1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Naturalne liderki

Naturalne liderki

fot. iStock
fot. iStock
Przez całe stulecia kobiety rozwijały najważniejsze umiejętności potrzebne do kierowania innymi. Niektóre z nich są naturalne, inne nabyte, bo związane z rolami pełnionymi w życiu. A jednak wiele bizneswoman niepotrzebnie przejmuje męski sposób zarządzania. Pora uwierzyć w to, że kobiecy styl jest unikalny i skuteczny – apeluje coach Aneta Pietrzak.

Na rynku pracy kobiety zazwyczaj nie wykazują szczególnej pewności siebie (w przeciwieństwie do mężczyzn, których zwykle charakteryzuje zawyżona samoocena). Osiągnięty sukces nieraz kwitują stwierdzeniami: „Ktoś mi pomógł”, „Miałam szczęście”, jakby broniąc się przed przyznaniem, że to właśnie one mają cechy, których wymaga się od współczesnych liderów.

Z korzyścią dla wszystkich

Rynek pracy bardzo się zmienił przez ostatnie lata. Dziś ludzie nie chcą już tylko wykonywać poleceń, ale oczekują, że ich zdanie będzie uwzględniane przez przełożonych. Chcą także mieć swobodę co do sposobu realizacji celów wyznaczonych przez pracodawcę. To właśnie pole do popisu dla kobiet, które od pokoleń – prowadząc dom, zarządzając gospodarstwami i wychowując dzieci Ω rozwijały kompetencje najbardziej pożądane u współczesnych menedżerów: wielozadaniowość, podzielność uwagi, współpracę i elastyczność. Kobiety potrafią nie tylko budować i utrzymywać relacje, ale też motywować innych i tworzyć środowisko wspierające rozwój. Oczywiście nie chodzi o to, że mężczyźni tego nie potrafią albo są od kobiet gorsi. Różnica polega na tym, że one robią to w sposób automatyczny, z większą swobodą i pewnością siebie. Przez wieki uczone przekazywanej z matki na córkę „sztuki sprawnego zarządzania rodziną” faktycznie kierują innymi, tylko nie nazywają tego przywództwem.

Trzeba jednak podkreślić, że płeć nie przesądza o kompetencjach lidera. Ktoś świetnie poprowadzi innych, bo ma cechy potrzebne w określonym miejscu i czasie, które w innych okolicznościach zupełnie się nie sprawdzą. Wcześniej kobiety wykorzystywały swoją błyskotliwość, zdolność wpływania na innych i motywowania przede wszystkim w życiu rodzinnym i w przestrzeni społecznej (szkoły, dobroczynność, opieka na seniorami), a teraz chcą w pełni wykorzystywać swoje cechy przywódcze w pracy. Ponadto do bycia liderką skłania je zazwyczaj nie potrzeba władzy i kontroli, ale chęć, by coś zmienić. Ich zaangażowanie sprawia, że inni za nimi podążają. Przykład? Mary Kay Ash, założycielka wielkiej firmy kosmetycznej Mary Kay Cosmetics, czy premier Izraela Ω Golda Meir. Liderki realizują cele organizacji, ponieważ wiedzą, że w ten sposób pracują dla większego wspólnego dobra. Potrafią wykorzystać energię ludzi wokół siebie, aby każdy mógł na tym skorzystać.

Na mocnych stronach jak na skale

Kobiety menedżerki w żadnym wypadku nie powinny przejmować męskiego stylu zarządzania. Jako pierwsza zwróciła na to uwagę dr Judy Rosener, specjalistka ds. równościowych rozwiązań na rynku pracy, w artykule „Ways Women Lead” opublikowanym w 1977 roku. Tak zwany męski styl zarządzania, czyli bazujący przede wszystkim na rywalizacji i kontroli, nie pozwala kobietom realizować własnego wyjątkowego potencjału. Wtłacza je w ramy pt. „jak powinien zachowywać się prawdziwy menedżer” i w końcu ugruntowuje podstawowy błąd wielu organizacji: że każdy może nauczyć się wszystkiego i że najlepszym polem do rozwoju jest obszar największych słabości danej osoby. To absurdalne przekonanie sprawia, że w szkołach, na uczelniach, w miejscach pracy identyfikuje się, analizuje i poprawia słabości, by stać się bardziej kompetentną osobą w jakiejś dziedzinie – zamiast rozwijać mocne strony. A przecież najlepszymi menedżerami są ci, którzy wykorzystują swoje unikalne talenty. Oni wiedzą, że należy skupiać się na obszarach największej siły, pod tym kątem budują zespoły i traktują pracowników indywidualnie. Wielcy liderzy sprawiają, że inni czują się dobrze w ich towarzystwie.

Jeśli przyjrzysz się ludziom różnych profesji: od nauczycieli, przez telemarketerów, po menedżerów najwyższego stopnia, zauważysz, że sekret sukcesu tych najbardziej skutecznych tkwi w tym, że odkryli własne mocne strony i świadomie wykorzystują je w życiu zawodowym. W pracy menedżera trzeba odpowiadać na potrzeby rynku, podejmować decyzje, więc i godzić się na wiążące się z tym ryzyko. Należy wchodzić w relacje z ludźmi, ale nie robić tego w sposób przypadkowy. Jak to osiągnąć?

Po pierwsze, należy być świadomym swojego potencjału, czyli znać odpowiedź na pytanie, co robisz lepiej niż setki innych ludzi. Po drugie, nie wzmacniać swoich słabości, lecz zidentyfikować najlepsze cechy i na nich właśnie budować swoją karierę.

Siła kobiet w pracy

Bycie liderem nie oznacza, że trzeba być mężczyzną albo zachowywać się jak on. Kobiety lepiej funkcjonują, kiedy korzystają ze swoich naturalnych zdolności – gorzej, kiedy się szkolą, aby myśleć i działać po męsku. Oto mocne strony kobiet na stanowiskach menedżerskich:
  • Elastyczność, współpraca i wielozadaniowość.
  • Uważność na ludzi, potrzeba poznania i zrozumienia otoczenia pracy.
  • Świadomość swoich kompetencji i koncentracja na zadaniach, w których się sprawdzają.
  • Umiejętność dobierania ludzi, którzy pomogą im w realizacji wizji i planów oraz skuteczność w motywowaniu ich i inspirowaniu.
  • Zdolność definiowania celów, umiejętność zachowania równowagi pomiędzy strategią i taktyką, zgoda na podejmowanie ryzyka.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Podwójne standardy. Czy kobiety nadal są ofiarami różnic płacowych?

Dysproporcja wynagrodzeń utrzymuje się z powodu głęboko zakorzenionych nierówności wpisanych w nasz system. (Ilustracja: iStock)
Dysproporcja wynagrodzeń utrzymuje się z powodu głęboko zakorzenionych nierówności wpisanych w nasz system. (Ilustracja: iStock)
Niższa pensja, zrzucanie na kobiety mało interesujących zadań, częste przerywanie im podczas zebrania, rzadsze awanse i podwyżki - to typowy seksizm w skali mikro. Dziennikarka Jessica Bennett tłumaczy, jak go rozpoznawać i jak się mu najskuteczniej przeciwstawiać.

Na czym polega seksizm w skali mikro, o którym piszesz?
To wszystkie te zachowania, które sprawiają, że zaczynasz się zastanawiać: "Czy to już seksizm, czy może mi się tylko tak wydaje?". Otóż odpowiedź brzmi: "Nie, nie wydaje ci się". Objawia się on na przykład w takich sytuacjach, gdy ktoś ci ciągle przerywa podczas zebrania czy prezentacji, co jak się okazuje dotyka dwa razy częściej kobiety niż mężczyzn. Albo gdy twoje pomysły są przypisywane komuś innemu - w domyśle mężczyźnie - bo przecież wszyscy instynktownie wiemy, że to od mężczyzn pochodzą najlepsze pomysły... Albo gdy jesteś pytana, czy możesz przynieść wszystkim kawę lub robić notatki podczas zebrania, choć nie jesteś sekretarką ani asystentką. Statystycznie kobiety są częściej o to proszone i częściej karane, gdy odmówią. Każde z tych zdarzeń z osobna wydaje się jedynie incydentem, ale gdy zaczynają się łączyć, to już robi się większy problem.

Jak z tym walczyć?
Pierwszy krok to uświadomić sobie, że te sytuacje istnieją, zdarzają się i to nie tylko nam. Gdy już to wiesz, zacznij nazywać rzeczy po imieniu - w imieniu swoim i innych kobiet. Można przerwać przerywającemu, mówiąc na przykład coś takiego: "Przepraszam, czy Ania mogłaby skończyć swoją wypowiedź?". Albo gdy widzisz, że twoja koleżanka z pracy nie jest doceniana za swoją pracę - powiedz głośno, że to jej powinno się przypisać sukces, a nie komuś innemu.

Z drugiej strony stereotypy, jakimi pracodawcy posługują się wobec kobiet, na przykład taki, że kobiety są emocjonalne, zawsze miłe i nie podnoszą głosu - możemy paradoksalnie wykorzystać na swoją korzyść.
Osobiście nie uważam, że kobiety powinny zgadzać się na traktowanie wynikające ze stereotypów, żeby iść do przodu... Choć właśnie przypomniałam sobie badanie, z którego wynika, że kobiety, które się uśmiechają podczas pytania o podwyżkę, częściej tę podwyżkę otrzymują. I co teraz? Na pewno nie powinno się wymagać od kobiet, by się uśmiechały, zwłaszcza kiedy rozmawiają o pieniądzach, ale myślę, że gdybym ja była w takiej sytuacji, to po prostu wyszczerzyłabym zęby, by dostać kasę. I potem bym sobie obiecała, że kiedy któregoś dnia jakaś kobieta poprosi mnie o podwyżkę, to nie ulegnę temu stereotypowi.

Seksistowskie miejsce pracy to także takie, gdzie to kobiety są ofiarami różnic płacowych, bo nie ma w tej kwestii transparencji. Jak to zmienić?
Mam obsesję na punkcie danych, bo one pozwalają mi polegać nie tylko na emocjach, gdy chcę udowodnić, że coś jest nieprawdą albo niesprawiedliwością. Co do dysproporcji wynagrodzeń, to utrzymuje się ona z powodu głęboko zakorzenionych nierówności wpisanych w nasz system. I mam na myśli zarówno rażącą dyskryminację, jak i nieuświadomione uprzedzenia.

Jakie?
Na przykład takie, że kobietom nie przystoi rozmawiać o pieniądzach. Dlatego kiedy żądają podczas negocjacji więcej, są często postrzegane jako natrętne czy agresywne i rzadziej dostają podwyżkę. Z kolei dyskryminacją jest to, że z powodu braku przejrzystości w zarobkach, która jest standardem w wielu firmach, kobiety przez długi czas w ogóle nie wiedziały, że mają niższe pensje. Dlatego uważam, że transparentna polityka płacowa jest z korzyścią dla kobiet i jeśli jej brak, to trzeba zacząć pytać, ile zarabiają nasi rówieśnicy obojga płci. Zawsze też przychodźmy na rozmowy o podwyżce ze zbiorem danych i argumentami przemawiającymi za tym, że powinniśmy zarabiać więcej.

Łatwiej rozmawiać o wyrównaniu płac z rówieśnikami niż z osobami ze starszego pokolenia? Nasi szefowie coraz częściej są właśnie w naszym wieku.
Patrzę na to jak na bitwę na wielu frontach. Musimy walczyć o zmiany strukturalne typu równe płace, ale też musimy wiedzieć, jak radzić sobie z presją kulturową, której doświadczamy każdego dnia, zwłaszcza gdy pochodzi od rówieśników na pozycjach władzy. Edukować ich, skoro jeszcze tego nie wiedzą, a teraz od nich wiele zależy.

Jak to zrobić? Jak ich przekonać, by byli po naszej stronie?
Potrzebujemy mężczyzn po naszej stronie i wielu z nich chce pomóc, tylko często nie mają do tego narzędzi albo nie wiedzą, jak to zrobić. Dlatego rozmawiajmy z nimi o swoich problemach, zwracajmy na nich uwagę, zapraszajmy ich do naszych zespołów projektowych, nie ograniczajmy się tylko do kobiecych sojuszy.

A jak zwrócić uwagę seksistom, którzy uprzykrzają nam życie każdego dnia, komentując ubiór, wysyłając po kawę i mówiąc "kotku" podczas zebrania?
Położyć im na biurku listę 16 bardzo prostych zadań mojego autorstwa, które mogą robić codziennie w miejscu pracy, by wspierać kobiety. Są na nich takie rzeczy, jak: przypisz sukces jego autorce, a nie zespołowi; przerwij przerywaczowi, który nie daje dojść koleżance do głosu, a także - jeśli chodzi o szefa: gdy szukasz kogoś do pracy, zaproś na rozmowę tyle samo kobiet co mężczyzn.

W książce "Feminist Fight Club" piszesz o tym, że każda z nas powinna mieć swój klub wsparcia. Zwłaszcza w miejscu pracy. Opowiesz o tym więcej?
Taki Fight club to twój osobisty oddział. To ludzie, którzy cię popierają, doradzają ci i stawiają cię na nogi, jeśli tego potrzebujesz. To twój bezwarunkowy profesjonalny system wsparcia i dziewczęcy gang w jednym. Inspiracją do książki był mój własny fight club, czyli grupa kobiet, z którymi regularnie się widujemy, odkąd właściwie zaczęłam pracować zawodowo, czyli od jakiejś dekady. Spotykamy się co kilka miesięcy, by podzielić się radą, pomocą i regułami gry w naszych zdominowanych przez męską perspektywę miejscach pracy. Napisałam książkę, bo chciałam podzielić się z innymi etosem kobiecej przyjaźni i solidarności oraz zestawem narzędzi potrzebnych do walki z seksizmem. I chcę tu dodać, że jedyna silniejsza rzecz od pewnej siebie kobiety to cała ich armia. Moc naprawdę tkwi w ilości.

Jakimi zasadami powinny kierować się kobiety, jeśli chcą się nawzajem wspierać?
Zawodowy sukces zawdzięczam częściowo kobietom z mojego klubu, które radziły mi, jak prosić o podwyżkę, były oparciem w trudnych momentach i zwyczajnie rozśmieszały mnie, gdy chciało mi się płakać. Dlatego to takie ważne, by znaleźć wspólnotę lub grupę ludzi podobnie myślących, którzy mogą być twoim systemem wsparcia. A jeśli nie masz takiej grupy, to ją stwórz. Spotykajcie się na kawie raz w miesiącu i pytajcie się, jak możecie sobie pomóc. Nauczyłam się, że wszyscy mamy władze, moc do zmieniania rzeczy, wpływania na nie. Ale najwięcej możemy zdziałać w grupie. Nie ma niczego równie silnego jak grupa kobiet, która zawsze stanie za tobą murem. Bo w pracy łatwo jest zwolnić jedną osobę, która sprzeciwia się niesprawiedliwości, ale trudno jest zwolnić armię takich osób.

Może trzeba po prostu postawić na kobiece firmy, kooperatywy jako alternatywę męskiego nietransparentnego korporacyjnego świata?
Myślę, że praca w świecie zarządzanym przez kobiety byłaby całkiem przyjemna, choć umówmy się, to nierzeczywiste. Świat wciąż jest zarządzany przez mężczyzn, ale przecież nie wszyscy są beznadziejni. No i pamiętajmy o tym, że uprzedzenia i stereotypy nie tylko kierują mężczyznami, ale też kobietami. Ideałem jest więc znalezienie właściwych ludzi do pracy, a nie kierowanie się kwestiami płciowymi.

Jessica Bennett, dziennikarka, w 2017 roku objęła pierwsze w historii stanowisko redaktorki ds. równouprawnienia w "New York Times". Jej książka "Feminist Fight Club" została przetłumaczona na 14 języków.

  1. Psychologia

Jakie wyzwania stoją przed współczesnymi kobietami?

Poczujmy, jak ważna jest kobieca solidarność w zwykłym, codziennym życiu. (Ilustracja: Luka Rayski)
Poczujmy, jak ważna jest kobieca solidarność w zwykłym, codziennym życiu. (Ilustracja: Luka Rayski)
- Kobieta w mocy jest lojalna wobec innych kobiet. I solidarna z nimi – mówi Alicja Bednarska. – Ważne, abyśmy poczuły świętość naszych wagin, naszych ciał. Nie ma ciał brzydkich. Wszystkie są piękne – dodaje Diana Poteralska-Łyżnik. – Wnoszenie naszej kobiecej mocy do świata wymaga zaangażowania, aktywności. Jak powiedział Dalajlama: „Same modlitwy nie wystarczą” – mówi Elżbieta Smoleńska.

Tekst pochodzi ze "Zwierciadła" 1/2017

Czym jest dzisiaj kobieca siła? Diana: Siła czy moc? Siła jest męska, trzeba ją cały czas karmić, walczyć o nią. Siłę tracimy. My, współczesne kobiety, odkrywamy swoją moc. Moc jest niewyczerpana, podłączona do źródła. Mocą nie musimy nikogo przezwyciężać, powalać; nie ma w niej agresji, konkurencji…

Alicja: Nie ma hierarchii. Gdy jesteśmy w swojej mocy, wtedy łączymy, nie dzielimy. Nie rywalizujemy z mężczyznami. Mam moc i robię to, co wypływa ze mnie, z mojego połączenia z życiem. Wiem wtedy, że nie muszę rywalizować.

Angelika Aliti, autorka kultowej dla kobiet książki „Dzika kobieta”, pisze, że w swoim życiu najbardziej bała się kobiet, nie mężczyzn. Alicja: Kobieta w mocy jest lojalna wobec innych kobiet. W grupach kobiecych, w kręgach kobiet często na początku słyszymy: „Ja nie lubię kobiet, nigdy nie lubiłam”. Wystarczy kilka spotkań, żeby usłyszeć: „Jak dobrze być z kobietami. Mogę opowiedzieć o sobie prawdziwie i nie będę oceniona, nikt nie będzie mi udzielał rad, pouczał”. Bądźmy w końcu lojalne.

Co by to miało znaczyć? Alicja: Jestem lojalna wobec innej kobiety, więc – na przykład – nie zabieram jej mężczyzny. Wiele kobiet rozumie, jakie to ważne. Mówią do mężczyzn: „Podobasz mi się. Jeśli przyjdziesz do mnie wolny, jestem gotowa”.

Diana: To dotyczy także lojalności kobiet w pracy. Nie robimy kariery po trupach, nie donosimy, nie poniżamy, nie obmawiamy, nie spiskujemy. Nie czujemy się lepsze od innych kobiet.

Elżbieta: To kolejne wyzwanie, które stoi przed kobietami: jak być w kobiecej mocy w świecie, który jest definiowany przez zasady i wartości patriarchalne. Jesteśmy w swojej mocy w grupach kobiecych, a potem wychodzimy do świata, który jest – jak dotąd – inaczej skonstruowany. Kobieca moc zawsze w nas była, tylko – z różnych powodów – straciłyśmy z nią kontakt.

A teraz zaczynamy na nowo jej doświadczać. Elżbieta: Świadomościowo i społecznie jesteśmy w miejscu przejścia od patriarchatu do postpatriarchatu. Im bardziej jesteśmy świadome, jak działa patriarchat, tym skuteczniej możemy go demontować. Pomimo ulewnego deszczu, w "Czarny poniedziałek" 3 października 2016 roku, 100 tysięcy kobiet i mężczyzn wyszło na ulicę. To przejaw nowej feministycznej świadomości. Starsze kobiety mówiły, że robią to dla swoich córek, wnuczek, synowych, dla młodszych sióstr. Nigdy wcześniej czegoś takiego w Polsce nie było. Jestem feministką, co dla mnie oznacza między innymi, że potrafię zobaczyć wspólne elementy losu wszystkich kobiet, potrafię wzmacniać poczucie kobiecej solidarności i lojalności; jestem wrażliwa na kobiece i antykobiece stereotypy i mam wolę im przeciwdziałać.

Alicja: Ta nowa świadomość rodzi się w kobiecych grupach. Pierwsze kręgi kobiet, które powstawały w Stanach Zjednoczonych, stawiały na podwyższanie świadomości. Potem zaczęły sięgać do duchowości. Teraz – i w Stanach, i w Europie – przyszedł czas na grupy, które przejawiają aktywność, działają na rzecz większych grup kobiet.

Czym jest kobieca duchowość? Elżbieta: We wszystkich dominujących religiach Bóg jest rodzaju męskiego. Dodatkowo pośrednicy męskiego Boga to także mężczyźni. Odkrywamy duchowość boginiczną, czyli przywracamy zaburzoną równowagę między świętością energii męskiej i żeńskiej. Bogini – Wielka Matka – jako dawczyni wszelkiego życia jest równorzędna z Bogiem Ojcem.

Alicja: Nasza duchowość to połączenie z naturą, z Matką Ziemią, ze zwierzętami, z roślinami. To świadomość, że żyjemy w cyklach przyrody, w cyklach Księżyca; że jesteśmy częścią wszechświata.

Elżbieta: Ważnym elementem naszej duchowości jest przywracanie świętości kobiecego ciała. Jakiś czas temu w jednym z wrocławskich teatrów doszło do skandalu. Bohaterka spektaklu wyjmuje z waginy polską flagę. Obraza, oburzenie, bezczeszczenie flagi, doniesienie do prokuratury. Skąd to oburzenie? Przecież wszyscy wyszliśmy z waginy, to jest święte miejsce tworzenia życia. Ta awantura pokazuje, w jaki sposób ciągle traktowane jest kobiece ciało. Jak dalece odeszliśmy od świadomości, a także doświadczania i przeżywania świętości ciała.

Diana: Ważne, abyśmy same poczuły świętość naszych wagin, naszych ciał. Nie ma ciał brzydkich. Wszystkie są piękne. Możemy patrzeć na siebie i na inne kobiety z pełną zachwytu ciekawością.

Alicja: W grupach kobiecych robię ceremonię pierwszej krwi. Ta inicjacja w kobiecość daje dziewczynkom prawdziwą moc. Dowiadują się, że ich krew jest święta, że jako kobiety mają moc rodzenia, dawania życia. Rdzenne, mądre kultury szanowały krew, tak pierwszą, jak i ostatnią. Kobieta, która zatrzymuje krew, przekształca ją w mądrość.

Elżbieta: Co nie znaczy, że kobieta, która nie rodzi dzieci, nie jest „prawdziwą” kobietą. Świętość kobiecego ciała może się przejawiać na wiele sposobów.

Alicja: W rdzennych społecznościach osoby z defektami fizycznymi były uważane za obdarzone szczególną mocą, mogły dawać błogosławieństwa. Społeczność wspierała ujawnianie tej mocy.

Jesteśmy połączone z siłami życia. Ciało jest święte. W jaki sposób być, działać z kobiecą mocą w patriarchalnym świecie, który tego nie rozumie. I nie odzwierciedla. Elżbieta: Ważna jest świadomość. I małe, codzienne działania. Nie każda z nas jest wielką działaczką, ale każda może nie zgodzić się na przykład na seksistowskie dowcipy.

Alicja: Ja często słyszę lekceważące: „A, bo te baby!”. Mówię wtedy: „Nie ma bab, są kobiety”. Rozmawiajmy inaczej – z poszanowaniem kobiecej wartości i godności – ze swoimi córkami, wnuczkami…

Diana: Z synami, z partnerami. Mówmy o naszych potrzebach, uczuciach, o tym, jak się czujemy, gdy ktoś umniejsza kobiety. Świadomość zmienia się powoli, jedna kropla drąży skałę.

Elżbieta: W szerszym społecznym planie zwracajmy uwagę, na kogo głosujemy w wyborach. Wnoszenie naszej kobiecej mocy do świata wymaga zaangażowania, aktywności. Jak powiedział Dalajlama: „Same modlitwy nie wystarczą”. Jeśli w programie partii nie ma wrażliwości na kwestie kobiece, nie wybierajmy liderów tej partii. Zwracajmy uwagę na podnoszenie rangi kobiecych, czyli opiekuńczych, zawodów. Dlaczego przedszkolanki, pielęgniarki, nauczycielki są gorzej opłacane niż mężczyźni pracujący w męskich zawodach? Dlaczego jest tak, że kobieta, która pracuje 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, zajmując się domem i dziećmi, uważana jest za kobietę niepracującą? Dlaczego te lata nie są wliczane do okresu składkowego? Domagajmy się równego traktowania kobiet, angażujmy się w ruchy kobiece, wspierajmy kobiece organizacje w zakresie, w jakim to dla nas możliwe – myślą, działaniem, finansowo. To nasz wspólny los. Mogę wspierać pomoc dla samotnych matek, mimo że nie jestem samotną matką. Nikt mi jednak nie zagwarantuje, że nie będę, że moja córka czy siostrzenica nie zostanie sama z dziećmi. Poczujmy, jak ważna jest kobieca solidarność w zwykłym, codziennym życiu. Nie czytajmy takich gazet i nie oglądajmy takich telewizji, które wzmacniają szkodliwe społeczne stereotypy. Nie mówmy, że to nas nie dotyczy.

Diana: Jesteśmy kobietami i wszystko, co kobiece, nas dotyczy. Kobiece stowarzyszenia, organizacje, grupy zaczynają się od małych kobiecych kręgów, w których rodzi się wspólnota. Potem ta wspólnotowa energia promieniuje na wszystkie systemy, w których żyjemy, na nasze działania.

Wydałyście dwie świetne książki Jean Shinody Bolen („Boginie w każdej kobiecie” i „Boginiczne archetypy dojrzałej kobiecości”) o archetypach kobiecej mocy. Widać w nich, jak wiele jest twarzy kobiecości. Elżbieta: No właśnie, kto definiuje, co jest kobiece, a co nie? Czy Amazonka z obciętą piersią nie była kobieca? A mądra Atena? A mniszki, zakonnice? Chodzi o samoświadomość: czym dla mnie jest moja kobiecość? Kobiecość może się przejawiać na wiele sposobów. Żeby nam się archetyp nie pomylił ze stereotypem. Żebyśmy nie dały sobie wmówić, że intelekt, wymagania, ostrość i precyzja spojrzenia nie są kobiece. Wiele kobiet boi się różnych określeń i ocen, które miałyby im odejmować kobiecość. Elementem kobiecej mocy jest poczucie, że chcę, mogę i potrafię sama zdefiniować swoją kobiecość, bez oglądania się, co „świat” na to powie. Bo „świat” zawsze może ocenić: jeśli kobieta ma duże potrzeby seksualne, będzie albo dziwką, puszczalską, albo świetną kochanką. Jeśli nie ma takich potrzeb, będzie nazwana cnotliwą albo wręcz przeciwnie – zimną suką. I tak dalej, i tak dalej. Samoświadomość, samookreślenie, jaka jest moja wewnętrzna kobieta, i zgoda na nią uwalniają od lęku.

Diana: Całkiem niedawno odkryłam, że uwielbiam chodzić w długich spódnicach. Kobiece mentorki mówią, że kobieta w długiej spódnicy zagarnia energię Matki Ziemi i w ten sposób siebie wzmacnia. Chodzę więc w spódnicy cały czas, także w domu. Przeszłam w spódnicy (i w ciężkich butach) całe Bieszczady. Czułam się fantastycznie, było mi superwygodnie.

Elżbieta: Ja chodziłam w spódnicy po Himalajach…

Nasza święta kobiecość w pracy… Alicja: Gdzie wiszą kalendarze z gołymi babami. Możemy zdjąć taki kalendarz, będąc świadome, że jest on wyrazem przedmiotowego traktowania kobiet; że ciała kobiet stały się dodatkami do sprzedawanych towarów. Nie musimy się na to godzić. Możemy o tym rozmawiać, zwracać uwagę, pytać: „Dlaczego wieszasz taki kalendarz? Co myślisz o kobietach?”.

Diana: Menedżerka, która jest świadoma mocy własnej kobiecości, inaczej traktuje pracowników.

Elżbieta: Przede wszystkim pilnuje równych praw. Wiele menedżerek i właścicielek firm ciągle woli zatrudnić mężczyznę niż kobietę, ponieważ mężczyzna nie pójdzie na urlop macierzyński. Otóż rodzenie dziecka i urlop macierzyński nie jest przywilejem, ponieważ żadna kobieta nie powie swojemu partnerowi: „Słuchaj, pierwsze dziecko urodzę ja, a potem się wymienimy – ty urodzisz drugie, żeby nam było łatwiej na rynku pracy”. Jeśli menedżerka nie obawia się zatrudniać kobiet, nie wyróżnia mężczyzn, to jest to pierwszy ważny krok w stronę kobiecej mocy i świadomości.

Diana: Przez 20 lat pracowałam jako menedżerka w różnych korporacjach. Zatrudniałam głównie kobiety, ponieważ uważałam, że wspaniale pracują. Gdy rodziły dzieci, chroniłam je.

Elżbieta: Ulgi związane z macierzyństwem nie są przywilejami. Powinny być oczywiste i normalne w każdym miejscu pracy.

W jakim świecie chciałybyśmy żyć? Elżbieta: Już wiemy, że patriarchalny porządek szkodzi zarówno kobietom, jak i mężczyznom, ponieważ wszystkich oddziela od ich mocy. Nie chodzi o to, aby kobiety przejęły władzę nad mężczyznami. W nowym świecie zostanie przywrócone połączenie. Połączenie nas wszystkich z naturą. Połączenie rozumu z sercem i z duszą. Połączenie medycyny z aspektem samouzdrawiania w nas. Połączenie indywidualnego rozwoju z rozwojem wspólnotowym. Połączenie z ludźmi inaczej myślącymi, z tak zwanymi niepełnosprawnymi. Będzie miejsce dla starości, dla śmierci. Śmierć stanie się widoczna, będzie elementem życia, świętego cyklu.

Alicja: Zostanie przywrócony szacunek dla kobiet, mężczyzn, dzieci, zwierząt, przyrody, dla Matki Ziemi. Bez szacunku zginiemy. Ziemia poradzi sobie bez nas, ale my bez niej – nie.

Elżbieta: W postpatriarchalnym świecie nie będzie hierarchii, czyli panów i władców. W przeszłości było wiele niehierarchicznych kultur, które funkcjonowały bez wojen, bez dominacji. Ślady tych kultur są ciągle odkrywane przez archeologów. Nowy światowy porządek będzie oparty na paradygmacie współpracy, na ekonomii troski. Ekonomia troski jest systemem, w którym kryterium skuteczności nie jest zysk, tylko zaspokojenie potrzeb – wszystkich ludzi, bez wykluczania. Zwrócimy się ku swojemu wnętrzu i zaprzestaniemy szaleńczej konsumpcji. Przestaniemy niszczyć Ziemię.

Diana: Zrozumiemy, że wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni. To, co dzieje się każdemu z nas, dzieje się wszystkim.

Elżbieta: Skoro jesteśmy połączeni, to troska o całość ma sens. Każdy mój krok odciska piętno na życiu planety; nie tylko mojego najbliższego otoczenia, ale wszystkiego, co jest.

Diana: Myślami, intencjami, wyborami i działaniami stwarzamy świat. Niech ta kreacja wspiera i nas, i wszystkich, i wszystko dookoła.

Moc waginy

W wielu kulturach przedpatriarchalnych czczono moc waginy, która – jak pisali historycy, na przykład Pliniusz i Plutarch – poskramiała żywioły: uspokajała morze, ujarzmiała groźne burze, trąby powietrzne i błyskawice. Według licznych podań akt obnażania kobiecych narządów płciowych stanowił środek zapobiegawczy przeciw złu i nieszczęściu, odpędzał złe duchy, odstraszał drapieżniki i wrogich wojowników. Na przykład starożytne Egipcjanki obnażały się na polu, aby odpędzić szkodniki, ale także wspomóc obfitość zbiorów. Kobiece obnażanie wzmagało urodzajność, powodując wzrost roślin i żyzność gleby. Opowieści o mocy kobiecości przekazywano przez całe tysiąclecia, od starożytności po czasy współczesne, na różnych kontynentach.

Na podst. Catherine Blackledge, „Wagina. Kobieca seksualność w historii kultury”

Alicja Bednarska prowadzi ośrodek rozwoju duchowego Berckana, warsztaty dla kobiet i kręgi kobiet. Współwydaje kalendarz Spirala tworzony przez kobiety dla kobiet, z tekstami i obrazami ponad 50 autorek, sięgającymi do korzeni kobiecej duchowości. Współzałożycielka wydawnictwa Yemaya.

Diana Poteralska-Łyżnik coach zdrowia, doula, arteterapeutka, trenerka rozwoju osobistego, założycielka Good Life Academy, prowadzi warsztaty, ćwiczenia i ceremonie oraz kręgi kobiet.

Elżbieta Smoleńska wydawczyni i tłumaczka. 

  1. Styl Życia

Ten dzień to prezent

Historie bohaterek są tak różne, że wiele kobiet się w nich odnajdzie. Ale jedno jest w nich wspólne – wszystkie są optymistkami. (Fot. Kamila Bannach)
Historie bohaterek są tak różne, że wiele kobiet się w nich odnajdzie. Ale jedno jest w nich wspólne – wszystkie są optymistkami. (Fot. Kamila Bannach)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Panien młodych jest 11. I ani jednego pana młodego. Bo tym dziewczynom do ślubu nie po drodze. Ale jednocześnie każda chciałaby założyć piękną suknię. Chciałaby, żeby ktoś ją pięknie uczesał, zrobił makijaż, żeby o nią zadbał. Każda chce poczuć się najpiękniejsza. Dziś tak właśnie będzie.

Ania Żukowska w swojej Stodole Czereśniowy Sad od lat organizuje przyjęcia weselne. Marta Trojanowska projektuje suknie ślubne. Siedziały przy ognisku, wieczorem, po zakończeniu poprzedniego szalonego projektu. Pandemia postawiła znak STOP, ale Ania nie jest osobą, która potrafi wrzucić na luz. Musi działać. Wymyśliły więc, że może by zrobić pokaz sukien ślubnych Marty. Okej, ale sam pokaz to za mało, powiedzmy przy okazji coś jeszcze kobietom. I tak narodziło się #doslubuminiepodrodze.

Fot. Agnieszka Sopel Fot. Agnieszka Sopel

„Marta ze swoim Kubą nie ma ślubu, ja z Grześkiem też długo nie miałam, a wesela nie zrobiliśmy do tej pory – mówi Ania. – Jest wiele kobiet, które ślubu nie biorą. Niektóre nie mogą, inne nie chcą. Są i takie, które z powodu choroby mogą ślubu nie doczekać… Bywają powody prawne, a bywają i emocjonalne. Wynikające z przekonań czy trudnych doświadczeń. Może znajdziemy dziewczyny, które zechcą się swoimi historiami podzielić? Kiedy wrzuciłyśmy temat na Instagrama, zostałyśmy zasypane zgłoszeniami. Historie naszych bohaterek są tak różne, że, mamy nadzieję, wiele kobiet się w nich odnajdzie. Ale jedno jest w nich wspólne – wszystkie są optymistkami. Dużo się mówi o sile kobiet, my chciałyśmy nie gadać, ale coś zrobić. Dać naszym bohaterkom ich czas, zadbać o nie, dać im miejsce, żeby powiedziały coś, co może pomóc innym. Bo to wszystko są silne dziewczyny. I chcą się tą swoją siłą dzielić, wzmacniać nawzajem. Nie mają na co dzień łatwo, więc postanowiłyśmy zrobić coś specjalnie dla nich. Dlatego zaprosiłyśmy je wcześniej, były masaże, makijaże, dobieranie sukienek, leżenie w hamaczkach, na leżaczkach, opowieści, dzielenie się, śmiech, wsparcie. Kobiece. Niech się odnajdą w takiej wspólnocie”.

Fot. Hania Komasińska Fot. Hania Komasińska

Robię to dla siebie!

Bogusia kiedyś myślała, że celem jej życia jest znaleźć chłopaka. Że musi mieć narzeczonego, wziąć ślub, bo tylko wtedy będzie szczęśliwa. Że w pełni można żyć jedynie w parze. „Teraz wiem, że nic podobnego. Jestem sama. I jestem szczęśliwa. Dbam o siebie. Zaczęłam się zmieniać. Od paru lat trenuję pole dance, nabrałam świadomości ciała, umiem się poruszać, jestem też bardziej pewna siebie”. A jeśli kiedyś weźmie ślub, będzie to tylko jej własna decyzja, na pewno nie ulegnie presji innych, że wszyscy tak robią, że ważne jest mieć tę obrączkę i być żoną. „Chcę żyć w zgodzie ze sobą, nie myśleć, że każdego dnia musisz zrealizować jakiś plan. Szczęśliwie”.

Fot. Hania Komasińska Fot. Hania Komasińska

Kasia już kiedyś miała ślub. „A po ślubie mój mąż zabrał nasze pieniądze i uciekł z dziewczyną mojego brata. Nic, zupełnie nic wcześniej nie zauważyłam. A trwało to rok. Tyle czasu byłam ślepa. Wiele lat byliśmy razem, prowadziliśmy wspólnie firmę. Oddałam temu całą siebie...”. Kasia miała poczucie, że jej życie się skończyło. „Czarna dziura. Nie umiałam się pozbierać”. Uciekła w stany depresyjne, potem w imprezowanie. „Pięć lat trwało, zanim z tego wyszłam. Podniosłam się w końcu, poznałam chłopaka, muzyka, jesteśmy razem. Myślałam, że już nikomu nie zaufam, a już na pewno nie artyście, nie człowiekowi, który całe weekendy spędza poza domem. Ale nagle się okazało, że ufam. On dał mi dużo siły. Wspierał mnie. Mamy córeczkę, zaraz będzie druga. Ślub? Nie pojawił się ten temat. Mnie to nie jest potrzebne. Uzyskałam co prawda kościelne stwierdzenie nieważności małżeństwa, ale nie dlatego, że planuję kolejny ślub. Zrobiłam to dla siebie”. Mówi jednak, że fajnie będzie założyć suknię ślubną, poczuć się piękną, choć jest w zaawansowanej ciąży. „Z reguły to ja wszystko organizuję, to ja się wszystkim zajmuję. A dziś jest inaczej. I jak fajnie!”.

Fot. Agnieszka Sopel Fot. Agnieszka Sopel

Kamilla ma 32 lata i od siedmiu jest wdową. Mąż zginął, kiedy starszy syn miał sześć lat, młodszy – pięć miesięcy. Mówi, że czas co prawda nie leczy ran, ale jednak koi ból. „Nie poddałam się. Postanowiłam zbudować dom. To był mój cel. Stworzyć swoje miejsce na Ziemi, nie pomnik czy wyraz hołdu dla zmarłego męża. Nie było łatwo, ale to zrobiłam. Skończyłam też studia, teraz wybieram się na pielęgniarstwo. Lubię pracę z ludźmi, chcę pomagać. Jeśli kogoś w życiu spotkam, będzie dobrze. Ale nie szukam. Mam siłę, żeby być sama. Szczęśliwa. A nawet jeśli kogoś spotkam, nie będę chciała ślubu. Miałam jeden, niezwykły, cudowny. To mi wystarczy”.

Fot. Charlottesse Lowres Fot. Charlottesse Lowres

Dzisiejszy dzień jest dla niej ważny. „Chciałabym powiedzieć innym dziewczynom, że mają siłę. Wszystkie mamy, czasem nawet nie wiemy, jak wielką. Zdarzają się tragedie, trudne doświadczenia, ale da się iść do przodu. Chcę się ubrać w piękną suknię, chcę się śmiać i cieszyć. Synkowie mi kibicują, starszy czeka na zdjęcia, obiecałam, że będę mu wysyłać. Fajnie mieć taki czas dla siebie. Kiedy można z innymi kobietami pobyć, wygadać się. I pośmiać”.

Fot. Charlottesse Lowres Fot. Charlottesse Lowres

Wykorzystać swój czas

Karolina ma 24 lata. Dwa lata temu dowiedziała się, że choruje. Neuroendokrynny nowotwór trzustki z przerzutami. Chemia nie działa, teraz Karolina bierze udział w badaniu klinicznym. „Nie wiem, kiedy umrę, ale w sumie tego nikt nie wie. Nie chcę mówić ani myśleć o śmierci, ale o życiu. O tym, że trzeba je cenić. Nowotwór nauczył mnie radości. Wcześniej były nerwy, stres, porównywanie się z innymi. Kiedy zachorowałam, studiowałam fizjoterapię, ale nie byłam przekonana, czy to jest to, co chcę robić. Teraz mam przerwę. I dowiedziałam się, czego chcę. Chcę pomagać chorym onkologicznie. Skoro mam mało czasu, to muszę go wykorzystać. I nauczyć się być szczęśliwą, także sama ze sobą. Powiedziałam sobie: słuchaj, Karolina, musisz żyć normalnie, nie będę tracić czasu na smutek, płacz, stres. Dużo czytam, odpoczywam. Zwolniłam. Ale walczę”.

Fot. Kamila Bannach Fot. Kamila Bannach

Przyjaciele namawiali ją od dawna, żeby opowiedziała swoją historię. Mówili jej: „Jesteś taką fighterką, musisz się tym podzielić”. Dlatego kiedy zobaczyła zapowiedź projektu „ślubnego”, pomyślała: „Może to coś dla mnie?”. Chce przekazać, że warto walczyć o siebie, doceniać to, co się ma, wykorzystać każdy dzień. Celebrować go. „Nie od nas zależy, czy dostaniemy od losu raka, ale od nas zależy, co zrobimy z tym czasem, który jest nam dany. Czy będzie to coś wspaniałego, magicznego, czy zużyjemy go na nerwy i smutek. Myślę, że w mojej chorobie dorosłam”.

Fot. Kamila Bannach Fot. Kamila Bannach

Był pokaz sukien ślubnych, było przyjęcie, była siła kobiecego wsparcia. Zostały zdjęcia i grupa na Instagramie, ciągle gadają ze sobą, piszą: „Jakie my jesteśmy piękne, wszystkie, po prostu wcześniej tego nie widziałyśmy”. Bogusia: „Jestem tak szczęśliwa, że was poznałam. Spotkanie z wami otworzyło mi oczy na wiele spraw. Nie sądziłam, że historie takie jak wasze mogą się komukolwiek przydarzyć. Myślałam, że to raczej inspiracje na scenariusz filmowy, które w prawdziwym życiu się po prostu nie zdarzają. Teraz już wiem, że się myliłam i życie potrafi pisać najlepsze, najbardziej nieprawdopodobne scenariusze. Dziękuję wam bardzo”. „Gdybym miała te dziewczyny narysować – mówi Ania Żukowska – to na rysunku one wszystkie trzymałyby się mocno za ręce”.

  1. Styl Życia

Poznajcie pionierki polskiej informatyki, które mogą inspirować dzisiejsze "cyfrowe dziewczyny"

Jedna z polskich informatyczek przy komputerze Odra 1003 (Fot. dzięki uprzejmości Marcina Roberta Kaźmierczaka)
Jedna z polskich informatyczek przy komputerze Odra 1003 (Fot. dzięki uprzejmości Marcina Roberta Kaźmierczaka)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
W latach 70. XX wieku, kiedy w Polsce komputery nazywały się jeszcze maszynami cyfrowym albo matematycznymi – to kobiety były ich pierwszymi konstruktorkami i programistkami. Karolina Wasielewska, autorka reportażu o pionierkach polskiej informatyki, opowiada, czego mogą się od nich nauczyć dzisiejsze „cyfrowe dziewczyny”.

Karolina Wasilewska (Fot. Jakub Szafrański) Karolina Wasilewska (Fot. Jakub Szafrański)

Niewiele słyszymy o kobiecych ikonach czy autorytetach w branży IT, ale przecież muszą takie istnieć. One oczywiście są i się pojawiają, choćby Sheryl Sandberg, dyrektorka operacyjna Facebooka. W Polsce bardzo dużo dziewczyn zakłada start-upy technologiczne. Często są one jedynie założycielkami, a sprawami technicznymi zajmują się ich pracownicy, ale to nie zmienia faktu, że firmy te założyły właśnie kobiety, które się na tym znają. Jednak rzeczywiście postaci kobiece w świecie IT pozostają w cieniu. Kto na przykład wie, że szefową programistów w Google jest Ewa Maciaś?! Takie nazwiska trzeba promować. Kiedyś uważałam, że mentoring nie jest aż tak istotny. Powtarzałam sobie, że jeśli chciałabym zostać programistką, to nią zostanę, bez względu na to, ilu facetów widzę wokół siebie. Ale to nie jest tak.

A co się zmieniło w pani podejściu? Perspektywa. Zastanawiam się, czy gdybym od małego widziała na przykład samych dziennikarzy mężczyzn, to czy nie odcisnęłoby to piętna na mojej decyzji o wyborze zawodu. Czy nie pomyślałabym, że jako kobieta sobie w tym zawodzie nie poradzę. A nawet jeśli sobie poradzę, to będę się rzucała w oczy i będę inaczej traktowana. Ostatnie badania w Stanach Zjednoczonych pokazały, że 48 proc. kobiet, które uznały, że branża technologiczna to kierunek studiów nie dla nich, uargumentowało to brakiem wzorców, tym, że nie miały w swoim otoczeniu kobiety, która by się tym zajmowała. Przecież 48 proc. to bardzo dużo! Dlatego mentoring ma ogromne znaczenie. Przystępując do pisana książki „Cyfrodziewczyny”, nie myślałam o niej w kontekście mentoringu. Teraz jednak wierzę, że zaznaczy obecność kobiet w branży IT. Pokaże, że przed laty była ona oczywistością. Cyfrodziewczyny awansowały i robiły w dziedzinie technologii ważne rzeczy.

Opisała pani wiele wspaniałych kobiet, matek polskiej cyfryzacji. Która z nich mogłaby zostać pani mentorką? Wydaje mi się, że w mentoringu nie chodzi o naśladownictwo, tylko o wartości. Mamy prawo podejmować inne decyzje, a mimo to uznawać za inspirujące to, że ktoś wyznaje inne wartości. Dlatego każda z bohaterek książki nadaje się do takiej roli. Ponieważ sama jestem osobą czynu, podziwiam ludzi, którzy mają odwagę realizować swoje pomysły, choć może czasem biorą na siebie za dużo niż powinni. I z tej perspektywy podoba mi się postać Hanny Oktaby, która brała udział w projekcie Loglan 82, a obecnie w Meksyku zajmuje się normami jakościowymi dla małych firm programistycznych. Raz, że musiała się przebranżowić, żeby robić to, co kocha; dwa, że pracuje na nieoczywistym gruncie, bo Meksyk to nie jest informatyczne eldorado. Ale wyrobiła sobie nazwisko i w całej Ameryce Łacińskiej jest ikoną branży IT.

Bardzo imponuje mi Elżbieta Jezierska-Ziemkiewicz, która, w przeciwieństwie do większości bohaterek, nie zajmowała się programowaniem, tylko konstrukcją komputerów. U niej ten talent i pracowitość nałożyły się na niepokorną naturę: działała w opozycji, sprzeciwiała się systemowi, była internowana, nawet jej projekty technologiczne były ściśle powiązane z działalnością opozycyjną. Miała też odwagę stawać w obronie swoich przyjaciół i przekonań, a to nie dla każdego jest oczywiste.

Elżbieta Jezierska-Ziemkiewicz, lata 60. (Fot. archiwum prywatne) Elżbieta Jezierska-Ziemkiewicz, lata 60. (Fot. archiwum prywatne)

Kolejną osobą, którą podziwiam, ale której historię niekoniecznie chciałabym powielić, jest Elżbieta Płóciennik, czyli Elisabeth Cochard. Wyjechała do Francji i do tej pory, choć jest już po siedemdziesiątce i z poważnymi problemami zdrowotnymi, działa czynnie w informatyce i ma własną firmę. Dla tej firmy poświęciła zresztą właściwie wszystko, w pewnym momencie z milionerki stając się bezdomną. To pokazuje, jak bardzo zależało jej na tym, by robić to, co kocha.

Elżbieta Płóciennik, czyli Elisabeth Cochard (Fot. archiwum prywatne) Elżbieta Płóciennik, czyli Elisabeth Cochard (Fot. archiwum prywatne)

Warto wspomnieć również o Jowicie Koncewicz, która  jest − z tego, co ustaliłam − pierwszą polską programistką. Dołączyła do zespołu pracującego nad językiem programowania SAKO dla pierwszego polskiego komputera już w 1956 roku. Bardzo niezależna osoba, mocno stąpająca po ziemi, mająca własne zdanie, jak sama mówi: z natury singielka, od zawsze feministka.

Jowita Koncewicz w Instytucie Maszyn Matematycznych (Fot. archiwum prywatne) Jowita Koncewicz w Instytucie Maszyn Matematycznych (Fot. archiwum prywatne)

Pod koniec XIX wieku amerykańska sufrażystka Matilda Joslyn Gage jako pierwsza zwróciła uwagę na pewne zjawisko: pomijanie dokonań i pracy kobiet naukowczyń i przypisywanie ich osiągnięć mężczyznom. Dziś nosi nazwę „efektu Matyldy”. Doświadczyły go zarówno amerykańskie, jak i polskie naukowczynie. Efekt Matyldy był zdecydowanie bardziej widoczny w Stanach Zjednoczonych niż w Polsce, ze względu na inną sytuację ekonomiczną po II wojnie światowej, bo to w tym czasie rozpoczyna się rozwój maszyn liczących. W Stanach podczas wojny kobiety pracowały w fabrykach amunicji czy przy pierwszych projektach informatycznych, bo mężczyźni walczyli na froncie, a potem, w latach 50., podziękowano im za wysiłek wojenny i odesłano do domu.

W tym czasie Polska była krajem na dorobku i w fazie odbudowy gospodarczej, co nie sprzyjało wyproszeniu kobiet z rynku pracy. Nikt nie zastanawiał się, czy to są zajęcia męskie czy kobiece, po prostu pewne rzeczy trzeba było zrobić. Ale też nie oszukujmy się, u nas ta informatyka była o 15 lat do tyłu w porównaniu z Zachodem, a pierwsze eksperymenty były bardziej naukowe. Znacznie później weszliśmy z informatyką w fazę przemysłową, a prawdziwy rozkwit nastąpił dopiero w latach 70. Obecność kobiet w branży IT długo uważano za coś oczywistego, a efekt Matyldy był widoczny dopiero w latach 90., kiedy rozwijający się na nowo przemysł informatyczny zaczął powielać wzorce z Zachodu.

Wydawałoby się, że w tym czasie w wolnej Polsce nie powinno być dyskryminacji ze względu na płeć. Po prostu powieliliśmy wzorzec zachodni, tyle że znacznie później. W Stanach Zjednoczonych kobiety były obecne w branży technologicznej od lat 60., choć od samego początku w tej dziedzinie było ich znacznie mniej niż w Polsce. Stanowiły wyjątek od reguły, choć takim postaciom, jak Grace Hopper czy Margaret Hamilton udało się zaistnieć w branży IT. Po drugiej fali feminizmu lat 70. przyszła prezydentura Ronalda Reagana, a wraz z nią silny konserwatywny zwrot. I u nas wydarzyło się to samo, tylko w latach 90., bo odrzuciliśmy wszystko, co kojarzyło się z komunizmem. A równouprawnienie było postrzegane jako relikt dawnych czasów. Za taki relikt uznano też osiągnięcia w dziedzinie informatyki, bo już pukała do nas zdecydowanie bardziej zaawansowana technologia z Zachodu. Skorzystaliśmy ze wzorców amerykańskiej technologii, zagraniczne firmy zaczęły otwierać u nas oddziały, narzucając wraz z nimi swoją kulturę i organizację pracy. I te nowe wzorce świetnie wpisały się w projekt nowej konserwatywnej Polski. W tej chwili również przeżywamy zwrot w stronę konserwatyzmu, tyle że to już nie idzie w parze z rozwojem branży IT. Ta jest obecnie bardziej zglobalizowana, nie ma charakteru lokalnego i narzuca wzorce większego równouprawnienia. Dziś jest to wręcz niemile widziane, że firma informatyczna nie rekrutuje kobiet czy nie ma kobiet w swoich zespołach.

Skoro w latach 90. odczuwaliśmy dotkliwy brak kobiet w branży IT, to dziś brakuje nam wzorców i inspiracji dla młodych informatyczek. Mam nadzieję, że właśnie moje bohaterki będą się pojawiały w takim kontekście jako wzorce, z których czerpać będą przyszłe programistki. Zresztą to już się dzieje. Podczas spotkania online na moim blogu Girls Gone Tech z bohaterką książki, jedna z widzek zwróciła się do niej z pytaniem, czy mogłaby się umówić na podobne spotkanie z jej uczniami. Jeśli chodzi o pozytywny mentoring, fajny kierunek wyznacza też Fundacja Edukacyjna „Perspektywy”, która wprowadziła podwieczorki technologiczne dla dziewczyn. Możliwości jest oczywiście dużo więcej, chodzi o to, żeby pokazać młodzieży, że w IT pracują i mężczyźni, i kobiety, a stanowiska są bardzo różne.

Karolina Wasielewska, dziennikarka radiowa i autorka bloga o kobietach w branży technologicznej Girls Gone Tech.pl oraz reportażu o pionierkach polskiej informatyki „Cyfrodziewczyny”.

  1. Psychologia

Pracoholizm - kiedy sukces niszczy

Nadmierne zaangażowanie w pracę i inwestowanie swoich sił ponad miarę w obowiązki zawodowe może doprowadzić do wypalenia zawodowego. (Fot. Getty Images)
Nadmierne zaangażowanie w pracę i inwestowanie swoich sił ponad miarę w obowiązki zawodowe może doprowadzić do wypalenia zawodowego. (Fot. Getty Images)
"Kiedy twoje życie prywatne jest zagrożone, to znak, że w pracy cię doceniają. Kiedy legnie w gruzach – pora na awans" – to kluczowe zdanie z filmu „Diabeł ubiera się u Prady”. Film był komedią, rzeczywistość nie jest już taka wesoła.

Mobbing, wypalenie zawodowe, szef despota, toksyczne relacje w firmie – brzmi jak grypa w sezonie jesienno-zimowym albo żywność GMO. Jesteśmy nad wyraz zapracowanym narodem. W pracy spędzamy ponad 40 godz. tygodniowo. Shawn Achor, wykładowca psychologii pozytywnej na Harvardzie, ostrzega: „Większość firm i szkół wierzy w ten sam przepis na sukces: im ciężej będziesz pracował, tym większy sukces osiągniesz. A im większy będzie sukces, tym będziesz szczęśliwszy. Tyle że ilekroć odnosisz sukces, podświadomie podnosisz poprzeczkę tego, co będziesz uznawał za sukces w przyszłości”.

No właśnie, pracujemy w imię sukcesu. Ale sukces to nie tylko awans, wypłata z dużą ilością zer, służbowy laptop i samochód czy złota karta kredytowa, ale także trudne wybory… Również ten – nieuświadomiony i najważniejszy – czy tkwić w roli ofiary krwiożerczego kapitalizmu, czy zmierzyć się z własnym cieniem.

Brudne pieniądze

42-letnia Mirka trafiła do mnie, niemal siłą przyprowadzona przez matkę. Od trzech lat cierpi na depresję. Zaraz po studiach założyła z kolegą agencję reklamową. Przez pierwsze lata pracowała po kilkanaście godzin na dobę. W międzyczasie miała romans z żonatym mężczyzną, zaszła w ciążę i urodziła synka. Mężczyzna wrócił do żony. Rodzice Mirki zajęli się dzieckiem. – Obiecałam im, że do czterdziestki zarobię tyle, że potem nie będę musiała pracować – opowiada. I obietnicę spełniła. Dziś ma pieniądze, ale choroba nie pozwala jej cieszyć się życiem. Kiedy bierze antydepresanty, wraca do pracy. Odstawia leki i po dwóch tygodniach zalega w łóżku.

Mirka ucieka od życia: do pracy albo w chorobę. Za każdym razem jest to ucieczka od siebie, a jej sukces, choć jest cudownym wytłumaczeniem zaniedbywania dziecka (samotna matka musi zarobić na rodzinę), jakoś szczęścia nie daje. – Wie pani, praca w reklamie to nie zawsze czysta gra – przyznaje. – Te pieniądze wcale mnie nie cieszą. Czasami wstydzę się sposobu, w jaki doszłam do tego wszystkiego, co mam.

Mirka realizuje życiowe mity, którymi nasiąkamy od najmłodszych lat. Choćby takie: „Uczciwą pracą jeszcze nikt się w tym świecie nie dorobił”, „Praca to ciężki obowiązek” czy „Odpoczniesz na emeryturze”.

Pracoholik na wagę złota

Pracoholik to nie to samo co entuzjasta pracy – pisze w miesięczniku „Benefit” Joanna Rubin. – Nadmierne zaangażowanie w pracę i inwestowanie swoich sił ponad miarę w obowiązki zawodowe może doprowadzić do wypalenia zawodowego – ostrzega autorka. Pasjonat pracy z radością angażuje się w swoje obowiązki, ale pielęgnuje także inne sfery życia i nie zapomina o odpoczynku. Wiedzą o tym doskonale pracodawcy, którzy chętnie zatrudniają pracoholików, ale równie łatwo się ich pozbywają, kiedy ci np. zaczynają chorować. A pracoholizm to choroba – uzależnienie, takie samo jak alkoholizm czy kompulsywne objadanie się. Kluczem do sukcesu nie jest praca po 10 godzin na dobę, pełna dyspozycyjność czy rezygnacja z urlopu, tylko rozsądek i równowaga, ale… zanim je osiągniemy, bywa, że korporacyjną epidemię, czyli mobbing, wypalenie, toksyczne relacje – będziemy pewnie musieli zaliczyć.

Korporozwodnicy

Rozwody z korporacją bywają spektakularne. Pewnie znasz „szczęśliwców”, którzy porzucili firmę i uciekli w Bieszczady hodować kozy albo zamienili kancelarię prawniczą na rękodzieło. Zwykle prędzej czy później okazuje się, że korpo porzucili, a problem pozostał.

Agnieszka zrezygnowała z etatu i zaczęła pracować w domu. Przez miesiąc odpoczywała od pracy w firmie, a oszczędności powoli topniały. Po dwóch kolejnych z lęku przed niewypłacalnością rzuciła się w wir obowiązków zawodowych. – Były dni, kiedy nie wychodziłam z łóżka, nie miałam czasu zjeść ani się umyć, tylko ślęczałam nad komputerem – opowiada. Kiedy trafiła na ostry dyżur z silnym bólem brzucha, zdała sobie sprawę, że „na swoim” pracuje ciężej i więcej.

Dominika była zatrudniona w firmie szkoleniowej. – Znudziły mi się tzw. dupogodziny, postanowiłam założyć swoją firmę. Jestem dobrym szkoleniowcem, mam bazę stałych klientów – opowiada. Dziś pracuje kilka dni w miesiącu, głównie na wyjazdach. Ale nie umie zagospodarować czasu wolnego: albo pracuje, albo leży na kanapie przed telewizorem. – Kiedyś było lepiej, przynajmniej byłam wśród ludzi – wyznaje.

Zrozumieć problem

Przekonanie, że musisz pracować ponad siły, bo masz kredyt do spłacenia, a dziś wszyscy tak ciężko pracują, albo strach, że w dobie kryzysu nie znajdziesz innej pracy – to jedna wielka iluzja. Mobbing, toksyczne relacje czy wypalenie zawodowe to zjawiska, które oczywiście istnieją, jednak być może są dobrym, społecznie aprobowanym usprawiedliwieniem, przykrywką twoich głębszych, bardziej bolesnych problemów. Ucieczka w pracę to często ucieczka od niesatysfakcjonującego związku czy lęku przed samotnością. Pracoholizm bywa sposobem kontrolowania życia.

Nie szukaj winnego na zewnątrz, po prostu przyjrzyj się sobie. Usiądź spokojnie na kanapie albo idź na długi spacer i zastanów się, czym dla ciebie jest sukces. Czy chodzi o pieniądze, a może o podziw albo uznanie? Zastanów się, jakie są twoje mocne, ale też słabe strony. Odkryj swój rytm, zacznij od spraw podstawowych. Kiedy jesteś najbardziej wydajna: rano czy wieczorem? Jak lubisz odpoczywać, co cię najbardziej męczy, ile godzin snu potrzebujesz, czy lubisz współpracować, a może wolisz samodzielną pracę? Ile potrzebujesz pieniędzy, żeby żyć wygodnie? Wyobraź sobie siebie za 5, 10 lat. Jak wyglądać będzie wtedy twoje życie? To nie praca cię niszczy, to ty niszczysz samą siebie. Chcesz to zmienić?