowiązków oraz preferencji filmowych. Patrycja przegląda box office i wyłapuje dobre tytuły. Babinex lubi kino rosyjskie i koreańskie, ogólnie – niszowe, żeby nie powiedzieć „niszę niszy”. Dagmara jako wielbicielka kina hollywoodzkiego wybiera filmy, które są blisko tej estetyki. – W zeszłym roku bez zająknięcia powiedziałam: „Green Book” to jest to! – opowiada. – Ludzie przyjeżdżają, żeby odpocząć, i chcą też trochę lżejszego kina. – Tak wybrałaś i to był czarny koń w zeszłym roku – dodaje Urszula. Ich Fundacja Kina Żeglarz powstała dla pozyskiwania funduszy na trzy najważniejsze cele: zmodernizować, scyfryzować, działać przez cały rok. Kino nie ma ogrzewania, stąd unoszący się zapach wilgoci. Fotele są stare, a sprzęt do projekcji znacznie ogranicza możliwości repertuarowe. – Wielcy dystrybutorzy nie chcą z nami współpracować, bo nie mamy specjalnego sprzętu DCP – tłumaczy Urszula. – Jest on tak drogi, że pewnie jeszcze Patrycji wnuki musiałyby go spłacać.

– Wierzę w to, że sezon się rozciąga i nie trwa tylko od 1 lipca do 31 sierpnia – mówi Patrycja. – Ludzie zaczynają przyjeżdżać na weekendy nawet zimą, żeby przejść się pustą plażą. A nie ma nic lepszego niż po takim spacerze przyjść do kina na dobry film i pyszną kawę.

Trzy pokolenia kobiet, które, jak mówią, „mają bzika”, mają też wokół siebie i Żeglarza wielu przyjaciół, wręcz całą społeczność gotową w razie potrzeby iść z pomocą. Patrycji, która zajmuje się obecnie nie tylko strategią rozwoju, lecz także akceptacją ulotek, pieczątek, plakatowaniem i organizacją imprez, udało się przekonać mamę i babcię, że z wad trzeba robić zalety. – Przy pandemii Żeglarz może mimo wszystko wyjść na zero, co nie stawia nas już na szarym końcu w rankingu innych kin – tłumaczy. – Mówili: „Zamknijcie to, sprzedajcie, tutaj fotele skrzypią i podłoga się rusza, po co wam to?” – uśmiecha się Urszula Blindow. – Ale jak już przetrwałyśmy tyle, i te VHS-y, i te internety, Netflixy i pandemię, to już teraz chyba przetrwamy wszystko. Z czego żyjemy? Z miłości do kina i mojej emerytury. Patrycja: – Nie wyobrażam sobie zamknięcia kina. To jest nasze życie, nasz skarb i największa pamiątka po dziadku. Choćby się waliło i trzeba było do kina tysiące dopłacać, a w sumie już jesteśmy po tym etapie, nie zamkniemy go. „Babinex”: – Patrycja jest teraz dyrekcją. Wczoraj napisała nam SMS-a: „Ale bez was nic nie znaczę, musicie dotrwać do 159 lat”. A ja się zastanawiam, czemu nie do 160?! 

  1. Styl Życia

Praca to moje życie. Czy jestem nienormalna?

Gdy w modzie jest gonienie za sukcesem, a dzień pracy nienormowany, coraz trudniej ustalić, kiedy popadamy w pracoholizm. (Fot. Getty Images)
Gdy w modzie jest gonienie za sukcesem, a dzień pracy nienormowany, coraz trudniej ustalić, kiedy popadamy w pracoholizm. (Fot. Getty Images)
W czasach, gdy gonienie za sukcesem jest jeszcze bardziej pożądane niż kiedyś, a dzień pracy nienormowany – coraz trudniej ustalić, kiedy (i czy) popadamy w pracoholizm. A może to naturalne, że na pewnym etapie życia przedkładamy jedną sferę nad drugą? Nad tym wszystkim zastanawia się terapeutka Ewa Klepacka-Gryz, rozwikłując zagadkę swojej pacjentki.

Karolina koniecznie chce się spotkać w sobotę. Kiedy proponuję termin w tygodniu, ale późnym wieczorem, zdecydowanie twierdzi, że tylko w weekendy może żyć swoim rytmem. Brzmi jak osoba pewna siebie, zdecydowana, która dobrze wie, czego chce.

Krok 1. Próbujemy odkryć, na czym polega problem

W realu jej pewność siebie również jest dostrzegalna na pierwszy rzut oka. – Wszystkie badania mam w normie – mówi, kładąc przede mną tablet. – Tarczyca, żelazo, ferrytyna, witamina D3 – proszę bardzo, wszystko idealnie, a po pracy nie mam na nic ochoty. Mogę tylko leżeć pod kocem i nic nie robić, nawet Facebooka nie odpalam. – Rozumiem, że twoim problemem jest brak energii? – pytam. – Lubię swoje łóżko i kocyk, przez cały dzień działam na zwiększonych obrotach, chyba mam prawo być zmęczona – tłumaczy. – To o co chodzi? – nie bardzo rozumiem, na czym polega problem. – Ekipa z pracy podśmiewa się ze mnie, że zachowuję się jak staruszka i nie daję się wyciągnąć na piwo czy do klubu.

To może być jakiś trop. Proszę, żeby opisała swoje relacje ze współpracownikami.

Pochodzi z małego miasteczka pod Wrocławiem. W zeszłym roku skończyła studia, a pół roku temu dostała propozycję pracy w prestiżowej agencji reklamowej w Warszawie. Choć agencja jest znana na rynku i obsługuje naprawdę dużych klientów, atmosfera w firmie jest dość luźna. Karolina jest najmłodszym pracownikiem – i w sensie stażu, i wieku, ale ludzie z firmy przyjęli ją od razu, chociaż nie obyło się bez „kocenia”. – Parę razy wyszłam na kompletną idiotkę, bo wpuścili mnie w maliny, ale ogólnie jest luz, najbardziej ich wkurza, że się nie integruję – opowiada. – To nie moja wina, że oni udzielają się towarzysko wieczorami, a nie zaraz po pracy. – Dlaczego tak? – pytam. – Bo każdy pracę kończy o różnych porach, niektórzy w trakcie mają jakieś zajęcia i po południu jeszcze wracają do firmy – opowiada. – A tak bliżej 20.00 wszyscy są już w miarę wolni.

Agencja, w której pracuje moja pacjentka, to typowa firma dostosowująca się do potrzeb milenialsów: każdy pracuje, kiedy chce i gdzie chce, trochę w domu, trochę w biurze, z możliwością przerwy w ciągu dnia. Trudno mi zrozumieć, dlaczego Karolinie nie pasuje taki styl pracy, niedawno skończyła studia, a studenci, wiadomo, żyją trochę na wariackich papierach. Wtedy przypominam sobie słowa Karoliny, że tylko w weekendy może żyć swoim  rytmem. – Tobie taki tryb pracy nie odpowiada? – pytam.–  Nie wiem – mówi zamyślona. – Ja tak po prostu nie potrafię funkcjonować. – Nie potrafisz? – dopytuję, bo to ważne. – Chyba nie chcę, a może… już sama nie wiem, mam mętlik w głowie.

Krok 2. Opisujemy rytm życia Karoliny

Kiedy pytam ją, czy warszawska agencja to jej pierwsza praca, okazuje się, że… czwarta. – Jak to czwarta? – nie jestem w stanie ukryć zdziwienia.

Karolina pracuje od drugiego roku studiów i średnio co pięć miesięcy zmienia miejsce pracy. Zastanawiam się, czy tu nie tkwi problem. – Dziś wszyscy tak robią, bo tylko w ten sposób  można mieć bogatsze CV – tłumaczy. – No i ważne, żeby od początku załapać się mniej więcej w swojej branży, a nie robić coś, co na nic ci się nie przyda, no, chyba że jest to coś oryginalnego.

Pytam, czy obecna praca różni się czymś od poprzednich. – No, jest wreszcie na poważnie, ale i tak za jakiś czas trzeba będzie rozejrzeć się za czymś nowym – mówi ze smutkiem. – Może dlatego nie chcesz się integrować z ludźmi z pracy, żeby się za bardzo nie przyzwyczaić – pytam. – To zupełnie nie o to chodzi – Karolina nie kryje złości. –  Mogę się z nimi integrować, ale po pracy, a u nich ,,po pracy” to 20.00.

Nadal nie wiem, o co chodzi, proszę, żeby opisała mi, jak wygląda jej powszedni dzień. – Wstaję o 7.00, jem śniadanie, o 9.00 jestem w pracy i biegam do 17.00, potem wracam do domu i odpoczywam do wieczora – opowiada. – Około 22.00 jem kolację, myję się, przygotowuję ubranie na jutro i kładę się spać. – Brzmi dobrze. Śpisz 8–9 godzin? – Tak mniej więcej, czasami tuż przed snem obmyślam plan strategii na jutro. – Czy z pracy wracasz bardzo zmęczona? – Fizycznie tak. W pracy latam jak nakręcona, czasami nawet na siku nie mam czasu, a obiad z pudełka zjadam zwykle w taksówce w drodze do domu, psychicznie nie jestem zmęczona, ale gdybym miała się wieczorem zwlec z łóżka i o 20.00 wylądować w jakimś klubie, to nie chce mi się.

Próbuję dopytać, jak wyglądają pozostałe sfery życia Karoliny. – Pozostałe, to znaczy jakie? – pyta ze zdziwieniem. Kiedy wyjaśniam, okazuje się, że Karolina ma wszystko dokładnie ustalone, a może ustawione: ma kota, a nie psa, żeby nie mieć na głowie spacerów, mieszkanie wynajmuje, zresztą w pełni wyposażone, nawet pościel była na miejscu, jedzenie zamawia, żeby nie musieć gotować. – A kontakty towarzyskie? – Kilka razy byłam z ekipą z agencji na piwie, kiedy udało nam się spotkać zaraz po pracy – opowiada. – Czasami, co któryś weekend, jadę do domu i tam spotykam się ze znajomymi. – A co z życiem intymnym? – próbuję zasugerować, że całą jej energię pochłania praca, więc nic dziwnego, że kiedy wraca do domu, nie ma ochoty na nic poza odpoczynkiem. – Mam dwóch kochanków. Kiedy mam ochotę na seks, zawsze któryś z nich może urwać się żonie.

Przyznaję, że trochę mnie zaskoczyła, ale ona twierdzi, że tak chce i na prawdziwy związek przyjdzie czas, jak będzie stara, to znaczy po czterdziestce.

Myślę sobie, że milenialsi to pokolenie pełne sprzeczności. Z jednej strony pełni oczekiwań wobec pracy i życia, z drugiej niepewni siebie, depresyjni, sugestywni i łatwi do przestraszenia. Wychowywani od dziecka na wojowników, są nadwrażliwi, często dopadają ich choroby „ze stresu” i przede wszystkim trudno ich zrozumieć, bo oni chyba sami siebie nie rozumieją. Rodzice i świat dają im prawo do życia po swojemu, na własnych zasadach, nawet ich do tego namawiają, ale życie bez wzorców do naśladowania wymaga znajomości siebie i dojrzałości.

Biorę kartkę, rysuję na niej duże koło i proszę Karolinę, żeby zaznaczyła swoje aktywności w dniu powszednim. To dla niej proste i oczywiste; trzy czwarte dnia zajmuje jej praca i myślenie o niej, a jedna czwarta odpoczynek i ewentualnie rozładowanie popędu seksualnego, bo tak sama nazywa spotkania z kochankami. Dwa dni w tygodniu, w weekendy, żyje w swoim rytmie. – Czy taki sposób życia jest dla ciebie OK? – pytam. – Przecież badania mam w porządku, nic mi nie dolega – odpowiada.  – Miałaś, a może masz obawy, że twój sposób życia jest… niezdrowy czy nienaturalny? – To się chyba tak samo stało – mówi. – Ja wiem, że to jest wbrew zasadom tego głupiego work-life balance, ale mój balans to leżenie po pracy w łóżku.

Krok 3. Zajmujemy się work-life'em… i całą resztą

Pojęcie work-life balance coraz częściej zastępuje tzw. work-life blending, czyli łączenie pracy z zainteresowaniami i pasjami, jak również z codziennymi sprawami, które nieodłącznie towarzyszą nam w pracy i w domu. Młodzi pracują na swoich komputerach, często podłączonych do firmowej sieci, więc miejsce pracy nie ma większego znaczenia. W ciągu dnia wyskakują z firmy do siłowni czy na naukę gry na waltorni, ewentualnie na długi lunch albo masaż.

Tak żyją i pracują ludzie z firmy Karoliny, ale jej z jakiegoś powodu taki styl nie pasuje.

A może w jej wypadku to work-life style czy work-life integration – co oznacza, że życie prywatne i zawodowe dokładnie się uzupełniają, a granica pomiędzy czasem pracy i czasem wolnym staje się płynna? Kiedy próbujemy to ustalić, Karolina czuje się coraz bardziej zagubiona. Praca w prestiżowej agencji tak bardzo ją pochłania, że nie ma ochoty wychodzić w ciągu dnia, przerywać tego, co akurat robi, rozpraszać się. – Wiesz, w tej firmie trudno jest się skoncentrować, ludzie snują się, zagadują, proponują jakieś akcje, ja tak nie potrafię – opowiada. – Czasami śmieją się ze mnie, nazywają kujonką albo wzorową uczennicą, namawiają, żebym wyluzowała. – Chciałabyś wyluzować? – Może kiedyś, za jakiś czas, teraz muszę się jeszcze tyle nauczyć.

Tłumaczę jej, że to, jak sama twierdzi, jej pierwsza praca „na poważnie”, że kiedy nabierze doświadczenia, być może styl pracy jej kolegów stanie się również jej stylem. Pocieszam, że jeśli po pracy czuje się bardzo zmęczona, nie ma w tym nic dziwnego. – Tylko to takie dziwne zmęczenie – martwi się. – Głowa miałaby ochotę pracować dalej, a ciało jest zmęczone i chce spać.

Najgorsze jest dla niej to, że tak bardzo odstaje od reszty. Koledzy pytają, czy widziała najnowszy film, czy była już w modnej restauracji, czy ma faceta i jaki nowy ciuch sobie kupiła. – A ja nie mam siły nawet obejrzeć niczego na Netfliksie – skarży się. – Nie mam nastroju na nowe ciuchy ani testowanie trendowych restauracji. – A kiedyś miałaś? – Tak, lubiłam te wszystkie atrakcje, a gdy przeprowadzałam się do Warszawy, cieszyłam się na samą myśl o tym nowym, wielkim świecie. A na razie nie mam na niego apetytu. – To trochę tak, jakbyś miała ochotę na czekoladkę, a kiedy ją dostałaś, to trzymasz ją w szufladzie i nie otwierasz? – pytam. – Dokładnie tak robiłam, kiedy byłam mała – śmieje się. – Mój brat natychmiast zjadał tygodniowy przydział słodyczy od dziadków, a potem podbierał moje, które chomikowałam na później.

Krok 4. Sprawdzamy, czy da się zjeść czekoladkę i mieć czekoladkę

I tak dzięki czekoladkom dotykamy sedna problemu. Odraczanie przyjemności to główna cecha charakteru Karoliny. Potrafi dużo zrobić, by zasłużyć na nagrodę, a kiedy już to się stanie, odkłada czas skonsumowania nagrody. Im bardziej jest chwalona w pracy, tym bardziej się stara. A że praca sprawia jej prawdziwą frajdę, zapomina nawet o zaspokajaniu podstawowych potrzeb typu: picie, jedzenie, pójście do toalety. Nic dziwnego, że po pracy jej ciało nie ma ochoty na nic innego poza leżeniem pod kocykiem. Trafnie opisuje ten stan, że głowa jest gotowa do dalszej pracy, a ciało nie ma już siły. – Przecież mam dopiero 23 lata, a żyję jak staruszka – mówi z żalem. – Jestem najmłodsza w firmie, a oni wszyscy się bawią i korzystają z życia. – Ale też nie angażują się w pracę z taką energią jak ty, robią sobie przerwy w ciągu dnia, pozwalają ciału i głowie odpocząć – próbuję jej wytłumaczyć, dlaczego inni mają inaczej.

Sprawdzamy, na ile styl pracy Karoliny wynika z jej typu charakteru, a na ile z chęci umocnienia swojej pozycji w firmie. Bardzo ważne jest dla niej, że szef ją docenia, nawet żarty kolegów, te o prymusce, też jej się podobają. – A może chodzi o to, że jesteś inna niż większość ekipy? – sonduję kolejną hipotezę. – Może tak; inna to znaczy dziwna.

W rodzinie Karolina była tym dziwnym dzieckiem, które chomikowało słodycze i w ogóle żyło swoim życiem, inaczej niż brat i cioteczne rodzeństwo. Nie była z tego powodu karana, ale nieraz podsłuchała, jak mama mówiła do którejś z ciotek: „Ta nasza Karolcia to taki dziwak, niełatwo jej będzie w życiu”.

I tak przyszedł czas na zaproszenie na scenę postaci Dziwaka, który albo pracuje, albo śpi, chowa czekoladki na później, lubi być prymusem, ale czasami potrzebuje dowodów na to, że wszystko z nim OK, że nie ma żadnej poważnej choroby i na terapię też nie musi uczęszczać.

Karolina wyszła ode mnie spokojniejsza i chyba pogodzona ze swoją naturą, a tydzień później dostałam SMS z uśmiechniętą buzią i pozdrowieniami „od Dziwaka”.

  1. Styl Życia

W Warszawie zakwitło dziwidło olbrzymie!

(Fot. Wikipedia US Botanic Garden)
(Fot. Wikipedia US Botanic Garden)
Dziwidło olbrzymie – największy kwiat świata o woni padliny, zakwitło tej nocy w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Warszawskiego. Można je podziwiać jeszcze dzisiaj (od godz. 10), zanim definitywnie zamknie swój kwiatostan.

Kwitnące dziwidło olbrzymie zadziwia i fascynuje – przyciąga odmiennością, odrzuca wstrętną wonią. Kiedy kwitnie trudno przejść obok niego obojętnie. Jego kwiatostan jest bowiem największy w świecie roślin (ma do 3 m. wysokości, 1,5 m. średnicy), a przy tym wygląda jak kawał padliny i „pachnie” jak ona. W dodatku bardzo intensywnie. Na Sumatrze, skąd roślina pochodzi, woń jej kwiatostanu jest wyczuwalna z odległości nawet 3 km! W ten sposób przywabia zapylacze – muchy i inne padlinożerne owady. Nęci je nie tylko „aromatem”, ale i ciepłem panującym we wnętrzu kwiatostanu (czyli w pochwie). Temperatura może tam osiągnąć nawet 40 st.C! Roślina wie co robi, włączając „ogrzewanie”, ciepło potęguje bowiem jej brzydki zapach.

Łacińska nazwa dziwidła - Amorphophallus (od amorphos - podobny i phallus - penis) w pełni oddaje wygląd kolby kwiatostanu, wyrastającej z nabrzmiałej pochwy, skrywającej właściwe kwiaty – żeńskie i męskie. Niestety, roślina zakwita tylko raz na kilka lat, w dodatku jest kwiatem jednej nocy – spektakl zaczyna się po południu, a kończy następnego dnia.

Tej nocy dziwidło zakwitło w Warszawie - w szklarni tropikalnej Ogrodu Botanicznego UW. I to jako pierwsze w Polsce! Zainteresowanie było ogromne! O północy, kiedy zamknięto kolejkę, ostatni chętni czekali na wejście ponad 2 godziny. Kwitnienie można było też śledzić on line pod linkami: https://youtu.be/bFKASNfwE4A i http://bit.ly/dziwidlo_live.

Kwiat jednej nocy

Tym razem roślina zadziwiła nawet swoich opiekunów – Joannę Bogdanowicz i Piotra Dobrzyńskiego. Według ich prognoz miała bowiem zakwitnąć w nocy z wtorku na środę. – Z dziwidłem nigdy nic nie wiadomo, ono robi co chce i kiedy chce – śmieje się Piotr – wiele zależy od warunków, w jakich żyje, głównie od temperatury, oświetlenia i wilgotności.

Każdy okaz rozwija się z bulwy, która też jest rekordzistką w świecie roślin – może ważyć do 100 kg! Najpierw jednak wyrasta z niej mały liść w kształcie parasola. Po kilkunastu miesiącach zamiera, oddając substancje zapasowe bulwie, która wchodzi w okres spoczynku. Potem wydaje nowy, znacznie większy liść. Trwa to kilka lat. Kiedy bulwa odpowiednio dojrzeje, zamiast liścia wyłania się z ziemi kwiatostan.

Kwitnienie wygląda spektakularnie! Kolba stopniowo się wydłuża (o kilka cm dziennie), a pochwa nabrzmiewa. Aż wreszcie któregoś popołudnia zaczyna się otwierać (i pachnieć). Wieczorem w pełni prezentuje swój aromat i urodę, a w nocy powoli zaczyna się zamykać. Następnego dnia spektakl się kończy. Na koniec płatki ponownie lekko się rozchylają, by uwolnić uwięzione we wnętrzu owady. Kwitnąca roślina przyciąga tłumy zwiedzających, a jej kwitnienie jest ogromnym wydarzeniem w życiu każdego ogrodu.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Dziwna historia dziwidła

Choć stołeczne dziwidło mieszka w szklarni już od kilkunastu lat, pracownicy ogrodu niewiele mieli okazji, by zawrzeć z nim bliższą znajomość. Prawie połowę tego czasu roślina spędziła bowiem w głębokim uśpieniu, „liżąc rany” po nieszczęśliwym wypadku.

- Bulwa jest prezentem od pewnego mieszkańca stolicy, który przywiózł ją z Sumatry. Przez kilka pierwszych lat rozwijała się prawidłowo co roku wydawała liść – wspomina Piotr. Aż do czasu, gdy w szklarni pojawiła się ekipa TV, by nagrać kolejny program botaniczny. Ogromna donica z bulwą trochę jej zawadzała, lekkomyślnie wyniesiono ją więc na mróz.

W efekcie bulwa przemarzła i zaczęła gnić, co gorsza w miejscu, gdzie powstaje pąk. Pracownicy chuchali na nią i dmuchali, posypywali rany sproszkowanym węglem drzewnym, a nawet układali ją w… hamaczku, by się przewietrzyła. Mimo to przez kilka lat nie dawała znaków życia. Ogrodowa legenda głosi, że gdy utracono już nadzieję, odtańczono nad nią… taniec rytualny (niektórzy twierdzą, że pożegnalny). I o dziwo bulwa wkrótce ożyła, wydając liść, który bywa prawie tak intrygujący, jak kwiatostan. Jego „ogonek” dorasta bowiem do 7 m. wysokości, oczywiście u starszych okazów.

Ale powróćmy do naszego dziwidła. Gdy liść zanikł bulwę wykopano i stwierdzono, że… obumarła. Wcześniej jednak zdążyła wydać nową bulwkę – młodą i rwącą się do życia. To właśnie ona wytworzyła liść, a teraz zakwitła.

- Nasza roślina jest młoda i po przejściach, przy ostatnich pomiarach jej bulwa ważyła więc „tylko” 23,5 kg. A po sezonie spędzonym w hamaczku schudła o 1,5 kg, na skutek utraty wody, co wbrew pozorom wyszło jej na zdrowie – śmieje się Piotr.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Uchodźca z Sumatry

Dziwidło jest endemitem – rośnie dziko tylko na Sumatrze, można je też spotkać na Borneo. Nie występuje nigdzie indziej, co najwyżej w ogrodach botanicznych.

- Niestety może się zdarzyć, że te niesamowite rośliny będzie można podziwiać tylko w szklarniach – poważnieje Piotr. Na Sumatrze masowo wycinane są lasy pod plantacje palm olejowych. Wraz z nimi ginie wiele gatunków zwierząt i roślin – między innymi dziwidło, które nie jest nawet pod ochroną.

Dlatego tak ważne jest, by rośliny te przetrwały i rozmnażały się w ogrodach botanicznych, co nie jest łatwe. To co widzimy podczas kwitnienia nie jest kwiatem, lecz kwiatostanem, złożonym z kolby i pochwy okrytej okrywami, które po rozchyleniu się wyglądają jak płatki. Prawdziwe kwiaty (żeńskie i męskie) ukryte są we wnętrzu pochwy – damskie poniżej męskich. Niestety, nie są one gotowe do rozrodu w tym samym czasie. Kiedy kwiaty męskie sypią pyłkiem, żeńskie są już nieaktywne. I pyłek przepada.

Aby doszło do zapylenia, musi rosnąć obok siebie kilka okazów w różnej fazie rozwoju. To się często zdarza w tropikalnym lesie deszczowym, ale nie w szklarni. Ogrodnicy pomagają roślinom jak mogą – zbierają pyłek i przechowują go w lodówce, by w odpowiednim momencie zapylić roślinę pędzelkiem, przez wycięte w pochwie okienko. Ogrody botaniczne coraz częściej współpracują ze sobą w tej dziedzinie.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Zapylenie i vitro

- Nasze dziwidło jest jednak samotne, więc nie ma szans na zawiązanie nasion i potomstwo. Co najwyżej możemy próbować pobrać pyłek i przechować go do następnego kwitnienia. Ale czy dotrwa do tego czasu w lodówce? Nie wiadomo. Najważniejsze jednak, że nasz okaz wreszcie zakwitł! – cieszy się Piotr. Teraz zostanie wpisany na listę kwitnących dziwideł i będzie można rozpocząć współpracę z innymi ogrodami.

Kiedy dziwidło przekwitnie, jego kwiatostan zostanie ścięty, umieszczony w słoju i utrwalony w specjalnym preparacie, a potem wystawiony dla zwiedzających. Komu więc nie udało się go teraz obejrzeć, będzie miał ku temu już wkrótce okazję podczas kolejnych wizyt w Ogrodzie Botanicznym UW.

Szklarnia tropikalna Ogrodu Botanicznego UW jest otwarta w weekendy (godz. 10-20). Obecnie, z uwagi na duże zainteresowanie dziwidłem, można ją zwiedzać codziennie (10–15). Dzisiaj prawdopodobnie będzie czynna do godziny 20 (zależnie od rozwoju sytuacji).

Ceny biletów: normalny 12 zł (w weekendy 20 zł), ulgowy 6 zł (w weekendy 10 zł).