1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Jak ważne jest zawodowe wsparcie kobiet

Jak ważne jest zawodowe wsparcie kobiet

fot.123rf
fot.123rf
To już finał naszej akcji „Solidarność Kobiet ma SENS”, zachęcającej do zobaczenia w drugiej kobiecie przyjaciółki, sojuszniczki, samej siebie. Dlaczego wzajemne wsparcie kobiet jest tak ważne w pracy – Renata Mazurowska pyta Joannę Heidtman, psycholożkę i trenerkę biznesu. Czytajcie i praktykujcie!

Świat jest pełen ambitnych, pracowitych i zdolnych kobiet, jednak to wciąż nie wystarcza, żeby zostać np. prezydentem Stanów Zjednoczonych, nawet jeśli co najmniej połowa wyborców to kobiety. Wciąż myślimy stereotypowo? Nawet kobiety o kobietach?

W świecie społecznym płeć się liczy. Choćbyśmy czuli i byli przekonani, że tak nie powinno być. Psychologowie społeczni i socjologowie ciągle badają to zjawisko. Te same zachowania, a nawet kompetencje oceniane są inaczej w zależności od tego, jakiej płci jest osoba, której dotyczą. W świecie biznesu i polityki nadal kobietom jest trudniej zdobyć poparcie i odnieść sukces niż mężczyznom. Wielokrotnie podkreśla się, że kobiety muszą „postarać się bardziej”, żeby udowodnić, że ich płeć nie jest związana z kompetencjami. Czyli zakłada się, że jest. Mimo że to kompletnie nielogiczne.

Nielogiczne, zwłaszcza że kobiety nierzadko inspirują się nawzajem. I w polityce, i w biznesie, w najbliższym otoczeniu. Które ty sama podziwiasz?

Niespecjalnie rozróżniam, jaką płeć miały moje ikony młodości czy mają dzisiejsze autorytety. Mądry człowiek jest mądrym człowiekiem, niezależnie od płci. Jednak gdy pytasz o kobiety, na myśl przychodzi mi moja babcia –  była lokalnym guru, ciężko pracowała, poświęcała się na rzecz innych. Drugą ważną inspiracją była moja mama, która zaszczepiła we mnie miłość i podziw dla sztuki, przyrody, nauki. Byłam wychowana w taki sposób, że do głowy mi nie przyszło, iż bycie dziewczynką czy kobietą może stanowić problem w nauce, pracy, rozwoju. Do czasu, aż zostałam psycholożką i socjolożką.

Odkąd pracuję z ludźmi biznesu, poznałam sporo kobiet, które zajmowały wysokie stanowiska w firmach – od nich dowiedziałam się, że bywa im bardzo ciężko i że czasem muszą się konfrontować z jawną lub niejawną niechęcią, dyskryminacją lub subtelnym wykluczeniem. Tym bardziej je podziwiałam. Miały rodziny, wychowywały dzieci, a jednocześnie spokojnie „robiły swoje”, ucząc się, pracując, idąc do przodu, piastując kolejne stanowiska, obejmując następne obszary odpowiedzialności.

Obserwujesz świat biznesu. Co się przydaje, by osiągnąć sukces na rynku pracy i trwale go utrzymać?

Wszystko zależy od tego, w jakiej branży i w jakiej firmie pracujemy. Z pewnością przydaje się wysoka motywacja osiągnięć, za którą idzie też umiejętność poświęcenia się i skupienia na pracy, dążenie do realizacji celów oraz oparta na realnej ocenie sytuacji pewność siebie. Coraz ważniejsze stają się kompetencje społeczne – umiejętność porozumiewania się z innymi, przekonywania do współpracy, inspirowania do realizacji wspólnych celów.

Tyle w kwestii „jak osiągnąć sukces?”, ale pytasz też, jak go utrzymać. Otóż do tego trzeba mieć sporą odporność na porażki i niepowodzenia, które zawsze się zdarzają, jeśli działamy, uczymy się, rozwijamy. Niestety, kobiety o wiele częściej niż mężczyźni (to akurat wynika z badań) mają skłonność do „przeżuwania” porażek („Dlaczego mnie się to przytrafiło?!”), co osłabia motywację i prowadzi do obniżenia poczucia własnej wartości. A te składniki są niezbędne do działania i osiągania sukcesu.

Sama głośno przyznajesz, że dużo uczysz się od swoich uczennic.

To bardzo przyjemne chwile, kiedy widzę, że osoby, które kiedyś uczyłam, dziś same są nauczycielami, biznesmenkami, osiągnęły sukces, spełniły swoje marzenia. Na początku dostrzegasz tylko potencjał, a nie wiesz, jak ułoży się ich dalsza droga. A układa się czasem wspaniale. Obecnie jedna z moich studentek, a później asystentka, jako kierowniczka studiów podyplomowych zatrudnia mnie na jednej z uczelni. Nadal korzystamy, tym razem już wzajemnie, ze swojej wiedzy i umiejętności. Ku najwyższej korzyści studentów! Ale to nie jest odosobniony przykład.

Co możemy zrobić, by wspierać się zawodowo? Ja chętnie kupuję od innych kobiet rzeczy, które one same wytwarzają, np. naturalne kosmetyki czy biżuterię. Lajkuję i rozpowszechniam, jeśli wydadzą książkę lub założą stronę. Wydaje mi się, że wciąż za mało się wspieramy oficjalnie, częściej rywalizujemy.

Rywalizacja jest i może być naturalnym i zdrowym elementem motywacji osiągnięć. Myślę, że mówisz raczej o zazdrości czy nawet o zawiści. To niskie uczucie, osłabiające ostatecznie tę, która je żywi, oraz wspólne relacje. Rywalizując, można się razem rozwijać, natomiast zawiść prowadzi do skupienia się na pogorszeniu losu czy kariery drugiej osoby, i wtedy nic z tego konstruktywnego nie wynika. Męska czy kobieca zazdrość zawsze jest destrukcyjnym motywatorem w rozwoju i biznesie. Zwłaszcza że dziś, żeby osiągnąć sukces, trzeba współpracy – z pracownikami, dostawcami, innymi firmami, usługodawcami.

Warto zobaczyć, czy możemy się troszkę wzajemnie „pofaworyzować”. Ktoś może powiedzieć, że wspieranie się kobiet to „odwrócona dyskryminacja”, ale przecież skoro tyle kobiet dopiero startuje w świecie przedsiębiorczości i biznesu, to warto sobie wzajemnie trochę pomóc. Kobiety potrzebują czasem zwykłego wsparcia – możliwości bycia razem, networkingu, pomocy od tych, które mają jakąś unikatową wiedzę, umiejętności. Stąd takie powodzenie różnego rodzaju klubów, stowarzyszeń, sieci, które gromadzą kobiety.

Jest taki stereotyp, że kobiety są nastawione bardziej na wspieranie innych, rozmowę. Słuszny?

To nie zależy od płci, ale od osobowości, systemu wartości, życiowej misji, którą sobie obrałyśmy. Prawdę mówiąc wielcy biznesu – i to zarówno mężczyźni, jak i kobiety – często są też wielkimi społecznikami, i to nie tylko, jak zarzuca się im, z powodów podatkowych. Ci, którzy coś osiągnęli, zazwyczaj mają świadomość, że na to złożyło się wsparcie i pomoc wielu osób. Potem chcą „oddać zaciągnięty dług”. Zrobiliśmy z moim partnerem biznesowym taką akcję rok temu – darmowe warsztaty w hołdzie tym, którzy nam kiedyś pomogli i coś dali, na przykład wiedzę. Znam wiele osób w moim zawodzie, które część czasu poświęcają na pracę nieodpłatną. Wbrew pozorom nasze szczęście nie zależy od liczby doświadczanych przyjemności, ale od tego, czy robimy coś, co ma sens większy niż my sami oraz nasze dobro i wygoda. Jeśli jest tak, jak sugerujesz, że kobiety łatwiej to rozumieją i częściej to robią, to wspaniale.

Gdybyś miała wybrać hasło, które powinno przewodzić solidarności kobiet, co by to było?

„Działaj, rób swoje, współpracuj z innymi”. Niektóre z nas, pod wpływem mało wspierającego otoczenia lub wychowania, wątpią w siebie. Chcą, marzą, ale zamiast sukcesu i osiągnięć, wyobrażają sobie niepowodzenia i pobłażliwe uśmiechy tych, którzy od początku zakładali, że to się nie uda. Te wyobrażenia niepotrzebnie je paraliżują. A najlepszym lekarstwem na niepewność jest... działanie! Próbuj, twórz swoje sukcesy, zaliczaj własne porażki! Oczywiście może się zdarzyć tak, że otoczenie nie będzie sprzyjające, że spotkasz się z czyimś ironicznym uśmiechem, kąśliwą uwagą, niesprawiedliwym odniesieniem do twojej płci. Nie zwracaj na to uwagi. Rób swoje.

Kobiety zapominają czasem, że mają wokół siebie także życzliwe otoczenie, które chce im pomagać. Ważne, żeby ich dostrzegać i dawać im też coś z siebie. Wtedy otrzymujemy dodatkową siłę.

Dr Joanna Heidtman: psycholożka i socjolożka, doradca i coach, wykłada na USWPS i w ICAN Institute. Publikuje na stronach Blogosfery Liderów Harvard Business Review Polska. Współprowadzi firmę konsultingową Business Doctors, www.businessdoctors.pl 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Oparcie w sobie. Na czym polega? Jak je odnaleźć? – wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Bez dobrego kontaktu ze swoim ciałem i bez rozumienia jego potrzeb trudno znaleźć w sobie prawdziwe oparcie. (fot. iStock)
Bez dobrego kontaktu ze swoim ciałem i bez rozumienia jego potrzeb trudno znaleźć w sobie prawdziwe oparcie. (fot. iStock)
Mogłoby się wydawać, że nie ma nic bardziej oczywistego niż ciało. A jednak w naszej kulturze mało kto ma świadomość ciała. Co to takiego i jak wpływa na radzenie sobie ze stresem, tłumaczy psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Są sytuacje, kiedy mamy poczucie, że nadmiar stresu, spraw, trudnych decyzji do podjęcia nas przytłacza. Wówczas szukamy kogoś, na kimś możemy się oprzeć. Przyjaciela, partnera...
I nic w tym złego, warto szukać wsparcia w trudnych chwilach. Ale wsparcia, a nie oparcia. To zupełnie inny ciężar. Oparcie zdrowy człowiek musi mieć w sobie. Inaczej będzie dla innych i siebie ciężarem, co się dla nikogo dobrze nie kończy.

Co to jest oparcie w sobie?
Poczucie, że mogę na sobie polegać, że znam swoje mocne i słabe strony, mam poczucie sprawczości, jestem w kontakcie z tym, co się dzieje. To solidny fundament, na którym stoję. Jeśli go mam, mogę przeżywać chwile zachwiania, zamętu, życie może mi się walić, ale jakoś się odbuduję. Na oparcie w sobie składa się wiele rzeczy, ale przede wszystkim ugruntowana świadomość własnego ciała. Gdy ciało nie jest uświadomione, staje się naszym wrogiem – a wtedy świat też stanie się naszym wrogiem i będziemy się od niego odwracać.

Uświadomione ciało, czyli co?
Ciało zaakceptowane. Takie, jakie jest. Z wszystkimi jego zaletami, ale i z „wadami fabrycznymi”. Z tym, jak się rusza, pachnie, co wydziela, wydala, czego nie umie i czego mu się zachciewa. Z tym, że się starzeje, robią mu się zmarszczki, łysieje, słabnie. Jeśli nie zaakceptujemy ciała, to nie będziemy chcieli sobie go uświadamiać w pełni. Wszystko, co w nas niezaakceptowane lub/i odrzucone, bezproduktywnie wiąże jakąś część naszej świadomości, a to ogranicza możliwość pełnego uczestniczenia w tym, co się w tej właśnie chwili dzieje.

Dlaczego tak wiele osób nie uświadamia sobie ciała?
Jest to związane z negatywnym przekazem kulturowym. Temat rzeka, więc tylko zasygnalizujmy: z jednej strony mamy wyśrubowany i odrealniony wizerunek wiecznie młodego, szczupłego ciała, w zderzeniu z którym żadne normalne ciało nie ma szans. Z drugiej – ciało było i nadal jest (choćby przez różne religie) uznawane za siedlisko ciemnych mocy, popędów, nieczystości. Dlatego odruchowo dystansujemy się od ciała, uciekając w domenę „czystego” ducha lub intelektu. W rezultacie ciało jest odchudzane, zmieniane, a jednocześnie dyscyplinowane, karane, ograniczane, krytykowane, wpychane do ciemnego lochu nieświadomości. Tymczasem dopiero w pełni zaakceptowane, uświadomione ciało otwiera się zmysłowo na świat. I dopiero wtedy możemy myśleć o urealnieniu, czyli byciu w realnym, zmysłowym kontakcie ze światem.

A jak to się ma do obecności?
Do tej pory mówiliśmy o obecności jako o wewnętrznej decyzji, by świadomie kierować reflektorem naszej uwagi. A teraz mówimy o tym, co mimo tej decyzji i szczerych usiłowań może zaburzać i ograniczać nasz kontakt z tym, co rzeczywiste. Urealnienie ma bowiem wymiar bardzo fizyczny. Uświadamiamy sobie ciało, mamy poczucie oparcia w jego strukturze kostnej, mięśniowej i zmysłowej. Dzięki temu odbieramy wrażenia i sygnały zmysłowe z kontaktu ze światem. Wszystko to razem daje poczucie ugruntowania, oparcia, mocnego stania na ziemi. Ugruntowanie to tak ważny element świadomości ciała, że zasługuje na osobny komentarz. Dziś skupmy się na ciele zmysłowym. Nie wszyscy wiedzą, że oprócz takich zmysłów, jak węch, wzrok, słuch, smak i dotyk, mamy jeszcze zmysł czucia ciała, czyli priopriocepcję. To on pozwala nam czuć ciało, jego przestrzeń, rozmiary, a także rozpoznawać jego obecny stan. Dzięki niemu wiemy, czy ciało jest zmęczone, napięte, zimne, ciepłe, rozluźnione, czy chce się położyć, czy dobrze oddycha itd. Gdy wiemy, co się dzieje z naszym ciałem, lepiej funkcjonujemy. To szczególnie ważne w trudnych sytuacjach, by mózg mógł „widzieć” ciało mimo znieczulającego efektu adrenaliny.

W takich sytuacjach zapominamy, że mamy ciało... Dlatego rozwijanie w sobie świadomości ciała jest ważne zwłaszcza w przypadku ludzi bardzo obciążonych odpowiedzialnością i obowiązkami, którzy przez większość czasu działają pod wpływem dużych dawek adrenaliny. Tylko ktoś, kto ma dobrą świadomość ciała, zdaje sobie sprawę z tego, co się z nim dzieje, mimo że jest znieczulony adrenaliną. To pomaga lepiej działać, dbać o siebie i nie doprowadzać się do energetycznego wypalenia.

 
W filmie „Monty Python i Święty Graal” sparodiowano taką postawę: Czarny Rycerz broniący mostu nie chce przepuścić króla Artura na drugą stronę. Dochodzi do walki, w której rycerz po kolei traci obydwie ręce i nogi, zamieniając się w sikający krwią kadłubek, a mimo to wzywa króla do dalszej walki, krzycząc, że to, co się stało, to zaledwie draśnięcie...
To nie jest odległe od prawdy. Nasze czasy produkują znieczulonych i ogłuszonych walką wojowników, którzy nie zauważają, że tracą zdrowie i życie. Są jak kierowca tira, który bez odpoczynku pędzi po krętych alpejskich trasach, nie patrząc na tablicę wskaźników. Więc nie wie, że mu się silnik przegrzewa, że brak mu benzyny, że hamulce ledwie działają. Zmierza ku katastrofie. I ktoś taki przychodzi na terapię, twierdząc, że nie było żadnych sygnałów ostrzegawczych i że nie wiadomo, dlaczego z poniedziałku na wtorek wszystko się posypało.

Co robić, by do tego nie dopuścić?
Między innymi ćwiczyć świadomość ciała. To pomaga ratować się przed wypaleniem stresowym i chorobami.

Ale jak ćwiczyć?
Regularnie uprawiać różne formy ruchu. Ciała uczymy się od urodzenia. Przychodzimy na świat prawie bez dziedziczonego programu sterowania ciałem. Działają tylko podstawowe funkcje dotyczące oddychania, pobierania pokarmu i wydalania. Świadomość ciała rozwija się przez doświadczenie i jest to proces, który może trwać całe życie. Dlatego każdy, kto chce żyć pełniej i być bardziej odpornym na trudy życia, powinien znaleźć sobie dyscyplinę ruchową, która daje okazję do uczenia się ciągle nowych ruchowych algorytmów.

Moshe Feldenkrais, którego system ćwiczeń i filozofię proponujemy w IPSI, wychodził z założenia, że chcąc świadomie używać ciała, musimy zmieniać nawyki ruchowe, które często nie są dla naszego przetrwania i rozwoju optymalne. Mogą wręcz niepotrzebnie obciążać, a w konsekwencji uszkadzać ciało. Żaden ruch nie jest nam dany raz na zawsze. Wśród istot zamieszkujących Ziemię człowiek ma wyjątkowe możliwości modyfikowania swojego sposobu poruszania się, zdobywania nowych „terytoriów” ruchowych. A teraz bardzo ważna wiadomość: wraz z ciałem uczy i rozwija się także nasz mózg.

Udowodniono, że nowy ruch powoduje tworzenie nowych ścieżek neuronowych w mózgu.
Uczenie się nowych sportów, pozycji jogi rozwija nie tylko potencjał ruchowy i świadomość ciała, ale też usprawnia działanie mózgu. Sprawia, że tworzą się nowe neuronowe połączenia, a to z kolei zwiększa naszą zdolność do myślenia w sposób dynamiczny, przestrzenny i intuicyjny. Jak to się dzieje? Powiedzmy, że dziecko uczy się łapać piłkę. Ileż danych jego biologiczny komputer musi uwzględnić, jak szybko je zanalizować i wydać rozkazy do mięśni, by w końcu ono tę piłkę mogło złapać. W mgnieniu oka musi ocenić parametry lotu piłki i skoordynować je z parametrami ruchu ciała tak, by w odpowiedni sposób i w odpowiednim momencie przeciąć parabolę lotu piłki i ją pochwycić – czyż to zadanie nie jest porównywalne z programowaniem procedury spotkania dwóch obiektów w przestrzeni kosmicznej? W ten sposób uświadomiony ruch, odbywający się w określonym czasie i przestrzeni, pomaga nam wyobrazić sobie skomplikowane procesy przestrzenno-czasowe. Bez tego nie bylibyśmy w stanie uporać się ani z geometrią przestrzenną, ani z chemią molekularną, ani z astrofizyką, ani nawet ze szczegółowym zaplanowaniem dnia. Tak więc ci z nas, którzy uważają, że mogą w pełni rozwinąć swój intelektualny potencjał, dbając wyłącznie o umysł i ignorując ciało, są w błędzie. Z pewnością dokonaliby więcej, gdyby systematycznie trenowali uświadamianie sobie ciała i ruchu, gdyby dogadali się z ciałem.

  1. Zdrowie

#AdvantageHers. Jak żyć z łuszczycą? Diagnoza, terapia, wsparcie

Dagmara Samselska - Prezes Fundacji „AMICUS” i Unii Stowarzyszeń Chorych na Łuszczycę i Łuszczycowe Zapalenie Stawów. (Fot. archiwum prywatne)
Dagmara Samselska - Prezes Fundacji „AMICUS” i Unii Stowarzyszeń Chorych na Łuszczycę i Łuszczycowe Zapalenie Stawów. (Fot. archiwum prywatne)
Ideą kampanii #AdvantageHers jest zachęcanie kobiet, zmagających się z przewlekłymi chorobami zapalnymi, takimi jak reumatoidalne zapalenie stawów do aktywnego podejmowania decyzji dotyczących ich leczenia oraz uświadomienie im, że szybka diagnoza i rozpoczęcie leczenia, może odegrać kluczową rolę w utrzymaniu dotychczasowej aktywności rodzinnej, zawodowej i społecznej na satysfakcjonującym poziomie. Rozmowa z Dagmarą Samselską – Prezes Fundacji „AMICUS” i Unii Stowarzyszeń Chorych na Łuszczycę i Łuszczycowe Zapalenie Stawów. 

Zgodziła się Pani wesprzeć kampanię, której twarzą jest światowej klasy tenisistka Caroline Woźniacki chorująca na reumatoidalne zapalenia stawów (RZS), ponieważ ma Pani osobiste doświadczenie z inną chorobą, która podobnie jak RZS jest przewlekłą chorobą zapalaną– choruje Pani na łuszczycę. Jaki i kiedy dowiedziała się Pani o chorobie? Bardzo się cieszę, że Caroline zainicjowała kampanię #AdvantageHers pokazując, że pomimo choroby przewlekłej można żyć aktywnie, realizować się zawodowo i spełniać marzenia. Ja diagnozę usłyszałam mając 29 lat. Nie znałam łuszczycy. Wiedziałam tylko, że jest nieuleczalna oraz, że nie można się nią zarazić. Zdjęcia, które zobaczyłam, szukając informacji na jej temat w internecie, przeraziły mnie. Dla mnie diagnoza była szokiem, tym bardziej, że zmiany z dnia na dzień obejmowały całe ciało. Teraz, z perspektywy czasu, a także na podstawie wiedzy, jaką mam o tej chorobie, wiem, że przy braku świadomości jaki panował w tamtych latach, miałam ogromne szczęście. Kluczowe znaczenie miało to, że zaufałam lekarzowi, przestrzegałam jego zaleceń, a kiedy było to konieczne, byłam leczona w ramach hospitalizacji. Dzięki wsparciu, jakie wówczas otrzymałam, łuszczyca wycofała się bardzo szybko i nie wracała kilkanaście lat. Teraz mam zaledwie kilka malutkich plamek. W chorobach zapalnych bardzo ważna jest szybka diagnoza i terapia dlatego, że im dłużej choroba jest nieleczona, tym większe konsekwencje niesie dla organizmu. Leczenie pomaga opanować stan zapalny i chroni przed chorobami współistniejącymi – np. schorzeniami sercowo-naczyniowymi, cukrzycą, dyslipidemią i co należy podkreślić – depresją, która dotyka ponad 60% osób z chorobami zapalnymi.

Pani dzięki szybkiej diagnozie i odpowiedniemu leczeniu szybko mogła wrócić do normlanego życia. Czym zajmuje się Pani dziś? Choroby takie jak: łuszczyca, atopowe zapalenie skóry, choroby zapalne stawów – bardzo stygmatyzują. Widoczne zmiany sprawiają, że obawiając się reakcji otoczenia, sami zamykamy się w domu i unikamy ludzi. Współwystępująca depresja lub obniżenie nastroju nie pomaga walczyć o siebie, o utrzymanie pracy, czy kontakty społeczne. Ja dostałam swoją szansę. Na początku słyszałam – „Nie pokazuj się w telewizji, mówiąc o łuszczycy, bo będziesz miała problemy w pracy.” Jednak to, co jest traktowane jako słabość – chorobę, przekułam na siłę. Wokół mnie jest mnóstwo osób, które widzą sens we wspieraniu chorych i angażują się w projekty, które realizuje założona przeze mnie Fundacja Amicus i Organizacje zrzeszone w Unii Stowarzyszeń Chorych na Łuszczycę i ŁZS, które reprezentuję. Nie mogę tu nie wspomnieć o lekarzach. Mamy zaszczyt i ogromną przyjemność współpracować z czołowymi polskimi ekspertami. Wspólnie organizujemy spotkania edukacyjne dla osób z chorobami skóry i łuszczycowym zapaleniem stawów takie jak Dzień bez Kamuflażu, czy konferencja PSOlife, podczas których pacjenci korzystają z wykładów i konsultacji interdyscyplinarnych. Poza tymi wydarzeniami cyklicznymi, rozpoczynamy kilka nowych inicjatyw – np. Ogólnopolski Program Edukacyjny „Psycholog dla Skóry”, w ramach którego we współpracy z Centrum Medycznym Kształcenia Podyplomowego w Warszawie odbędą się m.in. szkolenia dla psychologów i zostanie zbudowany system wsparcia psychicznego dla osób z chorobami skóry.

Dlaczego zdecydowała się Pani na pracę z pacjentami? W Polsce na łuszczycę choruje ponad 1 200 000 osób. Duża grupa chorych nie ma właściwie dobranego leczenia, ani wsparcia. Chorzy często cierpią latami w przekonaniu, że są w chorobie sami. Nie mają świadomości, że jest już dostępne leczenie, dzięki któremu mają szansę mieć „czystą skórę”. Polski system opieki zdrowotnej jest bardzo skomplikowany, pacjentom trudno się w nim odnaleźć. Nasza Fundacja wskazuje drogę i daje niezbędną wiedzę. Podejmujemy także działania w ramach kampanii społecznych, aby zmienić postrzeganie osób z chorobami skóry. Co czwarty Polak nie wie, że łuszczycą NIE można się zarazić.

Czy z Pani obserwacji i doświadczenia wyniesionego z pracy w organizacji wynika, że to kobiety częściej chorują na przewlekłe choroby zapalne? W przypadku reumatoidalnego zapalenia stawów (RZS) kobiety chorują 2-3 razy częściej niż mężczyźni. Zesztywniające zapalenie stawów kręgosłupa natomiast trudniej rozpoznać u kobiet, w związku z tym później otrzymują diagnozę. U kobiet większe jest także nasilenie bólu, ale rzadziej zgłaszają się do lekarza, co pogarsza ich rokowania. Częściej pojawiają się u nich choroby współistniejące, jak zapalenie błony naczyniowej oka i fibromialgia oraz łuszczyca. Z kolei kobiety obciążone łuszczycą deklarują niższy poziom szczęścia (kobiety: 18,5%; mężczyźni 11,3% – niższa niż ogólna populacja) i są bardziej narażone na stres (kobiety: >60%; mężczyźni: 42%), samotność (kobiety: 25-28%; mężczyźni: 19-24%), stygmatyzację (poczucie stygmatyzacji, kobiety: 93,2%; mężczyźni: 78%) i zmniejszoną aktywność seksualną w porównaniu do mężczyzn (kobiety: 33%; mężczyźni 19%).*

Co Pani zdaniem jest najważniejsze w życiu z przewlekłą chorobą? Dla pacjenta z chorobą przewlekłą ważne jest oswojenie się z myślą, że jest to choroba przewlekła i należy to uwzględnić przy planowaniu strategii terapeutycznej. Diagnoza zapalnej choroby przewlekłej bardzo często jest ciosem, z którym bardzo trudno sobie poradzić. Szansą dla najciężej lub umiarkowanie chorych są coraz bardziej innowacyjne leki biologiczne. W Polsce dostępne są one dostępne w ramach refundacji w programach lekowych NFZ, w wybranych klinikach specjalistycznych, np. dermatologicznych, czy reumatologicznych. Na każdym etapie choroby bardzo istotne jest wsparcie psychiczne. Powinno być ono dostępne już na etapie diagnozy. 10. Grudnia 2020 roku została zainicjowana polska edycja ogólnoświatowej kampanii Advantage Hers. Została ona stworzona w celu podkreślenia niespełnionych potrzeb i szczególnych wyzwań, z jakimi zmagają się kobiety żyjące z określoną podgrupą przewlekłych chorób zapalnych, takich jak: reumatoidalne zapalenie stawów, osiowa spondyloartropatia, łuszczycowe zapalenie stawów, czy łuszczyca. Ambasadorka kampanii polskiego pochodzenia – mistrzyni tenisa, zdobywczyni Wielkiego Szlema Caroline Wozniacki – opowiada o swoich doświadczeniach z reumatoidalnym zapaleniem stawów na swoich kanałach w mediach społecznościowych – od początkowych trudności w uzyskaniu trafnej diagnozy, poprzez zmiany, które wprowadza w swoim życiu, po cele, jakie sobie wyznacza na przyszłość – by inspirować, zachęcać i wspierać inne kobiety żyjące z tymi przewlekłymi chorobami zapalnymi, co pozwoli im odgrywać bardziej aktywną rolę w procesie leczenia. Więcej informacji można znaleźć na stronie kampanii: AdvantageHers.com.

Kampania Advantage Hers jest organizowana we współpracy z firmą UCB

* Gottlieb AB, Ryan C, Murase JE. Clinical considerations for the management of psoriasis in women, International Journal of Women’s Dermatology, doi.org/10.1016/j.ijwd.2019.04.021

  1. Zdrowie

#AdvantageHers. Caroline Wozniacki wspiera chorych na reumatoidalne zapalenie stawów

Caroline Wozniacki gwiazda tenisa, rzeczniczka kobiet cierpiących na przewlekłe choroby zapalne
Caroline Wozniacki gwiazda tenisa, rzeczniczka kobiet cierpiących na przewlekłe choroby zapalne
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Caroline Wozniacki: Pewnego dnia obudziłam się z tak silnym bólem, że nie byłam w stanie sama wstać, mąż musiał mnie podnieść z łóżka. Nie mogłam się ruszyć. Natychmiast zgłosiłam się do lekarza, był to początek mojej drogi do ostatecznej diagnozy, jaką okazało się reumatoidalne zapalenie stawów (RZS)

.

Informacja o tym, że mistrzyni tenisa - Caroline Wozniacki cierpi na ciężką, autoimmunologiczną chorobę była szokiem dla niej samej, dla jej bliskich i fanów. Zdobywczyni Wielkiego Szlema usłyszała o diagnozie w 2018 roku, będąc u szczytu swojej kariery. Teraz jako ambasadorka światowej kampanii „Advantage Hers”/„Jej Przewaga”, postanowiła wspierać wszystkie pacjentki z przewlekłymi chorobami zapalnymi takimi jak: reumatoidalne zapalenie stawów (RZS), osiowa spondyloartropatia, łuszczycowe zapalenie stawów (ŁZS) i łuszczyca, dając świadectwo możliwości aktywnego życia z takimi schorzeniami.

Ta kampania jest ważną inicjatywą, zwłaszcza, że ww. choroby diagnozowane są one u ponad 180 mln ludzi na całym świecie. W Polsce cierpi na nie ok. 5-7 % populacji, a mimo to wiedza o ich specyfice nadal jest zbyt niska - mówi Dagmara Samselska, prezes Fundacji „AMICUS” i Unii Stowarzyszeń Chorych na Łuszczycę i ŁZS.

Budząca powszechną sympatię i ciesząca się ogromnym uznaniem mistrzyni tenisa - Caroline Wozniacki - opowiada o swoich doświadczeniach z reumatoidalnym zapaleniem stawów na swoich kanałach w mediach społecznościowych – od początkowych trudności w uzyskaniu diagnozy, poprzez zmiany, które wprowadza w swoim życiu, po cele, jakie sobie wyznacza na przyszłość. A wszystko po to, by wspierać inne kobiety żyjące z tymi przewlekłymi chorobami zapalnymi, co pozwoli im odgrywać bardziej aktywną rolę w procesie leczeniu. Jej postawa, zarówno w sporcie, jak i w walce z chorobą inspiruje, zwłaszcza osoby dotknięte tymi schorzeniami, do pokonywania słabości, stawiania wyzwań i osiągania osobistych zwycięstw w codziennym życiu.

Kiedy zdiagnozowano u Ciebie reumatoidalne zapalenie stawów? Byłam u szczytu mojej kariery tenisowej w 2018 roku, kiedy zdiagnozowano u mnie reumatoidalne zapalenie stawów. Wygrałam Australian Open w styczniu 2018 r., ale jesienią przed US Open zaczęłam odczuwać bóle stawów, ciągłe zmęczenie i inne niewyjaśnione objawy. Zaczęłam przegrywać mecze, które spodziewałam się z łatwością wygrać. Pewnego dnia obudziłam się z tak silnym bólem, że mąż musiał mnie podnieść z łóżka. Nie mogłam się ruszyć. Natychmiast zgłosiłam się do lekarza, co zapoczątkowało moją drogę do ostatecznej diagnozy – RZS. Czas od momentu wystąpienia objawów do momentu uzyskania diagnozy, porównałabym na poziomie emocjonalnym i fizycznym do podróży kolejką górską, ponieważ nie wiedziałam, jak sprawić, by ludzie w moim życiu zrozumieli nagłe i dziwne objawy, których doświadczałam. W niektórych momentach czułam się bardzo samotna. Na szczęście mąż nie pozwolił mi się poddać.

Co spowodowało, że zdecydowałaś się zostać ambasadorką kampanii „Advantage Hers”? Z własnego doświadczenia znam trudności, z jakimi w codziennym życiu zmagają się osoby cierpiące na przewlekłą chorobę, taką jak reumatoidalne zapalenie stawów i wiem, że uzyskanie szybkiej i dokładnej diagnozy jest często opóźnione. Nawet w moim przypadku - sportowca u szczytu kariery - z bezpośrednim dostępem do pomocy medycznej - uzyskanie diagnozy nie było łatwe. Teraz wiem, że miałam bardzo dużo szczęścia, bo wielu ludzi walczy o to latami. Prawidłowa i terminowa diagnoza jest bardzo ważna. Pozwala skupiać się na tym, jak zyskać przewagę nad chorobą. Moim celem jest dzielenie się doświadczeniem i działanie tak, aby inspirować do wzajemnego wspierania się i realizowania własnego planu leczenia.

Jaki jest cel kampanii Advantage Hers”? Dlaczego jest ona tak ważna? Poprawa standardu opieki nad kobietami z przewlekłymi chorobami zapalnymi takimi jak: reumatoidalne zapalenie stawów (RZS), osiowa spondyloartropatia, łuszczycowe zapalenie stawów (ŁZS) i łuszczyca jest niezbędna, ponieważ niektóre z tych schorzeń mogą powodować - właśnie u kobiet - znacznie poważniejsze skutki fizyczne i emocjonalne niż u mężczyzn. Celem kampanii „Advantage Hers” jest poprawa standardu opieki nad kobietami cierpiącymi na wyżej wspomniane przewlekłe choroby zapalne oraz wsparcie ich, dzięki czemu będą w stanie współdecydować o własnym leczeniu. Kobiety te zmagają się ze szczególnymi wyzwaniami dotyczącymi różnic zdeterminowanych płcią, powodującymi opóźnienia w diagnostyce, zwiększone obciążenia fizyczne i psychiczne w porównaniu z mężczyznami chorującymi na te same choroby. Dodatkowym obciążeniem są dla nas obawy związane z planowaniem rodziny i ciążą.

W jaki sposób kobiety z przewlekłymi chorobami zapalnymi mogą zaangażować się w kampanię? „Advantage Her” to kampania uświadamiająca każdej z nas, że jesteśmy silne i możemy być sprawcze pomimo diagnozy przewlekłej choroby zapalnej. Aby zdobyć więcej informacji zachęcam do odwiedzenia polskiej wersji strony AdvantageHers.com Znajdują się tam przewodniki dla pacjentów, praktyczne wskazówki w formie artykułów i materiałów wideo. Dodatkowo, kampanię można śledzić na moich kanałach społecznościowych oraz poprzez hashtag kampanii #AdvantageHers. Zapraszam wszystkich zainteresowanych przewlekłymi chorobami zapalnymi – pacjentów, ich przyjaciół, rodziny, współpracowników, opiekunów. Z mojego doświadczenia wiem, jak ważne jest wsparcie najbliższych w radzeniu sobie z chorobą. Poprzez tę nową, podnoszącą świadomość i wzmacniającą pozycję kobiet kampanię, chcę dotrzeć do jak największej liczby kobiet z przewlekłymi chorobami zapalnymi na całym świecie, aby inspirować i zachęcać kobiety, takie jak ja i zapewniać im jak najwięcej wsparcia oraz informacji. Wspólnie możemy wspierać się w walce z chorobą.

Kampania realizowana przy współpracy firmy UCB

  1. Zdrowie

Uszczypnięci. Jak żyć z rakiem?

Trauma, którą jest rak, daje odbicie do działania i zmiany. (Fot. Getty Images)
Trauma, którą jest rak, daje odbicie do działania i zmiany. (Fot. Getty Images)
„Szkoda, że do raka nie jest dołączona instrukcja obsługi” – mówią pacjentki psychoonkolożki Adrianny Sobol. Rzeczywiście instrukcji nie ma, ale jeśli nauczymy się prosić o wsparcie i je przyjmować – będzie nam lżej. A czasem nawet uda się zbudować nową siebie.

Diagnoza: rak – to zawsze szok. Nie wierzę, żeby dało się przyjąć ją spokojnie. Czy są jakieś typy reakcji na: mam raka, czy to jednak indywidualne?
Nie ma osoby, która jest na to przygotowana. Ta choroba zaskakuje. Z miejsca rzuca na głęboką wodę. Reakcja zawsze jest indywidualna, bo przecież każdy jest inny, to jasne. Kiedy rozmawiam po raz pierwszy z pacjentem po diagnozie, pytam o trudne sytuacje w jego życiu. I o to, jak sobie z nimi radził. To skłania do refleksji: co mi pomogło, kto był moim wsparciem, jak to wsparcie się sprawdziło. Jeśli tamta sytuacja pokazała, że umiem sobie poradzić, to daje siłę i wiedzę, jak działać. I jednocześnie możliwość, żeby zweryfikować, coś poprawić, zastanowić się, jaki mechanizm reakcji był dobry. Ale to jedno. Bo jest także pewien schemat. Amerykańska psychiatra Elisabeth Kübler-Ross wyróżniła pięć etapów reakcji na diagnozę: rak. Najpierw jest etap szoku i niedowierzania, a potem złości. I tu pojawia się problem – bo my, zwłaszcza kobiety, nie pozwalamy sobie na to, żeby tę złość wyrazić.

Jesteśmy tego uczone – mamy być opanowane i spokojne. „Grzeczne”.
Tak, mamy być grzeczne, nie krzyczeć i nie płakać, bo nie wypada. I to, niestety, widać w chorobie. Kobieta stara się nie obciążać swoimi emocjami bliskich. Partnera, dzieci, rodziny. Dusi te emocje, blokuje w sobie możliwość ich wyrzucenia, pokazania tego, co naprawdę czuje. A czuje często złość. Dookoła słyszy komunikaty: „bądź dzielna”, „dasz radę”, „kto, jak nie ty!”. Mówią to, w dobrej wierze, bliscy, rodzina. A kiedy pacjentka trafia do bezpiecznej teoretycznie przestrzeni, szpitala, gdzie są ludzie, którzy powinni ją rozumieć – bo albo, jak lekarze, świetnie znają chorobę, albo, jak inni pacjenci, właśnie ją przechodzą – często pękają bariery, kobieta pozwala sobie na ujście emocji. I nagle alarm! Panika! Personel medyczny w trosce o nią woła psychologa – a przecież dobrze jest się wypłakać, wykrzyczeć, wyzłościć. Wywalić z siebie to wszystko. Kolejny etap to targowanie się z losem. Szukamy kogoś, kto powie: „Będzie dobrze. Na pewno wyzdrowiejesz. Znam metodę, która cię wyleczy”. Tymczasem żaden odpowiedzialny lekarz nie da pacjentce stu procent gwarancji. Powie: „Rokowania są dobre, ale czeka cię leczenie”. A ono bywa trudne, wszyscy to wiemy. I pacjentka jest wtedy podatna na działania rozmaitych szarlatanów, którzy dadzą jej „pewność” powodzenia.

Lekarz nie da pewności, ale powinien dać nadzieję.
Oczywiście. Nie wszyscy to potrafią, nie wszyscy mają odpowiednio dużo empatii, nie wszyscy mają odpowiednio dużo czasu, żeby porozmawiać, dotrzeć do chorego. Tymczasem dziś diagnoza daje duże szanse na wyleczenie. Pełne. Towarzyszę od lat kobietom na oddziałach onkologicznych, widzę pacjentki, które były w lęku, panice, łzach – a teraz są 10 czy 20 lat po chorobie i wspierają inne. Raka się leczy, zawsze jest szansa, ale nie wolno ulegać komuś, kto powie: „Na sto procent będziesz zdrowa”. W życiu, nie tylko w chorobie przecież, nic nie jest pewne na sto procent.

Kolejny etap to…
Etap depresji. To taki moment, który nazywam żałobą po sobie zdrowym. Wtedy kobieta wie już na pewno, że jest chora, że rak to kolejny etap w życiu i że nigdy nie pomyśli o sobie samej tak jak przed chorobą. Ta żałoba wymaga poukładania emocji, tego, żeby ją przeżyć, żeby tych emocji nie zagłuszać, tylko nazwać. Mówić o tym głośno. Ale, co jest ważne, żałoba po sobie zdrowej nie oznacza, że już zdrowa nie będę. Będę, ale o sobie i o swoim zdrowiu będę myśleć inaczej. Nie gorzej. Wielokrotnie dostrzegam, że pacjentki przewartościowują swoje życie, robią rodzaj analizy, czasem bardzo fajnej, bo uczą się, że teraz ja jestem ważna, moje pragnienia, marzenia, moje życie. Depresja, a może nie depresja, tylko smutek, lęk, obniżenie nastroju – to towarzysze diagnozy. I nie ma się czemu dziwić– choroba zagrażająca życiu to zawsze trauma. Często także leczenie – intensywne, toksyczne – jest traumą. Ale kobiety – te siłaczki – nie chcą się do depresji przyznać, nie chcą pokazać „słabości”, w dodatku słyszą, że trzeba myśleć pozytywnie, bo to pomaga pokonać raka. I często nikt nie widzi, co się dzieje. Personel medyczny nie zauważa, a rodzina nie dopuszcza myśli, że trzeba poprosić o pomoc psychologa czy psychoonkologa. Niektórzy wciąż jeszcze uważają, że to niepotrzebne, że to znak słabości albo choroby psychicznej, a przecież ja mam raka, ale nie jestem wariatką. Ludzie boją się, że jeśli trzeba będzie walczyć nie tylko z rakiem, lecz także z depresją – to już na pewno nie dadzą sobie rady. Ale przy znakach obniżenia nastroju, braku apetytu, kłopotach ze snem zwróćmy się do specjalisty.

Ale etap depresji nie jest chyba ostatnim?
Na końcu jest etap akceptacji. Choć ja nie lubię słowa „akceptacja”, bo nie ma przecież osoby, która gdzieś głęboko akceptuje chorobę. Chodzi o to, by potrafić przyjąć rolę pacjenta i być gotowym do rozpoczęcia pracy – tak, bo leczenie onkologiczne to konkretna, ustrukturalizowana praca, którą trzeba na siebie wziąć. I mieć gotowość, żeby prosić o pomoc i ją przyjmować. A moje pacjentki to często zosie samosie, które są dzielne i to one przecież dają, pomagają, zajmują się. Proszenia o pomoc i jej przyjmowania trzeba się nauczyć. To ważna lekcja konieczna do odrobienia.

Jeśli leczenie raka zaczyna się zaraz, jeśli wszystko dzieje się szybko, operacja już jutro, potem chemia i nie ma czasu na przejście kolejnych etapów – co się wtedy dzieje?
Rzadko zdarza się, żeby wszystko działo się błyskawicznie. Najpierw jest etap podejrzenia choroby, diagnostyki, oczekiwania – to czekanie jest bardzo destrukcyjne i obciążające. Kiedy zaczyna się leczenie, przychodzi rodzaj ulgi. Bo leczenie to działanie, a kiedy działamy, czujemy się bezpieczniej. Czas trwania każdego z tych etapów u każdego jest inny. Choć spotykam osoby, które na cały okres leczenia uzbrajają się w postawę zadaniowca. Myślą tylko o kolejnych punktach na liście: operacja, chemia, kontrole, badania – idą od punktu do punktu i skupiają się tylko na tym. Ale po zakończeniu leczenia na ogół następuje odmrożenie emocji. Pojawiają się te wszystkie etapy, którym nie daliśmy szansy na zaistnienie. I atakują ze zdwojoną siłą. A to przecież taki moment, kiedy miało być dobrze, kiedy mieliśmy odetchnąć, bo leczenie się skończyło – a właśnie nic z tego, przerabiamy je po kolei…

Trudno przechodzić przez taką chorobę jak rak samotnie czy samodzielnie. Pewnie zna pani pacjentki, które nie chcą o pomoc prosić, bo albo nie potrafią, albo nie chcą „obciążać innych”, ale chyba jednak coraz częściej umiemy o pomoc prosić?
Tak, to się na szczęście zmienia. Bardzo poprawiło sytuację pojawienie się organizacji pacjenckich. Działają, nagłaśniają historie, przypadki, oferują wsparcie. Nawet w pandemii się nie rozsypały, działały online. Cieszę się z tego, bo ciągle widzę samotność w chorobie. No i zawsze jestem szczęśliwa, kiedy przychodzą do mnie pacjenci z rodzinami.

Zachęca pani do tego?
Bardzo, bo choroba dotyka całą rodzinę. Innego wsparcia potrzebuje pacjentka, innego jej partner czy dzieci, czasem rodzina jest kompletnie zagubiona, nie wie, co to znaczy być dobrym wsparciem, co robić, co mówić, a czego nie.

W pewnym sensie choremu jest łatwiej, bo on ma konkretną pracę do wykonania – leczenie. A rodzina tej pracy nie ma i nie bardzo wie, co dalej.
Nie wie, jest bezradna. Samo słowo „rak” paraliżuje. Choroba jest testem dla związku, dla rodziny. Albo ją scala, albo uwypukla te trudności, które już gdzieś tam się rysowały. Pamiętajmy, że obie strony się boją. Ten lęk jest jeszcze podbity brakiem wiedzy – bo co wiemy o raku, dopóki nas nie dotknie? Wyobraźnia więc pewne rzeczy wyolbrzymia, straszy nas, karmimy się opowieściami innych, nie zawsze pozytywnymi, przypominamy sobie filmy, nie zawsze te z happy endem… Na przykład rak piersi to choroba podwójnie trudna, bo nie dość, że zagraża życiu, to dotyka kobiecości. Choć muszę powiedzieć, że jeśli chodzi o to ostatnie – widzę zmiany na plus. Coraz częściej kobiety gdzie indziej lokują swoje poczucie kobiecości, samoakceptacji, seksualności, własnej wartości, szukają głębiej, tak więc groźba utraty piersi już tak nie straszy. Zresztą coraz więcej mamy operacji rekonstrukcyjnych, więc można to odwrócić. Ale związek jest, jak to mówię, uszczypnięty rakiem. I kobieta, i mężczyzna stają przed gigantycznym zadaniem, żeby się w tym odnaleźć. Choroba uwypukla to, co już wcześniej nie grało. I nagle okazuje się, że zmagamy się nie tylko z rakiem, lecz także z całą masą innych problemów. Czasem problemy ciągną się przez lata, ale „jakoś jest”, a kiedy przychodzi rak, okazuje się, że już jakoś nie jest, że jest źle. Mam pacjentki, które wtedy mówią: „Trudno, trzeba to skończyć”. Czasem partner nie wytrzymuje napięcia, poczucia odpowiedzialności i ucieka. Choroba uwypukla lęk przed śmiercią. A żyjemy w czasach, kiedy wszyscy są młodzi, piękni i bogaci, bo tak wyglądają na Instagramie czy Facebooku. Choroba nas nie dotyczy. A tu nagle okazuje się, że dotyczy. I choroba, i śmierć. Niektórzy uciekają, żeby takiej sfery nie dotykać, bo się jej panicznie boją. Ale jeśli przed chorobą związek był dobry, to w chorobie tylko się umacnia.

Jak dawać sobie nawzajem wsparcie?
Za dużo zastanawiamy się, jacy powinniśmy być. Szukamy recept. Regułki, która zawsze się sprawdzi. Tyle że takiej regułki nie ma. Najważniejsze to być. Razem, obok. A to może się udać tylko wtedy, kiedy obie strony będą mówić o uczuciach. Nie można zostawiać przestrzeni na niemówienie, niedopowiedzenie, na myślenie: „A on to powinien wiedzieć, powinien się domyślić, jeśli mnie kocha”. A skąd on ma to wiedzieć?

Czyli mówić i o lęku, i o potrzebach?
Tak, rozmawiać ze sobą. Na tematy trudne też. Często kobiety przychodzą do mnie i mówią: „Wie pani, ja się boję, że umrę. I pomogłoby mi, gdybyśmy mogli pogadać o tym, jaki bym chciała mieć pogrzeb”. Ale jak zaczynam, słyszę: „Nie, o tym nie będziemy rozmawiali!”. Czyli nie dajemy przestrzeni lękowi. Ale on przez to nie znika, wręcz przeciwnie, rośnie. Czasem największym wsparciem jest siedzieć obok w milczeniu. Czasem ocierać łzy. Nie bać się łez! Płakać można i trzeba, to wcale nie jest wyraz poddania się czy słabości.

Tu pewnie działa ten mechanizm: nie chcę cię obciążać…
Tak, ale każde ma ten lęk na plecach, każde ucieka z nim w swoją stronę, chowa się. Nie zauważają, jak wyrasta między nimi mur. Gigantyczny, taki, którego nie sposób przebić. Lęk należy rozbroić, zbliżając się do niego, im bardziej czujesz, że męczy i dusi, tym mocniej musisz to wykrzyczeć, tym wyraźniej nazwać. A kiedy mur urośnie, to chora idzie w jedną stronę, jej partner w drugą. Ale od razu chcę powiedzieć, że ważne jest też, by nie zawiesić się na sobie wzajemnie. Zarówno jedna, jak i druga strona musi mieć swoją przestrzeń, swój świat. Nie można też żyć tylko chorobą. Musi być miejsce na luz, na odpoczynek, na radość, na pasję. Musi się pojawić normalność. Są takie myśli i emocje, którymi chcemy się podzielić, ale niekoniecznie z partnerem, i nic w tym złego.

Razem z chorobą zmienia się myślenie o sobie, o życiu. Czasem słychać głosy: „Choroba była doświadczeniem ekstremalnie trudnym, ale dała mi coś dobrego”. Brzmi dziwnie?
Każdy z nas wpada w życiu w pewien rytm. Różne rzeczy ciągniemy, działamy, jesteśmy zmęczeni, wiemy o tym, ale myślimy: „Sobą zajmę się później, najpierw dziecko, mąż, kredyt, praca”. I nagle bach, rak. Wszystko wywrócone do góry nogami. I kiedy ta rozpędzona maszyna naszego życia się zatrzymuje, można skupić się na sobie. Na leczeniu, na drodze do zdrowia. I pojawia się pytanie: skoro mam na drodze ten znak STOP, to co ja z tego mogę wyciągnąć, co zrozumieć? I czasem dochodzimy do ważnych wniosków. Że na przykład wykonuję pracę, która mnie w jakiś sposób niszczy. Że mój związek nie jest dobry. Że ja sama nie byłam dla siebie dobra, czuła, troskliwa. Że odsuwałam nieprzyjemne myśli, zamiast się z nimi skonfrontować. I zaczynamy myśleć o życiu. W obliczu tego, że możemy je utracić, widzimy je inaczej. Doceniamy. Chcemy się nim cieszyć. I nie zawsze chodzi o plany na „po raku”. Zaczynamy żyć pełniej właśnie w chorobie. Te zmiany to także bardziej świadome podejście do zdrowia, do diety, do odpoczynku, do aktywności fizycznej. Uważności na sygnały, które wysyła nam ciało. Dokonywanie lepszych wyborów. Widzę to codziennie u pacjentów. Wiem, że to może zabrzmieć jak absurd, ale niektóre pacjentki po leczeniu mówią, że czują się wolne. Uświadomiły sobie, że dały radę, nabierają odwagi, są silniejsze. I robią rewolucję. Zmieniają zawód, męża, jadą w podróż, budują nową tożsamość. Nie boją się mówić o swoich potrzebach, uczą się zdrowego egoizmu. To oczywiście nie dzieje się ot tak, w pięć minut. To proces, czasem długi, bo i leczenie bywa długie. Ale zdarza mi się słyszeć: „Dziękuję za raka, on mnie obudził”. W psychologii nazywamy to wzrostem posttraumatycznym. Trauma, którą jest choroba, daje odbicie do działania i zmiany.

Kryzys naszą szansą?
Tak, choć jestem przeciwniczką twierdzenia, że kryzys zawsze coś daje. Daje wtedy, kiedy wykona się ciężką pracę. Czasem jest to wejście w proces terapeutyczny, czasem w grupy wsparcia, czasem w duchowość. Są różne drogi. Każda dobra.

Adrianna Sobol psychoonkolog, wykładowca Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Członek zarządu Fundacji „OnkoCafe – Razem Lepiej”, współautorka książki „Oswoić raka. Inspirujące historie i przewodnik po emocjach”.

  1. Psychologia

Jak rozmawiać z facetem zamkniętym w sobie? Dlaczego mężczyźni nie lubią dawać znać o swoich emocjach?

Mężczyźni często uciekają przed problemami i unikają trudnych lub przekraczających ich możliwości emocjonalne sytuacji. (Fot. Getty Images)
Mężczyźni często uciekają przed problemami i unikają trudnych lub przekraczających ich możliwości emocjonalne sytuacji. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 15 Zdjęć
Jaskinia to przestrzeń, w której nikogo poza mężczyzną nie ma. Każdy, kto tu wejdzie, jest intruzem – ostrzegają poradniki. Ale psychoterapeuta Zbigniew Miłuński twierdzi, że właśnie przekraczając granice wyznaczone przez drugiego człowieka, tworzymy związek.

Jaskinia to przestrzeń, w której nikogo poza mężczyzną nie ma. Każdy, kto tu wejdzie, jest intruzem – ostrzegają poradniki, które radzą, co robić, gdy facet nie umie rozmawiać. Ale psychoterapeuta Zbigniew Miłuński twierdzi, że właśnie przekraczając granice wyznaczone przez drugiego człowieka, tworzymy związek.

Nie znam kobiety, która choć raz w trakcie trudnej rozmowy nie zobaczyła pleców mężczyzny i nie usłyszała: „Nie chcę o tym mówić”. Ten irytujący sposób dawania nogi mężczyźni nazywają „zamykaniem się w jaskini”. A poradniki usprawiedliwiają zamkniętego w sobie faceta tym, że robi coś naturalnego i ma do tego prawo.
Nie, to nie jest naturalne. Mężczyźni w ten sposób unikają trudnych czy przekraczających ich możliwości emocjonalne sytuacji, uciekają przed problemami. Postępując tak, zrywają relacje i ich partnerki mogą czuć się zaniepokojone. Kobiety czasem też tak robią, różnica tkwi jednak w tym, dlaczego to robią. Mężczyźni zawsze mieli wyższą rangę społeczną i według nich do dziś nie muszą się wieloma sprawami zajmować. Od uczuć począwszy. Z drugiej strony  – jak pisze Terrence Real w „Jak mam do ciebie dotrzeć?” – chłopcy wcześniej odsunięci od intymnego kontaktu z matką i wychowywani jako ci, którzy mają sami sobie radzić, nie okazują uczuć. Już w wieku kilku lat są mniej niż dziewczynki ekspresyjni i skłonni do kontaktu. A co za tym idzie – w dorosłym życiu uznają, że wyjście z relacji jest bardziej męskie i właściwsze niż znoszenie uczuć, które odbierają jako zagrażające męskości.

Mężczyźni bronią więc opresyjnej wizji męskości, a kobiety gryzą palce, wierząc, że gdy oni „jaskiniują”, one muszą ogarnąć emocje? Czy istnieje skuteczny sposób na to, jak dotrzeć do faceta, który nie chce rozmawiać?
To zależy od tego, w jaki sposób mężczyzna oddala się z miejsca dyskusji czy kłótni. Nie zawsze jest to ucieczka. Zdarza się, że wychodzi właśnie dlatego, że chce zadbać o relacje. Mówi: „Przepraszam cię, kochanie, za sekundę powiem, zrobię coś złego i dlatego muszę wyjść, przebiec cztery razy dookoła domu, wrócę za 45 minut i będziemy dalej rozmawiać”. I to jest w porządku. On wie, że nie daje rady być w tej chwili tutaj z nią, i dla dobra relacji potrzebuje przerwy. To męskie zadbanie o sytuację, o siebie i o kobietę. Partner powiedział, po co idzie i kiedy wróci. A to zmienia sytuację, bo ona wie, na czym stoi. Mężczyźni chcą być użyteczni – dawać rozwiązania. A on je znalazł – wie, co zrobić, by nie wybuchnąć, i gdzie poszukać rozwiązania konfliktu. A jeśli po powrocie zacznie rozmowę na temat, który się zarysował, zanim odszedł, to zachowa się wręcz podręcznikowo.

To byłaby sytuacja idealna, ale najczęściej facet zamknięty w sobie nie wraca do tematu, bo uważa, że skoro on ochłonął, to kobieta pewnie też, więc już wszystko w porządku.
Pamiętam taką parę z terapii: ona była wściekła na męża, a on miły, delikatny. Więc gdy ona zaczynała tyradę, zmieszany mówił: „Przepraszam, ale muszę do toalety”, i wychodził. A ona dalej – do pustego krzesła. Po czym wracał: „Przepraszam, już jestem”, a wtedy ona zaczynała od początku. Więc on po chwili: „Przepraszam, ale muszę...”. Aż w końcu ja nie wytrzymałem i powiedziałem: „Stary, przestań wypuszczać dołem, zacznij górą”. Wtedy on pierwszy raz jej powiedział, czego chce. To był początek ich wspólnej pracy nad związkiem. Ciekawe i tajemnicze jest to, że w pary łączą nas nie tylko nasze marzenia, ale i ograniczenia. W psychologii procesu mówimy o progach, czyli granicach tożsamości. Dajmy na to: ona ma próg na słuchanie, a on na mówienie, co czuje i czego potrzebuje. Ona jest ekspresyjna, on unika konfliktu. Jest im ze sobą wygodnie, co wcale nie znaczy, że są blisko. Kiedy zaczną rozmawiać, przekraczać swoje progi, mają szansę pogłębić związek. Wychodząc poza sferę komfortu, odkryć coś nowego o sobie, że np. dobrze jest słuchać.

Rozumiem rozmawiać, ale czy gdy facet zamyka się w sobie, warto biec za nim do jaskini?  
Jeśli on chce się oddalić, niech idzie, ale nie jest wcale oczywiste, że zawsze trzeba szanować granice partnera i nie wpychać się za nim do jego świata. Bycie w relacji polega na tym właśnie, że niekiedy należy przekraczać granice. Pamiętając więc, że on może powiedzieć „nie”, idź za nim, jeśli czujesz, że to dobre dla waszego związku. Nie z lęku, że on odejdzie na dobre. Bo jeśli to lęk decyduje o tym, co robisz, to nie ty jesteś podmiotem swego życia. Ale jeśli czujesz, że to wam pomoże rozwiązać problem – idź. Na tym polega wnoszenie siebie do związku. A jeśli siebie do niego nie wnosisz, to cię w nim nie ma. To piękne, kiedy kobieta potrafi wejść do męskiej jaskini, bo to wymaga od niej przekroczenia egoizmu, poczucia żalu i krzywdy. Ważne tylko, by nie robiła niczego, co narusza jej godność, bo wtedy już nie mówimy o miłości. Jest taki świetny rysunek Michała Czyża, terapeuty. Są na nim dwa ludziki, które łączy jeden dymek: „Od dawna już się nie ranimy!”. Nie ranimy się, a więc nie jesteśmy w relacji, bo relacja polega na tym, żeby wnosić nie tylko te łatwe, ale i trudne uczucia, zostawiając partnerowi czy partnerce miejsce, żeby także mógł wnieść siebie, swoje reakcje, potrzeby. Warto żyć świadomie, rozmawiać: „Ja mam tak... A ty? Czego byś potrzebował?”. To podręcznikowe, w praktyce trudne, ale na tym polega komunikacja.

Jeśli dbamy o to, żeby nie przekraczać granic, nie ranić się, to też niewiele nas łączy?
Super, jeśli wszystko idzie gładko, ale w życiu – prędzej lub później – pojawiają się trudności. Jeżeli nie wnosimy siebie do relacji, to stajemy się osobnymi wyspami. Zaczyna się od tego, że sam ze sobą się nie komunikuję i marginalizuję te kawałki siebie, które mi nie pasują, są trudne czy bolesne. Tak długo, jak nie nauczę się dogadywać ze sobą i z tym, co mi pasuje i nie pasuje we mnie, prawdopodobnie nie uda mi się dobrze komunikować z drugim człowiekiem.

Mój przyjaciel mówi: „Jestem w doskonałej relacji z wieloma ludźmi, ale nie jestem z nimi blisko. Z żoną kłócimy się, ale życia sobie bez niej nie wyobrażam”.
Właśnie. Stan doskonałej harmonii i jedności jest możliwy tylko w niebie. Na Ziemi jesteśmy prawdziwi i różne rzeczy nas bolą. Możemy je wspólnie omawiać, bo jak się razem przechodzi przez to, co boli, to buduje się związek. Dbanie o status quo może spowodować, że związek nie będzie byciem razem. Znasz pewnie osoby, które zapytane o relacje odpowiadają: „Jest OK”, w bezosobowy sposób, ze smutkiem. Pod tym OK ukrywa się zniechęcenie, przygnębienie. Rezygnacja z czegoś, co jest dla mnie ważne, dobre. Może to radykalne podejście, ale moim zdaniem związek istnieje, kiedy jestem w nim obecny. Wnoszę siebie i robię miejsce dla drugiej osoby, bo jestem jej ciekawy. Ale nie marginalizuję swoich potrzeb, bo prędzej czy później złość wyjdzie na wierzch, choćby w publicznym upokarzaniu, wbijaniu szpili. Jeśli nie zdobędę się na odwagę, aby być sobą od początku, będę pokazywać tylko ten kawałek eksportowy, to nie mam szansy na zbudowanie bliskości. Może burzliwej, ale takiej, w której mam poczucie, że jestem sobą. Pewnie to nie dla każdego. Wielu ceni spokój i stabilizację. Rozumiem to i szanuję, ale nie polecam.

Zamknięty w sobie facet mówi: „Chcę być sam”, i wybiega, a ja za nim, do jego jaskini, żeby budować relację. Co mnie tam czeka?
Bywa, że jeśli mężczyzna się z czymś mierzy, z czymś sobie nie radzi, a kobieta będzie obok niego, to on poczuje, że nie jest z tym ciężarem sam. Wszyscy potrzebujemy wsparcia w trudnych chwilach. Mężczyzna często nie umie nazwać tego, czego chce, ale czasem chce, by kobieta go przytuliła. Gdzieś tam w środku potrzebuje tego samego co ona, czyli poczuć, że nie jest sam, kiedy się boryka z trudnościami. W tej potrzebie mogą się naprawdę spotkać. Jeśli więc kobieta pójdzie za mężczyzną i go obejmie, a on się nie odsunie, to znaczy, że zrobiła to, czego potrzebował. Pewna koncepcja mówi, że większość ludzi w dzieciństwie przeżywa zbyt wczesne odstawienie od matki, a to powoduje, że i mężczyźni, i kobiety jako ludzie dorośli są pełni pretensji do partnerów. Ale pracę należy zacząć od kobiet. Wyleczyć ich wczesnodziecięce porzucenie, nauczyć tego, by porzuciły pretensje i żądania. Wtedy one są w stanie kochać partnerów, a oni – dzięki tej miłości – mogą uzdrowić swoje wczesnodziecięce porzucenie.

Facet nie umie rozmawiać i znowu kobiety mają coś do roboty.
W tym, że kobieta, która kocha, może uzdrowić mężczyznę, jest coś kluczowego. Moc kobiety, a zwłaszcza matki, jest potężna. Brak lub niedostatek matczynej miłości ma daleko idące skutki. Widzę to i w mężczyznach, i w kobietach. Badania dowodzą, że ten deficyt uderza w chłopców bardziej. Na szczęście mamy dostęp do matczynej miłości nie tylko przez osobę, która była fizyczną matką, ale też przez choćby kontakt z energią Ziemi.

Wracając do twojego pytania, jeśli kobieta kocha i kieruje nią miłość i do siebie, i do swojego partnera, to będzie umiała odkryć to, co najlepsze dla obojga. Podobnie z mężczyzną, ale zwykle droga do tego miejsca miłości – i do siebie, i do partnerki – w przypadku mężczyzn jest trudniejsza do przebycia. Mężczyźni kulturowo są między dwoma progami. Jeden próg jest na wrażliwość. To ten system przekonań, że chłopaki nie płaczą. Drugi to próg na siłę, która utożsamiana jest z dominacją i przemocą. A to sprawia, że wielu mężczyzn wyrzeka się swojej sprawczości, wyrzekając się przemocy. Samo odzyskanie dostępu do wrażliwości nie wystarczy. Konieczne jest, by mężczyźni odzyskali dostęp do siły, która nie jest przemocą. Głęboki kontakt ze sobą jest im w tym niezbędny. Dopiero kiedy przejdą przez te progi, są zdolni do tego, by pokochać siebie.

Czyli gdy facet zamyka się w sobie, jaskinia to kontakt ze sobą?
Tak. Bycie w kontakcie ze sobą cały czas. Ale brakuje nam czasu na trawienie tego, co przeżywamy, taką liczbą bodźców jesteśmy codziennie bombardowani. Rządzą też nami: skuteczność, użyteczność, produktywność, więc nawet w wolnym czasie stawiamy sobie zadania: jeździmy na rowerze, medytujemy, zamiast poleżeć na trawie i popatrzeć w niebo. Nie umiemy robić „nic”, a więc nie spotykamy się ze sobą, czyli z najważniejszą osobą.

Co się dzieje, kiedy „nic” się dzieje?
Straszne rzeczy na początku, bo każde pięć minut bez planowania, co za chwilę zrobię, jest udręką. A „nic” jest bezcenne, bo w nim trawimy to, co przeżyliśmy. To sedno jaskini. Pewnego dnia siedziałem w domu i nic nie robiłem, więc mogłem zobaczyć, co się dzieje w mojej głowie. A tam leciał film, który obejrzałem poprzedniego dnia. Banalna historia o gliniarzach z Nowego Jorku. Scena po scenie. Był to akurat czas, kiedy zastanawiałem się nad granicami odpowiedzialności za uczucia innych. No i patrzyłem w okno i oglądałem w mojej głowie ten film... Gdy doszedłem do kluczowej sceny, zrozumiałem, że pada w niej odpowiedź na moje pytanie. Poprzedniego wieczoru tego nie złapałem. Był więc powód, dla którego to się działo, a ja byłem na tyle otwarty na to, co dzieje się w mojej głowie, żeby zauważyć to, co chciało do mnie dotrzeć. Gdybym zajął się czymś innym, przeoczyłbym tę odpowiedź.

Robienie „nic” może być też jałowym „zawieszeniem się”.
To co innego niż jaskinia. Czegoś jest w życiu za dużo i dlatego się wyłączasz. Potrzebujesz wsparcia, a nie samotności. Rozróżnić to nicnierobienie od jałowej pustki można po tym, jak się czujemy. Jeśli „nic” nas buduje, to znaczy, że jest dobre. Jeśli nie, problem jest gdzie indziej i nie ma co siedzieć samemu w ciszy. To wszystko jest też tajemnicze. Pamiętam jednego z uczestników moich warsztatów, który jak się zajęcia zaczynały, zasypiał, a budził się na przerwę. Po czym zasypiał, jak zaczynaliśmy pracę. I tak przez dwa lata. Zadziwiające, ale jego życie się zmieniało. Zasypianie to sygnał progu. Mówi: to, co się dzieje, to za dużo, ale jest mi to potrzebne, bo nie odchodzę, tylko wracam.

Zbigniew Miłuński, filozof i terapeuta psychologii procesu. Pracuje jako psychoterapeuta, trener, konsultant w zakresie rozwoju osobistego, komunikacji interpersonalnej, rozwiązywania konfliktów. Prowadzi autorskie warsztaty rozwoju osobistego, w tym warsztaty dla mężczyzn.