1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Ludzie morza, ludzie gór - felieton Tomasza Sobierajskiego

Ludzie morza, ludzie gór - felieton Tomasza Sobierajskiego

fot.123rf
fot.123rf
Dlaczego ty i ja ciągle chcemy więcej i więcej? Nie potrafimy się zatrzymać na tym, co mamy, tylko nieustannie przemy do przodu? Szukamy nowych wyzwań…? – w głosie Agi czuć było poirytowanie.

Była zdenerwowana na siebie samą, bo do głowy wpadł jej kolejny pomysł, który nie pozwalał spokojnie spać. Obmyślała, jak go wprowadzić w czyn, i to chwilę po tym, jak zrealizowała ostatni plan i odniosła sukces. Nie bez powodu zadawała to pytanie mnie. Wiedziała bardzo dobrze, że ja też tak mam. Plan, realizacja, spełnienie. Plan, realizacja, spełnienie. I tak w kółko. A przecież mogłoby być: plan, realizacja, a potem spełnienie, spełnienie, spełnienie i odcinanie kuponów od tego, co się udało. – Po co my ciągle tak gonimy? – dopytywała Agi.

Zastanowiłem się nad jej pytaniem i odpowiedziałem: – Wiesz, wydaje mi się, że ludzie dzielą się na dwie grupy. Są ludzie morza i ludzie gór. Ludzie morza kochają spokój, niespieszny czas. Lubią widzieć życie aż po horyzont. Nie lubią niespodzianek i zaskoczeń. Nawet jeśli morze-życie jest wzburzone, to mają ten komfort, że sami decydują, czy zamoczą w nim stopę. Zawsze mogą wybrać pozostanie na piaszczystej, bezpiecznej plaży i obserwowanie życia z oddali. Są bardzo towarzyscy, serdeczni, spokojni. Uwielbiają długie spacery. Oni nie idą przez życie. Oni się przechadzają. Są spełnieni, syci. Mają marzenia, a nie plany. Nawet jeśli czasem zaleje ich zdradliwa fala, to szybko otrząsają się z porażki. Mają gdzie i do kogo wracać. Wystarczy im jedna rzecz, jeden sukces, który pielęgnują bardzo długo w swoich sercach i podpalają jego wyobrażenie w głowach innych, utrzymując go nieustannie na tym samym, wolnym ogniu. Ich życie nigdy nie eksploduje. Nie dążą do tego. To ich nawet nie interesuje.

Są też ludzie gór, którzy nieustannie wspinają się wyżej, dalej, biegną przed siebie. Liczy się dla nich głównie to, żeby osiągnąć szczyt. A kiedy już na nim są, rozglądają się wokoło, ale nie po to by kontemplować widoki. Patrzą uważnie, bo z wierzchołka lepiej widać, co jest jeszcze do zdobycia. To ludzie, którzy nieustannie narażają się na niebezpieczeństwo spadających z góry odłamków z litej skały ludzkiej głupoty. Są samotnikami, ale mają wielki szacunek do osób, które mijają na swojej drodze. Przyciągają innych opowieściami, ale relacje z nimi wymagają wielu wyrzeczeń, które dla większości bliskich – rodziny, przyjaciół – są nie do zniesienia. Życie jest dla nich mocowaniem się z kolejnymi górami. Przynosi wiele radości, a osiągnięcie szczytu motywuje do kolejnej przygody. Oni nie marzą, bo marzenia niosą w sobie coś nierealnego. Oni nieustannie planują. Potrzebują adrenaliny, masochistycznie pławią się w poczuciu niepewności. Pragną szybko zrealizować to, co sobie zamierzyli.

– To znaczy, że ja i ty jesteśmy ludźmi gór? – niepewnie zapytała Agnieszka. – Tak, na to wychodzi – odpowiedziałem. – I nie ma znaczenia to, że oboje tak samo mocno kochamy ocean i góry. Morze czy góry są tylko metaforą. Są w nas. Głęboko. Na zawsze. Tak jak ludzie morza potrafią usypać sobie plażę bezpieczeństwa w każdych okolicznościach, tak ludzie gór zbudują sobie górę na najbardziej bezkresnej równinie. Nas ciągle ciekawi, co jest za kolejną górą. Ludzie morza potrzebują spokojnego rytmu fal do osiągnięcia harmonii. To ich życiowy metronom. Ludzie gór potrzebują przyspieszonego rytmu serca i pulsowania skroni.

– A nie można mieć gór i morza? Przecież w przyrodzie tak bywa. Widziałam takie miejsca! – Agi wyraźnie ożywiła się na to wspomnienie. – Nie sądzę – odpowiedziałem. – Ludzie gór prędzej niż później odwrócą się plecami do bezpiecznego morza, zaczną wspinać się na górę i po chwili stracą łagodnie zaokrąglony horyzont. Ludzie morza zaś, nawet jeśli wejdą na górę, to tylko po to, żeby stamtąd lepiej widzieć horyzont i bezkres czekającego ich spokoju.

Niestety, większość z nas nie rozpoznaje w sobie tych tendencji. Żyjemy w poczuciu winy i osamotnienia, bo nie spełniamy oczekiwań innych. Nie cieszy nas nieustanna wspinaczka w górę, która stanowi motor napędowy większości współczesnych stanowisk pracy w korporacjach. Ale pomimo to wdrapujemy się, choć cały czas bardzo cierpimy. A przecież moglibyśmy zostać na dole. Niektórzy z nas męczą się również na pustej plaży. I choć tęsknie patrzą na wierzchołki gór opodal, to nie decydują się na ryzykowny spacer w obawie przed tym, co ludzie powiedzą.

Zbyt łatwo przyswajamy oczekiwania innych jako własne, a społeczny, konformistycznie wypracowany komfort jako swój. Tymczasem nie ma sensu mocować się ze swoją naturą. Poświęcamy w życiu mnóstwo energii na to, jak chcieliby nas widzieć inni. Nie lubimy własnych ciał, przyzwyczajeń, odruchów, skłonności i zamierzeń. Modyfikujemy je wbrew własnej naturze. Po co? Może warto polubić siebie takimi jacy jesteśmy? Ułóżmy sobie życie po naszemu. Nie oceniajmy zbyt surowo samych siebie. To z powodzeniem robią za nas inni. Patrzmy na góry lub patrzmy w morze – tak jak lubimy i jak nam podpowiada nasz wewnętrzny kompas.

Dr Tomasz Sobierajski: socjolog, kulturoznawca, badacz społeczny.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Spokój jest w tobie, wystarczy go tylko odnaleźć

O medytacji, która pomoże w odnalezieniu spokoju w sobie, opowiada przewodniczka duchowa Nitya Patrycja Pruchnik, autorka książki
O medytacji, która pomoże w odnalezieniu spokoju w sobie, opowiada przewodniczka duchowa Nitya Patrycja Pruchnik, autorka książki "Oświecenie 24h na dobę". (Fot. materiały prasowe)
Spokój jest w tobie, wystarczy go tylko odnaleźć. I może się to stać już w 2021 roku. O medytacji, która w tym pomoże, opowiada przewodniczka duchowa Nitya Patrycja Pruchnik, autorka książki „Oświecenie 24h na dobę”.

W najnowszej książce pisze pani, że szczęście to spokój umysłu. Myślę, że zwłaszcza w obecnych czasach wielu z nas chciałoby ten stan osiągnąć.
Rzeczywiście to czas, w którym w skali światowej doświadczamy tego, czego do tej pory doświadczaliśmy głównie prywatnie – czyli kruchości i niepewności naszego życia. Nigdy nie ma się stuprocentowej pewności co do swojej przyszłości czy zdrowia, ale nie zawsze dysponowaliśmy tak dużym lustrem, by to wreszcie zobaczyć. Ogólnoświatowa pandemia skłania do tego, by pomyśleć, jak sobie radzić z niepewnością jutra. Dzięki temu zaczynamy sięgać po prawdę. Czyli zaczynamy przyglądać się sobie, temu, co się z nami dzieje i jak reagujemy na różne informacje. W książce piszę, że bardzo dużo naszego nieszczęścia i niepokoju bierze się z tego, że nie dystansujemy się do samego siebie i do swoich myśli.

Za bardzo im wierzymy?
Nasz umysł jest tak skonstruowany, że każdą trafiającą do niego informację traktuje poważnie. Jeśli nie sprawdzamy, ile w tej myśli prawdy i sensu, to nieświadomie krzywdzimy siebie i własne ciało, bo fundujemy mu stres.

Co więcej, myśli, które nas stresują, są zwykle bardzo kategoryczne. Zaczynają się od: zawsze, nigdy, na pewno... Sami się nimi straszymy.
Jako gatunek ludzki dostaliśmy w spuściźnie mózg, który karmi się głównie negatywnymi informacjami. Kiedyś może nas to ratowało przed niebezpieczeństwem, ale dziś wprowadza w stan stałego napięcia i lęku.

Jesteśmy jak serwis informacyjny pełen złych newsów...
Dokładnie tak. Ale jeśli uda nam się zastopować na chwilę pracę tego serwisu, może dostrzeżemy, że pomiędzy jedną informacją a drugą jest w nas spokój, rodzaj naturalności, zwyczajności, z którym czujemy się bardzo dobrze. Dla mnie zauważenie tego po raz pierwszy, wiele lat temu, było bardzo doniosłym momentem.

Chodzi o to, by ten stan pomiędzy utrzymać jak najdłużej?
Tak naprawdę chodzi o to, by poznać samego siebie. Warto zacząć od zrozumienia swoich popędów i reakcji. Kiedy ogarnia nas wielki lęk, możemy spytać siebie: czy to jedyny sposób życia? A może mogę spojrzeć na to inaczej? I to jest moment, w którym zwykle sięgamy głębiej.

Pani zachęca do trochę innego rodzaju medytacji niż ta, o której zwykle myślimy, czyli: „siedź w ciszy i obserwuj myśli”. Proponuje pani kontemplację, dyskusję ze swoimi myślami.
Dobrze pamiętam moją pierwszą przygodę z medytacją. Miałam około 20 lat i kompletnie do mnie nie trafiła. Siedzenie w ciszy i obserwowanie swoich myśli odbierałam jako rodzaj przemocy wobec mnie i coś niebywale trudnego. W tamtym czasie nie byłam w stanie zupełnie wejść w medytację.

I co się zmieniło?
Spotkałam nauczyciela i poznałam technikę medytacji, której przykład można znaleźć właśnie w mojej książce. Zamiast obserwacji proponuję dialog. Zamiast bezczynności – aktywność. Medytacja, którą prowadzę, to najgłębsza rozmowa z samym sobą. Zmusza człowieka do tego, by sam rozpoznał, jaka jest jego prawdziwa natura. Nie żeby uwierzył innym, autorytetom czy nawet mnie. Ja też musiałam najpierw sprawdzić, dlaczego mam w sobie niepokój czy nawracające wzorce. Dlaczego w danych momentach reaguję impulsywnie, a w innych nie. To tak jakby zatrzymać się i wsłuchać we wszystkie procesy zachodzące wewnątrz. Dopiero kiedy to zrobiłam, zrozumiałam: „aaa, czyli to pod spodem tego jest spokój”.

Wiem, jak trudno jest przyjść na zajęcia z medytacji i zacząć w ciszy obserwować swój oddech. Ja doszłam do tego drogą badania siebie (self-inquiry), w której mój mózg był bardzo zaangażowany, a ja miałam poczucie, że jestem naukowcem, który sam musi znaleźć dowody. Widzę i słyszę, że dla ludzi taka medytacja jest bardzo ciekawa.

Zwłaszcza dla zestresowanych i nadmiernie myślących.
Dlatego w książce staram się prowadzić ich tą drogą powolutku. Wystarczy, że najpierw zauważymy oddech, a potem to, że każdy z nas jest samoświadomy. Wiem, że to są tylko słowa, ale poczuć to, o czym mówię, to jest prawdziwy przełom. Osoby, które biorą udział w prowadzonych przeze mnie medytacjach, przyznają, że kiedy pierwszy raz słyszą wskazówki, to coś w nich mówi: „nie rozumiem tego“. Zazwyczaj jednak dalej idą w tym kierunku, i po jakimś czasie przyznają: „No tak, zgadza się”. Zaczynam książkę w tym samym miejscu, w którym ją kończę – chodzi o to, by zrozumieć, że ten spokój jest w nas cały czas. Proponuję 52 praktyki i kontemplacje, czyli po jednej na każdy tydzień w roku. Myślę, że jeśli czytelnicy spróbują przynajmniej kilku z nich po kilka razy, to będą mieć takie samo rozpoznanie i spokój jak ja. I zobaczą, że on był w nich już wczoraj i że będzie jutro.

Nitya Patrycja Pruchnik, nauczycielka duchowa, od kilku lat dzieli się – z inspiracji swojego mistrza Mooji’ego – rozpoznaniem prawdziwej natury rzeczywistości.

Jaka będzie twoja kolejna myśl?

Odpręż się na moment, usiądź i zostań z niczym. Powiedz mi, czy wiesz, jaka będzie twoja następna myśl. Sprawdź, czy masz świadomość tego, jaka myśl pojawi się zaraz w twojej głowie. Zatrzymaj się na moment i przyjrzyj się temu z bliska. Czy wiesz, co za chwilę pomyślisz? Prawdopodobnie nie wiesz. Jeśli nie wiesz, to jak to jest z twoją kontrolą nad myślami? Czy jeśli spróbujesz pozbyć się jakiejś myśli, ona rzeczywiście już nie wróci? Czy raczej i tak będzie żyć własnym życiem? To proste odkrycie, że nie znamy swojej kolejnej myśli, może nam coś ważnego uświadomić. Spróbuj teraz poprzyglądać się przychodzeniu i odchodzeniu myśli. Skąd dana myśl przyszła. Pobądź z tym przez chwilę. Zauważ, skąd przyszła, jak się pojawiła. Czy możesz dostrzec to miejsce, skąd się wyłania? Czy zauważasz w środku podmiot, który ją powołał do życia? Czy ta sama myśl jest teraz nadal z tobą, czy już jej nie ma? Dokąd odeszła? Zaczekaj na kolejną myśl, obserwuj, jak się pojawia i jak odchodzi. Gdzie zniknęła? Czy ty zniknąłeś wraz z jej zniknięciem? Praktykuj w ten sposób przynajmniej 15 minut dziennie przez kolejny tydzień.

Więcej w książce: „Oświecenie 24h na dobę. Praktyki i kontemplacje na cały rok”, Nitya Patrycja Pruchnik, Manana Chyb, wyd. ToCoJest 2020.

Polecamy: „Oświecenie 24h na dobę. Praktyki i kontemplacje na cały rok”, Nitya Patrycja Pruchnik, Manana Chyb, wyd. ToCoJest 2020 Polecamy: „Oświecenie 24h na dobę. Praktyki i kontemplacje na cały rok”, Nitya Patrycja Pruchnik, Manana Chyb, wyd. ToCoJest 2020

  1. Psychologia

Nie żałować ani chwili

Tak naprawdę powinniśmy mieć w życiu jeden cel – to działanie na rzecz dobra tych, którzy żyją z nami, radosne dbanie o innych i o wszystko, co nas otacza. (Fot. iStock)
Tak naprawdę powinniśmy mieć w życiu jeden cel – to działanie na rzecz dobra tych, którzy żyją z nami, radosne dbanie o innych i o wszystko, co nas otacza. (Fot. iStock)
Co powiemy dzieciom, gdy zapytają: „Po co i jak mamy żyć, skoro umrzemy?”. Jeśli zajrzymy w swoje serce, być może odpowiedź pojawi się natychmiast; być może powiemy o niezliczonych radościach życia, o pięknie przyrody, o szczęściu obdarzania innych przyjaźnią i miłością, o kochaniu czegoś najgłębiej i o pozostawieniu świata w lepszym stanie niż dotychczas.

„Kiedy poznałem, co to słabość, perspektywa śmierci, cierpienia, strachu, otworzyły mi się oczy na nieskończone bogactwo życia i miłości. Wszystkie moje poprzednie priorytety legły w gruzach. Co zaskakujące – poczułem się znacznie szczęśliwszy niż przedtem”.

To są słowa lekarza Davida Servana-Schreibera po tym, jak zdiagnozowano u niego raka mózgu (z książki „Można żegnać się wiele razy”). Stan, w którym się znalazł, nazywa wprost cudownym. Chciałby, aby każdy z nas mógł doświadczyć czegoś podobnego, oczywiście, bez konieczności operacji mózgu.

Jego życie zmieniło się nie do poznania. Przede wszystkim odkrył swoją misję: uczyć ludzi, jak żyć w zgodzie z naturą, czyli dobrze się odżywiać, dbać o ciało, aktywność fizyczną, wewnętrzną harmonię i spokój, kochać, być wdzięcznym. Napisał o tym książkę „Antyrak”, którą przeczytały miliony ludzi. Miał się czym dzielić: jego choroba cofnęła się. Przez kolejne lata jeździł po świecie z wykładami niosącymi nadzieję: możemy stymulować naturalne mechanizmy obronne organizmu, w każdym z nas istnieje źródło siły; możemy być zdrowi. Co stymuluje naturalne mechanizmy obronne? Więzi – rzecz najwyższej wagi – twierdzi David Servan-Schreiber. Chodzi o fundamentalną zasadę, że życie jest wyrazem relacji w ramach społeczeństwa, a nie zbiorem celów, do których dążą różni ludzie.

Tak naprawdę jest jeden cel – to działanie na rzecz dobra tych, którzy żyją z nami, radosne dbanie o innych i o wszystko, co nas otacza.

W pewnym momencie poczuł ogromne zmęczenie. Przyjaciele mówili: „Uważaj na siebie…”. Stosował wszystko, co zalecał w książce „Antyrak”, z wyjątkiem jednego: pracował bez wytchnienia, bez odpoczynku. Ignorował podstawowe potrzeby, takie jak sen, regularny rytm dnia i regularnie jadane posiłki. Podróże, zmiany stref czasowych i klimatycznych, zbyt wiele stresu wyczerpało zasoby sił, guz odnowił się. „Jednym z najważniejszych sposobów ochrony przed chorobą jest zachowanie wewnętrznej równowagi, spokoju. Nie udało mi się to. Nie umiałem pozostać blisko natury i naturalnych rytmów” – napisał w książce „Można żegnać się wiele razy”.

David Servan-Schreiber: „Moje życie było tak sensowne, że nie żałuję ani chwili; wobec tego, ile dałem innym, nie ma znaczenia, że odchodzę tak młodo”. (Fot.Wikimedia Commons) David Servan-Schreiber: „Moje życie było tak sensowne, że nie żałuję ani chwili; wobec tego, ile dałem innym, nie ma znaczenia, że odchodzę tak młodo”. (Fot.Wikimedia Commons)

Zmarł, mając niewiele ponad 50 lat. Przed śmiercią bracia zadali mu pytanie: „Gdyby powiedziano ci, że kontynuując taki tryb życia, doprowadzisz do nawrotu choroby, czy żyłbyś inaczej?”. Odpowiedział z całą szczerością: „Nie. Wolę takie życie, które wiodłem, nawet jeśli doprowadziło mnie na skraj przepaści. Kiedy wracam do minionych lat, czy mogę zapomnieć, jak bardzo lubiłem swoją pracę, ile satysfakcji mi dostarczała?”. David robi bilans: poznał, co to miłość, ma żonę, dzieci i wyjątkowych przyjaciół, zostawił po sobie ślad. Pisze: „Gdybym żył do osiemdziesiątki, nie zrealizowawszy żadnego z moich marzeń ani aspiracji, to dopiero byłaby udręka”. Ten niezwykły lekarz mówi: „Moje życie było tak sensowne, że nie żałuję ani chwili; wobec tego, ile dałem innym, nie ma znaczenia, że odchodzę tak młodo”. W jego historii skupiają się wszystkie pozytywne przesłania i odkrycia na temat tego, co może chronić nas przed trwogą, rozpaczą czy lękiem wobec przemijania.

W pełni

Te prawdy są w nas. Gdy zaglądamy w głąb siebie i słuchamy cichego, jednak pełnego żaru głosu serca, sens i znaczenie naszego życia wyłaniają się z całą jaskrawością. Amerykański psychoterapeuta Irvin D. Yalom napisał niezwykłą książkę na ten temat. Nazywa się „Patrząc w słońce. Jak przezwyciężyć grozę śmierci” i jest zapisem relacji z praktyki pomocy psychoterapeutycznej, której udziela ludziom mierzącym się z podstawowym pytaniem: Skoro muszę umrzeć, jaki sens ma moje życie? Odpowiedź na to pytanie wydaje się absolutnie kluczowa. Albert Einstein jest autorem wielu inspirujących myśli. Jedną z nich jest ta: „Człowiek, który uważa swe życie za pozbawione sensu, jest nie tylko zwyczajnie nieszczęśliwy, ale i niezdolny do życia”. Doktor David Servan-Schreiber pisze, że mamy w sobie podstawowy zestaw pytań: Co zrobiłam i robię dobrego, właściwego i pożytecznego? Czy ustaliłam właściwe priorytety? Czy życie, które tworzę, ma wartość? Czy warto je kontynuować w takiej formie jak dotychczas?

Podczas rozmów z doktorem Yalomem ludzie dokonują następujących odkryć: To, co ważne, co ma sens, jest tworzeniem życia pełnego zaangażowania, bliskich relacji, znaczenia i samorealizacji. Rezygnowaniem z robienia czegoś, czego tak naprawdę nie chcemy robić. Gotowością do podejmowania ryzyka, aby wybierać to, co czujemy, że jest naszym przeznaczeniem, powołaniem czy misją. Gotowością przekraczania siebie poprzez obejmowanie świadomością całego spektrum życia, którego jesteśmy częścią; widzenie i rozumienie połączeń, relacji, wpływów, przekształceń i transformacji. Budzenia się do wyższej świadomości, do spokoju i radości. Z tych rozmów wynika, jak pisze Yalom, że istnieje ścisły związek pomiędzy lękiem przed śmiercią a poczuciem nieprzeżytego życia. Żyj pełnią życia – to podstawowe wskazanie. Jak poznać, czy żyjemy pełnią? „Niczego nie żałuję” – napisał doktor David Servan-Schreiber. Czy możemy tak powiedzieć? Jeśli nie możemy, pójdźmy dalej: Z jakich powodów nie przeżywam swojego życia dobrze? Czego w nim żałuję? Czego w nim brakuje? Co mogę zrobić już dziś, aby za rok czy za pięć lat, patrząc wstecz, nie wpadać w podobną konsternację z powodu nowych żalów? Jest tu jednak ważna kwestia: nie zajdzie żadna pozytywna zmiana, dopóki przywiązujemy się do myśli, że mamy żyć dobrze z powodu, który jest poza nami. Dopóki przerzucamy odpowiedzialność na innych, nie wyjdziemy z impasu. Zmiana zaczyna się od myśli: „Ja i tylko ja odpowiadam za kluczowe aspekty mojej życiowej sytuacji i tylko ja dysponuję mocą, która może je zmienić”.

Jak kręgi po wodzie

Okazuje się, że głęboko w nas tkwi pragnienie, by pozostawić po sobie ślad. Każdy z nas tworzy, często bez świadomej intencji czy wiedzy, kręgi wpływu, które mogą oddziaływać na innych latami, a nawet przechodzić z pokolenia na pokolenie. Kojąco może działać świadomość, że będziemy istnieć poprzez nasze „dzieła”: dzieci, książki, które napisaliśmy, instytucje, działalność społeczną. Że pozostawimy po sobie część doświadczenia, cechy, które miały wpływ na innych; wpływ, który rozszedł się jak kręgi po wodzie. Pragnienie, by dać innym coś wartościowego, pozostawić po sobie coś, co przetrwa dłużej niż my sami, to potężna podbudowa dla sensu życia pomimo przemijania.

„Kiedy tracimy kogoś bliskiego, kochaną osobę, coś z tego, co nam przekazała, nadal żyje w nas i nas inspiruje, pisze David Servan-Schreiber. Nasi zmarli żyją w naszych sercach. Ta forma »nieśmiertelności« daje mi najwięcej pocieszenia”. Zwierza się, że lubi myśleć, iż za każdym razem, kiedy jego ukochani poczują pieszczotę wiatru na twarzy, wtedy pomyślą, że wraca, by ich ucałować.

  1. Styl Życia

Sens ciszy w życiu – Benedyktyni w Tyńcu

Opactwo w Tyńcu jest najstarszym z istniejących klasztorów w Polsce. (Fot. Wikimedia Commons)
Opactwo w Tyńcu jest najstarszym z istniejących klasztorów w Polsce. (Fot. Wikimedia Commons)
Kwiat rośnie w ciszy, ale pnie się w górę. Mnich w ciszy spotyka siebie. Milczenie daje szansę, by usłyszeć mistrza. O tym, że warto pielęgnować ciszę, kiedy brzmi najpełniej i jak mocno działa, opowiada ojciec Bernard Sawicki, opat klasztoru Benedyktynów w Tyńcu

.

Tekst archiwalny (obecnym opatem klasztoru w Tyńcu jest ojciec Szymon Hiżycki, przyp. redakcji)

W  klasztorze Benedyktynów w Tyńcu cisza obowiązuje od 21.30 do 6.00 następnego dnia. Mnisi nie odzywają się do siebie nawzajem. Do czego to jest potrzebne?
Może to się wydaje zaskakujące, ale życie w klasztorze jest niezwykle intensywne. My jesteśmy tu „zamknięci” 24 godziny na dobę. Jeśli nie będzie pewnych reguł, zapanuje chaos. Mamy więc wyznaczony czas, by mówić na tematy praktyczne, dotyczące życia czy przyszłości opactwa, jego codziennego funkcjonowania. Ale każdy z nas powinien mieć także zagwarantowaną przestrzeń, by móc wejść w siebie, skupić się na ważniejszych sprawach, na modlitwie i medytacji. Cisza ma nas chronić. Ma pomóc, by od tych ważniejszych spraw nikt nas nie odrywał, nawet w jakiejś niecierpiącej zwłoki kwestii.

Ludzie, którzy nie dają sobie prawa do ciszy, nie mają w ciągu dnia tego momentu spojrzenia w głąb, zastanowienia się nad sobą.
„Muzyka tła”, która ciągle gdzieś im brzęczy koło uszu, daje poczucie, że są w ciągłym ruchu, rozwijają się. Ale to jest iluzja. Bo tak naprawdę w życiu niezbędne są takie chwile, by usiąść i w spokoju się nad sobą zastanowić: „Kim ja jestem?”, „Dokąd idę?”, „Czy jest sens w tym, co robię?”, „Czy muszę to robić?”, „A może mogę robić to lepiej?”.

Mnich naprawdę w tej ciszy rozważa codziennie, po co i dlaczego tu jest?
Mnich w ciszy powinien czuć się u siebie. Te momenty w ciągu dnia: rano, wieczorem, po komplecie albo w trakcie nabożeństw, gdy wybrzmi już śpiew i liturgia – to są właśnie chwile, gdy jestem u siebie. Czuję, że dotykam jakiejś bardzo ważnej rzeczy, i nic mi więcej nie potrzeba. Jest spokój. To jest taki czas relaksu, harmonii – ale i skupienia, niekiedy żarliwości. Ludzie z zewnątrz, jak ich nazywamy, też tego szukają, na przykład w medytacjach. Osobiście lubię moje medytacje, rano, po Eucharystii, zanim zacznie się zwariowany dzień. Przez okno mojej celi mogę obserwować słońce. W zależności od pory roku wędruje po innym torze, teraz codziennie jest troszeczkę wyżej. Wiosną pojawiły się ptaki.

Kiedyś jeden mnich z eremu Kamedułów na Bielanach w jakimś programie telewizyjnym miał opowiedzieć, jak wygląda jego dzień. I zaczął snuć fascynujące historie o ptakach, które słyszy, a niekiedy i widzi przez okno. Dokładnie wiedział, kiedy, z której strony zaśpiewa czy nadleci który ptak, poznawał je po głosie. Ten kameduła stworzył sobie taki mikroświat: z drzewami za oknem, ptakami, z ich śpiewem. I był tam u siebie. Medytacje to jest moja liturgia chwili o poranku. Wsłuchuję się w ciszę, zżywam z odgłosami przyrody... I potem mogę wyjść na zewnątrz, do ludzi, w świat dźwięków.

Ten tyniecki świat dźwięków został przedstawiony na płycie „Pocztówki dźwiękowe z opactwa Benedyktynów w Tyńcu”. Okazuje się, że cisza może być zaskakująco… głośna.
No tak, choć być może rzeczywiście sprzedawanie płyty z odgłosem ciszy absolutnej byłoby świetnym interesem! Ale nie, cisza w Tyńcu dźwięczy. To dobrze, bo wsłuchując się w nią, można zauważyć, jak jest bogata: szelest liści na drzewach, szum niedalekiej autostrady, lecącego samolotu. Codziennie słychać to samo. I pojawia się myśl: „jestem tutaj, to jest moje miejsce, wczoraj tu byłem i jutro zapewne też będę”.

Czy cisza i milczenie to jest to samo?
W języku polskim często stosuje się te określenia wymiennie, ale w łacinie istnieje słowo oznaczające niemówienie, pewną powściągliwość w wypowiadaniu słów. Takie niemówienie jest technicznym warunkiem ciszy, ale nie jedynym. Nie tylko nie powinno być niepotrzebnych słów, ale i hałasów, zbędnych odgłosów. Dlatego mnich, który idzie dziedzińcem, nie krzyknie do drugiego, którego widzi na drugim końcu: „Braaaaacie Jaaaanie!”. Nawet na dziedzińcu pilnujemy się, żeby słowami nie zburzyć komuś ciszy. W naszej codzienności można to uczynić bardzo łatwo: szuraniem krzesła, tupaniem. Są i takie miejsca w opactwie, w których raczej w ogóle nie wypowiada się słów. Nie odzywamy się w bibliotece, kapitularzu, refektarzu, w którym jemy posiłki. Jest wtedy czytanie, ale to nie to samo co rozmowa.

Pielęgnujemy to, bo takie zakazy sprzyjają tworzeniu atmosfery ciszy, świadomej kontroli napływających bodźców. Bywa, że jadają z nami niektórzy goście (oczywiście tylko mężczyźni). Często nie czują, że przyszli do nas z innego świata – hałasu i krzyku. Siada taki przybysz przy stole i nagle na cały głos mówi: „Poproszę sól!”. Dla niego to jest powiedziane normalnym tonem, może nawet zdaje mu się, że półgłosem. A dla nas to brzmi jak detonacja bomby. Aż nas odrzuca, wszyscy mrugają oczami, patrzą: no, gościu „zniszczył” nam ciszę!

No dobrze, ale to jak się prosi o tę sól, gdy ktoś jej potrzebuje?
To, że nie ma słów, nie znaczy, że nie ma komunikacji. Z zakonów najbardziej milczącym są trapiści. Oni też stworzyli specjalny system porozumiewania się na migi, w każdym kraju ten język jest trochę inny. Ale to wcale nie jest aż tak potrzebne. Bo przebywanie razem w milczeniu czyni człowieka wrażliwszym na drugiego. Przy dużej ilości dźwięków mózg jest tak zaabsorbowany ich przetwarzaniem, że nie ma już wolnych zasobów, żeby uruchomić inne zmysły. A jeśli zredukujemy ilość napływających do nas dźwięków, natychmiast zaczyna pracować wzrok, powonienie, dotyk, budzi się wyobraźnia. Stajemy się czujni i uważni jeden na drugiego. Ja po prostu widzę, że dany współbrat rozgląda się za solą i jeszcze wiem, że lubi słone potrawy, więc przesuwam solniczkę w jego kierunku. Patrzę wkoło, żeby zorientować się, czy jakaś potrawa nie skończyła się na półmisku, czy goście mają już przed sobą dania, czy można zacząć jeść. Dla postronnych obserwatorów to często jest wręcz szokujące: jak sprawnie my się w takich sytuacjach porozumiewamy, bez konieczności wypowiedzenia choćby jednego słowa.

Są rzeczy, które lepiej wyrazić milczeniem niż słowami?
Na pewno. Słowo jest mocniejsze, może wywołać silniejszy efekt. Dlatego nie trzeba wcale od niego zaczynać. Na przykład na kolacji brat zagapia się, talerz wyskakuje mu z rąk, robi się huk. On staje przed krzyżem, kłania się – to znaczy, że mówi: „Zawaliłem, przepraszam”. Nie musimy mu powtarzać: „Następnym razem uważaj”. Ale bywa, że ktoś robi źle, a upominające milczenie nie działa: on nadal postępuje tak samo. Wtedy wchodzą słowa – najpierw od współbraci, delikatne napomnienia. Potem jest rozmowa z przełożonym. Jeśli nic się nie zmienia, pojawiają się konsekwencje. Człowiek zostaje wyłączony z życia wspólnoty, odsunięty na bok. Więc najpierw jest milczenie. Potem słowo. A na koniec – czyny.

Wewnętrzna cisza wynika z poczucia, że jestem na właściwym miejscu, podążam właściwą drogą. To co jest w ludziach, którzy tego przekonania nie mają?
Chaos i hałas. To się może przejawiać w różnych formach. Jedną z nich jest krzyk, mówienie rzeczy niepotrzebnych, toksycznych. Za tym idą też zachowania: bywają tacy ludzie, którzy plotkują, obmawiają innych, mącą, skłócają jednych z drugimi. Cisza to wyraz pokoju. Dlatego mnisi pozdrawiają się słowem: „Pax”. Hebrajskie „Shalom” też to oznacza.

Ludzie przychodzą do klasztoru, bo szukają ciszy, której brakuje im w świecie zewnętrznym?
Tak chyba jest. To nas motywuje, by tą ciszą się dzielić, po to powstał Dom Gości. Ludzie przychodzą, uczestniczą w różnych programach, rekolekcjach, ale często sami mówią, że najbardziej zależy im właśnie na ciszy. Są takie grupy, które od początku zakładają, że przez cały pobyt będą milczeć, spróbują sił w takim trochę odmiennym od codziennego sposobie funkcjonowania. Chcą stanąć u źródeł własnej tożsamości. Każdy w ciszy może się wsłuchać, co mu w duszy gra. To jest zresztą powiedziane w „Regule św. Benedykta”: „Słuchaj, synu, nauk mistrza i nakłoń ku nim ucho serca swego”. Bo milczenie, cisza to przede wszystkim słuchanie. Tego, co się dzieje w moim sercu, wnętrzu, sumieniu. Bywa, że nie są to łatwe sprawy. Czasem cisza konfrontuje mnie z moimi urazami, lękami, smutkiem, ale to musi wypłynąć na wierzch. Nie pozwalam się od środka zatruć, wypłukać, ale i nie zadeptuję tego, nie udaję, że jest świetnie. Medytując w milczeniu, zaglądając w siebie, staram się jakoś na to odpowiedzieć, znaleźć drogę. W tym sensie cisza może wyzwalać.

Pewnie łatwiej jest ją odnaleźć w klasztorze, ale jak zatrzymać ją i pielęgnować w codziennym życiu?
Nasza „Pocztówka dźwiękowa” jest właśnie próbą zatrzymania tej ciszy. Ktoś, kto szukał jej u nas, może włączyć w domu płytę, wsłuchać się w odgłosy kroków w krużgankach, zamykanej na noc bramy, ptaków w wirydarzu, i przywołać tę ciszę do siebie. Dobrym pomysłem jest codzienne, skrupulatne pilnowanie pewnego rytmu wyciszeń i medytacji. To jest dokładnie to, co my robimy tu, w opactwie, trzymając się sztywnego harmonogramu dnia.

Każdy człowiek, nawet bardzo zabiegany, może o to zadbać w swoim planie dnia. Można sobie co rano pomedytować – choćby przez kwadrans.
Gdy słyszę, że ludzie nie mają na to czasu, mówię: „Ale ma pani czy pan czas na poranną toaletę, prawda?”. Skoro dbamy o higienę ciała, dbajmy też o higienę duszy, bo jest to jej nie mniej potrzebne. W trakcie tego kwadransa w ciszy mogę zanurzyć się w siebie, w to, co jest dla mnie ważne, kim jestem, w źródło mojej tożsamości. Potem wychodzę, idę w świat, ale pamiętam, skąd przyszedłem. Mogą przydarzyć mi się różne rzeczy, nawet bardzo niemiłe, ale to nie ma znaczenia – bo nie zależę od warunków zewnętrznych. To jest związane z postawą, która nosi po grecku nazwę apatheia – niepodatności na emocje.

Kwadrans milczenia może sprawić, że nie będziemy tak wrażliwi na codzienne stresy?
Jeśli pielęgnuję w sobie ciszę, stresy mnie nie zniszczą. W apoftegmatach są historie dawnych mnichów, Ojców Pustyni: jest jakiś kataklizm, wszystko się wali, ktoś kogoś okradł. Trudno. To nie jest w życiu najważniejsze. Jeśli codziennie mogę wrócić do siebie, do tej bazy, wiem, jaka jest moja misja, co jest dla mnie ważne – będę potrafił to przyjąć. Także stoicy próbowali kształtować u siebie takie podejście. Każdy może do niego dążyć choć troszkę w codziennym życiu. Ale, oczywiście, kluczowa jest ta baza wewnątrz. W codziennej ciszy, choćby na kwadrans wracam do swojej bazy. Z czasem jestem w stanie odwoływać się do niej w dowolnej chwili dnia, na przykład wtedy, gdy nagle górę biorą nade mną złe emocje, gdy czuję gniew, frustrację czy lęk.

Jest taki przedsiębiorca kanadyjski, Robert Ouimet, zajmuje się branżą spożywczą. W siedzibie jego firmy wyznaczono pokój, do którego każdy z pracowników w dowolnej chwili może pójść, żeby się wyciszyć. Każdą naradę ma zwyczaj zaczynać od dwóch minut milczenia. Żeby wszyscy mogli sobie przypomnieć: „Po co tu jesteśmy?”, „Co jest dla nas najważniejsze?”. Czasami cisza proponowana jest w chwilach szczególnego napięcia, emocji. On mówi, że to działa. Ludzie stają się spokojniejsi, bardziej chętni, by słuchać siebie nawzajem. Byłoby idealnie, gdyby w każdym biurze czy fabryce tak pracowano, ale – może zacznijmy po prostu od siebie. Od porannego milczenia.

Czy milczeniem można próbować zadać komuś ból? Cisza może wynikać z egoizmu, chęci zranienia kogoś?
Ta cisza, o której my mówimy, to milczenie, które jest milczeniem żywym, milczeniem życia. Roślina w ogrodzie też wzrasta w ciszy, ale rozwija się, pnie do góry. Kluczowe jest otwarcie się na świat i drugiego człowieka, wsłuchanie w to, co dzieje się we mnie, ale i w innych, chęć odpowiedzenia na to. Ale, oczywiście, bywa cisza, w której ktoś nie słucha, odwraca się, okazuje drugiemu swoją dezaprobatę i brak akceptacji. To jest milczenie nieobecności. Taka cisza jest martwa, jak na cmentarzu. Nie chcę powiedzieć, że zawsze jest ona zła.

Czasami trzeba odgrodzić się taką ciszą od kogoś, kto jest toksyczny, zatruwa nas. Św. Benedykt, gdy mówił o wcześniej wspomnianej gradacji sankcji wobec mnicha, który niewłaściwie postępuje, na koniec powiedział: „Jest moment, w którym opat widzi, że modlitwa, milczenie, napomnienia czy słowa nie pomagają. I wtedy wyciąga miecz i odcina. Odłącza tego kogoś od wspólnej przestrzeni, i potem my już nie wiemy, co się z taką osobą dzieje, ona jest poza”. Bywa, że w życiu na zewnątrz też trzeba kogoś odciąć milczeniem. Kobieta, która ma partnera stosującego wobec niej przemoc. Być może ona nawet próbowała ten związek ratować, ale nic nie pomaga. Wtedy ona wyprowadza się, przestaje odbierać telefony, nie odpowiada na e-maile i esemesy, nawet ich nie czyta. Żeby ratować swoje życie, przekreśla to, co tym życiem nie jest. Takie milczenie jest formą obrony.

Gdzie cisza brzmi najpiękniej?
Tam, gdzie jest miłość. Jeśli jestem z kimś, kogo kocham. Bo nie da się kochać bez milczenia, i być może im większa jest miłość, tym tego milczenia więcej – bo otwieramy się na drugiego człowieka, jesteśmy go ciekawi, spragnieni, chcemy go wysłuchać. Ja kocham Boga. Więc dla mnie najpiękniej brzmi cisza w kościele, na przykład wtedy, gdy kończy się jakaś wyjątkowo piękna liturgia. A dziewczyna i chłopak, którzy się kochają – idą na przykład na łąkę w lesie. W takich chwilach cisza jest najpiękniejsza. I jeśli zdarza się tak, że tracimy tę ukochaną osobę, to wspominamy właśnie tę łąkę w lesie – i to, że nie było tam słów. Potem można na tę łąkę pójść, szukać tego wspomnienia. Ptaki tak samo będą śpiewać i drzewa tak samo szumieć. Ale cisza już nie będzie ta sama.

  1. Psychologia

Dostrojenie - sposób na rozluźnienie, osiągnięcie spokoju i poszerzenie świadomości

Kiedy przełączamy się na doświadczanie zmysłowe, umysł może wreszcie odpocząć. (Fot. Getty Images)
Kiedy przełączamy się na doświadczanie zmysłowe, umysł może wreszcie odpocząć. (Fot. Getty Images)
Rozluźnić się, osiągnąć spokój, poszerzyć świadomość. Jak? Amerykanin Stanley H. Block zaleca powrót do zmysłów. Jego metoda rozwoju osobistego, Mind-Body Bridging w Polsce znana jest jako Dostrojenie.

Wielu z nas zwykło myśleć o rzeczywistości dość niepochlebne rzeczy, utrwalone zresztą w języku. Że szara, twarda, ponura, brutalna. Stanley H. Block stawia tezę, że rzeczywistość może być kojąca, trzeba ją tylko oddzielić od stresujących wyobrażeń stworzonych przez umysł. Już we wstępie do swojej książki „Powrót do zmysłów” prosi czytelnika: „Pomyśl o setkach przedmiotów i powierzchni, których dzisiaj dotknąłeś, które stały się dzisiaj częścią twojego życia. Czy poczułeś, jak dotykałeś ubrania, kluczy, filiżanki, butów, wody, sztućców? Czy dostrzegłeś krajobraz, który mijałeś w czasie jazdy samochodem? Kiedy ostatnio przegapiłeś zjazd z autostrady albo ulicę, w którą powinieneś skręcić, gdyż twój umysł był czymś bardzo zajęty?”.

Praca zmysłów

Block pracował już od ponad 40 lat jako psychiatra i psychoanalityk, kiedy zaczął zastanawiać się, w jaki sposób człowiek hamuje naturalne procesy uzdrawiania (bo co do tego nie miał wątpliwości). I tak pewnego wieczoru, odpoczywając w salonie, zwrócił uwagę, że dobiegający z kuchni szmer lodówki to pojawiał się, to znikał. Zastanowiło go to. Lodówka pracowała cały czas, co zatem sprawiało, że jej szum na przemian docierał do uszu i nikł? „Zauważyłem, że gdy tylko w mojej głowie pojawiały się jakieś myśli, szmer lodówki znikał. Nagle dotarło do mnie, że to skupione na mnie samym myśli zatkały moje uszy! Uświadomiłem też sobie, że gdy tylko kierowałem uwagę z powrotem na szmer lodówki, ogarniał mnie spokój. Gdy gubiłem ten dźwięk, umysł napełniał się myślami, a ciało się napinało. Poza tym traciłem wówczas zdolność widzenia peryferyjnego. Moje własne myśli powodowały stan ograniczenia świadomości!” – pisze.

Zaczął badać pracę zmysłów, a dokładniej sposób, w jaki ich używamy: jak to jest, że patrzymy – nie widząc, słuchamy – nie słysząc, dotykamy – nie czując? Nazwał ten stan zapadnięciem świadomości. Co jest powodem tego odcięcia od świata tego owinięcia życia watą, pozbawienia go barw, smaków, zapachów? Nie może to być sam proces myślenia – w końcu jest dla człowieka czymś naturalnym! Uznał, że zjawisko to dotyczy wybranych myśli, odcinających od naszej istoty, i że za ich powstawanie odpowiedzialny jest jakiś podstępny układ. Nazwał go układem tożsamości, bo pełen jest egocentrycznych myśli i osądów. To za jego sprawą czujemy się czasem całkiem odrębną jednostką, tracimy poczucie spójności ze wszechświatem, lądujemy gdzieś poza „tu i teraz” – oddzieleni od doznań zmysłowych, bogactwa i pełni życia. Kiedy układ tożsamości jest aktywny, umysł zapychają nakręcające się myśli i fałszywe wyobrażenia, ciało napina się, zmysły drętwieją. Jesteśmy jak w pułapce, z dala od siebie, od wewnętrznej mądrości.

Myśli, będące podstawą istnienia układu tożsamości, Stanley Block nazywa wymogami. Jak łatwo się domyślić, próbują nam one narzucić, jacy powinniśmy być i jaki powinien być świat. Znajdziemy więc wśród nich wszelkie frustracje – że szef nas nie chwali (przecież wszyscy szefowie powinni to robić!), pies nie merda na nasz widok ogonem (może jest chory?) i że akurat na czas naszego urlopu psuje się pogoda (to niesprawiedliwe!). Inna sztuczka układu tożsamości to tzw. wewnętrzne opowieści, w które nas wciąga – dotyczące zwykle tego, co było lub będzie, co zawaliliśmy i czym możemy się wykazać w przyszłości. Stanley Block twierdzi, że nadaktywny układ tożsamości zawęża naszą świadomość i wywołuje strach, a wprowadzenie go w stan spoczynku całkowicie odmienia życie.

Jak działa Dostrojenie?

Układ tożsamości oddziela nas od ciała, a bez kontaktu z ciałem – wiadomo – tracimy ugruntowanie, poczucie bezpieczeństwa. – Dlatego, kiedy jesteś niespokojna czy nie możesz zasnąć, potrzyj palcami powierzchnię jakiejś tkaniny – zaleca Stanley Block. – Bądź świadoma faktury materiału, po którym przesuwają się koniuszki palców... Chodzi o to, żeby być świadomym doznań w ciele i myśli, tego, na co patrzymy i czego słuchamy. Dostrojenie można praktykować wszędzie, choćby stojąc w kolejce do kasy. – Wsłuchaj się w zgrzyt wózków sklepowych, w „bipy” kasy, szczebiot dziecka – sugeruje Stanley Block. – Poczuj swoje ciało – obolałe nogi, burczący brzuch. Sprawdź, czego dotykają twoje palce, skóra... Kiedy przełączamy się na doświadczanie zmysłowe, umysł może wreszcie odpocząć. A przecież to umysł z jego natarczywymi myślami podkręca nasze emocje. Jesteś wściekła? Zanim zareagujesz, posłuchaj, czym żyje świat: wsłuchaj się w szczekanie psa, szum z ulicy, śpiew ptaków.

Jeszcze dwa terminy: depresor i fikser. To one tworzą układ tożsamości. Pierwszy przechwytuje neutralną myśl (np. „nie zdążyłam”), by stworzyć wokół niej własną opowieść („jestem nieudacznikiem”, „nie nadaję się”, „nie potrafię”, „mam pecha”, „wszystko na nic”) i udowodnić, że coś z nami jest „nie tak”. Drugi jest dużo bardziej podstępny – próbuje zaradzić sytuacji, a tak naprawdę wykorzystuje ją, by zbudować motywację i presję („muszę się bardziej postarać, wcześniej wstawać, mniej rozmawiać przez telefon”). Nie chodzi tu o to – tłumaczy Stanley Block – by rozstrzygać, które myśli są negatywne, a które pozytywne. Nie chodzi o to, by – jak zaleca wiele szkół – eliminować pierwsze, a wzmacniać drugie, ale żeby się do nich zdystansować, nie być ich niewolnikiem. Nie dopuścić do snucia wewnętrznych opowieści, wywołujących napięcia w całym ciele. Żeby mieć świadomość, że jesteś czymś znacznie większym niż twoje myśli.

Stąd pomysł, żeby je nazywać. Jak to zrobić? Po prostu. Pomyślałaś sobie, że jesteś głupia? Przyznaj: „Miałam myśl, że jestem głupia”. Pomyślałaś: „Zabiję gnoja!”. W porządku, powiedz sobie: „Miałam myśl, że zabiję gnoja!”. A może twoja myśl to: „Muszę schudnąć kolejne trzy kilo, inaczej nikt mnie nie pokocha”. To tylko myśl! Ty decydujesz, co z nią zrobić, ona o niczym nie przesądza.

Inne, stosunkowo proste narzędzie, pomagające zneutralizować układ tożsamości, to kreślenie map umysłu-ciała. Pracuje się z pytaniem, np. „Co się dzieje w moim umyśle?” albo „Co mam zrobić?”. Na wykonanie takiej mapy wystarczy pięć minut. Na środku kartki, w kółku, zapisujesz temat-pytanie, a wokół niego wszystko, co się w związku z nim pojawia: myśli, skojarzenia, odczucia w ciele. W ten sposób masz przejrzysty obraz tego, jak działa twój układ tożsamości. To wystarczy – twierdzi Stanley Block – by uwolnić się spod jego wpływu, znaleźć nową perspektywę. Zaleca, by za każdym razem, gdy przeżywamy jakieś trudności, sporządzić mapę przedstawiającą aktualny stan umysłu. Propozycji map jest zresztą w książce całe mnóstwo: mapa depresora, mapa fiksera, mapa „kim chciałbym być?”, mapa snu, decyzji, śmierci... Mało? Książka „Powrót do zmysłów” zawiera też 10-dniowy plan optymalizacji życia. Autor zapewnia, że używając wszystkich narzędzi z tego planu, możesz przekształcić układ tożsamości w „maszynę do uzdrawiania”. Można by uznać, że dostrojenie to nic nowego, a jednak... Intryguje. Jak wiele innych metod, promuje uważność, zachęca do tego, żeby obserwować umysł i wyłapywać, kiedy wpada w wir nakręcających się myśli. Podsuwa też – jak przystało na metodę zrodzoną w Ameryce – gotowe narzędzia.

Warto przeczytać: Stanley H. Block, Carolyn Bryant Block, „Powrót do zmysłów”, Czarna Owca 2011

  1. Psychologia

Jak spojrzeć na życie z innej perspektywy? Podpowiadamy

(Fot. Getty Images)
(Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Podobno punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Jeśli spojrzysz na swoje życie z innej perspektywy, może się okazać, że nie jesteś gotowa na zmianę, której tak pragniesz. Zanim dokonasz życiowej rewolucji, skontaktuj się z człowiekiem, którym teraz jesteś, doceń to, co osiągnęłaś. Pomogą ci w tym proste ćwiczenia.

Zamiast rewolucji

Jedna z życiowych mądrości mówi, że jeśli chcesz, aby wydarzyło się w twoim życiu coś nowego, ty również zrób coś innego niż zwykle. Innymi słowy, przestań robić ciągle to samo. Nie musisz wywracać swojego życia do góry nogami, aby zmiana się dokonała. Sama ją zainicjuj, wykonując jeden mały krok, np.: spotkaj się z kimś dawno niewidzianym, pojedź do miejsca, o którym marzyłaś, zmień nawyk, który zabiera ci mnóstwo cennego czasu. Działaj w inny sposób, niż robisz to na co dzień.

Pochwała podróżowania

Jesteś sfrustrowana tym, że nic się nie zmienia? Często myślisz, by rzucić wszystko i wyjechać w nieznane? Sprawdź, czy to tylko słowa rzucane na wiatr, czy prawdziwa potrzeba zmiany otoczenia. Jeżeli naprawdę potrzebujesz wyjazdu, po prostu wyjedź. Zadbaj o zmianę otoczenia, na kilka dni, tygodni, a może na dłużej. Każda podróż, daleka czy bliska, daje niezbędny dystans, pozwala spojrzeć na życie z lotu ptaka, wsłuchać się w swoje prawdziwe potrzeby, odpowiedzieć na pytanie: „Czego tak naprawdę chcę?”. Jeśli ty sama choć trochę zmienisz się dzięki podróży, zmieni się także twoje życie.

Jakiej nowej jakości potrzebujesz?

Zadaj sobie kilka pytań:
  • W jakiej sferze życia czuję najmocniej potrzebę zmiany?
  • Co dokładnie chciałabym zmienić w tej sferze życia?
  • Co mogę zrobić, aby coś się rzeczywiście zmieniło?
  • Jak mogę dać sobie to, czego tak bardzo potrzebuję?
Ostatnie pytanie jest kluczowe. Często chcemy, aby to świat i inni ludzie dali nam to, czego najbardziej potrzebujemy. Jeśli tego nie dostajemy, czujemy frustrację, gniew albo smutek. A gdyby najpierw dać to sobie samej? A w następnej kolejności – komuś bliskiemu? Partnerowi, komuś z rodziny, przyjacielowi?

Nie działaj w amoku

Wyobraź sobie taką sytuację: przeżywasz właśnie awanturę z partnerem albo w pracy ktoś oskarżył cię o coś, czego nie zrobiłaś. Twoje emocje buzują, we krwi krążą hormony stresu, nie panujesz nad słowami, jesteś nawet zdolna do fizycznej agresji. To właśnie jest amok emocjonalny – trochę odmienny stan świadomości, który zniekształca odbiór sytuacji. W takich chwilach chcemy coś jak najszybciej zmienić, zakończyć.

Lepiej poczekać, ochłonąć, pooddychać, a najlepiej zająć się czymś innym. Nie podsycać stanu wzburzenia obsesyjnymi myślami. Decyzje podjęte w chwili wzburzenia emocjonalnego są zazwyczaj nietrafne. Często ich potem żałujemy.

Praktykuj wdzięczność

To nie jest nowa moda w kręgach rozwoju osobistego, tylko technika, którą zalecają nauczyciele duchowi niemal wszystkich tradycji. Zasada jest prosta: zamiast narzekać na swoje życie i cierpieć, że coś nam się nie udało albo że coś straciliśmy, skupiamy się na tym, co mamy. Chodzi o przekierunkowanie uwagi na pełnię. Kiedy zaczynamy doceniać to, co mamy, odżywiamy siebie emocjonalnie. I nagle może się okazać, że już nie potrzebujesz zrywać relacji ani zmieniać na gwałt pracy. Możesz jeszcze poczekać i cieszyć się tym, co jest.

Trening małych kroków

Zacznij od małych kroków: codziennie powiedz do siebie na głos co najmniej jedną rzecz, za którą dziękujesz losowi.

Kup piękny zeszyt i zapisuj w nim wszystko, za co jesteś wdzięczna. Im więcej napiszesz, tym lepiej się poczujesz. Choć to tylko jeden z efektów tej praktyki. Chodzi przede wszystkim o zmianę myślenia.

Codziennie powiedz do swojego odbicia w lustrze, za co jesteś sobie wdzięczna. To nie jest praktykowanie niezdrowego egoizmu czy postawa narcystyczna. To zadbanie o dobrą relację z samą sobą, podbudowanie siebie, pokochanie taką, jaką jesteś.

Codziennie powiedz jednej osobie, za co jesteś jej wdzięczna (czasem wystarczy słowo „dziękuję”, które mówisz świadomie do kogoś bliskiego, znajomego, sprzedawczyni w sklepie).

Przeznacz kilka minut dziennie na przypominanie sobie pozytywnych wydarzeń z twojego życia i odczuwanie wdzięczności za to, że mogłaś tego doświadczyć.

Praca zaawansowana

Pomyśl o osobie, z której powodu dużo wycierpiałaś (np. partner, który cię opuścił, rodzic, który źle cię traktował, przyjaciółka która zawiodła twoje zaufanie).

Zadaj sobie pytanie: czy mogę być za coś wdzięczna tej osobie? Racjonalny umysł odrzuci tę propozycję, będzie się starał ją podważyć: „Jak można być wdzięcznym komuś, kto spowodował, że tak cierpiałaś”. To niełatwa praca, bo dotyka ran, które masz w sercu, ale za to je ulecza i robi miejsce na wybaczenie.

Uwolnij się od żalu i gniewu. Możesz napisać list do osoby z przeszłości – wyraź w nim wszystkie emocje, przelej na papier najgorsze słowa, a następnie spal to, co napisałaś. Możesz też porozmawiać z terapeutą, psychologiem, trenerem, aby słownie uwolnić emocje.

Kiedy to wszystko zrobisz, zadaj sobie znów pytanie: „Za co mogę być wdzięczna tej osobie?” (np. „dzięki niej przejrzałam na oczy, zmieniłam coś w życiu, zaczęłam nowy rozdział”). Najwyższym stopniem rozwoju jest w trudnych doświadczeniach widzieć nauczycieli.

Zaufaj biegowi wydarzeń

Myślisz o życiowej zmianie, ale nadal masz wątpliwości, czego tak naprawdę chcesz? Odłóż tę sprawę na jakiś czas. Pozwól, aby życie samo ci wskazało, co jest dla ciebie najlepsze. Czasami wyjściem jest zastosowanie filozofii „wu wei” (nicnierobienie jako nasz wybór). Poddajesz się życiu, ufasz, czyli puszczasz kontrolę umysłu. Zwykle przez długi czas nie dzieje się nic, by właśnie zmienił się ten jeden element, który wywraca wszystko do góry nogami. Tak jakby życie do nas mówiło: „Chciałaś zmiany, to ją masz”! Zamiast czekać na to, aż życie ruszy z kopyta, lepiej zacząć być w nim obecnym tu i teraz. Warto też wstrzymać się przed podjęciem ważnej decyzji, jeśli wokół ciebie dzieje się dużo i chaotycznie, coś się psuje, coś w ostatniej chwili się nie udaje…

Dagmara Gmitrzak, trenerka rozwoju osobistego, socjolog, terapeutka technik holistycznych, autorka książek, www.rozwojosobisty.waw.pl