1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Zawód po godzinach

Zawód po godzinach

fot. iStock
fot. iStock
Druga praca to dziś coraz częściej nie fucha, którą łapiemy, żeby dorobić, a świadomy wybór. Kto najłatwiej poradzi sobie w sytuacji wielozawodowości i jakie korzyści niesie taki styl działania – wyjaśnia trenerka biznesu i coach Nadia Kirova.

Ostatnio dowiedziałam się, że koleżanka dziennikarka jest także od wielu lat agentką ubezpieczeniową. Nie ukrywa, że kiedyś zajęła się sprzedażą polis dla pieniędzy, ale jak mówi, dziś już nie wie, która praca jest tą pierwszą, a która dodatkową, bo obie przynoszą jej satysfakcję i z żadnej nie chciałaby zrezygnować. Wydaje mi się, że to jest pewien znak czasów, bo kiedyś druga praca to była tzw. fucha, a dziś wiele osób równolegle zajmuje się zawodowo różnymi rzeczami. Czy ma pani podobne obserwacje?

Tak, co więcej, sama w ten sposób pracuję. Wykładam, jestem coachem, ale i dyrektorem finansowym. W moim przypadku wynika to z wielu możliwości, które się przede mną ciągle otwierają. Pojawia się coś nowego, więc chcę spróbować i zobaczyć, dokąd mnie to zaprowadzi. Wiem, że podobnie myśli wiele osób w moim otoczeniu. Znamy od dawna coś takiego jak multitasking, czyli wielozadaniowość, i taka, nazwijmy ją: wielozawodowość to coś podobnego, tyle że na większą skalę.

Czy to rozwiązanie dla każdego?

Nie wszyscy nadają się do wielozawodowości, bo to wymaga pewnej elastyczności w myśleniu. W modelu opisującym style myślenia FRIS®, który jest jednym z narzędzi, jakimi jako coach pracuję, jest typ tak zwanego wizjonera. Takie osoby traktują nowe rozwiązania jak jedną z możliwości i są gotowe je testować. Mogą wchodzić w nową sytuację nie do końca przygotowane, dopiero potem uzupełniając dane, i to nie stanowi dla nich dyskomfortu. Są też tacy, dla których rozpoczęcie pracy bez solidnego przygotowania jest nie do przyjęcia. Te osoby z kolei będą się czuły mniej bezpiecznie w dwóch pracach jednocześnie, ponieważ potrzebują więcej czasu na przygotowanie się do poszczególnych zadań. Każdy musi indywidualnie ocenić, na ile nadaje się do takiego stylu działania. Warto zadać sobie dwa pytania: „kim jestem?” i „co się teraz dzieje?”. One pozwalają uświadomić sobie, w którym miejscu jestem, jakie są moje emocje i jakie są moje potrzeby. Znajomość siebie zawsze jest właściwym punktem wyjścia.

Wspomina pani o multitaskingu, a pojawiają się opinie, że robienie wielu rzeczy naraz nie jest efektywne. Jak podejść do wielozawodowości, żeby nie wpaść w podobną pułapkę?

Multitasking w wykonaniu, jakie znaliśmy wcześniej, czyli sytuacja, w której jednocześnie odbieram telefon, karmię dziecko i jeszcze piszę coś na komputerze – jest nieefektywny. A przede wszystkim niezdrowy, stresogenny i wypalający. Jego koszty są bardzo wysokie – zarówno dla poszczególnych ludzi, jak i dla całych organizacji. Myślę raczej o stylu działania, w którym mam wprawdzie wiele różnych zadań, ale nie realizuję ich jednocześnie, tylko kiedy w danym momencie koncentruję się na jednym temacie, kolejne czekają w kolejce. Od multitaskingu nie uciekniemy, ponieważ czas wąskich specjalizacji się skończył. Ważne, by pilnować porządku i robić rzeczy po kolei.

To dotyczy zresztą także innych obszarów życia. Ja sama zaczęłam niedawno chodzić na treningi i ponieważ mam w najbliższych miesiącach dużo zajęć zawodowych, a postanowiłam ćwiczyć regularnie, to ustaliłam dokładny plan treningów na trzy miesiące. Nie liczyłam na to, że pójdę poćwiczyć, kiedy akurat będę miała wolny czas – bo albo nie będę go miała albo akurat wtedy nie będzie mi się chciało – tylko idę w terminie, na który sama ze sobą się umówiłam. Takie planowanie odciąża psychikę, to jeden z filarów zarządzania czasem Davida Allena, o którym pisze w książce „Getting Things Done, czyli Sztuka bezstresowej efektywności”.

Załóżmy, że ktoś planuje zmianę zawodu, ale czeka go okres przejściowy, gdy będzie musiał pracować w dwóch branżach.Jak przygotować się do wielozawodowości?

Na rynku jest wiele specjalistycznych książek, także oferta kursów i studiów jest bardzo duża – warto z tego skorzystać. Ale przede wszystkim ważne, aby nie czekać na kryzys, a samemu wchodzić w nowe sytuacje, co oczywiście nie jest łatwe, bo wymaga poszerzania swojej strefy komfortu. Wiele osób wciąż myśli, że po skończeniu studiów kończy się edukację. Nic podobnego! W dzisiejszym świecie jest dużo możliwości, żeby zacząć coś robić od nowa. Tym bardziej że rynek pracy jest niesamowicie chłonny. Wystarczy nie zamykać się na nowe doświadczenia i działać, bo rzeczywistość, w której żyjemy, zmusza nas do zmian.

Czyli wielozawodowość może być także dobrym rozwiązaniem dla osób, które mają wysoką potrzebę bezpieczeństwa?

Przywołam tutaj Nassima Taleba, amerykańskiego ekonomistę i filozofa, i jego pojęcie kruchości, o którym pisze w książce „Antykruchość”. Kiedy przydarza się coś, co teoretycznie nie miało prawa się zdarzyć, to człowiekowi, który jest kruchy, zawala się życie. Z kolei osoby i organizacje antykruche to takie, które mają jakiś drugi filar, są bardziej elastyczne i umieją szybciej reagować. To pozwala im przetrwać. Taleb daje przykład dwóch braci, którzy mają podobne zarobki. Jeden jest bankierem, a drugi taksówkarzem. I mimo że bankier ma lepszą pozycję społeczną, ponieważ ma stałą pensję i profity związane z pracą, to jednak to on jest bardziej kruchy. Taksówkarz ma po pierwsze, większą swobodę w podejmowaniu decyzji, a po drugie, na bieżąco widzi, jak mu idzie praca, w których dzielnicach jest mniej klientów, czy dają mu napiwki. Może reagować na to, co się dzieje na rynku, i kryzys nie spada na niego nagle. Osoby, które realizują się zawodowo w różnych miejscach, są właśnie mniej kruche.

A co taki „wielozawodowiec” ma wpisać w rubryce zawód? Coraz więcej osób ma problem, by się jednoznacznie określić...

Też mam ten problem i to od dawna, bo po skończeniu studiów z zarządzania formalnie byłam menedżerem, ale dla mnie oznacza to coś więcej niż zawód, i na początku wcale nie czułam się jeszcze menedżerem... A co do samego pytania, to polecam przygotować wypowiedź na swój temat. Nie musi to być jedno słowo – a nawet w dzisiejszym świecie byłoby to trudne i w przypadku niektórych zawodów niewiele wytłumaczy. Weźmy przykład: trener, coach, wykładowca – to wszystko zawody związane z pracą z ludźmi. Im bardziej ogólnie nazwę to, co robię, tym lepiej, bo jeżeli powiem, że jestem sekretarką w jakiejś branży albo inżynierem, to blokuję się na możliwości rozwoju, nie widzę innej perspektywy.

Spotkałam się kiedyś z podobnym postrzeganiem organizacji – można mówić, że się produkuje oświetlenie, a można też wyznaczyć sobie misję tworzenia przestrzeni przyjaznych dla ludzi...

Dokładnie tak – im szerzej, tym lepiej, bo w wymiarze indywidualnym wiąże się to z poszerzaniem strefy komfortu, czyli przygotowywaniem do różnych sytuacji. Wyobraźmy sobie ludzika w bańce, która jest jego strefą komfortu. I na tę bańkę działają bodźce zewnętrzne, takie jak problemy ze spłatą kredytu czy strata pracy. Jeżeli ludzik nie będzie reagował na bodźce, a jedynie kulił się przed nimi, to przestrzeń wewnątrz bańki będzie się zacieśniać. Czyli każdy pozostawiony bez reakcji atak prowadzi do pomniejszenia się strefy komfortu. W którymś momencie zabraknie już miejsca dla samego ludzika...

Co to oznacza? Strefa komfortu to jest miejsce, w którym czujemy się dobrze i bezpiecznie, a każde wyjście poza nią powoduje stres. Jednocześnie każde wyjście, które kończy sie sukcesem, sprawia, że ta strefa się powiększa: nauka nowej umiejętności, ukończone zadanie, staż w firmie daje nam więcej przestrzeni do działania. I wtedy częściej przebywamy w strefie komfortu, czyli jesteśmy mniej narażeni na sytuacje, które naprawdę nas sparaliżują, bo uczymy się dawać sobie radę. Zatem nawet mając stabilne zatrudnienie, warto chodzić na rozmowy kwalifikacyjne czy podejmować nowe wyzwania zawodowe, choćby bezpłatnie. To buduje zaufanie do siebie, poczucie bezpieczeństwa, przekonanie, że „dam sobie radę”. I wtedy wielozawodowość staje się także narzędziem rozwoju osobistego.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Kompulsywne zbieractwo. Niezwykła opowieść o najsłynniejszych syllogomanach w historii

Langley Collyer (od lewej) oraz inspektor ds. budownictwa i mieszkalnictwa John O'Connor pośród tunelu pudeł i gazet w domu braci Collyer. (Fot. BEW Photo)
Langley Collyer (od lewej) oraz inspektor ds. budownictwa i mieszkalnictwa John O'Connor pośród tunelu pudeł i gazet w domu braci Collyer. (Fot. BEW Photo)
Niczego nie wyrzucą. Żyją i umierają w stertach swoich skarbów. Syllogomaniacy.

21 marca 1947 roku o godzinie 8:53 na posterunek policji w Nowym Jorku zadzwonił niejaki Charles Smith, donosząc, że w budynku przy ulicy Fifth Avenue w Harlemie znajduje się ciało mężczyzny w stanie zaawansowanego rozkładu. Funkcjonariusze pojawili się we wskazanym miejscu o 10 rano i otoczyli dom kordonem, by nie dopuścić zbyt blisko gromadzących się już gapiów. Wyważono zabezpieczone kratą drzwi, prowadzące do piwnic. Dalszą drogę zagradzało zwarte rumowisko cuchnących odpadów wylewających się z wnętrza. Policja nowojorska stanęła twarzą w twarz z jednym z najbardziej dramatycznych i tragicznych przypadków syllogomanii, czyli zbieractwa kompulsywnego. Kilkupiętrowy budynek wypełniony szczelnie, po ostatnią kondygnację, makulaturą, śmieciami, odpadkami był własnością braci Homera i Langleya Collyerów, należących do jednego z najznamienitszych nowojorskich rodów.

Zamożni odludkowie

Dotknięci kompulsywnym zbieractwem gromadzą wszystko – stare gazety i pojemniczki po jogurcie. W ich mieszkaniach nie znajdziesz skrawka wolnej przestrzeni. Syllogomania atakuje więcej osób niż bylibyśmy skłonni podejrzewać. Jedyne do tej pory badania epidemiologiczne przeprowadzono w amerykańskim stanie Massachussets wykazały, że syndromem zbieractwa dotkniętych okazało się 26 na 1000 mieszkańców.

Jednym z nich jest Olga – profesor literatury, emerytowana nauczycielka akademicka z Bostonu. Kiedy przestała panować nad sytuacją i zadzwoniła po pomoc, drzwi do jej apartamentu nie sposób już było otworzyć. Blokowało je ponad sto ogromnych plastikowych worków wypełnionych notatkami, materiałami do wykładów z ostatnich 10 lat. Sterty ubrań, większość jeszcze z metką, po 10 sztuk takich samych – różniły się tylko kolorami. Mnóstwo butelek, spakowanych w torby i pudła. Starych listów, słoików, plastikowych toreb po zakupach, zepsutych zegarków... Rzeczy pokrywały podłogę grubą, ponadmetrową warstwą. W sypialni sięgały sufitu. Od kilku lat nie używała łóżka, bo nie można było się do niego dostać. Sypiała więc w kuchennym kąciku – jedynym wolnym jeszcze miejscu w jej mieszkaniu. Wiedziała, że nie sposób tak żyć, ale nie potrafiła niczego wyrzucić. Jej pasja gromadzenia nie wynikała ani z biedy, ani traumatycznych przeżyć młodości. Podobnie jak legendarne już zbieractwo braci Collyerów.

Homerowi i Langleyowi nigdy niczego nie brakowało. Obaj odebrali znakomite wykształcenie. Starszy, Homer, był prawnikiem. Młodszy ukończył studia na kierunkach mechanika stosowana oraz chemia, ale nie podjął pracy w zawodzie. Oddawał się swojej pasji muzycznej, wygrał nawet kilka prestiżowych konkursów pianistycznych. Bracia byli nieśmiali, uprzejmi i bardzo kulturalni. Ubierali się zwykle z wyszukaną, XIX-wieczną elegancją i przypominali dżentelmenów z epoki wiktoriańskiej. Nie mieli bliskich przyjaciół. Nie znano też nikogo, kto by kiedykolwiek przekroczył drzwi ich domu. „Zamożni odludkowie, ot co” – kwitowali sprawę sąsiedzi.

W 1933 roku Homer przeszedł udar, po którym stracił wzrok i został częściowo sparaliżowany. Langley porzucił koncertowanie i oddał się opiece nad bratem. Przekonał go, że jego oczy powinny być stale zamknięte, by mogły odpocząć, i że dla pokonania ślepoty trzeba jeść 100 pomarańczy dziennie. Po ojcu bracia odziedziczyli ogromną bibliotekę ksiąg medycznych, Langley zadecydował więc, że sam zajmie się rehabilitacją Homera.

Skarby śmietników

„Tajemniczy faceci z Harlemu” budzili niezdrową ciekawość i stali się tematem najbardziej niezwykłych opowieści. Wierzono, że ich dom kryje nieprzebrane skarby, a bracia sypiają na materacach wypchanych pieniędzmi. Ludzie usiłowali za wszelką cenę zajrzeć do środka, a okoliczne dzieci zabawiały się wybijaniem okien kamieniami. Langley nie wstawiał nowych szyb, a tylko zabijał kolejne otwory deskami i tekturą. W ten sposób izolacja braci pogłębiała się. Przestali płacić rachunki i podatki. Odłączono im gaz i elektryczność. Choć mieli spore oszczędności i nie cierpieli biedy, Langley całymi nocami przeszukiwał ulice miasta, wyciągając ze śmietników żywność i najprzeróżniejsze „skarby”, które gromadził w swojej posiadłości.

Typowe objawy syllogomanii obejmują nie tylko zbieranie wszystkich możliwych śmieci, ale również obsesyjne robienie zapasów. Niektórzy chorzy kupują niewiarygodne wręcz ilości dóbr wszelakich, w tym tony żywności. Zasoby ich spiżarek pozwoliłyby wykarmić kilka rodzin przez wiele lat. Zbieracz wykupuje na wyprzedaży „wyjątkowe okazje” – rzadko jednak zadowala się pojedynczą sztuką jakiegoś produktu, bierze od razu 30 czy 40. Nigdy niczego nie używa. Trzyma swoje skarby „na przyszłość”. Ma kłopoty z wyrzuceniem czegokolwiek, bo przecież zawsze kiedyś komuś do czegoś może się przydać. A nie daj Boże do śmieci trafi coś niezwykłego... Zbieractwo bywa też ściśle wyspecjalizowane. Jedni gromadzą zapasy jedzenia, inni otaczają się na przykład stadem zwierząt.

Ogólnie rzecz biorąc, ludzie dotknięci syllogomanią mają trudności z podejmowaniem decyzji i realizacją zamierzeń. Choroba może towarzyszyć zespołowi Diogenesa, czyli zaburzeniu osobowości, polegającym na skrajnym zaniedbywaniu higieny osobistej i stanu sanitarnego w mieszkaniu. Także unikaniu kontaktów z najbliższymi i towarzystwa innych ludzi. Ofiara zespołu Diogenesa przypomina niekiedy zaniedbanego, bezdomnego nędzarza, choć jej status materialny może być całkiem wysoki.

Pułapki na włamywaczy

Kiedy oficerowie policji wyważyli drzwi domu Collyerów, gromadzone latami śmieci dosłownie wylały się na ulicę. Wejście do środka było niemożliwe. Po kilku godzinach, za pomocą drabiny straży pożarnej, udało się sforsować jedno z okien. Funkcjonariusze z ogromnym trudem poruszali się w labiryncie wąskich korytarzy pomiędzy zwałami odpadków. W jednym z pokojów natknęli się na ciało siwego mężczyzny, który został zidentyfikowany jako Homer Collyer. Lekarz sądowy stwierdził, że śmierć nastąpiła około 10 godzin wcześniej – najprawdopodobniej na skutek odwodnienia i ogólnego wyniszczenia organizmu. Nikt nie miał pojęcia, gdzie był i co robił jego brat. Podejrzewano, że wyruszył na kolejną wyprawę zbieraczy. Nie było jasne, jakim sposobem wydostał się z domu, zważywszy kompletnie zawalony korytarz prowadzący do wyjścia.

Policjanci wyważyli jeszcze kilka okien na ostatniej kondygnacji i rozpoczęli odgruzowywanie posesji. Wyciągnięto stamtąd setki żyrandoli, kompletny szkielet wozu konnego, kozły do piłowania drewna, ramy materacy z uszkodzonymi sprężynami, wózki dziecięce, stołki, zepsute rowery, pudła z pocztówkami świątecznymi, kilka tysięcy książek i niezliczone ilości gazet. Wyniesiono z domu pięć pianin, mahoniowy kominek z ogromnym pękniętym lustrem, zielony zabawkowy autobus, skrzynkę pełną kółek z żabkami do wieszania zasłon, starą lodówkę i pudło połamanych zabawek. Labirynt tuneli wyryty w śmieciowisku Collyerów był naszpikowany licznymi pułapkami i przemyślnymi zapadniami, które miały ustrzec przed włamywaczami. 27 marca, po tygodniu sprzątania, natknięto się na skrzynkę po cygarach, a w niej cztery rewolwery, karabiny kalibru 22 i 30, bagnety, trzy szable, dubeltówkę i skrzyneczkę rozmaitej amunicji. Ogółem z 12 pokoi domu Collyerów wydobyto ponad 120 ton odpadków, śmieci i odchodów, 11 pianin i tyle części do samochodu, że można by z nich złożyć kompletnego Forda T.

To mój dom!

Zorganizowane akcje sprzątania podejmowane od czasu do czasu przez najbliższych, instytucje opieki czy służby miejskie na wiele się nie zdają. Wyczyszczona do cna posiadłość w ciągu kilku miesięcy znów obrasta w rozmaite dobra. Wystarczy pół roku, by sytuacja powróciła do poprzedniego stanu. Wszelkie próby pomocy w sprzątaniu są zresztą zwykle torpedowane przez zbieracza już w zarodku. Gazety? „Proszę ich nie wyrzucać. Mam zamiar w najbliższym czasie przejrzeć wszystkie i zachować tylko najważniejsze dla mnie wycinki”. Chory potrafi wytłumaczyć przydatność każdej rzeczy. Wszystko jest potrzebne i nie wolno uzbieranego zmarnować.

Bałagan? „No, mnie on nie przeszkadza, nie rozumiem więc, czemu by miał przeszkadzać tobie. W końcu to mój dom, a nie twój, nieprawdaż?” – słyszą niejednokrotnie dorosłe dzieci usiłujące zaprowadzić ład w mieszkaniu rodziców. Z powodu nałogowego zbieractwa cierpią nie tyle sami „kolekcjonerzy”, co członkowie ich rodzin. „Ojciec załatwiał się do nocnika, bo zbiory matki uniemożliwiały wejście do łazienki” – skarżyła się Angela na forum dla krewnych osób uzależnionych.

Podobnie było w przypadku Collyerów. Syllogomania dotyka często osoby bardzo inteligentne i wrażliwe, a to dlatego, że – jak próbują tłumaczyć psychologowie – widzą one więcej niż inni powiązań między rzeczami i to każe im bardziej je doceniać. Co charakterystyczne, nałogowi zbieracze kategoryzują swoje skarby wedle mocno niekonwencjonalnych kryteriów. Ot, na przykład rachunek za prąd szybciej wyląduje na stercie różnych kartek niż w szufladzie z innymi rachunkami.

Choć nie potrafimy jeszcze wyjaśnić mechanizmu narodzin tej obsesji, obserwacja braci Collyerów pozwala wierzyć, że źródło problemu przynajmniej częściowo tkwi w genach. Jeśli jedno z rodzeństwa odczuwa chorobliwą potrzebę kolekcjonowania, prawdopodobieństwo, że przymus ten dotknie również brata czy siostrę wynosi ok. 27 proc. U bliźniąt jednojajowych, które wyposażone są w ten sam garnitur genetyczny –ryzyko choroby rośnie dwukrotnie.

Leczenie osób dotkniętych syllogomanią jest trudne przede wszystkim dlatego, że sami chorzy nie wyrażają chęci podejmowania prób walki z tym problemem. Najczęściej stosuje się psychoterapię wspomaganą podawaniem antydepresantów, na przykład fluwoksaminy.

Zamknięcie królestwa

1 kwietnia odbył się pogrzeb Homera Collyera. Jego brat wciąż był nieobecny i stało się jasne, że najprawdopodobniej nie żyje. Jego ciało znaleziono tydzień później – o ironio! – w tym samym pokoju, w którym umarł Homer. Zginął przygnieciony przez stertę ciężkich przedmiotów. Medycy sądowi ustalili, że śmierć Langleya nastąpiła około miesiąca wcześniej niż zgon brata, którym się opiekował.

  1. Styl Życia

Jak rozbudzić w sobie energię do działania? 13 kroków

Energia śpi? Obudź ją! Czasem wystarczy kilka prostych metod. (Fot. iStock)
Energia śpi? Obudź ją! Czasem wystarczy kilka prostych metod. (Fot. iStock)
Pełni radości ludzie, żywe kolory - to wystarczający program energetyzujący. Nie ma na to lepszej pory niż późna wiosna!

Nic mi się nie chce! Za oknem piękna pogoda, a ja myślę tylko, by poleżeć w łóżku. Energia śpi? Obudź ją! Czasem wystarczy kilka prostych metod. Zacznij działać, uruchom wewnętrzną siłę! Oto szczęśliwa trzynastka sposobów na pobudkę.

1. Znajdź swój rytm! Zapisz się na zajęcia taneczne. Salsa, afro dance, rock and roll – zatańcz jak lubisz. Jeśli masz wątpliwości, co wybrać, idź na lekcję próbną. I wyciągnij ze sobą kogoś znajomego. Energetyzująca muzyka jest bardzo skuteczna!

2. Spacerując, staraj się co jakiś czas zmieniać rytm kroków – idź szybciej, potem wolniej i znów szybciej. Rozglądaj się uważnie. Dostrzegaj szczegóły, zatrzymuj wzrok na kolorach. Szukaj rzeczy śmiesznych lub zaskakujących.

3. Uprawiaj sport. Wybierz coś dla siebie: jogging, aerobic, pływanie, jogę…, każda z tych form ma swoje zalety i – jak każdy sport – pobudza wydzielanie endorfin, czyli tzw. hormonów szczęścia.

4. Zaplanuj przyjemne i aktywne popołudnie. Nie przed telewizorem czy komputerem. Twój kierunek to zieleń, majowa eksplozja. Przyroda doda ci sił. Wyjedź za miasto, idź do parku, wybierz się na spacer, na rowery z przyjaciółmi. Zwłaszcza teraz, późną wiosną, kiedy wszystko jest tak intensywne – zaczerpnij do woli energii od drzew i kwiatów, ich mocy i soczystych barw.

5. Podobnie jak w przypadku innych marzeń i potrzeb – wizualizuj swoją energię. Napisz wyraźnie: „Mam mnóstwo energii” i powieś sobie taki transparent nad biurkiem w pracy lub domu. Chodzi o to, żeby to zdanie towarzyszyło ci każdego dnia. Powtarzaj je w myślach, aż zaczniesz w nie wierzyć. Wtedy stanie się tak jak chcesz!

6. Otaczaj się ludźmi pełnymi energii, unikaj maruderów. Masz do tego prawo. Możesz nawet poprosić, żeby kolega w pracy nie narzekał w twojej obecności i nie marudził. To zatruwa i odbiera energię otoczeniu.

7. Nie żyj tęsknotą za weekendem! Potrzebujesz radości z każdej chwili, a nie męczarni od poniedziałku do piątku. Pomyśl, że każdy dzień niesie swoją własną porcję energii.

8. Nie daj sobie wmówić, że jesteś na coś za stary albo za młody, że pewnych rzeczy nie wypada. Jeśli masz nagłą chęć na lody albo taniec na placu zabaw, skakankę, zabójczą czerwoną apaszkę, głośny śmiech... Czemu nie? Rób to, co uważasz za dobre dla ciebie, czyli wszystko, co ładuje cię pozytywną energią!

9. Nie dziw się, że na nic nie masz siły, jeśli śpisz 5 godzin na dobę, a od rana pijesz litrami kawę, byle tylko się obudzić. Na śnie nie da się zaoszczędzić. Każdy dorosły człowiek potrzebuje przespać w nocy minimum 7–8 godzin. Zadbaj o tę podstawową potrzebę. Wyrzuć z sypialni laptop, telewizor, a kładąc się na odpoczynek, wyłącz telefon.

10. Przed tobą trudne lub nużące zadanie? Usiądź na chwilę, zamknij oczy i przywołaj wszystkie pozytywne emocje, które pojawią się, gdy będzie już zrobione. Ulga? Radość? Zaskoczenie, że nie było takie trudne? I zabierz się do pracy! Teraz pójdzie ci szybciej i łatwiej.

11. Na koniec każdego dnia zaplanuj sobie małą przyjemność: przeczytanie fragmentu książki, wieczorny spacer, obejrzenie zdjęć. Spraw, by ten wieczór był nazajutrz miłym wspomnieniem.

12. Weź telefon i zadzwoń do kogoś, kogo kochasz i powiedz mu o tym. Nie oczekuj odwdzięczenia się tym samym, po prostu ciesz się, że spotkałeś go na swojej drodze. Przywołaj wspólne, szczęśliwe chwile.

13. Jeśli mieszkasz z partnerem, umówcie się, że każdego dnia po pracy zafundujecie sobie niestresującą, przyjemną rozmowę, a raz w tygodniu wybierzecie się tam, gdzie panuje luźna atmosfera.

Julia Nowicka - trenerka umiejętności psychologicznych.

  1. Styl Życia

Ekologiczna higiena osobista. Jak o siebie dbać i wybierać artykuły higieniczne, aby nie szkodzić planecie?

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
W 2018 roku w Europie wyprodukowano 61,8 mln ton tworzyw sztucznych, na świecie - 359 mln ton. Tworzywa sztuczne w ostatnich kilkudziesięciu latach zdominowały nasze codzienne życie. Ze względu na swoją wszechstronność, trwałość, niską cenę i odporność znajdują niezliczoną ilość zastosowań, od opakowań, artykułów higieny osobistej i przedmiotów codziennego użytku, przez rolnictwo i budownictwo, po naukę, sprzęty medyczne i elektroniczne.

Tworzywa sztuczne. Czy można zminimalizować ich szkodliwość?

Tworzywa sztuczne ze względu na swoje unikalne cechy są w stanie zaspokoić mnóstwo potrzeb i wymagań człowieka, czynią życie łatwiejszym i bezpieczniejszym. Z tego względu nie sposób wyeliminować je z codziennego życia. Należy jednak zwrócić uwagę na pełne wykorzystanie potencjału tworzyw sztucznych oraz ich odpowiednie zagospodarowanie po zakończeniu użytkowania, jednocześnie pamiętając, że większość z nich jest obecnie produkowana, bazując na nieodnawialnych surowcach kopalnych – ropie naftowej i gazie ziemnym.

Tworzywa sztuczne mają ogromny potencjał. Choć w wielu przypadkach zastosowany materiał może być użyty ponownie, a żywotność wytworzonych z plastiku produktów to często dziesięciolecia, to wiele przedmiotów stworzonych z tworzyw sztucznych jest wykorzystywana jednokrotnie, często przez bardzo krótki czas. Według prognoz produkcja tworzyw sztucznych wciąż będzie rosnąć, dlatego konieczne jest zamknięcie obiegu plastiku, czego kluczem jest odejście od składowania tworzyw i skupienie się na recyklingu – ponownym wykorzystaniu zasobów. W Polsce większość, bo ponad 42% z zebranych w 2018 roku 1,9 mln ton odpadów z tworzyw sztucznych została poddana składowaniu, a jedynie 27,4% - recyklingowi.

Nie sposób nie wspomnieć tu o problemie śmieci trafiających na łono natury. Środowisko naturalne jest niedopuszczalnym miejscem dla tworzyw sztucznych, a co niepokojące okazuje się, że właśnie tam dostaje się część plastiku wytworzonego przez człowieka. Szacuje się, że do oceanów co roku trafia od 5 do nawet 13 milionów ton tworzyw sztucznych. Plastik trafia nawet do najbardziej niedostępnych miejsc na Ziemi. Plastikowe torebki odnaleziono nawet na dnie Rowu Mariańskiego – czyli prawie 11 km pod powierzchnią wody.

Tworzywa sztuczne a recyklingTworzywa sztuczne a recykling

Coraz bardziej rośnie potrzeba lepszego zagospodarowania odpadów z tworzyw sztucznych. Stopniowo wdrażane są odgórne regulacje, przedsiębiorstwa wprowadzają bardziej ekologiczne rozwiązania i produkty, a ekologiczny styl życia jest nie tylko modny, ale staje się powoli koniecznością. Każdego dnia możemy podejmować nawet drobne wybory, które będą korzystniejsze dla natury, zmniejszą ilość plastiku trafiającego do środowiska i ograniczą ilość produkowanych śmieci, w tym poprawią stopień ponownego wykorzystania odpadów z tworzyw sztucznych, zamykając ich obieg. Segregacja odpadów, wielorazowe torby na zakupy czy rezygnacja z jednorazowych opakowań foliowych do ważenia warzyw i owoców to podstawowe kroki, które wielu z nas wprowadziło już do swojego życia. Warto przyjrzeć się także artykułom higieny osobistej. Jak dbać o środowisko, jednocześnie dbając o higienę? Chcąc podejmować bardziej ekologiczne wybory w tym zakresie, warto przyjrzeć się sposobowi pakowania produktów do higieny osobistej oraz temu, z jakich materiałów je stworzono.

Jak dbać o ziemię wybierając artykuły higieny osobistej?

Głównym segmentem zastosowania tworzyw sztucznych w Europie są opakowania. W 2019 roku na ten cel zużyto niemal 40% wyprodukowanego plastiku. Chcąc więc dokonywać bardziej ekologicznych wyborów podczas zakupu artykułów higieny osobistej, warto zwrócić uwagę, w co są zapakowane. Zamiast produktów opakowanych w plastik, bardziej ekologicznym wyborem będzie biodegradowalne, papierowe pudełko. Jeszcze lepiej, jeśli użyty do produkcji takiego opakowania papier pochodzi z recyklingu. Przykładem ekologicznego rozwiązania w tej kwestii są szampony w kostce. Zamiast opakowanego w plastikową butelkę płynu, kostka szamponu znajduje się w papierowym kartoniku lub metalowej puszce. Niektórzy producenci zastępują plastikowo-kartonowe opakowania artykułów higienicznych takimi, wykonanymi w pełni z papieru. Plastikowe opakowanie szczoteczki do zębów Jordan Green Clean zastąpiono kartonikiem, wykonanym ze zrecyklingowanych włókien papierowych. W krótkim czasie pozwoliło to na zaoszczędzenie ponad 30 ton dziewiczego plastiku. Co ciekawe – również nić dentystyczna Jordan Green Clean jest zapakowana w tekturowe opakowanie wytworzone w pełni ze zrecyklingowanego papieru i służące jednocześnie jako pojemnik na nić. Ze względu na specyfikę produktu, opakowanie pasty do zębów nie może być papierowe, jednak i w tej kwestii możliwe są bardziej ekologiczne rozwiązania. W przypadku past do zębów Jordan Green Clean plastikowa tubka, zamiast z dziewiczego tworzywa sztucznego, wyprodukowana jest niemal w połowie z plastiku z recyklingu. Aby zaoszczędzić zasoby, pasty do zębów Jordan Green Clean nie są dodatkowo pakowane w kartonik, a umieszczony na tubce opis zachęca do rozcięcia opakowania i zużycia produktu do samego końca.

Jak dbać o Ziemię?Jak dbać o Ziemię?

Ekologiczna higiena osobista

Poza opakowaniem artykułów do higieny osobistej warto zwrócić uwagę na materiały, z jakich je wykonano. Papierowe lub drewniane trzonki patyczków do uszu, ekologiczne podpaski, wykonane z organicznej bawełny i biodegradowalnego ochronnego tworzywa, czy kompostowalne mokre chusteczki to przykłady artykułów do higieny osobistej, przy których tworzeniu wzięto pod uwagę wpływ na środowisko. Również wśród artykułów do higieny jamy ustnej można znaleźć ekologiczne rozwiązania. Szpulka, na którą nawinięto nić dentystyczną Jordan Green Clean w całości wykonana jest ze zrecyklingowanego, przetworzonego plastiku. Z kolei rączka szczoteczki do zębów Jordan Green Clean oraz flosser – uchwyt do nici dentystycznej tej marki wykonane są z przetworzonego plastiku z pojemników na żywność, m.in. z kubeczków po jogurtach. To rozwiązanie pozwoliło do lutego 2021 roku na zastąpienie ponad 80 ton dziewiczego plastiku tworzywem pochodzącym z recyklingu. W sumie aż 90% szczoteczki Jordan Green Clean wraz z opakowaniem jest wykonane z materiałów pochodzących z recyklingu. Dzięki temu zminimalizowano zużycie zasobów i w znacznym stopniu zamknięto ich obieg. Pozostałe 10% produktu to ekologiczne włosie, które do tej pory zastąpiło ponad 6 ton nylonowych nici, produkowanych z nieodnawialnych zasobów kopalnianych. W szczoteczkach Jordan Green Clean połączono trwałość i dbałość o zrównoważony rozwój z nowoczesnym i minimalistycznym skandynawskim designem. Szczoteczka dostępna jest w czterech różnych kolorach oraz w trzech wersjach twardości włosia.

Bibliografia

Jambeck, Jenna R., et al. "Plastic waste inputs from land into the ocean." Science 347.6223 (2015): 768-771.

„Jak odejść od jednorazowego plastiku? Poradnik, jak implementować dyrektywę w sprawie jednorazowych produktów z tworzyw sztucznych”, Rethink Plastic Alliance i Break Free From Plastic, 2019 https://www.greenpeace.org/static/planet4-poland-stateless/2020/02/b90b92b4-jak_odejsc_od_plastiku.pdf

Raport „Tworzywa – Fakty 2020. Analiza produkcji, zapotrzebowania oraz odzysku tworzyw sztucznych w Europie”, PlasticsEurope (Stowarzyszenie Producentów Tworzyw Sztucznych w Europie) https://www.plasticseurope.org/pl/resources/publications/4433-tworzywa-fakty-2020

„Plastic proliferates at the bottom of world's deepest ocean trench”, Sarah Gibbens

https://www.nationalgeographic.com/science/article/plastic-bag-mariana-trench-pollution-science-spd

  1. Styl Życia

Olga Bończyk o dzieciństwie pełnym miłości i traumy

„Bycie dzieckiem osób niesłyszących jest wyzwaniem. Dojrzewasz zdecydowanie szybciej, bo siłą rzeczy wprowadzana jesteś w sprawy dorosłych dużo wcześniej niż rówieśnicy”, mówi aktorka i wokalistka Olga Bończyk. I dodaje, że jako dziecko wielokrotnie występowała w bardzo trudnej roli łącznika między światem a niesłyszącymi rodzicami.

Mam dziesięć lat. Wracam ze szkoły do domu, dostałam kiepską ocenę, skarżę się mamie, że miałam zły dzień. Mama siada na kanapie, zawsze w tej samej pozycji, opiera się wygodnie i mówi: „Chodź, połóż się na mnie”. Siadam na niej okrakiem, nazywałam to „na żabkę”, wtulam się w nią bardzo mocno całym ciałem. Mama gładzi mnie po plecach, po głowie i spokojnym, kojącym głosem mówi: „Nic się nie martw, następnym razem będzie lepiej. Pamiętaj, na pewno dasz sobie radę”. To jest wspomnienie totalnego poczucia bezpieczeństwa. Ta scena powtarzała się wielokrotnie.

Wychowywałam się w rodzinie niesłyszącej, tata urodził się bez słuchu, mama straciła go, gdy miała kilkanaście lat, w wyniku wypadku. Oboje z bratem chodziliśmy do szkoły muzycznej, mama nie była więc w stanie pomagać nam w lekcjach, mam wrażenie, że te chwile w silnym uścisku były jej sposobem na okazanie oddania, wsparcia i wiary w moje siły, możliwości, w mój potencjał. Ten uścisk był dla mnie symbolem pewności, że niezależnie od wszystkiego ona zawsze będzie mnie kochać, że dla niej nie muszę zostać wirtuozem fortepianu, świetnym muzykiem, nie muszę zapracować sobie na jej uczucie. Nigdy nie cisnęła, wręcz podkreślała, że jeżeli tylko będziemy chcieli z bratem zrezygnować z nauki w dającej wycisk szkole muzycznej, ona nie ma nic przeciwko, w każdej chwili przeniesie nas do zwykłej rejonówki i absolutnie nie będzie rozczarowana.

Mama była boją, do której zawsze mogłam podpłynąć i się przytrzymać. Jej podejście, czułość, ciepło i bezwarunkowość jej miłości dały mi siłę na całe życie.

Mama wdrukowała mi też pewne zasady, ale muszę przyznać, że życie je zweryfikowało. Była idealistką, pamiętam, jak mi powtarzała: „Najważniejsze, żebyś żyła tak, by nikt przez ciebie nie płakał”. Zapomniała tylko dodać, że trzeba tę mądrość ostrożnie stosować, bo jak się przesadzi, to najpewniej samemu zapłacze się nieraz…

Rodzice Olgi Bończyk: Irena i Stefan Bockowie (1964). (Fot. archiwum prywatne)Rodzice Olgi Bończyk: Irena i Stefan Bockowie (1964). (Fot. archiwum prywatne)


Zazdrość i hormony

Mama zmarła, kiedy miałam 18 lat, nie zdążyłyśmy zaprzyjaźnić się ze sobą jak dwie dorosłe kobiety. Ale jestem prawie pewna, że gdyby żyła dłużej, zostałybyśmy bliskimi przyjaciółkami. Była niesamowicie otwarta, mimo swoich ograniczeń związanych z niesłyszeniem przyciągała moich znajomych jak magnes. Moje koleżanki i koledzy do niej lgnęli. Pamiętam wiele momentów, kiedy byłam wręcz zazdrosna. Z jednej strony o nią, a z drugiej – o moich znajomych. Tym bardziej że nie miałam ich wielu, szkoła i fortepian pochłaniały cały mój czas, na podwórko nie było miejsca. A kiedy już zdarzyło się, że ktoś do mnie przychodził, od drzwi wędrował prosto do kuchni, do mojej mamy… żeby choć przez chwilę z nią pobyć. Czasem byłam wściekła.

Wściekała mnie też nadopiekuńczość mamy. A ta wynikała przede wszystkim z jej ograniczeń, z niesłyszenia. Do szkoły miałam daleko, podróżowałam przez kawał miasta, mama zawsze się o mnie bardzo bała. Pamiętam, jak powtarzała: „Gdyby coś ci się stało, będę ostatnią osobą, która się o tym dowie”. Byłam więc pod kloszem, w reżimie wracania do domu o określonej porze. Aż w końcu zaczęłam się buntować; i te ostatnie lata życia mamy to był czas mojego rewolucyjnego myślenia i działania. Mama chorowała na raka, słabła, a jednocześnie nie mogła pogodzić się z brakiem kontroli nade mną. Ścierałyśmy się wtedy, czasem mocno, bo mimo ogromnej miłości do niej moje buzujące hormony nie chciały odpuścić. Kiedy mama zmarła, klosz się uchylił, „dorwałam się” do wolności, przez jakiś czas podejmowałam mocno kontrowersyjne, czasem niezbyt mądre decyzje, jakby bunt wciąż trwał, choć mamy już nie było…

Cisza i dźwięk

Moje dzieciństwo to była nieustająca „przepychanka” ciszy i dźwięków. Kiedy wracaliśmy z bratem do domu, rozkręcaliśmy wszystkie gałki: od telewizora, radia, wszystkich możliwych urządzeń. Brat ćwiczył grę na skrzypcach, ja siadałam do pianina, dom wtedy ożywał. A kiedy tylko kładliśmy się spać, mama wszystkie gałki skręcała do zera. Na wszelki wypadek, by przypadkiem, kiedy rano wyjdziemy do szkoły, a ona coś niechcący poruszy, nie zaczęło grać zbyt głośno, bo wtedy przeszkadzałoby sąsiadom. To były takie dwa rytuały – my wszystko rozkręcaliśmy, a mama zakręcała. W naszym domu cisza walczyła z dźwiękiem.

W domu osób niesłyszących zamiast dzwonka przy drzwiach zainstalowane jest światło, podłączone kablami w każdym pomieszczeniu tak, by mieszkańcy wiedzieli, że ktoś próbuje dostać się do mieszkania. U nas też tak było. Choć gdzieś podskórnie bardzo chcieliśmy z bratem, by nasz dom był zwyczajny, on taki nie był. Tak jak zwyczajne nie było nasze dzieciństwo. Mieliśmy swoje obowiązki, jak choćby ten, że codziennie wieczorem, kiedy w telewizorze były wiadomości, jedno z nas oglądało je z rodzicami, by im przekazywać treść. Mieliśmy takie dyżury, czy to lubiliśmy, czy nie, tak po prostu było. Pamiętam, że tłumaczyliśmy rodzicom czasem też filmy i wielką radością były dla nas dni, kiedy telewizja emitowała film radziecki, bo on zawsze był z napisami! Wtedy mówiłam sobie w myślach: „Hura, mam wolne!”.

Bycie dzieckiem osób niesłyszących jest wyzwaniem, ciężarem, nie da się tego ukryć. Dojrzewasz zdecydowanie szybciej, bo siłą rzeczy wprowadzana jesteś w świat dorosłych dużo wcześniej niż rówieśnicy. Kiedy rodzice musieli załatwić jakieś sprawy urzędowe, też zawsze potrzebowali jednego z nas w roli „tłumacza”. Pamiętam, jak strasznie trudne były dla mnie wizyty u lekarzy z chorującą na raka mamą. Nie dość, że musiałam bez żadnego filtra, który zwykle rodzice starają się nakładać na tego rodzaju informacje przekazywane dzieciom, usłyszeć diagnozę i rokowania, to musiałam jeszcze przekazać je mamie. To ja powiedziałam mojej mamie, że w każdej chwili może umrzeć. To z pewnością są zadania wykraczające poza to, co dzieciak może emocjonalnie udźwignąć.

Bycie słyszącym dzieckiem niesłyszącego rodzica czy rodziców to zjawisko, którym w pewnym momencie zajęli się psychologowie. Określili takie dzieci – dziećmi z syndromem CODA (z ang. child of deaf adult/s). Więc tak, jestem dzieckiem CODA. I bez wątpienia jest to rodzaj silnego naznaczenia. Muszę użyć mocnego słowa – w takie dzieciństwo wpisany jest pewien rodzaj traumy, niestety. Bo nie jest normalne, że dziecko występuje w roli dorosłego, jest opiekunem swoich rodziców. I żeby nie wiem, ile miłości, ciepła, czułości było w takim domu, a w moim było ich naprawdę bardzo dużo, nie ma szans, by uniknąć wspomnianej traumy.

Trzyletnia Olga ze starszym o cztery lata bratem Mirosławem (1972). (Fot. archiwum prywatne)Trzyletnia Olga ze starszym o cztery lata bratem Mirosławem (1972). (Fot. archiwum prywatne)

Ta najgorsza

Czas mojego dorastania naznaczony był także poczuciem bycia kimś gorszym od całej reszty. Jak masz „dziwny”, nienormalny, niepełnosprawny dom, to dla większości ty też jesteś nienormalna. I tak byłam traktowana przez dzieci. Bardzo z tego powodu cierpiałam. Moja codzienność pełna była też manifestów, ciągle wstawiałam się za rodzicami, broniłam ich jak lwica. Słyszałam, że jak mam głuchych rodziców, to znaczy, że mam też głupich rodziców. A przecież moi rodzice nie byli głupi, więc miałam w sobie ciągły przymus, by przekonywać świat o ich wartości.

Czułam się gorsza, bo tak traktowali mnie rówieśnicy, zawsze na szarym końcu, w ogonie, jako ta „wybrakowana”. Nigdy nie zapomnę sytuacji, kiedy doszłam do ściany, nie potrafiłam opanować emocji. Ból i wściekłość wzięły górę. To było w drugiej klasie szkoły podstawowej. Mama była wtedy pierwszy raz ze swoim rakiem w szpitalu, miała amputowaną pierś. Przeżywałam to bardzo. Jedna z koleżanek, zresztą córka lekarki, która leczyła moją mamę, czyli ta dziewczyna sporo o mamie i jej chorobie wiedziała, powiedziała na forum klasy, że moi rodzice są głusi, więc nie można się z nimi porozumieć. Użyła jeszcze kilku stereotypów zasłyszanych od dorosłych. A we mnie coś wtedy pękło. Namówiłam dwie koleżanki, żeby podczas długiej przerwy związać tę dziewczynkę skakanką w piwnicy i ją tam zostawić. Zrobiłyśmy to, a ja powtarzałam jej wciąż: „To za moich rodziców”. Oczywiście, nie było to dobre zachowanie, ale pamiętam, że czułam się tak zdesperowana i zrozpaczona, że uznałam, iż tylko przemocą mogę okazać, jak to oczernianie mojej mamy i mojego taty strasznie mi się nie podoba, strasznie mnie boli.

Wystąpiłam na apelu, dostałam burę od wychowawczyni, naganę, ale to wszystko nie była żadna cena, miałam przez moment poczucie, że dzięki mnie sprawiedliwości stało się zadość.

Wrocław i zapach krochmalu

Wychowałam się w moim ukochanym Wrocławiu, najpiękniejszym mieście świata. Kiedy było ciepło, uwielbiałam uczyć się nie w domu, ale w ogrodzie botanicznym. Przesiadywałam tam godzinami. Prawie zawsze sama. Bo byłam typem samotnika. Nie tylko z wyboru. Kiedy moje koleżanki chodziły na dyskoteki, ja… ćwiczyłam na fortepianie albo byłam opiekunem i tłumaczem. Kiedy rówieśnicy szaleli na podwórku, ja… ćwiczyłam na fortepianie albo byłam opiekunem i tłumaczem itd. Nawet moja pierwsza miłość wydarzyła się dopiero, gdy miałam 17 lat. Byłam dość nieśmiała, wycofana. Niewiele mam wspomnień związanych z tak zwanym wolnym czasem, z tym, co „po szkole”. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz pojechałam na kolonie, moje koleżanki wiedziały już „wszystko” o miłości, o relacjach z chłopakami, ja byłam zupełnie zielona, znowu na końcu, w ogonie. Moje dzieciństwo, dorastanie były więc inne. Ale nigdy nie powiem, że nieszczęśliwe.

W naszym domu się nie przelewało, mama chorowała, więc tylko tata pracował i on nas utrzymywał. Jednak zawsze ja i brat byliśmy pierwsi na liście wszystkich potrzeb. Dla nas zawsze było wszystko, co tylko być mogło. Mama wybierała dla nas najlepsze kąski, sobie zostawiała, jak to mówił mój brat, „ochłapy”.

Prawie nic sobie nie kupowała, może raz w roku jakąś bluzkę czy sukienkę, ale zawsze była w niej klasa. Mogła mieć na sobie coś, co miało 20 lat, ale nosiła się w tym jak dama. Widziałam w niej królową. Siadała jak dama, miała gesty damy, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Do dziś mam pewność, że nie jest ważne, co ma się na sobie, ale jak to się nosi. Metki nie mają dla mnie żadnego znaczenia. Taką lekcję kobiecości wyniosłam z domu. Mama nauczyła mnie także, że kobiecość to powściągliwość, ona zawsze czekała chwilę, nim coś powiedziała. Unosiła oczy, lekko przekrzywiała głowę, jakby zbierała myśli, dopiero potem mówiła. Nigdy nie paplała. Jestem taka sama.

Dom zawsze pachniał czystością, krochmalem, wszystko lśniło, wszystko miało swoje miejsce. Mama świetnie też gotowała, uwielbiałam jej rosół, pierogi ruskie czy mistrzowską zupę koperkową. Pamiętam, że kiedy wpadałam, jak to nastolatka, na pomysł, że będę się odchudzać, mama przygotowywała specjalnie swoje genialne ruskie pierogi i mówiła: „Tak mi szkoda, córeczko, że jesteś na diecie i nie możesz zjeść”. Miała wtedy sto procent pewności, że wcześniej czy później wpadnę do kuchni i rzucę się na ten przysmak! Zwykle nie trwało to dłużej niż 20 minut. Ruskie to bez wątpienia smak dzieciństwa!

Olga Bończyk, aktorka i wokalistka. Szerokiej publiczności znana z seriali: „Na dobre i na złe”, „Leśniczówka” i „Barwy szczęścia”. Gra na scenach wielu teatrów, ostatnio w spektaklach: „Za rok o tej samej porze”, „Atrakcyjna wdowa” czy „Kwartet”. Nagrała pięć solowych albumów. Najnowszy, „Ślady miłości”, miał premierę w marcu tego roku.

  1. Styl Życia

Wanda Wąsowska: "Nawet w najtrudniejszych czasach znajdziesz coś pięknego, jeśli masz pasję"

Wanda Siniarska-Czaplicka Wąsowska, ur. 1931, olimpijka, dwukrotna II wicemistrzyni Polski w ujeżdżeniu, trenerka i działaczka Polskiego Związku Jeździeckiego. Miłośniczka i wybitna znawczyni koni, mentorka i wychowawczyni wielu znakomitych zawodników. (Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)
Wanda Siniarska-Czaplicka Wąsowska, ur. 1931, olimpijka, dwukrotna II wicemistrzyni Polski w ujeżdżeniu, trenerka i działaczka Polskiego Związku Jeździeckiego. Miłośniczka i wybitna znawczyni koni, mentorka i wychowawczyni wielu znakomitych zawodników. (Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)
Nawet w najtrudniejszych czasach znajdziesz coś pięknego, jeśli masz pasję – mówi olimpijka i najwybitniejsza polska amazonka Wanda Wąsowska. Swoje umiejętności oraz miłość do koni przekazała już ponad 200 wychowankom. Jej życie jest dowodem na to, że jeździectwo buduje wiarę we własne możliwości, a zdobyta w stajni wiedza pomaga pokonywać życiowe zakręty.

Panienki ze szlacheckich dworków chyba nie marzyły o pracy w stajni...
Być może byłam wyjątkiem. Wychowałam się w rodzinnym majątku Niemojewo na Kujawach. Mój ojciec był zamożnym ziemianinem, a mama hrabianką. Miałam wszystko, co można sobie wymarzyć, ale bardziej niż lalki czy lekcje z niemieckojęzyczną boną interesowały mnie zwierzęta. Uwielbiałam rozmawiać ze stajennymi i ludźmi pracującymi w gospodarstwie. Mnóstwo się od nich nauczyłam i dużo im zawdzięczam. Kiedy bona okazała się niemieckim szpiegiem, a cały majątek przepadł, to właśnie wiedza zdobyta przeze mnie w stajniach i oborach pomogła nam przetrwać najtrudniejsze chwile. Po Powstaniu Warszawskim, kiedy nie można było jeszcze wrócić do stolicy, osiedliliśmy się na wsi. Były tam trzy krowy, a ja jako jedyna w rodzinie potrafiłam je wydoić. Z mleka mama robiła sery i masło, które sprzedawała na bazarze. Z tych pieniędzy utrzymywała się cała nasza rodzina. Wiele lat później dostałam pracę jako specjalistka od hodowli krów w stadninie koni „Rzeczna”. Moje podopieczne zdobyły 24 złote medale, 12 srebrnych i 44 brązowe. A ja dzięki temu otrzymałam Srebrny Krzyż Zasługi.

A kiedy w pani życiu pojawiły się konie?
Były w nim od zawsze. W czasach mojego dzieciństwa wszyscy jeździli wierzchem. Kiedy miałam sześć lat, rodzice podarowali mi najspokojniejszego konia w całym majątku, ślepą Baśkę. Jeździłam na niej po okolicznych polach i lasach. To właśnie wtedy po raz pierwszy odkryłam, jak niezwykła więź może powstać między koniem a człowiekiem.

Co takiego jest w tych zwierzętach, że poświęciła im pani całe życie?
Każdego zachwyca coś innego: jednych – wdzięk i uroda, innych – siła i nieprzewidywalność. Dla mnie konie są tak zróżnicowane jak ludzie. Pamiętam doskonale wszystkie, na których jeździłam. Dwadzieścia osiem koni doprowadziłam do konkurencji programu św. Jerzego (to pierwszy konkurs międzynarodowy) i pięć do Grand Prix, czyli do najwyższej klasy ujeżdżenia.

Na koniu Damazym. 1982 rok. (Fot. archiwum prywatne pani Wandy Siniarskiej-Czaplickiej Wąsowskiej)Na koniu Damazym. 1982 rok. (Fot. archiwum prywatne pani Wandy Siniarskiej-Czaplickiej Wąsowskiej)

Czego można się nauczyć, przebywając z końmi?
Każdy – czegoś innego. Moim pierwszym koniem ujeżdżeniowym była klacz Kopra, którą do startów w zawodach przygotowywałam bez wsparcia trenerów. Pokazała mi, jaką wartość ma moja codzienna praca. Po trzech latach zakwalifikowałyśmy się do półfinału mistrzostw Polski w ujeżdżaniu. Niewielki kary wałach Damazy dał mi lekcję pokory i cierpliwości. To na nim startowałam na igrzyskach w Moskwie. Zajęliśmy czwarte miejsce w konkursie drużynowym. Był to pierwszy start polskich dresażystów w igrzyskach olimpijskich. Wałachowi Rustanowi zawdzięczam z kolei uznanie i karierę w Stanach Zjednoczonych. Kupiła go ode mnie amazonka z Arizony i przez trzy miesiące w Stanach przygotowywałam ją do startów na Rustanie. W efekcie zakwalifikowała się do młodzieżowej reprezentacji w ujeżdżeniu. A ja zyskałam szacunek tamtejszych jeźdźców i przez lata prowadziłam szkolenia jeździeckie w Arizonie.

Można się wiele dowiedzieć o sobie i swoich możliwościach.
Tak, konie to zwierzęta stadne, które komunikują się za pomocą mowy ciała, dlatego doskonale odczytują ją także u innych zwierząt i ludzi. W naturze to warunek ich przetrwania. Błyskawicznie wyłapują fałsz, strach, bezsilność czy tłumioną agresję. Można się w nich przejrzeć jak w zwierciadle. To mobilizuje do pracy nad sobą, hartuje charakter. Kiedy pochodzenie zablokowało mi drogę na studia, zaczęłam pracować jako stajenna na warszawskim torze wyścigów konnych Służewiec. Czyściłam konie, sprzątałam boksy, a z czasem zaczęłam startować w wyścigach. Konie wyścigowe są pełne energii, czasami trudno utrzymać się w siodle. Spadałam nawet kilka razy dziennie, ale za każdym razem natychmiast się podnosiłam i wracałam w siodło. W życiu było podobnie.

Czy jest koń, który odegrał szczególną rolę?
Najczęściej wspominam chyba ostatniego: pięknego, wysokiego – 177 cm w kłębie, czyli najwyższym punkcie grzbietu – świetnie zbudowanego, karego ogiera, którego kupiłam, kiedy miał zaledwie trzy lata. Nazwałam go Nabucco, jak bohater mojej ukochanej opery Verdiego. Spędził ze mną całe swoje życie. Wytworzyła się między nami niezwykła więź. Bezbłędnie i z daleka rozpoznawał pracę silnika mojego samochodu. Kiedy podjeżdżałam, stajenny już wiedział: Nabucco rży, zaraz wejdzie Wąsowska. Na zawodach ogólnopolskich zawsze plasowaliśmy się w pierwszej trójce. Startowałam na nim do 82. roku życia i do końca sama woziłam go przyczepą na zawody. Był moment, kiedy dawano mi za niego duże pieniądze. Nie sprzedałam, był członkiem rodziny. Odszedł pięć lat temu.

Czy to był moment, w którym przestała pani jeździć konno?
Ależ skąd! Przyczepę sprzedałam, ale konno jeżdżę do dziś. Gdy odszedł Nabucco, następnego dnia moja dawna uczennica Bogna Hupa podarowała mi jednego ze swoich koni. To był piękny, wzruszający gest. Ta klacz wciąż jest ze mną i nadal na nią wsiadam, choć nie są to już treningi sportowe. Jeżdżę, by utrzymać dobrą formę. Kiedy siedzę w siodle, zapominam o wszystkim, także o tym, ile mam lat.

Igrzyska olimpijskie w Moskwie z Damazym, 1982 rok. (Fot. archiwum prywatne pani Wandy Siniarskiej-Czaplickiej Wąsowskiej)Igrzyska olimpijskie w Moskwie z Damazym, 1982 rok. (Fot. archiwum prywatne pani Wandy Siniarskiej-Czaplickiej Wąsowskiej)

Ujeżdżała pani konie, ale też trenowała jeźdźców. Co dawało większą satysfakcję?
Jeśli chodzi o treningi, zawsze wolałam pracować sam na sam z koniem niż szkolić jeźdźców. W życiu jednak ciągnie mnie do ludzi, a dzięki swojej pracy poznałam mnóstwo niezwykłych osób. Mam około 200 wychowanków, z czego 92 uczestniczących w wyczynowym sporcie jeździeckim. Z wieloma wciąż utrzymuję kontakt. Katarzyna Milczarek, olimpijka, wielokrotna mistrzyni Polski i zwyciężczyni wielu zawodów międzynarodowych, zaczęła ze mną trenować jako 15-latka. Do dziś systematycznie dzwoni zapytać, jak się czuję. To miłe. Nawiązane w stajni znajomości są ponadczasowe, bo wspólna pasja zaciera różnice wieku.

Jest pani bez wątpienia autorytetem w świecie jeździeckim. Jestem ciekawa, kto był mentorem dla pani.
Zawsze inspirowało mnie życie wujka, rotmistrza Janusza Komorowskiego, brata rodzonego mojej mamy, który był wybitnym jeźdźcem okresu międzywojennego i uczestnikiem igrzysk w Berlinie w 1936 roku. Koń, na którym jeździł, Zbieg, należał do najlepszych w Europie. Niestety wybuchła wojna, a wujek jako uczestnik kampanii wrześniowej trafił do obozu jenieckiego Murnau i nie wrócił już do kraju po wojnie. Jako przedwojenny oficer sanacyjny nie miał czego szukać w komunie. Wyjechał do Londynu i ujeżdżał konie na dworze królewskim. Podczas zawodów w Anglii zaprzyjaźnił się z jeźdźcami z Argentyny, którzy namówili go na podróż do ich kraju. Został tam trenerem dużego klubu wojskowego. Mimo niełatwych czasów, dzięki koniom jego życie było barwne jak scenariusz filmu. Do Polski wrócił dopiero na emeryturze. Nigdy nie miałam okazji z nim trenować.

Komu więc zawdzięcza pani swoje jeździeckie umiejętności?
Po studiach skoków przez przeszkody uczyłam się pod okiem majora Henryka Leliwy-Roycewicza, srebrnego medalisty olimpijskiego z Berlina w 1936 roku, dowódcy batalionu „Kiliński” i zdobywcy budynku PAST-y podczas Powstania Warszawskiego. Niesamowicie przystojny mężczyzna, ogromnie wymagający, człowiek legenda. Nie skończył treningu, dopóki ćwiczona figura nie została wykonana poprawnie zarówno przez jeźdźca, jak i konia. Wpoił mi żelazną dyscyplinę.

Natomiast technik ujeżdżenia uczył mnie Andrzej Orłoś, uznawany za jednego z najwszechstronniejszych polskich jeźdźców. Sposoby szkolenia miał nieszablonowe. Przywiązywał mnie do siodła, żebym nauczyła się prawidłowej postawy, albo kazał trzymać garnek z wodą i galopować na koniu tak, by nie wylać ani kropli. Wszystko po to, by nauczyć się kontrolować dłonie. Ręce jeźdźca muszą być spokojne, konia prowadzi się tzw. dosiadem, czyli pozycją i ciężarem ciała w siodle. To sztuka, którą doskonali się latami.

Uczyła się pani od najlepszych, a potem uczyła sama. Jakie cechy powinien pani zdaniem posiadać mentor?
Przede wszystkim musi być praktykiem, nie teoretykiem. Jeśli uczeń nie może sobie poradzić z koniem, trener powinien wsiąść i pokazać, jak rozwiązać problem. Autorytet buduje się pracą, nie krzykiem. Nie można dobijać uczniów negatywnymi uwagami, ale trzeba mówić prawdę, korygować błędy. Trening zawsze kończę pozytywnym akcentem, czyli takim ćwiczeniem, które jeździec i koń mają już dobrze opanowane. To wzmacnia ich pewność siebie.

Co jeszcze? Dobry trener powinien znać swoją wartość, ale nie może obrastać w piórka, oceniać z góry, segregować uczniów na lepszych, bardziej rokujących i gorszych. Życie pisze zaskakujące scenariusze. Kiedy pracowałam na torze wyścigów konnych w Sopocie, pewnego dnia do stajni przyszedł mały chłopiec z kieszeniami pełnymi drobnych. Uzbierał je, pomagając rybakom rozkładać sieci o świcie. Marek okazał się niezwykle zdolny, w ujeżdżeniu osiągnął najwyższą klasę Grand Prix.

Z Rustanem, lata 90. (Fot. archiwum prywatne pani Wandy Siniarskiej-Czaplickiej Wąsowskiej)Z Rustanem, lata 90. (Fot. archiwum prywatne pani Wandy Siniarskiej-Czaplickiej Wąsowskiej)

Sukcesy podopiecznych cieszą bardziej niż własne?
Trudno powiedzieć. Obca jest mi fałszywa skromność, jestem zacięta, lubię rywalizację, na każdą wygraną ciężko zapracowałam. Ale równie sumiennie przykładałam się do treningów swoich uczniów. Często braliśmy udział w tych samych zawodach, ale nie wchodziliśmy sobie w drogę. Oni startowali w kategorii juniorów, ja w seniorach. Jestem tak samo dumna z własnych sukcesów, jak i z osiągnięć Katarzyny Milczarek czy Anny Bienias. Trenowałam je od dziecka, obie zostały multimedalistkami.

Nie każdy jednak nadaje się do jeździectwa. Znam wielu ludzi, którzy uwielbiają konie, ale boją się na nie wsiąść.
Strach jest zrozumiały. To duże, niezwykle silne, płochliwe i czasem nieprzewidywalne zwierzęta. Silny lęk przed nimi jest jednak jedynym ograniczeniem. Nie trzeba mieć żadnych wrodzonych predyspozycji, by czerpać przyjemność z jazdy konnej. Jako trenerka miałam różnych uczniów, ale żadnemu nie powiedziałam, żeby dał sobie spokój z jeździectwem. Nie można zabijać w ludziach pasji i nadziei. Jazda konna to sport bez limitów wieku. Japoński jeździec Hiroshi Hoketsu miał 71 lat, kiedy wystartował na igrzyskach w Londynie w konkursie ujeżdżenia. Królowa Elżbieta wciąż wsiada na konie, ja także.

Jako sportowiec ciągle wyznaczała sobie pani cele i dążyła do ich realizacji. Jakie ma pani teraz?
Dorastałam w czasach, w których ciągle traciliśmy dorobek życia i musieliśmy zaczynać wszystko od nowa, dlatego nie mam w zwyczaju się poddawać. Teraz chcę każdą godzinę życia dobrze wykorzystać, jak najdłużej być samodzielna, przebywać wśród ludzi. Dlatego ćwiczę umysł, grając w brydża i rozwiązuję krzyżówki. Codziennie się gimnastykuję, regularnie jeżdżę konno. Uwielbiam tańczyć! Bywały bale, na których przed północą trzy razy zmieniałam kreacje.

Wanda Siniarska-Czaplicka Wąsowska, ur. 1931, olimpijka, dwukrotna II wicemistrzyni Polski w ujeżdżeniu, trenerka i działaczka Polskiego Związku Jeździeckiego. Miłośniczka i wybitna znawczyni koni, mentorka i wychowawczyni wielu znakomitych zawodników, wandawasowska.kochamkonie.pl.