1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Jak zostałem mistrzem zen. Rozmowa z Alexandrem Poraj-Żakiejem

Jak zostałem mistrzem zen. Rozmowa z Alexandrem Poraj-Żakiejem

fot.123rf
fot.123rf
Nie musisz zmieniać swojej codzienności, zamykać się w klasztorze, inaczej się ubierać i ogolić głowy, żeby rozwijać się duchowo – mówi Alexander Poraj-Żakiej, mistrz zen, uczeń Willigisa Jägera.

Jak u Kundery: Einmal ist Keinmal?

Tak – nie ma powtórek. I nie ma prolongaty, że coś będzie, coś nam się należy, że coś nas spotka na pewno. Na pewno jest tylko tu i teraz. Zawsze jesteśmy na wizji, nigdzie i nigdy nie możemy się schować. Ale nasze nieustanne zamartwianie się tym, co się może stać, w obliczu kruchości naszego życia wydaje się trochę śmieszne. Życie żyje się przecież samo. Oddychanie i trawienie to praca organizmu, nie nasza; to ruch życia, a nie woli. Gdyby czynności życiowe zależały od nas, mielibyśmy jakieś 40 sekund życia. Mówimy: „Jestem głodny”, ale to tylko komentarz do tego, czego chce ciało, które trzeba nakarmić. Możesz analizować, ale nie możesz nic przeciwko temu zrobić.

Twoi przodkowie byli jakiego wyznania?

Babcia była protestantką, ale w połowie życia przeszła na katolicyzm. Matka – katoliczką, ojciec – agnostykiem. Od dziecka szukałem odpowiedzi na różne pytania: Kim jestem? O co w tym wszystkim chodzi? Chciałem być mnichem. Ze względu na sposób bycia: być mnichem znaczyło dla mnie tyle, co po prostu być. Fascynacja wynikała również z piękna klasztornej architektury. Wyobrażałem sobie, że w klasztorze będę smakował życie w dobrych, ludzkich dawkach: będzie czas na jedzenie, na spanie, na modlitwę. W klasztorach spędzałem wszystkie wakacje. Odwiedziłem benedyktynów, trapistów i kartuzów w całej Europie. Fascynowałem się nimi krótko, bo szybko odkryłem, że wcale nie chodzi o bycie, ale o moralność. Im bardziej kontemplatywny klasztor, tym więcej się w nim modlą. Umartwiają się, żeby kiedyś było lepiej. Dla mnie to jakaś perwersja bytu. Wszystko, co jest tu i teraz, jest w klasztorach chrześcijańskich niewystarczające: jeszcze nie tu, jeszcze nie teraz.

Szukałeś dalej?

Nie wiedziałem, czego chcę, ale wiedziałem, czego nie chcę. Wybrałem studia teologiczne we Fryburgu. Teologia była na wydziale państwowym. Na początku jeszcze myślałem, że będę miał coś wspólnego z Kościołem katolickim, ale szybko zrozumiałem, że i to nie dla mnie, że tam nie znajdę tego, czego szukam.

Trafiłeś do Willigisa Jägera...

Po studiach pracowałem w koncernie farmaceutycznym w Niemczech jako specjalista od marketingu. Zacząłem pracę i czułem, że to nie dla mnie, ale musiałem spłacić długi zaciągnięte od państwa na studia. Wiedziałem, że muszę sobie znaleźć mistrza duchowego. Nigdy nie interesowałem się Wschodem, ale kiedy odkryłem zen, zrozumiałem, że o tym właśnie mówi nasz chrześcijański mistyk Eckhart. Zen to esencja obecności, stan umysłu, sposób bycia. Zredukowałem swój stan posiadania do dwóch walizek i zacząłem jeździć po świecie. Odwiedziłem kilka europejskich klasztorów zen, kilka w USA i znów przeżyłem szok. Były tak pełne religii i obwarowane tyloma zakazami i nakazami, że całkowicie przeczyły temu, czym w moim odczuciu zen jest. Aż w końcu ktoś polecił mi Willigisa Jägera. Pojechałem do Würzburga. Uderzyła mnie jego otwartość i brak religijności. Nie wymagał bycia chrześcijaninem czy buddystą. Zostałem w Würzburgu w ośrodku kontemplacyjnym zen. Przez trzy lata cztery godziny dziennie pracowałem w kuchni, przez resztę czasu medytowałem. Po tych trzech latach wyszedłem z klasztoru i wróciłem do pracy poza nim. Klasztor nie jest na 40 lat życia, na dożywocie. Klasztor to trening.

W jakich okolicznościach zostałeś mistrzem zen?

Po opuszczeniu klasztoru ożeniłem się, rozwiodłem, napisałem doktorat o pojęciu osobowości w mistyce Eckharta i w zen. Zacząłem pracę w firmie konsultingowej, znów się ożeniłem, urodziły się moje córki. I znów się przeprowadzałem: Monachium, Berlin. Zostałem prezesem sieci niemieckich szpitali. Jednocześnie uczyłem zen, organizowałem warsztaty. Przeprowadziliśmy się do Hiszpanii, gdzie nauczałem zen. Któregoś dnia zadzwonił Willigis i zapytał, czy jestem gotów zostać jego następcą? Byłem gotów. Wróciliśmy do Niemiec. Willigis mianował oprócz mnie trzech mistrzów. Jesteśmy największą europejską szkołą zen. Założyliśmy też razem z mistrzem fundację Mądrość Wschodu i Zachodu. To platforma pozwalająca rozwijać dalej myśl Willigisa Jägera, łączyć dorobek Wschodu i Zachodu nie tylko w sferze kontemplacji i mistyki, ale także pedagogiki, biznesu, zdrowia, sztuki. Fundację założyliśmy także w Polsce i w Hiszpanii. Chcemy pokazać, że nie musisz zmieniać swojej codzienności, żeby rozwijać się duchowo. Nie musisz zamykać się w klasztorze, zmieniać sposobu ubierania się, nie musisz golić głowy. W potoczności codzienności można zobaczyć, czym ta codzienność naprawdę jest.

Paulini z Wieruszowa na swojej stronie internetowej podają listę przyczyn dręczenia, zniewolenia, nawiedzenia i opętania. Zen jest traktowane na równi z okultyzmem, sztukami walki Wschodu, jasnowidztwem i telepatią.

To smutne. Gdybyśmy byli w XVIII wieku na wsi, to można by było tak myśleć. Dziś ktoś, kto myśli samodzielnie, nie powinien dyskwalifikować całych kultur o tysiącletnich tradycjach i wielkim dorobku. W Polsce jeszcze mocno utrzymuje się przekonanie, że to my mamy prawdę i tylko my wiemy, o co chodzi, a wszyscy, którzy nie myślą tak jak my, myślą źle. Nie inaczej, tylko źle. Niedopuszczanie innych poglądów na świat to definicja fundamentalizmu.

Moja córka ostatnio filmowała siebie i swoje otoczenie. Oglądam potem jej film i widzę, jak staje z aparatem przed lustrem i mówi: „A to jest moja własna ja”. Brzmi jak kõan zen. Dzieci są zen?

Dzieci są bardziej obecne, bo nie mają zbyt wielu wdrukowanych konceptów. Z biegiem czasu zaczynamy myśleć, że jesteśmy tym, czym myślimy, że jesteśmy. Tak powstaje samoświadomość. Wydaje mi się, że jestem ważnym podmiotem. A potem przychodzi jakiś wypadek albo alzheimer i podmiot znika. Koniec filmu, dosłownie. Wtedy rodzi się pytanie: co dalej? Zależy, w co wierzysz. Dalej reinkarnujesz albo idziesz do nieba. Albo do piekła. Albo nic się już nie dzieje. Bardzo ważnym momentem jest zrozumienie, że podmiotu tak naprawdę nie ma. Boimy się tego doświadczenia.

Słynna śmierć ja.

Tak, ale nie chodzi o umartwianie się, żeby mnie kiedyś tam w przyszłości Bóg pokochał. To jest tragiczne podejście do rzeczywistości tu i teraz. I ten koncept Boga, który potrzebuje śmierci swojego syna, żeby się przestać obrażać na ludzi. Widzę, jak się na Zachodzie nauczyciele religii gimnastykują, żeby to w jakiś sensowny sposób wytłumaczyć dzieciom. Kompletnie im się to nie udaje.

Polskę uważa się w Watykanie za jeden z ostatnich bastionów katolicyzmu w Europie.

Czy dzięki temu Polska stała się lepsza? Każda z religii myśli, że tylko ona ma rację, każda uważa się za jedyną, ma poczucie wyższości nad innymi. To rodzi konflikt. Na poziomie klasycznych religii monoteistycznych nie dojdziemy do pokoju. Mormoni ze Stanów też wierzą, że pochodzą od zapomnianego żydowskiego szczepu, są jedyni, wybrani i wszystko, co robią i mówią, jest jedyne, słuszne i lepsze. Z zen też można to zrobić: powiedzieć teraz, że jest lepsze, większe i ważniejsze. Zrobiono to już w Japonii, gdzie zen bardzo silnie połączyło się z wojskowością. To się dzieje cały czas, ale kompletnie nie ma sensu.

Bo wracamy do tożsamości, która ciągle się porównuje z innymi tożsamościami?

Tak, to rodzaj tożsamości grupowej, potrzeba bycia kimś. Jest takie zdanie Johannesa Taulera, słynnego niemieckiego mistyka, dominikanina z linii Eckharta, który mówi, że cały problem ludzkości polega na tym, że chcemy być czymś i kimś innym, że chcemy być lepsi, prawdziwsi, wierzyć w coś lepszego, większego i tak dalej. Każdy ponad innym. I cały czas nie patrzymy na to, co naprawdę jest. A  jest tylko to, co jest, a nie to, co myślimy, że jest. Nic i nicość.

Nicość?

Nicość nie jest zaprzeczeniem czegoś. To nie coś. To nie brak czegoś. Tak jak cisza nie jest brakiem dźwięku, a ciemność nie jest brakiem światła. Mamy zbyt bipolarne i logiczne podejście do świata. Takie spojrzenie może utrudniać zrozumienie. Dopóki nie zrealizujemy i nie zrozumiemy naszej nicości, wszystko będzie jak było. Będziemy walczyć i zwalczać się. Spotkanie z Bogiem jest w nicości, a nie w wyobrażeniu, że przez lepsze zachowanie zapracuję na piątkę ze sprawowania. Że ktoś mnie w końcu za wszystkie wysiłki pogłaszcze po głowie i będzie fajnie.

Mówi się, że jak sala do medytacji jest pusta, świadczy to o utracie zaufania do mistrza. Twoja sala jest pełna?

Raz, że nie ma mojej sali, dwa – nie zgadzam się z tym twierdzeniem. Nie mówię o mnie, bo mamy największy ośrodek medytacyjny w Europie, z tysiącami ludzi. Ale mam na myśli wielkich mistrzów z przeszłości, którzy dziesiątki lat medytowali sami. Jest takie fajne kazanie Eckharta, który mówi na koniec: „Nawet jakby kościół był pusty i tak wygłosiłbym swoje kazanie do pustych ławek”. Bo tu chodzi o rzeczywistość taką, jaka jest, a nie o nakłanianie kogoś do czegoś, jakąś misję. Mistrz czy nauczyciel nie może naprawdę nikogo niczego nauczyć. Jest bez szans. Bo to, co naprawdę jest, już jest. Nikt za ciebie nie zje. Można ci coś podstawić pod nos, ale zjeść musisz sama. Medytacja jest po to, żeby zrozumieć, jak jest, a nie po to, żeby było inaczej.

Proste bycie tu i teraz, nie bycie po coś?

Mamy kilka tysięcy osób rocznie, które przychodzą tylko na wstępny kurs zen. Praktyka pokazuje, że nie zostaje więcej niż pięć procent uczestników. Na sto osób pięć zostaje trochę dłużej, cała reszta szuka czegoś innego, czegoś więcej, czegoś dalej. Zen nie jest czymś, co można dobrze sprzedać.

Bo nic nie daje i nic nie ma?

Dokładnie: nic nie daje. Nie daje nic. Właściwie to sedno ćwiczenia zazen: „Proszę cię, żebyś nie robiła nic”. Tylko nic. Zajmij się niczym, i to bardzo dokładnie, przy pełnej obecności. Ale my cały czas robimy coś i zajmujemy się czymś. W nieograniczonej przestrzeni ciągle jesteśmy wpatrzeni w jakiś konkret, który może nam się podobać mniej lub bardziej. Ale na dłuższą metę nie daje to żadnej satysfakcji i jest bardzo męczące.

Wybitny neurobiolog, profesor Jerzy Vetulani, uważa, że medytacja zmienia fizycznie budowę mózgu, zagęszcza tkankę neuronalną. Wskazuje, że to moment, w którym sztywny podział na ducha i materię nie ma już żadnego uzasadnienia.

Problemem całej ludzkości jest to, że myślimy, że jest tak, jak myślimy. Dualne myślenie jest ograniczonym spojrzeniem na świat. Jest przeciwnością jedności.

Zen to praca nad świadomością?

Tak. Dalajlama powiedział, że zen to raczej studium świadomości, nie religia. Pewna grupa społeczna, zwłaszcza akademicka, interesuje się zen. Na Uniwersytecie Wrocławskim spotkałem się na przykład z profesorem Krzysztofem Meissnerem, fizykiem, specjalistą od cząstek elementarnych. Jako przedstawiciel nurtu mistycznego lepiej rozumiem się z biologiem, fizykiem, matematykiem czy neurobiologiem niż z instytucjonalnym przedstawicielem jakiejkolwiek religii monoteistycznej. Pojęcie podmiotu, materii czy tkanki jest bliższe świadomości niż mitologiczna wiara w jakieś zewnętrzne byty.

Czym jest mistyka?

Mistyka to obszar bezgraniczny. Zawsze jest tylko teraz, teraz, teraz. Jak rok temu byłem na urlopie, teraz nic mi to nie da. Jak dwa dni temu jadłem, to mi to teraz też nic nie pomoże. Liczy się teraz. Jak jesteś mistrzem zen, możesz nakrzyczeć na dziecko. Byle byś to zrobił teraz, teraz, teraz, z pełną świadomością tego, co się dzieje, i pełną odpowiedzialnością za swoje czyny, bez uciekania od konsekwencji. Odpowiedzialność to odpowiedź na to, co się dzieje. Odpowiedzialność to obecność w działalności.

Twój mistrz jest benedyktynem. Został potępiony przez Kościół.

Willigisa suspendowano z Kościoła katolickiego z powodu jego niemitologicznego podejścia do dogmatów. Na przykład – dogmatu o niepokalanym poczęciu. Nie do przyjęcia. Razem z Tomaszem z Akwinu skończyła się kreatywna myśl teologiczna w Kościele. Kościół stanął w miejscu, a cały świat bardzo się zmienił. Kościoły nawet jako budynki wyglądają jak muzea. Nie mają nic wspólnego z naszym żywym rozumieniem rzeczywistości. Kościół to taki religijny skansen, folklor, faceci w sukienkach.

Czy mistrz zen przeklina w samochodzie?

Tak. Po polsku i po hiszpańsku klnie się najlepiej.

Alexander Poraj-Żakiej – doktor, mistrz zen, coach, dyrektor ośrodka duchowego Benediktushof w Holzkirchen. Współzałożyciel fundacji Mądrość Wschodu i Zachodu i Akademii Kierownictwa i Przywództwa; pracował m.in. jako dyrektor sieci szpitali psychosomatycznych w Niemczech.

Fot. .

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czas - dlaczego jedni mają go dużo, a innym wiecznie ucieka?

Świadomość czasu to prawdziwy skarb. Niestety, nie każdy z nas potrafi zapanować nad czasem. (fot. iStock)
Świadomość czasu to prawdziwy skarb. Niestety, nie każdy z nas potrafi zapanować nad czasem. (fot. iStock)
Czy możemy sterować czasem? Pokonać bieg sekund i gonitwę godzin? Tak. Akceptując odwieczny ruch wskazówek zegara. Jedni mają go w bród, inni wiecznie narzekają na jego brak. Skąd się to bierze?

Czy możemy sterować czasem? Pokonać bieg sekund i gonitwę godzin? Tak. Akceptując odwieczny ruch wskazówek zegara.

Jedni mają go w bród, inni wiecznie narzekają na jego brak. Skąd się to bierze? Otóż to, czy czas płynie dla nas szybko czy wolno, zależy od panujących w domu rodzinnym zasad i wymagań. Nie muszą być formułowane werbalnie, wystarczy, że stanowią coś w rodzaju atmosfery, w jakiej jesteśmy wychowywani.

Zabiegani i skupieni

Niezwykle zaradna mama i ambitny tata stawiają sobie wiele celów do osiągnięcia, czas jest więc dla nich towarem deficytowym. Ich dziecko rośnie w przekonaniu, że nie wolno mu marnować ani minuty. W konsekwencji uważa, że o wiele ważniejsze jest to, co może osiągnąć, niż sam fakt, że jest, istnieje. Na głębszym poziomie odnosi wrażenie, że jego życie ma sens dopiero wtedy, kiedy coś wytwarza. Nie myśli, że ma wartość samo w sobie.

Wkracza więc w dorosłość jako osoba, która działa pod nieustanną presją czasu, nie wyrabia się. A jak się wyrabia, to dokłada sobie więcej zajęć. Zamiast wyznaczać cele, osiągać je i odczuwać zadowolenie, wciąż jest nienasycona. Dla niej czas jest czymś, co trzeba maksymalnie wypełnić, żeby móc powiedzieć: „nie zmarnowałem go”. I mieć na to dowody.

Inaczej podchodzi do życia ktoś wychowany w rodzinie, w której rodzice mieli chwilę i dla dziecka, i na swoje drobne przyjemności. Potrafili się zatrzymać w biegu, pobyć ze sobą, zamiast wciąż coś robić, organizować, wypełniać. Taka osoba na wszystko znajdzie czas. Nie dlatego, że jej doba liczy sobie więcej godzin czy ma mniej rzeczy do zrobienia – pod względem produktywności może być kopią wiecznie zagonionego człowieka – ale ponieważ w inny sposób wykonuje zadania. Stara się bardziej być, niż działać. Potrafi żyć chwilą, a kiedy coś robi, koncentruje się na jednej rzeczy. Jeśli prowadzi z kimś rozmowę, skupia się tylko i wyłącznie na niej. Nie myśli wtedy, co zrobi później. To daje jej niesamowity komfort psychiczny: nie traci czasu, bo ma go we władaniu.

Pełna koncentracja na zadaniu, powoduje, że tracimy poczucie upływu czasu. Zanurzamy się w nim tak dalece, że zaczyna mieć inny wymiar. Jesteśmy obecni w teraźniejszości. Nie przeżywamy też lęku, napięć czy wątpliwości związanych z sytuacjami, które minęły czy dopiero mają nadejść. W takim stanie bierzemy udział w życiu jako procesie, doświadczeniu, które jest w ruchu, ma walor ożywiania nas, niezamykania w kręgu skostniałych wyobrażeń.

To przychodzi z wiekiem

Kiedy jesteśmy młodzi, wyglądamy przyszłości, czekamy na nią, chcemy być wreszcie dorośli. Czujemy, że całe życie przed nami, a to taka niewyobrażalna ilość godzin! Im stajemy się starsi, podejście do czasu się zmienia. Dorastamy i zaczynamy wypełniać cele, które wyznaczyli nam: rodzice, społeczeństwo, kultura. Zakładamy rodziny i płodzimy dzieci, kupujemy mieszkania, samochody, rozkręcamy karierę… I nagle zdajemy sobie sprawę, że to nie były nasze cele. Nadchodzi zrozumienie: „wywiązałem się z ról społecznych, ale nadal nie jestem szczęśliwy”. Pojawia się niepokój, że nie dopełniliśmy jakichś ważnych spraw wobec siebie samych, wobec własnych potrzeb.

Bo człowiek może się pogubić, przez jakiś czas iść drogą, którą wybrał dla niego ktoś inny – ale ostatecznie zwycięża w nim potrzeba rozwoju. Nawet jeśli przez lata zwodzona, w końcu zaczyna się dobijać. Wewnętrzny głos mówi mu: „to nie twoja droga, ty potrzebujesz czegoś innego, zadbaj wreszcie o to”. Im później przyjdzie to oprzytomnienie, tym większa panika, że może z czymś ważnym nie zdążyć. Robi wszystko, żeby nadgonić stracony czas. I czyni to ze świadomością, że pozostało mu go coraz mniej. Wreszcie jednak wie, czego chce, i czuje, że dopiero teraz zaczyna naprawdę żyć.

Niekoniecznie do pustelni

Oczywiście najlepiej byłoby świadomie żyć i od początku korzystać z danego nam czasu. Do tego jednak konieczna jest znajomość siebie samego, własnych potrzeb i celów. Wiele z tego, nad czym się trudzimy, nie przedstawia dla nas większej wartości. Jest podążaniem za ogólnie przyjętym wzorem postępowania. Jak to zrozumieć? Nie potrzeba wiele – wystarczy raz na jakiś czas zwyczajnie się zatrzymać. Przestać bezrefleksyjnie pędzić przed siebie i różnymi zajęciami – jedzeniem, czytaniem gazety, telefonem do dalekiej znajomej, porządkowaniem pawlaczy, oglądaniem telewizji – odwracać uwagę od tego, co się w nas dzieje. A mamy taką tendencję. Zwłaszcza, gdy nachodzą nas trudne emocje: smutek, zazdrość, rozgoryczenie. To naturalny i bardzo ludzki odruch – ucieczka od cierpienia. Mimo to powinniśmy go świadomie powstrzymać, usiąść w ciszy i wsłuchać się w siebie. Kiedy wchodzimy w kontakt z własnym wnętrzem, emocjami – czas zwalnia. Podobną wartość mają robione w ciągu dnia drobne przerwy na uświadamianie sobie, gdzie jesteśmy – w sensie psychicznym. Na zadanie sobie pytań: „Dokąd pędzę? O co mi chodzi?”.
 
Wysiłek, by żyć świadomie, wart jest swojej ceny, bo kiedy funkcjonujemy automatycznie, życie się wprawdzie kręci, ale my nie możemy się nim nasycić. I wcale nie trzeba jechać po to do pustelni. Można przecież celebrować dany nam czas, budząc swą uważność, wyskakując ze schematu codziennego funkcjonowania. Zacznijmy na przykład od śniadania. Niech wygląda inaczej. Nie tylko w kwestii tego, co na talerzu, ale też towarzystwa, w jakim je jemy, czy pory dnia. Albo wstańmy godzinę wcześniej, poobserwujmy swoje ciało, jak się budzi, co czujemy w poszczególnych jego częściach – to dobry początek na nawiązanie ze sobą bliskiego kontaktu. Umówmy się ze znajomym na kawę w zupełnie nowym miejscu, wróćmy do domu inną drogą. Zmieniajmy drobne elementy w naszym codziennym harmonogramie, bo to nas otwiera, cuci. Stawiając się w nowej sytuacji, musimy się w niej szybko zorientować. I to nas utrzymuje w stanie uwagi. Odzyskujemy poczucie możliwości wyboru, doświadczamy swojego wpływu.

Wczoraj, dziś, jutro

Ludzi można podzielić na trzy grupy: zorientowanych na przeszłość, przyszłość i obecnych w teraźniejszości. Przywiązujemy się do przeszłości, bo się boimy, że bez niej stracimy tożsamość, ona daje nam poczucie ciągłości zdarzeń. Nawet jeśli dotyczy negatywnych doświadczeń. Ciągłe grzebanie się w przeszłości jest jednym ze sposobów radzenia sobie z lękiem. To mechanizm obronny: unikanie życia. Tylko że ta retrospekcja: „dlaczego tak się zachowałem, dlaczego to zrobiłem…” – nic nam nie da. Przyniesie jedynie poczucie winy i spowoduje, że trudno nam będzie doświadczać tego, co teraz. Czas psychologiczny, więżąc nas w przeszłości, więzi nas w bólu.

Życie w przyszłości, wieczne wybieganie ku niej myślą, również nie jest dobrym rozwiązaniem. Pułapką takiego myślenia jest założenie, że przyszłość będzie lepsza od przeszłości i teraźniejszości, co nie zawsze się sprawdza.

Mimo to jest wielu marzycieli, którzy w ten sposób unikają teraźniejszości. Wyobrażają sobie, co mogliby w przyszłości zrobić, ustawiają się w sytuacji, która otwiera przed nimi wiele wspaniałych możliwości... Karmiąc swoje ego, żyją tak naprawdę w lęku przed sukcesem, w oderwaniu od tego, co się dzieje tu i teraz.

Najzdrowszą postawę prezentuje człowiek zorientowany na teraźniejszość. Do przeszłości powracający jedynie po to, by wyciągać wnioski, a w przyszłość wybiegający, by ją zaplanować. Jest zakotwiczony w „tu” i w „dziś”, w pełni obecny i przytomny.

Skoro teraźniejszość jest wszystkim, co mamy, dlaczego tak trudno nam w niej żyć?

Bo wymaga zaakceptowania, że chwila obecna jest ulotna, a to napełnia nas lękiem. Wszyscy wynosimy z dzieciństwa poczucie bezradności i przez całe życie od niego uciekamy. Mamy więc potrzebę solidności, trwałości – by czuć się bezpiecznie. A przecież życie jest procesem. Droga do prawdziwego poczucia bezpieczeństwa wiedzie zatem przez zakotwiczenie się w sobie, w rytmie swojego serca i oddechu – a wszystko to jest w teraźniejszości.

Ekspert: Teresa Raczkowska psychoterapeutka, prowadzi terapię indywidualną

Zresetuj się - wskazówka dla pracujących poza domem

Zwykle poszczególne części naszego dnia płyną w różnym rytmie. O wiele większą presję czasu odczuwamy w pracy niż w domu, do którego wracamy, by się zrelaksować. Przejście z jednej „częstotliwości” na drugą może nam jednak przysparzać sporo trudności. Dlatego jeśli masz wymagającą pośpiechu pracę, przychodząc do domu, najpierw wytrać pęd całego dnia, choćby siadając i kompletnie nic nie robiąc przez co najmniej 10 minut. Jeśli tego nie zrobisz i zmusisz się do podtrzymywania kontaktu z bliskimi, będzie on bezwartościowy, bo będziesz reagować jak maszyna. Uprzedź o tym domowników, by nie zarzucali ci, że się izolujesz czy unikasz włączenia w obowiązki. Powiedz partnerowi: „Zaraz włączę się w życie rodziny, daj mi jednak kilka minut, najpierw muszę dojść do siebie, odreagować”. Możesz też zaparkować pod budynkiem i pójść na 15-minutowy spacer – wszystko, co czeka na ciebie w domu, wytrzyma jeszcze kwadrans dłużej, bez większej szkody dla przebiegu całego dnia. Spokojny spacer pozwoli ci uwolnić się od presji czasu. Bo prawda jest taka, że gdy zaczniemy zauważać to, co jest wokół, ale i w środku nas, będziemy mieć coś do dania drugiej osobie, bo dopiero wtedy możemy poświęcić jej całą naszą uwagę.

  1. Styl Życia

Czy każdy z nas ma szansę na oświecenie?

Wszyscy jesteśmy więźniami naszych pomysłów, idei, teorii, konceptów, sposobu myślenia, opinii. Skoro jednak zbudowaliśmy własne więzienie, to mamy klucz, żeby siebie z niego wypuścić (fot. iStock)
Wszyscy jesteśmy więźniami naszych pomysłów, idei, teorii, konceptów, sposobu myślenia, opinii. Skoro jednak zbudowaliśmy własne więzienie, to mamy klucz, żeby siebie z niego wypuścić (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Czy można osiągnąć oświecenie w jedno popołudnie? Roshi Genpo Merzel, mistrz zen, twierdzi, że tak. Chodzi o to, by przestać się utożsamiać z głosem, a właściwie głosami, jakie ciągle słyszymy w swojej głowie.

Czy można osiągnąć oświecenie w jedno popołudnie? Roshi Genpo Merzel, mistrz zen, twierdzi, że tak. Chodzi o to, by przestać się utożsamiać z głosem, a właściwie głosami, jakie ciągle słyszymy w swojej głowie. I nie oznacza to wielogodzinnej medytacji w ciszy, ale rozmowę w luźnej atmosferze. A gdy robi się zbyt poważnie, Roshi przerywa i mówi: „Nie macie z tego w ogóle żadnej radości!”

Ponad 50 osób na sali. Większość z nich uczestniczyła w porannych warsztatach Roshiego, ale z ciekawości i potrzeby przyszli także na popołudniowe. Roshi śmieje się, że choć już są oświeceni, to jednak dopiero od kilku godzin, więc jest nad czym pracować. W końcu jemu przejście od niedojrzałej fazy bycia oświeconym do tej dojrzałej zajęło 15 lat. Roshi Dennis Genpo Merzel (Genpo jest jego buddyjskim imieniem) jest mistrzem zen (Roshi oznacza mistrza), uczniem słynnego mistrza Taizana Maezumiego. Założył międzynarodową grupę buddyzmu zen Kanzeon International Sangha z siedzibą w Salt Lake City. Polską grupę przez długi czas prowadziła jego spadkobierczyni, Małgorzata Braunek.

Zrzuć skorupę

– Czy wiecie, jak rosną homary? – zaczyna Roshi. – To ciekawe, bo robią to dokładnie jak my – dodaje. Otóż homar rośnie wewnątrz swojej skorupy, a gdy ta staje się zbyt ciasna i zaczyna go uwierać, długo waha się, czy ją zrzucić. Pozbycie się jej uczyni go wprawdzie bezbronnym, ale pozostawienie jej skazuje go na ból. W końcu homar zrzuca skorupę, chowa się pod skałą i czeka, aż wyrośnie mu nowy pancerz. Tak się dzieje za każdym razem, gdy skorupa znowu okazuje się za mała. Podobnie jest z ludźmi, tyle że naszą skorupę tworzą przekonania, sposób myślenia, nawet nasze opinie. Jesteśmy tak do nich przywiązani, że wolimy mieć rację niż być szczęśliwi. I w końcu ta potrzeba posiadania racji zaczyna nas uwierać, ale boimy się, że – porzucając swoje przekonania i opinie – staniemy się bezbronni. Praktyka zen mówi, że trzeba zrzucić skorupę. – Nikt nie robi skorupy dla homara, on sam ją wytwarza. W jakimkolwiek więzieniu jesteś, sam je sobie budujesz – kończy Roshi i dodaje: –  Mam dla was dobrą i złą wiadomość. Zła jest taka, że wszyscy jesteśmy więźniami naszych pomysłów, idei, teorii, konceptów, sposobu myślenia, opinii, nawet jeśli przyszły od innych autorytetów, to przyjęliśmy je jako swoje. Dobra wiadomość jest taka, że skoro zbudowałeś własne więzienie, to masz klucz, by siebie z niego wypuścić. Nie ma zewnętrznego autorytetu, który mógłby ci pomóc. Możesz liczyć na to, że praktyka zen cię wyzwoli, ale drzwi musisz otworzyć sam – kończy.

Gdy Budda przebudził się ze swojego koszmaru, iluzji, powiedział: „Jestem przebudzony. I wszyscy inni też są, tylko że ja to sobie uświadamiam, a inni jeszcze nie”. – Jesteście całkowicie przebudzeni, tylko w to nie wierzycie. Wolicie inwestować w prawo do posiadania racji niż w bycie wolnym i szczęśliwym – mówi Roshi. – Kiedy w końcu zrzucamy swoją skorupę, stajemy się bezbronni. Podobnie kiedy tracimy kogoś, kogo kochamy, przechodzimy wtedy przez proces żałoby i smutku, który czyni nas bezbronnymi. Mówimy, że mamy złamane serce, ale ono jest tylko odsłonięte, bo pękła otaczająca je skorupa. I chociaż jesteśmy wtedy bezbronni, to z drugiej strony właśnie teraz możemy poczuć prawdziwą bliskość. Kiedy przechodzimy proces smutku i żałoby, ciężko jest nam zobaczyć w nim coś pozytywnego. Ale jeśli przejdziemy przez ten trudny czas, wszystko się zmieni. Zaczniemy dostrzegać jasną stronę sytuacji, dojrzejemy – puentuje Roshi. I proponuje: – A teraz zróbmy trochę Big Mindu.

Głosy w nas

Big Mind to słowo klucz tych warsztatów. Autorska metoda rozwoju osobowości Roshiego Genpo, proces, który prowadzi do oświecenia. Big Mind łączy w sobie mądrość Zachodu i Wschodu, czerpiąc zarówno z mistycznych doświadczeń autora i praktyki zen, w tym medytacji, jak i z psychologii głębi, technik psychologii Gestalt oraz terapii Junga, jako że mistrz sam przed laty był terapeutą Gestalt. Roshi wykorzystał tu zwłaszcza metodę Hala i Sidry Stone’ów, pary terapeutów, który stworzyli tzw. Dialog z Głosami. Koncepcja ta zakłada istnienie w człowieku kilku osobowości, które często dochodzą do głosu, i z którymi błędnie identyfikujemy się, jako z prawdziwym „ja”. Podczas rozmowy z tymi osobowościami przenosimy je do naszej świadomości, dzięki czemu przestają nami rządzić. Tę samą metodę rozmowy z głosami możemy wykorzystać w rozwoju duchowym, podczas kontaktu z Absolutem, czyli właśnie Big Mind, Wielkim Umysłem.

Prosimy o rozmowę z głosami, by poznać ich prawdziwą naturę, zdecydować, czy chcemy być oświeceni i przejąć odpowiedzialność za swoje życie, czy też pozostać nieświadomi i żyć w złudzeniu, a tym samym pozwolić, by głosy nami kierowały.

Bąbelek, który chce być większy od oceanu

Kluczowym pojęciem w Big Mind jest „self” czyli „ja”. To nasz Umysł Dualny, głos, z którym mamy do czynienia na co dzień, z którym się utożsamiamy. W rzeczywistości to głos ograniczony, a jednocześnie różnicujący świat na tu i tam, nas i innych, podmiot i przedmiot, złe i dobre. Aby wyjść poza te ograniczenia, musimy skontaktować się z Umysłem Niedualnym, który nie rozróżnia, nie ocenia, tylko obserwuje – Absolutem.

Jak mówi Roshi, „self” uważa siebie za najważniejsze, ustawia siebie w centrum wszechświata. – Nasza prawdziwa natura to ocean, a „self” jest jedynie bąbelkiem na jego powierzchni. Tych bąbelków jest milion i każdemu z nich się wydaje, że jest najważniejszy i nie może pęknąć, bo świat się wtedy rozpadnie. Ten bąbelek zbudowany jest z naszych napięć – tłumaczy Roshi. – Dlatego tak bardzo boimy się śmierci i utraty siebie. Tak długo jak identyfikujemy się z bąbelkiem, tak długo jesteśmy spięci, zestresowani. Żeby się rozluźnić, musimy puścić bąbelek. Boimy się jednak, że wówczas stracimy pewną wersję siebie, w którą wierzymy. To prawda, stracimy ją, ale wtedy staniemy się oceanem, czyli naszą prawdziwą naturą – dodaje.

Przejmij odpowiedzialność

Roshi: Czy mogę rozmawiać z głosem, który jest już oświecony, ale „self” sobie tego jeszcze nie uświadomiło? Powiedzcie, jak zachowuje się „self”, kiedy nie wie, że jest oświecone? Uczestnicy: Jest pełne lęku.

Jaki to lęk? Przed nowym, przed wszystkim, przed śmiercią, chorobą, samotnością, odrzuceniem, utratą kontroli.

Jak zachowuje się „self” pod wpływem lęku? Ocenia, kontroluje sytuację, zrzuca odpowiedzialność na inne osoby. Koncentruje się na wizerunku, myśli o tym, jak inni je odbierają, cały czas ocenia, czy sytuacja jest dobra czy zła.

– Kiedy rozmawiamy z głosem, który jest oświecony, to, co z was wypływa, nazywamy mądrością – tłumaczy Roshi. – Ale wyobraźcie sobie, że rozmawiamy z kimś, kto jest oświecony, ale „self” tego jeszcze nie wie. Budda nazwał ten stan złudzeniem. Choć jesteśmy oświeceni, zachowujemy się jak nieświadomi. Jesteś tu cały czas – oświecony – ale „self” nie wierzy, że tu jesteś. Nie wierzy, bo nie chce uwierzyć, że jest całkowicie odpowiedzialne za swoje życie. Dlatego wybiera złudzenie. Wiedząc, jak się sprawy mają, dostajemy klucz i wolność wyboru. Możemy powiedzieć: „Wybieram bycie w złudzeniu, nieświadomości”, ale możemy też wybrać niebycie w złudzeniu. A kiedy coś wybieramy, bierzemy za to odpowiedzialność – kwituje Roshi. I dodaje, by rozluźnić poważną atmosferę: – Mój nauczyciel powiedział, że woli żyć w złudzeniu, bo to jest zabawniejsze.

Warsztaty trwają. Genpo po kolei rozmawia z pełni oświeconym, świadomym, przebudzonym „ja”, oraz z nieświadomym „ja”, które nie wie, że żyje w złudzeniu. Za każdym razem pyta głosy, jak się czują w danej sytuacji. Na koniec prosi o rozmowę z głosem, który obejmuje w pełni świadome i oświecone „ja” oraz w pełni nieświadome, żyjące w złudzeniu „ja”.

– Kiedy ktoś myśli, że jest oświecony, to pozostaje nieświadomy, w złudzeniu, a gdy ktoś myśli, że żyje w złudzeniu, to właśnie jest oświecony. To od nas zależy, czy jesteśmy jednym czy drugim – podsumowuje Roshi. – Do nas należy głos Ostatecznego Autorytetu. Nie znajdziemy w tej kwestii akceptacji pochodzącej z zewnątrz, czyli tam, gdzie autorytetu szuka nasze dualne „self”. To my jako ostateczny autorytet musimy zaakceptować, przyjąć nasze „self” takim, jakim ono jest, z pełnym uznaniem.

Czy czuję się oświecona? Raczej zdezorientowana. Ale pocieszam się, bo po pierwsze praktyka czyni mistrza (dosłownie!), a po drugie, jak mówi Roshi, różnica między oświeceniem a nieświadomością jest taka, że złudzenie uważa, że jest jakaś różnica między tymi stanami, a oświecenie wie, że jej nie ma.

Jak patrzeć na siebie z boku? - wyjaśnia Roshi Genpo Merzel

Jak na co dzień panować nad głosami w swojej głowie, które zatruwają życie i chwieją poczuciem własnej wartości? Tu potrzeba medytacji, by móc oglądać, patrzeć na te myśli, pozwolić, by one przyszły, bez oceniania ich, bez krytyki, bez preferencji. Nie zastanawiamy się, czy one są złe albo dobre, pozwalamy im przyjść i odejść. To trochę jak z czystym niebem, na którym pojawiają się chmury. A niebo ich nie ocenia, tylko obserwuje. Problem polega na tym, że gdy umysł otrzymuje te niepokojące myśli, odbiera je jako prawdziwe, jako coś wielkiego. Ale tak naprawdę możemy je tylko obserwować i pozwolić im odejść, traktować je jak bąbelki na powierzchni wody, nie utożsamiać się z nimi.

Bardzo trudno jest widzieć siebie takim, jakim chcemy, ale ważne, by być otwartym na ludzi, którzy nas znają, kochają i którym na nas zależy. Pozwólmy im opowiedzieć nam o nas, wysłuchajmy, co chcą nam przekazać, to ma ogromną wartość i moc. Można też wyjść z własnego „self”, zadać sobie interesujące pytania – wtedy jesteśmy szczerzy, bo nie identyfikujemy się ze sobą, z własnym „self”, patrzymy na siebie z boku. Teraz ważna rzecz: jeśli kogoś nie lubimy lub nie akceptujemy jakiejś cechy w tej osobie, możemy być pewni, że mamy tę cechę w sobie. Po prostu nie dopuszczamy jej do głosu, albo wiemy że jest, tylko negujemy jej istnienie.

Mamy wiele twarzy, jak odróżnić fasadę od prawdziwego „ja”? Właściwie wszystko, co myślimy o sobie, co jakoś nas określa, jest fasadą. „Self” samo w sobie jest puste. Ale to jest piękne, bo oznacza, że możemy odłożyć na bok fasady i rozmawiać z prawdziwym „ja”. Mówimy: pozwól mi porozmawiać z fasadą. W naszym trójkącie na jednym rogu podstawy mamy fasadę, na drugim prawdziwe „ja”. A na wierzchołku, gdzie fasada jest prawdziwym „ja”, a prawdziwe „ja” fasadą, możemy wybrać, na co się decydujemy, możemy się zmieniać, być bardziej elastyczni. Ważne, żeby wiedzieć, na co się godzimy. Chodzi nie tyle o wybór, ile o świadomość wyboru, jakiego dokonujemy. To tak jak z byciem raz szczodrym, raz skąpym. Możemy być i tacy, i tacy, nie musimy tego akceptować, wystarczy, że przyznamy, że jesteśmy raz tacy, a raz tacy.

  1. Zdrowie

Nootropiki – 6 naturalnych produktów, które wspomagają mózg i poprawiają nastrój

Warto sięgać po naturalne nootropiki, jeśli chcemy poprawić pracę mózgu. Na zdj. ususzony różeniec górski (fot. iStock)
Warto sięgać po naturalne nootropiki, jeśli chcemy poprawić pracę mózgu. Na zdj. ususzony różeniec górski (fot. iStock)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Nootropiki to substancje, które pobudzają procesy poznawcze. Mają moc poprawiania sposobu myślenia, odczuwania i funkcjonowania – pisze Julie Morris, autorka książki „Smart Plants”. O czym warto pamiętać, zanim sięgniemy po nootropiki?

Po pierwsze, nie oczekuj, że spektakularne zmiany nastąpią z dnia na dzień. Ramy czasowe u każdej osoby są różne, jednak w większości przypadków zauważalne zmiany następują po okresie kilku dni do kilku tygodni regularnego przyjmowania nootropików.

Po drugie, osiągnięcie pożądanych rezultatów wymaga eksperymentowania. Nootropik, który działa bardzo dobrze na jedną osobę, Tobie może się przysłużyć w znacznie mniejszym stopniu i vice versa. To całkowicie normalne. Na początku trzeba czasu, żeby wypracować optymalne dla siebie kombinacje, ale zdecydowanie warto podjęć ten wysiłek. Jednak zawsze miej z tyłu głowy uniwersalną prawdę dotyczącą substancji o takiej mocy oddziaływania: jeśli będziesz ich używać zbyt mało lub zbyt dużo, ich skuteczność zostanie podważona. Z kolei właściwa ilość może przynieść zmiany, o jakich Ci się nie śniło. Generalna zasada: staraj się przestrzegać dziennych dawek rekomendowanych na opakowaniach używanych produktów.

I na koniec, wybierz dwa nootropiki – lub kilka – z poniższej listy nootropików (nie spiesz się ze stosowaniem wszystkiego naraz, nie ma takiej potrzeby) i przygotuj się na doświadczanie pozytywnych zmian, jakie będą zachodzić w Twoim mózgu.

Kakao – ziarno szczęścia

Fot. iStock Fot. iStock

Jak kakao może Ci się przysłużyć? Okazuje się, że na wiele sposobów. Może się poszczycić zawartością wielu mikroskładników wspierających mózg. Minerał, którego jest w nim szczególnie dużo, to magnez – w tej kwestii należy do światowej czołówki. Poza tym kakao to bogate źródło aminokwasów (szczególnie tryptofanu i tyrozyny), fitozwiązków (jak anandamid i fenyloetyloamina) oraz sporego zestawu witamin (między innymi kilku z grupy B), a także minerałów (na przykład żelaza). Działa też bardzo korzystnie na zdrowie jelit jako prebiotyk, zawiera sporą ilość wolnego od cholesterolu tłuszczu nasyconego, ani odrobiny cukru, a kofeiny zaledwie tyle, by odrobinę Cię doładować (ziarna kakaowca mają w sobie jedną dwudziestą ilości kofeiny występującej w ziarnach kawowca). Jakby tego było mało, w kakao jest też robiąca wrażenie ilość przeciwutleniaczy, głównie polifenoli takich jak flawonoidy i teobromina, która znakomicie wzmacnia koncentrację uwagi. Już sama zawartość substancji odżywczych wystarczy, by zrozumieć, dlaczego kakao jest obecnie przedmiotem wnikliwych badań pod kątem jego korzystnego wpływu na mózg.

Badania dowodzą, że substancje odżywcze w kakao mogą pozytywnie wpływać na emocje, co przekłada się na uczucie spokoju i zadowolenia przy jednoczesnym redukowaniu stanów depresyjnych i lękowych. Prawdopodobnie za takie oddziaływanie odpowiada kilka czynników, między innymi zdolność ziaren kakaowca do stymulowania endorfin w mózgu (związków chemicznych, które potrafią uśmierzyć odczucie bólu i wpływają na poprawę nastroju). Kakao wyposaża też mózg w narzędzia wzmacniające neuroprzekaźniki odpowiedzialne za samopoczucie, ponieważ jest doskonałym źródłem tryptofanu, prekursora serotoniny, a także niemałej porcji tyrozyny, aminokwasowego prekursora dopaminy. Poza tym kakao zawiera związek chemiczny zwany anandamidem, czyli neuroprzekaźnik określany mianem „cząsteczki błogości” – chyba nie trzeba już nic więcej dodawać!

Soplówka jeżowata – grzyb inteligencji

Fot. iStock Fot. iStock

Soplówka jeżowata była od wieków wykorzystywana w medycynie chińskiej, jednak do dziś cieszy się dużą popularnością jako zdrowa żywność w kuchni japońskiej, koreańskiej i indyjskiej. Choć przyciąga oko oryginalną urodą, najprawdopodobniej zapoznasz się z nią w sklepie ze zdrową żywnością, gdzie będzie mieć postać dość ciemnego proszku.

Czy soplówka jeżowata rzeczywiście wspomaga inteligencję? Do pewnego stopnia tak. Ten niezwykły nootropik zawiera wiele związków chemicznych, które wspierają mózg na bardzo wielu poziomach: działają ochronnie i leczniczo, stymulują procesy poznawcze, a nawet wspomagają wzrost neuronów.

Soplówka jeżowata wytwarza kilka nootropowych, neurotroficznych związków (włącznie z wieloma hericenonami i erinacinami), które, wzmacniają wszystkie funkcje mózgu – między innymi różnorodne procesy poznawcze, inteligencję, pamięć, uwagę, koncentrację i nastrój. Jej cząsteczki mogą stymulować otoczkę mielinową, która otacza nerwy. Soplówka jeżowata pomaga też regulować aktywność neuroprzekaźników w mózgu, co przekłada się na bardziej zrównoważony nastrój, łagodzenie depresji i stanów lękowych oraz poprawę jakości snu.

Jagody goji – jagody dobrostanu

Fot. iStock Fot. iStock

Jagody goji – owoce rośliny zwanej kolcowojem chińskim – są od wieków silnie obecne w chińskiej tradycji, zarówno jako środek leczniczy, jak i dodatek kulinarny. Soczyście czerwone, podłużne, suszone owoce można obecnie kupić nie tylko w wszystkich sklepach z azjatycką czy zdrową żywnością, ale nawet w supermarketach.

W niektórych kręgach jagody goji są nazywane „szczęśliwymi jagodami”. Choć na razie nauka nie potwierdziła ich wpływu na nastrój (czyli na zdolności optymalizowania poziomu serotoniny), uczestnicy badań polegających na piciu soku z jagód goji przez 14 dni zauważyli poprawę zarówno na poziomie neurologicznym, jak i psychologicznym, włączając w to odczucie zadowolenia, szczęścia i ogólnego dobrostanu. Inne badania sugerują, że jagody goji mogą być pomocne w poprawie jakości snu, łagodząc jednocześnie stany silnego zmęczenia i stresu.

Jednak jagody goji to nie tylko sposób na przywołanie uśmiechu na twarz – mają też silne działanie neuroprotekcyjne, a nawet mogą wzmacniać sprawność umysłu, poprawiać pamięć i zdolność uczenia się. Jest w nich niebagatelna porcja ważnych aminokwasów, witamin (szczególnie witaminy C), minerałów (zwłaszcza żelaza) oraz cała armia przeciwutleniaczy, które zdają się działać korzystnie na zdrowie oczu, a także na cały układ odpornościowy, wspomagając jednocześnie barierę krew-mózg w konfrontacji z ekscytotoksycznością i wszelką inną aktywnością neurotoksyn. Co ciekawe, jedne z najlepiej poznanych związków chemicznych jagód, zwane kompleksem polisacharydowym (LBP), we wstępnych badaniach na zwierzętach wykazały zdolność nie tylko redukowania symptomów choroby Alzheimera (poprzez redukcję umieralności neuronów), lecz także regenerowania komórek mózgowych w hipokampie.

Różeniec górski – zioło mocy

Fot. iStock Fot. iStock

Różeniec górski, bylina, zwana czasami „złotym korzeniem” lub „arktycznym korzeniem”, jest stosowana jako roślina lecznicza od czasów starożytnych. Był zawsze doceniany przez ludy cechujące się równie niezłomnym charakterem jak ta roślina. Na przykład Wikingowie wspomagali się nim, by przed bitwami wzmacniać siły i łagodzić stres. Różeniec górski jest adaptogenem, czyli pomaga organizmowi utrzymywać stan równowagi – stąd jego szerokie zastosowanie.

Jeśli mowa o skuteczności w pobudzaniu umysłu, to różeniec górski plasuje się w bardzo ścisłej czołówce. Cieszy się ogromną popularnością nie bez powodu – niektórzy odczuwają jego pozytywne działanie niemal natychmiast (innym potrzeba więcej czasu, by osiągnąć pożądany efekt). Wśród szczególnie imponujących oddziaływań różeńca znajdują się: zwiększenie motywacji, wyostrzona koncentracja i zdolność pozostawania „na fali” przez dłuższy czas.

Poza tym jako adaptogen różeniec górski wspomaga odzyskiwanie homeostazy w całym organizmie. Jeśli czujesz, że brak Ci energii i ogarnia Cię przygnębienie, on Cię pozytywnie doładuje; jeśli czujesz nerwowość i targają Tobą niepokoje, on zapewni Ci wyciszenie. Pod pewnymi względami różeniec działa jak antydepresant – oczywiście bez skutków ubocznych – ponieważ poprawia zoptymalizować poziom i aktywność neuroprzekaźników wpływających na nastrój (serotoniny, dopaminy i noradrenaliny). Z kolei w chwilach przeforsowania się lub wypalenia pomoże obniżyć poziom hormonów stresu, takich jak kortyzol, który może wykazywać neurotoksyczność, jeśli jest uwalniany w nadmiernej ilości.

Ashwagandha (Witania ospała) – zioło zadowolenia

Fot. iStock Fot. iStock

Witania ospała, znana też pod nazwą ashwagandha, to roślina z rodziny psiankowatych naturalnie występująca w suchych rejonach Indii, Pakistanu, Sri Lanki i niektórych części Afryki. Rośnie na piaszczystej, pozbawionej wody glebie, najbardziej służy jej umiarkowany, subtropikalny. Korzenie, w których znajdują się aktywne związki chemiczne, zbierane są jesienią, następnie czyszczone, suszone i przerabiane na proszek lub nalewkę. Ashwagandha cieszy się takim poważaniem w medycynie ajurwedyjskiej, że czasami bywa nazywana „królem ajurwedy”.

Posiada rozliczne właściwości korzystnie wpływające na przeróżne aspekty procesów poznawczych. Jednak jedna jej cecha wybija się na pierwszy plan: to przede wszystkim wyciszający adaptogen, który wzmacnia układ hormonalny poprzez wsparcie, jakie daje tarczycy i nadnerczom regulującym pracę hormonów (a więc nastrój przez nie wywoływany). Poza tym ashwagandha pozytywnie wpływa na układ nerwowy, może też zwiększać aktywność GABA, głównego neuroprzekaźnika hamującego, który wytłumia reakcje na stymulację – to kolejny dowód na uspokajające działanie korzenia.

Choć ashwagandha nie jest uznawana za środek pobudzający, może być pomocna w zwalczaniu poczucia wyczerpania i hamować niektóre negatywne skutki stresu wywołanego przez nadmierny poziom kortyzolu, insuliny oraz innych hormonów znajdujących się w stanie nierównowagi. Ze wstępnych badań wynika, że ashwagandha należy do bardzo wąskiego grona produktów żywnościowych, które rzeczywiście wpływają na obniżenie poziomu kortyzolu.

Niektóre badania wskazują, że ashwagandha może wpływać na neurogenezę, czyli zdolność do wytwarzania nowych komórek mózgowych. Dzieje się tak dlatego, że zwiększa ona produkcję BDNF (neurotroficznego czynnika pochodzenia mózgowego), a jest jedną z niewielu jadalnych produktów natury, które w ten sposób oddziałują.

Cytryniec chiński – jagoda koncentracji

Fot. iStock Fot. iStock

Cytryniec chiński naturalnie występuje w Rosji, północnych Chinach, Japonii i na Półwyspie Koreańskim, natomiast największe jego uprawy znajdują się w Korei Południowej i Chinach. Jest to roślina pnąca, wytwarzająca ciemnoczerwone jadalne jagody, które po zebraniu są suszone i ucierane na drobny, ciemnofioletowy proszek. W Rosji i różnych regionach Azji stosuje się go jako przyprawę oraz remedium na wiele różnorodnych dolegliwości. Owoce cytryńca są też cenione w tradycyjnej medycynie chińskiej, a w Nepalu i innych częściach świata (również coraz powszechniej w krajach Zachodu) zalicza się je do superfoodów i używa w charakterze składnika różnych przepisów.

Owoce cytryńca są stosowane głównie do przeciwdziałania bezsenności, a ich korzystne działanie zostało potwierdzone w kilku badaniach przeprowadzonych na zwierzętach. Okazuje się, że pomagają one łagodzić niepokój i stany lękowe, a także wspomagają sen – zarówno jego długość, jak i jakość.

Z badań na zwierzętach wynika, że aktywny składnik wzmacnia pamięć (w niektórych przypadkach zaobserwowano nawet cofnięcie zaburzeń pamięci), ponieważ pomaga regulować poziom acetylocholiny. Poza tym jagody cytryńca wspomagają syntezę adenozynotrifosforanu (ATP) – głównego nośnika energii w komórkach. Co więcej uważa się, że pewne związki chemiczne obecne w jagodach przeciwdziałają starzeniu się i aktywnie chronią mózg przed stresem oksydacyjnym oraz deficytem czynności poznawczych, takich ja demencja.

Jagody cytryńca spełniają niemal wszystkie oczekiwania, jakie można mieć wobec nootropiku: pomagają zachować spokój w sytuacjach stresowych, wyciszają, nie odbierając wyostrzonej uwagi i precyzji myślenia – a więc podnoszą produktywność. Nie da się też zaprzeczyć, że wspomagają bystrość, a przynajmniej poprawiają jakość wykonywanej pracy.

Jaka dawka jest właściwa?

Choć naturalne nootropiki to nie leki tworzone w laboratoriach, siła ich oddziaływania może być na tyle duża, że potrzebne są wytyczne odnośnie do wielkości dawek, które mogą się bardzo różnić: od dużych i luźno zdefiniowanych, jak „duża garść” świeżych czarnych jagód, po małe i precyzyjne, jak 150 g (lub 1/16 łyżeczki) różeńca górskiego (rhodiola) w proszku. Co więcej, skuteczność każdego nootropiku jest u każdego człowieka inna i z czasem może zajść konieczność modyfikacji dawki. Jak już zostało wspomniane, na początku stosuj się do zaleceń podanych na opakowaniu (więcej nie znaczy lepiej), wsłuchuj się w swój organizm, a w razie wątpliwości skonsultuj się ze swoim lekarzem.

Więcej informacji na temat nootropików oraz innych związków chemicznych działających na mózg, a także przepisy na dania i napoje, w których występują nootropiki znajdziecie w książce Julie Morris „Smart Plants”.

  1. Zdrowie

Zdrowie jest w głowie - zapewnia Deepak Chopra, propagator ajurwedy i mistrz duchowy

Aby osiągnąć miejsce spokoju, zdrowia i pogodzenia z rzeczywistością, trzeba dotrzeć do samego źródła świadomości. Deepak Chopra, amerykański propagator ajurwedy i mistrz duchowy, twierdzi, że jest ono dostępne zawsze i dla każdego, ale tylko w teraźniejszości. (Fot. BEW Photo)
Aby osiągnąć miejsce spokoju, zdrowia i pogodzenia z rzeczywistością, trzeba dotrzeć do samego źródła świadomości. Deepak Chopra, amerykański propagator ajurwedy i mistrz duchowy, twierdzi, że jest ono dostępne zawsze i dla każdego, ale tylko w teraźniejszości. (Fot. BEW Photo)
Nazywany jest najwybitniejszym amerykańskim rzecznikiem ajurwedy i mistrzem duchowym. Bywa krytykowany za swoje antynaukowe poglądy, które można znaleźć w jego książkach sprzedających się na całym świecie w milionowych nakładach. A przecież Deepak Chopra mówi to, co wiemy od dawna – że umysł jest w stanie zarówno wpędzić nas w chorobę, jak i z niej wyciągnąć.  

„Śmierć czeka każdego z nas. Nigdy nie jest za wcześnie, by ją poznać” – uważa Deepak Chopra. Tym zdaniem odwraca popularne powiedzenie, że śmierć zawsze przychodzi za wcześnie. Ona zawsze przychodzi o czasie, chociaż prawie nigdy nie jest ochoczo witana. Zdaniem Chopry to brak zgody, wiedzy i świadomości wywołuje opór – nie tylko przed śmiercią, ale również przed odkryciem tkwiących w każdym z nas zdolności do samoleczenia i uzdrawiania.

Po pierwsze: świat materialny nie istnieje

Chopra urodził się w 1946 roku w New Delhi w Indiach. Ponad 20 lat później wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, by zrealizować swoje marzenie i zostać lekarzem. Po otrzymaniu licencji uznał, że klasyczna medycyna nie jest wystarczająca. „Przekonałem się, że każdy lekarz winien leczyć nie tylko ciało, ale również psychikę chorego. Bo często źródło choroby mieści się w jego umyśle. Sukces leczenia może tkwić w samym pacjencie, w jego myślach, pozytywnym patrzeniu na świat, w chęci wyzdrowienia” – napisał w książce „Twórzmy zdrowie”. Po rozczarowaniu zachodnią medycyną zainteresował się ajurwedą, czyli hinduską medycyną naturalną.

W Ameryce jest znany jako mistrz duchowy i główny propagator ajurwedy. Prowadzi fundację propagującą leczenie holistyczne. Założył  też centrum zdrowia i odnowy biologicznej The Chopra Center of Wellbeing w Carlsbadzie w Kalifornii. Głośno było o jego przyjaźni z gwiazdą popu – Michaelem Jacksonem. Po śmierci artysty skrytykował  w mediach powszechny w Stanach Zjednoczonych kult lekarzy w nadmiarze faszerujących swych pacjentów lekami i budujących z celebrytami toksyczne relacje oparte na wzajemnym uzależnieniu.

U podstaw wszelkich poglądów Chopry stoi przekonanie, że świat materialny nie istnieje albo raczej istnieje jako całość połączona z naturą, ziemią i powietrzem, której nie można odseparować. W książce „Przyszłość Boga. Praktyczne rozważania o współczesnej duchowości” Chopra przywołuje słowa pewnego mistrza, wypowiedziane do ucznia: „Fizyczny świat jest bardzo przekonujący. Wydaje się solidny i wiarygodny. Jak można z niego uciec? Uświadamiając sobie, że ten świat jest tak naprawdę wytworem twojego umysłu. Bez tego fizyczny świat owija się wokół ciebie niczym sieć. Ale wszystkie sieci mają oka. Znajdź jedną taką dziurę i wyskocz przez nią”. Podpiera swoje twierdzenia najnowszymi odkryciami fizyki kwantowej i nazywa wszystkie byty materialne (w tym ludzi) strukturami energetyczno-informacyjnymi.

Jeśli Chopra ma rację, to należy uznać, że choroba, myśl czy nieszczęście nie jest niczym innym jak energetyczno-informacyjną strukturą, taką samą jak fale radiowe. W takim traktowaniu rzeczywistości Chopra upatruje nieograniczonych możliwości radzenia sobie z przeciwnościami losu, jak choroby, i zupełnie swobodnego wpływania na własną codzienność.

Po drugie: świadomość jest w teraźniejszości

Aby osiągnąć miejsce spokoju, zdrowia i pogodzenia z rzeczywistością, którego nie należy mylić z uległością czy poddaniem, trzeba dotrzeć do samego źródła świadomości. Zdaniem Chopry jest ono dostępne zawsze i dla każdego, ale tylko w teraźniejszości. Oznacza to, że wspominanie, rozpamiętywanie, wylewanie żali i pretensji, przeżywanie minionych chwil, snucie planów czy wybieganie myślami w przyszłość – stoją w sprzeczności ze świadomością. „To, na czym skupiamy uwagę – rozwija się. Jeżeli naszą uwagę przyciągają sytuacje i emocje negatywne, wtedy wrastają one w naszą świadomość. Świadomość jest zbiorem tego wszystkiego, na co kierujemy uwagę. U niektórych osób uwaga przerzuca się z jednego małego niepowodzenia na drugie i wtedy drobne, negatywne odczucia, same w sobie nieważne, w końcu tak narastają, że dają świadomość stałego przemęczenia. Stan ten znany jest psychiatrom, którzy codziennie spotykają pacjentów uskarżających się na łagodną depresję i stany nieokreślonego niepokoju” – pisał w książce „Twórzmy zdrowie”, definiując to, co jest jego zdaniem początkiem każdej choroby. Gdy zniekształcona, zaburzona świadomość stale się pogłębia, w końcu przybiera postać konkretnej choroby ciała lub psychiki. Rozwiązaniem jest praca z umysłem.

Po trzecie: myśli są jak cząsteczki w polu kwantowym

Zanim jakakolwiek myśl zostanie zwerbalizowana, jest doświadczana jako intencja, pragnienie wyrażenia siebie, swojego odczucia, stanu lub reakcji na to, co zobaczone, zapamiętane, usłyszane czy doświadczone w inny sposób. Myśl zatem jest impulsem. A jeśli nasza świadomość, ale też skupienie może wywoływać określone doznania w ciele, a nawet choroby – może być również sposobem na leczenie i samouzdrawianie. Niedowierzający mogą w ciągu pół minuty przeprowadzić znany eksperyment: zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie świeżą, żółtą i soczystą cytrynę. A teraz wyobraźcie sobie, że została przecięta na pół i za chwilę kwaśny sok zostanie wyciśnięty prosto na wasz język. Wyobraźcie sobie ten kwaśny smak. Wizualizacja wyżej opisanych czynności spowoduje, że w jamie ustnej pojawi się więcej śliny. Tak oto myśl wpływa na ciało.

Chopra sięga jednak dalej i odwołuje się do pola kwantowego. Atomy, chmury cząsteczek elementarnych, kwarki, bozony i lepiony – są tak małe, że nie sposób ich zmierzyć. Wiemy o ich istnieniu, ponieważ pozostawiają za sobą ślad w akceleratorach. Ślad możliwy do zobaczenia wyłącznie wtedy, gdy się go obserwuje. „A zatem, patrząc na pole kwantowe, zauważamy, że ilekroć na nie spojrzymy, cząstki na mgnienie oka się w nim pojawiają. Ilekroć zaś odwracamy od nich uwagę, znikają” – zauważa Chopra w książce „Prawo obfitości i bogactwa”. Jego zdaniem umysł porusza wszelką materią. Także tą w naszym ciele. Myśli i uczucia tworzą w mózgu cząsteczki, które komunikują się z resztą ciała. Jeśli odczuwamy silny strach, nasze hormony – w tym przypadku kortyzol i adrenalina – wysyłają zupełnie inny komunikat niż, gdy jesteśmy zakochani (wtedy działa oksytocyna). „Co więcej, każda myśl, obraz czy odczucie wymagają, aby mózg pokierował sygnałami elektrycznymi i reakcjami chemicznymi, które tworzą most nad synapsami – przerwami między komórkami mózgu. Te substancje chemiczne znajdują się w stanie ciągłej zmiany. Są tworzone i niszczone tysiące razy na sekundę, aby zawsze nadążać za stanem twojego umysłu, który również ciągle się zmienia”  – pisze w książce „Przyszłość Boga”. Czy zdajemy sobie sprawę z tego, jak wielką moc mają nasze myśli i emocje?

Wniosek: obserwacja – podstawowe narzędzie

Z książek i wykładów Chopry można dowiedzieć się o wielu czynnikach zapewniających zdrowie rozumiane jako dobrostan, bogactwo i szczęście: regularnym, wegetariańskim odżywianiu się, odpoczynku czy porzuceniu papierosów i alkoholu. Jednak jego głównym przesłaniem jest skupienie się na polu świadomości.

Jeśli niematerialna myśl będąca impulsem energetyczno-informacyjnym łączy się z umysłem, a ten wywiera wpływ na ciało, które porusza się w świecie, oddziałując z kolei na innych ludzi i naturę, należy uznać, że wszystko i wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni. Nie mistyczną, dostrzeganą przez oświeconych nicią. Ale jedną planetą, od której zależy nasze przetrwanie; wodą, którą pijemy; roślinami, dzięki którym mamy pożywienie, lekarstwa i odzież. Założenie, że człowiek odłączył się od całości, pozostaje niezależny w swoich wyborach, życiu i sposobie jego przeżywania, prowadzi do odrzucenia łączności z innymi i światem, a w konsekwencji do szeregu chorób, w tym coraz powszechniejszych, zwanych cywilizacyjnymi.

Najsilniejszym narzędziem umożliwiającym odrzucenie iluzji, przywiązania do ego, ale też niepokoju, stresu i innych chorobotwórczych postaw jest zdaniem Chopry obserwacja. By ją doskonalić, poleca korzystać z medytacji, która zmusza ciało do bezruchu i pozwala wyciszyć się umysłowi. Chodzi o dostrzeganie i czucie prostych spraw, takich jak jabłko, które za chwilę mamy ugryźć; kolor oczu człowieka, z którym rozmawiamy; zapach skóry ręki, którą podnosimy, by przewrócić stronę w gazecie.

Chociaż Chopra uchodzi za mistyka, który stoi w opozycji do odkryć współczesnej medycyny, powtarza on tylko to, co mistrzowie w każdym kręgu kulturowym – jesteśmy drobną cząstką świata, która śni sen o byciu Bogiem. I jak sam podkreśla:

„Cokolwiek umysł człowieka potrafi sobie wyobrazić, to umysł człowieka może osiągnąć”

  1. Psychologia

Kontakt z ciałem daje nam w życiu oparcie – przekonuje Wojciech Eichelberger

Ciało pomaga nam się urealnić, być w kontakcie z tym, co jest tu i teraz. (fot. iStock)
Ciało pomaga nam się urealnić, być w kontakcie z tym, co jest tu i teraz. (fot. iStock)
W jakim świecie żyjemy, jeśli nie w realnym? Prawda jest szokująca: większość życia spędzamy bez kontaktu z rzeczywistością, w wirtualnej iluzji tworzonej przez nasz własny umysł. Jedynym sposobem ucieczki z tego matriksa jest urealnienie się. A to można osiągnąć tylko przez ciało – tłumaczy psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Mówiliśmy o tym, jak ważna dla budowania oparcia w sobie jest świadomość ciała. A dziś?
Porozmawiamy o ważnym skutku zaakceptowania i uświadomienia sobie ciała, czyli o urealnieniu. Urealnienie to pozostawanie w zmysłowym kontakcie z tym, co tu i teraz. Bez zaprzyjaźnienia się ze swoim ciałem nie sposób tego doświadczać. Bo im lepiej uświadamiane jest ciało, działają nasze zmysły, tym większa szansa na pełny kontakt ze światem i życiem. Ludzki umysł ma dwie opcje. Może tworzyć wyobrażeniowe światy, w czym jest niewyczerpany, albo otwierać się na realny, zmysłowy świat. W tym też jest niewyczerpany. Umysł pozbawiony ciała i zmysłów oddałby się całkowicie tworzeniu wirtualnych światów.

Zajmowałby się sam sobą?
Przeżywał to, co produkuje, produkował to, co przeżywa – i można by go dowolnie programować. Trafnie to zilustrował film „Matrix”. By uczynić ludzi bezbronnymi wobec manipulacji, siły zła pozbawiały ich kontroli nad własnymi umysłami i trzymały w specjalnych kapsułach podłączonych do komputera. Ich mózgi przyjmowały każdy program, który w nich instalowano. Tymczasem antymatriksowe siły dobra toczyły walkę o przebudzenie uśpionych umysłów, o ludzkie ciało i zmysły, o urealnienie, o godność i suwerenność.

Tak więc gdy mamy nikłą świadomość ciała, nasz mózg ma zbyt wiele swobody i przestrzeni dla tworzenia własnego świata, w którym wszystko może być urojone. Dlatego to, na ile i jak często nasz umysł bywa w kontakcie z rzeczywistością, jest bardzo ważnym kryterium zdrowia psychicznego. Wszystko to nie oznacza, że powinniśmy  przestać cokolwiek sobie wyobrażać. To byłaby wielka strata. Chodzi tylko o to, żeby nam się myśli i wyobrażenia nie myliły z rzeczywistością, żeby używać ich celowo i świadomie. By żyć lepiej, pełniej, realniej – a więc mniej stresująco – musimy nauczyć się kontrolować i redukować spontaniczną działalność wyobrażeniową naszego mózgu, nasz mózgowy spam. Niezastąpionym, zasługującym na najwyższy szacunek sojusznikiem w tej sprawie jest ciało.

Wystarczy wrócić do ciała i wszystko się urealnia. Ale jak wrócić?
Najprościej przez oddech, który jest niezbędnym warunkiem urealnienia. Zasila energią zmysły i otwiera nas na świat. Ale uświadomienie sobie oddechu urealnia nas przede wszystkim w przestrzeni samego ciała. Potrzebny jest krok dalej: ciało może urealnić nas w przestrzeni zewnętrznej.

Jak to się dzieje?
Poprzez zmysły, które w każdej sekundzie dostarczają mózgowi tysiące megabitów danych. Jeśli mamy dobrze uświadomione ciało, to otwierając się na tę rzekę informacji, możemy danej sytuacji doświadczyć takiej, jaka jest – zanim emocje, oceny i interpretacje ją zniekształcą. To otwiera drzwi percepcji na upragnione chwile szczęścia, na bycie tu i teraz.

Dlaczego to takie trudne?
Bycie tu i teraz to w istocie najnaturalniejsza rzecz pod słońcem. Oczywiście najpierw musimy odpuścić naszą wirtualną iluzję. A to łatwe nie jest. Przyjrzyjmy się, co się dzieje z człowiekiem we śnie. Na intensywne marzenie senne można spojrzeć jak na rodzaj krótkotrwałej psychozy, chwilę matriksa. We śnie ciało i zmysły zostają odłączone, więc mózg może sobie poszaleć i zajmować się sam sobą. Śpiący na ogół nie zdaje sobie sprawy, że śpi, jest przekonany, że sen jest prawdą, że uczestniczy w realnej sytuacji. Dopiero wtedy, gdy we śnie dzieje się coś bardzo groźnego, gdy pojawia się cierpienie, zaczynamy szukać ratunku.

I się budzimy?
To druga faza ratowania się. Pierwsza to uświadomić sobie, że śnimy. Wówczas do tego, co się dzieje we śnie, nabieramy nieco dystansu, a nawet możemy się tym trochę bawić. Jednak ostatecznym wyzwoleniem jest obudzić się – włączyć ciało i zmysły. Gdy umysł powraca do zmysłowej rzeczywistości, senna iluzja znika i odczuwamy ogromną ulgę. Marzenia senne spełniają jednak różne pożyteczne funkcje. Największym naszym kłopotem są sny na jawie, które śnimy czasami przez większość dnia i nawet o tym nie wiemy.

 
 

Będę adwokatem diabła: co złego jest we śnie na jawie? Jawa bywa trudna do zniesienia, łatwiej się żyje, jak sobie człowiek nieco pofantazjuje.
Jeśli świadomie tworzymy wyobrażeniową odskocznię od trudów i zagrożeń dnia, to nic złego. Gorzej, gdy śnienie na jawie staje się nieświadomą, nawykową, a czasami wręcz obsesyjną ucieczką od życia. Wtedy możemy tak dalece utracić kontakt z rzeczywistością, że jedynym bezpiecznym dla nas miejscem będzie szpital psychiatryczny. Jeżeli chcemy prawdziwie doświadczać życia, komunikować się z ludźmi i reagować na sytuacje, które się nam wydarzają, musimy być urealnieni. Żyjemy w świecie realnym, który dzielimy z innymi. Nasze ciała i zmysły – w przeciwieństwie do wypaczonych egoizmem umysłów – łatwiej się dogadują co do kształtu rzeczywistości. To wspólne wszystkim ludziom doświadczenie życia i świata jest podstawą wszelkiego kontaktu, porozumienia i relacji. Dlatego w doświadczeniu ciała i zmysłów spotykać się możemy wszyscy bez względu na rasę, religię, przekonania, wiek czy płeć. Jeśli ktoś, odrzucając ciało, nie wchodzi na to wspólne forum, pozostaje samotny i nieszczęśliwy, zamknięty w swoim wirtualnym świecie.

Może jestem pesymistką, ale mam wrażenie, że ludzie głównie przebywają w swoich światach, śnią. A na tym wspólnym placu tylko od czasu do czasu się ktoś pojawia...
...i rozglądając się wokół, stwierdza, że tu nikogo nie ma! To prawda. Myślowo-wyobrażeniowa produkcja naszych mózgów ma wielką wydajność, siłę i żywotność. Jest bowiem wprzęgnięta w nieustanne podtrzymywanie iluzji naszego ego – oddzielenia od wszechświata i stwórcy. Konstruowanie i utrzymywanie tej budowli to mnóstwo roboty. W efekcie pozostaje nam tak mało czasu i energii, że nawet przestajemy odczuwać potrzebę urealnienia. Dlatego po tym świecie chodzą głównie osoby, które zamiast płynąć rzeką życia, pogrążają się we własnych skołowanych myślach.

Co to znaczy, że potrzeba czasu i energii na urealnienie się?
Potrzeba sił i determinacji, by tak radykalnie zakwestionować wszystko, co o sobie i o świecie przywykliśmy myśleć. Trzeba energii, wiary i determinacji, by podjąć trud uświadamiania sobie ciała, oddechu, codziennych ćwiczeń zmierzających do wyciszenia umysłu. To ciężka praca, czasami długi i żmudny proces. Na szczęście nasze wysiłki zaczynają procentować. Gdy coraz wyraźniej zdajemy sobie sprawę, że koszmar nam się tylko śni, zaczynamy odczuwać ulgę. A gdy to się stanie, już nic nas nie powstrzyma, prędzej czy później się obudzimy.

Pełen kontakt łapiemy dopiero, gdy ciało jest w pełni uświadamiane?
Gdy ciało jest częściowo uświadamiane, mamy częściowy kontakt z rzeczywistością. To stan, w którym znajduje się większość z nas. Nawykowy somnambulizm. To tak, jakbyśmy patrzyli na świat przez okulary zrobione z kliszy, na której są zapisane obrazy nakładające się na to, co widzimy. Zniekształcenia istnieją tylko na kliszy, ale nam się wydaje, że są wiernym obrazem rzeczywistości. Gdy wydarzy się w naszym życiu coś, co sprawi, że owa klisza się odklei, bywa to bardzo bolesne, ale po jakimś czasie czujemy, że się opłaciło. Bo zniekształcony obraz świata generuje cierpienie.

Dlatego tęsknimy za urealnieniem, a nawet prowokujemy czasami sytuacje, które nas urealniają. Przeczuwamy, że to nas zbliża do prawdy o nas samych i świecie. Ciało jest nam do tego niezbędne. Jest prawdziwą kotwicą dla umysłu. Bo ciała na szczęście nie można przenieść ani w przeszłość, ani w przyszłość. Jest dokładnie tu. Więc jeśli chcesz się urealnić, wyjdź ze swego wewnętrznego kina i zwróć uwagę na swoje rzeczywiste ciało. Jest do usług.

Jak urealnienie ma się do obecności?
Obecność jest końcową stacją procesu urealniania się. Obecność jest stanem umysłu, który osiągamy, gdy się urealnimy. Urealnianie się wymaga dyscypliny i praktyki. Jeśli chcemy być zdrowi, chcemy, by nasze życie nie niosło niepotrzebnego cierpienia własnej produkcji, to powinniśmy się urealniać i zmierzać do stanu obecności. Ci, którzy są obecni, mają do świata i ludzi stosunek zmysłowy i miłosny. Są rozsmakowani, zasłuchani, zachwyceni i zakochani we wszystkim, np. w widoku i smaku czereśni, w chlebie i winie, w dotyku ciała, w szumie morza, w strukturze piasku. Urealnianie się to zakochiwanie się w świecie. Obecność to miłość świata do świata.