1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Ewa Błaszczyk: "Jestem otwarta na cuda"

Ewa Błaszczyk: "Jestem otwarta na cuda"

Ewa Błaszczyk podczas  Gali Finałowej VI Polish Businesswoman Awards. (Fot. BEW)
Ewa Błaszczyk podczas Gali Finałowej VI Polish Businesswoman Awards. (Fot. BEW)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Życie co chwila zamyka przed nami jakieś drzwi, ale za to otwiera okna. Trzeba tylko chcieć dostrzec szansę na dnie rozpaczy. Umieć nadać większy sens traumatycznemu zdarzeniu. Jej to się udało. Choć córka aktorki - Ola, od której wszystko się zaczęło, nadal pozostaje w śpiączce, to dzięki klinice Budzik wybudziło się już 54 dzieci oraz 10 dorosłych. I to nie koniec dobrych wieści.

Czym według pani jest życiowa odwaga?
Tata nauczył mnie, że trzeba reagować. Są dwa fronty, dwie postawy czy dwie strefy, które w sobie mamy. Jedna nas chroni, to rodzaj instynktu samozachowawczego, dbania o siebie, ważenia racji, przewidywania konsekwencji. Można to nazwać rozłożoną w czasie odpowiedzialnością. I jeśli coś wydarza się nagle - coś, co wymaga naszej reakcji, coś, co zmusza, byśmy opuścili to, co nas chroni - często uruchamia się druga strefa. Pojawia się nadprzyrodzona moc, siła. Jakiś moralny przymus reagowania, rzucenia się na pomoc. Ktoś, kto opuszcza swoją bezpieczną strefę, z zewnątrz wygląda na osobę odważną, ale tak naprawdę podąża tylko za swoim wnętrzem.

Pani jest odważna?
To zależy. Bo jeśli na przykład zobaczę węża na drodze, to nie jestem odważna. Niektórzy twierdzą, że jestem uparta. Sama znajduję w sobie pomieszanie odpowiedzialności z konsekwencją. Skoro powiedziałam: "a" i sprawa nie jest skończona, to nie zostawiam jej, o ile jest ważna.

A gdy ważnych spraw przybywa?
Prę, doprowadzam do końca albo samą siebie do ściany. Tak żyję: albo intensywnie pracuję, albo intensywnie odpoczywam i leżę do góry brzuchem.

Faktycznie potrafi pani odpoczywać?
Po ciężkiej pracy owszem, przekręcam się na bok i leżę osiem godzin. Ale mogę to zrobić tylko wtedy, gdy wiem, że wykonałam kawał roboty i za chwilę znowu się do niej zabiorę. Nie mam wtedy poczucia marnowania czasu. Wiem, że muszę zadbać o zebranie sił i koncentrację.

Co jest atrakcyjnego w ciężkiej pracy?
W pracy staram się znaleźć to, co ma sens. Atrakcyjne jest wykonywanie zadań, które przynoszą realną korzyść, przyczyniają się do zmiany. To niby wspaniałe życie, przedstawiane jako bezczynność na plaży, nicnierobienie - tak naprawdę jest niezwykle nudne.

Powiedziała pani, że tata uczył panią tego, że trzeba reagować. Jak to robił?
Tata był najmłodszym partyzantem AK na Kielecczyźnie, na którą mama wywiozła go z Warszawy uciekając przed Niemcami. Po wojnie został pilotem. I trochę przewoził mnie tymi samolotami. Po drodze cały czas uczył mnie tego, że życie jest zmienne. Pamiętam, jak kiedyś wróciłam ze szkoły, nieszczęśliwa, że dostałam lufę. Siedziałam u niego na kolanach i płakałam. Bardzo szybko wytłumaczył mi, że to jest kompletnie nieważne. Ale totalnie nieważne. Zadziałało. A gdy skończyłam liceum Reja, powiedział mi, że odbył rozmowę z nauczycielką z matematyki. Zainterweniował. Gdyby ujawnił, o czym rozmawiali, najpewniej skończyłoby się przeniesieniem mnie do innej szkoły, a on tego nie chciał, wiedział, że lepiej będzie, abym pokonała swoją trudność.

Co to była za trudność?
Strasznie bałam się matematyki. W domu potrafiłam sobie poradzić z każdym zadaniem, ale w klasie skupiałam się na nauczycielce, na tym, że ona czeka, najpewniej jest wobec mnie niechętna. To czekanie paraliżowało mnie, wywoływało napięcie, przestawałam myśleć i dostawałam lufę.

W liceum podobno bała się pani powiedzieć do kierowcy w autobusie, żeby zatrzymał się na przystanku na żądanie.
Faktycznie miałam kłopot, by odezwać się do kierowcy. Ale to nie był strach, tylko nieśmiałość.

Jak poradziła sobie pani z nieśmiałością?
Zawsze chciałam grzebać w ludzkich emocjach, zachowaniu, sprawdzać, dlaczego ktoś kłamie, dlaczego zakłada maski. Byłam zakolegowana z dowódcą ojca z Kielecczyzny, który pracował z profesorem Dąbrowskim w Instytucie Pojemności Mózgu w Krakowie, więc zostałam członkinią honorową Towarzystwa Higieny Psychicznej w Zakopanem. Pociągała mnie psychologia, psychiatria i myślałam, że tym się zajmę. Jednak po liceum zdecydowałam, że poradzę sobie z tą uciążliwością, zdając do szkoły teatralnej. Choć nigdy w życiu nie recytowałam wiersza. Wiedziałam, że nie mogę dłużej być zblokowana, to mnie zabijało. Uznałam, że trzeba przeskoczyć przez ten płot.

I zdała pani za pierwszym razem.
Ale nic z egzaminu nie pamiętam, naprawdę nic. Poziom napięcia był ogromny, w umyśle została mi z tego czasu biała plama. Wszystko opowiedziała mi później Rena Tomaszewska, ówczesna dziekan. Na pierwszym roku miałam konflikt z Tadeuszem Łomnickim, który krzyczał: "Kto cię do tej szkoły przyjął?!". A to był on. Zresztą po dwóch latach grania na scenie przyznał mi nagrodę rektorską. Zajmując się psychologią, robiłabym to samo, z tą różnicą, że tam zajmowałabym się rzeczywistością, a tu analizowałam postaci, wyrażałam emocje i generalnie grzebałam w fikcji.

Ta nieśmiała dziewczyna żyje jeszcze gdzieś w pani?
Gdy źle się czuję, otacza mnie zła aura albo jestem pobita, przybita - to czasami wraca. Różnica jest taka, że mam narzędzia, wiem, jak sobie z nią radzić.

Po co właściwie pokonywać własne ograniczenia?
Bo wtedy łatwiej się żyje i można się rozwijać. Dygotanie przed spotkaniem, nerwowa trema przed zebraniem głosu czy wyrażeniem siebie - przeszkadzają, nie pozwalają czerpać radości z życia.

Ewa Błaszczyk z córką Marianną Janczarską. (Fot. BEW)Ewa Błaszczyk z córką Marianną Janczarską. (Fot. BEW)

W książce "Lubię żyć" wyznała pani - po tym, gdy pani córka zapadła w śpiączkę - że "temu, co się stało z Olą, trzeba było nadać jakiś sens". Dlaczego?
Sytuacja wyglądała tak: mam Manię, która ma 6,5 roku i nie wie, co się stało. Chce normalnie żyć. Nie ma już ojca, a obok leży nieprzytomna Ola, jej siostra. Pojawiają się pytania: Co się stało? Po co to się stało? Dlaczego to stało się mnie? Co z tego wynika?

Nie ma odpowiedzi na te pytania.
Nie ma. Z faktami się nie dyskutuje. Stało się to, co się stało. I jaki ja mam teraz wybór, gdy obok jest małe dziecko? To żaden wybór. Oczywiście mogę spytać się o Olę, czyli o to, co zrobić i jak to zrobić, by dało się dalej żyć. Gdybym nie nadała temu, co się stało sensu, to sytuacja byłaby beznadziejna. A gdy sytuacja jest beznadziejna, to nie ma po co nawet wstawać z łóżka. Wtedy rozpoczyna się proces odsuwania od ludzi i unieszczęśliwiania tych, którzy wciąż żyją. Mania dopiero niedawno powiedziała mi, jak bała się, że pójdzie do sierocińca, jeśli coś mi się stanie.

Nie było momentu poddania się?
Był trudny czas, ale to był raczej moment szoku. Nie byłam w stanie powiedzieć, jak się nazywam i co się stało. Przesuwałam się czy raczej życie mnie przesuwało. To do szpitala, to do szkoły, to do kuchni. W końcu zaczęłam dzielić zadania na etapy, taka zadaniowość na krótki dystans. Pomogło.

Kiedy nastąpił punkt zwrotny?
Olę konsultował profesor Gerstenbrand z Wiednia i właściwie wbił mi siekierę między oczy. Powiedział coś takiego: "Minęło sporo czasu, Ola straciła medyczną szansę na wybudzenie. Teraz to już w sumie byłby cud; 99% rodziców popełnia ten sam błąd, czyli skupia się na chorym dziecku. Proszę zbudować profesjonalne warunki opieki dla Oli i skupić się na zdrowym dziecku, bo inaczej uczyni z niego pani kalekę, zabije je pani". Wzięłam te słowa do serca. Profesor zaszczepił we mnie myśl, by stworzyć struktury, których w Polsce nie było. Mieliśmy kilka złotych, telefon, to pomieszczenie i to stare biurko, które pan widzi. Pojawili się rehabilitanci, lekarze, idea zaczęła oklejać się ludźmi. Od początku wiedzieliśmy, że chcemy być tworem, który zbierze pieniądze na pomoc dla Jasi, Kasi i Oli. Interesowała nas systemowa zmiana, bo w systemie była luka

Jaka luka?
Był OIOM i rehabilitacja dla tych, których udało się obudzić. Natomiast system nie miał żadnej oferty dla uratowanych na OIOM-ie, ale wciąż śpiących. Byli odsyłani do domu i umierali na pierwszą infekcję. Do szału doprowadziła mnie pewna pani profesor, która spytała, czy wiem, jakie fajne są obecnie hospicja. A kogo to obchodzi? Z tego pytania powstała nazwa fundacji "Akogo?".

Jak sprawić, by sens, który nadajemy swoim działaniom był autentyczny?
Wydaje mi się, że nie należy go oceniać. Ja nie oceniałam. Czułam i wiedziałam, co jest ważne, i podążałam za tym. Obserwuję rodziców, którzy trafiają do fundacji. Reakcje są przeróżne, ktoś walczy, ktoś wariuje, ktoś się poddaje, ktoś wierzy. Nie ma przepisu. Gdy owa profesor powiedziała mi o hospicjach, poczułam, że to czas, by przestać rozmawiać, a zacząć działać. I może to jest odpowiedź na pana pytanie: więcej działać, mniej mówić.

Skąd pani czerpie siłę?
Od ludzi. Fundację pomógł mi założyć ksiądz Wojtek Drozdowicz, siedzieliśmy gdzieś w knajpie i na serwetkach kreśliliśmy plany. Znaleźliśmy prawniczkę. Pojawiła się Marzena, która pracuje tutaj do dzisiaj. Dołączali kolejni ludzie. Niektórzy śmiali się: "Aktorka będzie budzić dzieci". Inni byli sceptyczni, ale nie mówili nic, bo nie chcieli mnie ranić. Jednak cały czas pojawiali się ludzie, którzy w nas wierzyli. Szukałam oczu pozbawionych cynizmu. Znalazłam lekarzy, którzy mieli doświadczenia w wybudzaniu dzieci, nawet jeśli nazywali je cudami. Ale to nie były cuda, tylko efekt intensywnej pracy.

Nie wierzy pani w cuda?
Wierzę, jestem na cuda otwarta. Wychodzę im naprzeciw, nasłuchuje sygnałów, analizuję sny, które zostają ze mną na dłużej. W 2005 roku obudziłam się w środku nocy, usiadłam na łóżku i powiedziałam: hipokamp. Miałam świadka tego zdarzenia, bo tej nocy spałam w hotelu. Nie znałam wtedy słowa "hipokamp". Do dzisiaj ten sen, a jakby nie sen, nie daje mi spokoju.

I coś pani zrobiła z ta dziwną wiadomością?
Właśnie jesteśmy w trakcie projektu pracy z neutralnymi komórkami macierzystymi, które odbudowują połączenia neuronowe w mózgu. Dla mnie zaczęło się od eksperymentów na szczurach w Polskiej Akademii Nauk, do której zostałam zaproszona. Naukowczynie wywołały u szczura wylew, a potem podały mu komórki macierzyste, które udało im się wyhodować. Szczur wrócił do życia. Nie udało im się jednak powtórzyć tego eksperymentu. Pamiętam, jak panie profesor powiedziały, że w zakręcie hipokampu jest najwięcej komórek macierzystych. Minęło wiele lat. Badania nad systemem nerwowym i mózgiem cały czas trwają i są przeprowadzana na niezwykłą skalę.

Na jakim etapie jest ten projekt?
We Włoszech jest Dom Ulgi w Cierpieniu założony przez ojca Pio. Szef rady naukowej prof. Angelo Vescovi ze swoim zespołem przeprowadził pierwsze badania nad stworzeniem produktu leczniczego z neutralnych komórek macierzystych pobieranych z naturalnych poronień. Komórki pobierane są z mózgu. Droga jest trudna, taka jak podczas przeszczepu, gdy trzeba porozmawiać z rodzicami lub bliskimi osoby, od której można pobrać organy. Otrzymaliśmy technologię produktu, porozumieliśmy się z prof. Wojciechem Maksymowiczem z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, prof. Leonorą Bużańską, prof. Krystyną Domańską-Janik i dr Sarnowską z Instytutu Medycyny Doświadczalnej i Klinicznej PAN, by kontynuować badania. Obecnie poszukujemy pieniędzy na badania przedkliniczne na myszach w laboratorium PBTMR (Platforma Badań Translacyjnych w zakresie Medycyny Regeneracyjnej - red.) IMDiK PAN i na wytworzenie produktu leczniczego terapii zaawansowanej (ATMP) u prof. Maksymowicza, by poddać leczeniu pięciu pacjentów w śpiączce. Będzie to pierwszy tego typu zabieg na świecie.

Równolegle do międzynarodowego projektu naukowo-badawczego i klinicznego prowadzimy z panem Adamem Struzikiem, marszałkiem Województwa Mazowieckiego i panią Teresą Borgiel, dyrektorką Mazowieckiego Szpitala Bródnowskiego, projekt budowy kliniki Budzik dla dorosłych. Powstanie w Warszawie na terenie, który jest własnością Samorządu Mazowsza obok Mazowieckiego Szpitala Bródnowskiego, naszego partnera medycznego. Projekt wygrał w ogłoszonym przez Fundusz Sprawiedliwości konkursie na utworzenie ośrodka rehabilitacji dla ofiar wypadków. Otrzymaliśmy blisko 40 mln dofinansowania na budowę kliniki a pani prezydentowa Agata Kornhauser-Duda objęła honorowy patronat nad przedsięwzięciem. Dzięki wsparciu finansowemu będziemy mogli mocno skupić się na budowie kliniki i jak najszybszym przyjmowaniu pacjentów.

Dzięki działalności Budzika obudziło się już 54 dzieci i 10 dorosłych. Na ile napędem do pani pracy jest Ola, na ile wiara, nadzieja?
Ciężko to ubrać w zgrabne słowa. To jest jak kula, jak wszechświat złożony z wielu komponentów. Spirytusem jest Ola. Cały czas myślę również, że powinien być jakiś finał. Nauka jest na niezwykłym poziomie i cały czas się rozwija. Oczywiście, że wierzę w jej obudzenie, będąc zarazem świadomą, że są na to małe szanse.

Ewa Błaszczyk podczas premiery filmu 'Sąsiady' w reżyserii Grzegorza Królikiewicza. (Fot. BEW)Ewa Błaszczyk podczas premiery filmu "Sąsiady" w reżyserii Grzegorza Królikiewicza. (Fot. BEW)

Cykl narodzin i śmierci jest naturalny, nawet jeśli może budzić przerażenie. Uważa pani, że w pewnym momencie trzeba odpuścić, powiedzieć sobie, że to koniec?
Tak, ale najpierw trzeba dojść do ściany. Spróbować wszystkiego, co możliwe, sprawdzić swoje możliwości i możliwości świata. I ja do tej ściany jeszcze nie doszłam.

Wybudzenie tych wszystkich dzieci i dorosłych to radosne, pozytywne zjawisko. Śmierć pani męża i wypadek Oli to tragedia. A przecież te dwa wydarzenia są ze sobą połączone.
Życie takie właśnie jest. Nie wiem i nie mogę wiedzieć, co nastąpi, ale mogę wychodzić naprzeciw dobrej energii. Przecież to niezwykłe, gdy ktoś zatrzymuje się obok mnie na światłach, opuszcza szybę i wręcza mi kryształ. Widzę ludzi, którzy głaszczą mnie wzrokiem. Staram się robić coś, co wyjdzie naprzeciw temu, co pozytywne, szanując, że przyczynkiem do takich wydarzeń mogą być tragedie.

Czym różni się miłość matki do dziecka od każdej innej miłości?
Na pewno jest różnica. Nie jesteśmy tak odpowiedzialni za relacje partnerskie jak za istotę, która dopiero wchodzi w życie i jest od nas zależna. Nie wiem, jak jest z mężczyznami, ale często nie jest podobnie i oni nie wytrzymują wieloletniej opieki nad niepełnosprawnym dzieckiem. Z jakichś powodów to my, kobiety, mamy macicę.

A gdy jest bardzo ciężko, to co panią ratuje?
Czuję się prowadzona. Gdy jest bardzo ciężko, to warto nie wpadać w histerię, nie wykonywać gwałtownych ruchów, nie szarpać się. Można usiąść, pozwolić złemu odparować. W odpowiednim momencie coś się zjawi.

Tak trafiłam na tekst "Rok magicznego myślenia" Joan Didion. Amerykańska pisarka, mąż pisarz, córka w śpiączce. Mąż siada przy stole, rozmawiają o tym, czy idą na kolację na mieście, czy zostają w domu, mąż mówi, żeby zostali, bo chyba nie jest w stanie tego przeżyć. Ona myśli, że to żart, ale mąż umiera. Poczułam się zdziwiona tym naszym paralelnym losem. Na podstawie książki powstał monodram, który zaczyna się słowami: "Życie zmienia się szybko. Życie zmienia się w jednej chwili. Siadasz do kolacji i życie, jakie znasz, się kończy. Pozostaje kwestia żalu... nad sobą". One mnie uruchomiły. Zdecydowałam zmierzyć się z tym tekstem, historią podobną do mojej. Po trzech latach grania poczułam się silniejsza, lepiej niż po stu terapiach.

Czego najcenniejszego nauczyła się pani od Oli?
Jestem bardzo niecierpliwa i szybko działam. Co jakiś czas w naszej klinice budzą się dzieci i wiele osób mnie pyta, jak w związku z tym się czuję, skoro moja córka nadal śpi. Otóż jestem spokojna, rozumiem, że to nie jest Oli droga, i cieszy mnie każde wybudzone dziecko. Rodzice zebrani wokół Budzika trzymają się razem, nikt nie wie, dlaczego jedno dziecko się budzi, a inne nie. Tajemnica, która się za tym kryje, pobudza umysł. Myślę, że wszystko jest po coś. Wyłaniają się góry, zapadają się miasta, jest w tym pewien porządek, harmonia świata. A ja i Ola, mały okruszek w skali świata, jesteśmy w jakiś sposób w tę harmonię wpisane.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

W Warszawie zakwitło dziwidło olbrzymie!

(Fot. Wikipedia US Botanic Garden)
(Fot. Wikipedia US Botanic Garden)
Dziwidło olbrzymie – największy kwiat świata o woni padliny, zakwitło tej nocy w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Warszawskiego. Można je podziwiać jeszcze dzisiaj (od godz. 10), zanim definitywnie zamknie swój kwiatostan.

Kwitnące dziwidło olbrzymie zadziwia i fascynuje – przyciąga odmiennością, odrzuca wstrętną wonią. Kiedy kwitnie trudno przejść obok niego obojętnie. Jego kwiatostan jest bowiem największy w świecie roślin (ma do 3 m. wysokości, 1,5 m. średnicy), a przy tym wygląda jak kawał padliny i „pachnie” jak ona. W dodatku bardzo intensywnie. Na Sumatrze, skąd roślina pochodzi, woń jej kwiatostanu jest wyczuwalna z odległości nawet 3 km! W ten sposób przywabia zapylacze – muchy i inne padlinożerne owady. Nęci je nie tylko „aromatem”, ale i ciepłem panującym we wnętrzu kwiatostanu (czyli w pochwie). Temperatura może tam osiągnąć nawet 40 st.C! Roślina wie co robi, włączając „ogrzewanie”, ciepło potęguje bowiem jej brzydki zapach.

Łacińska nazwa dziwidła - Amorphophallus (od amorphos - podobny i phallus - penis) w pełni oddaje wygląd kolby kwiatostanu, wyrastającej z nabrzmiałej pochwy, skrywającej właściwe kwiaty – żeńskie i męskie. Niestety, roślina zakwita tylko raz na kilka lat, w dodatku jest kwiatem jednej nocy – spektakl zaczyna się po południu, a kończy następnego dnia.

Tej nocy dziwidło zakwitło w Warszawie - w szklarni tropikalnej Ogrodu Botanicznego UW. I to jako pierwsze w Polsce! Zainteresowanie było ogromne! O północy, kiedy zamknięto kolejkę, ostatni chętni czekali na wejście ponad 2 godziny. Kwitnienie można było też śledzić on line pod linkami: https://youtu.be/bFKASNfwE4A i http://bit.ly/dziwidlo_live.

Kwiat jednej nocy

Tym razem roślina zadziwiła nawet swoich opiekunów – Joannę Bogdanowicz i Piotra Dobrzyńskiego. Według ich prognoz miała bowiem zakwitnąć w nocy z wtorku na środę. – Z dziwidłem nigdy nic nie wiadomo, ono robi co chce i kiedy chce – śmieje się Piotr – wiele zależy od warunków, w jakich żyje, głównie od temperatury, oświetlenia i wilgotności.

Każdy okaz rozwija się z bulwy, która też jest rekordzistką w świecie roślin – może ważyć do 100 kg! Najpierw jednak wyrasta z niej mały liść w kształcie parasola. Po kilkunastu miesiącach zamiera, oddając substancje zapasowe bulwie, która wchodzi w okres spoczynku. Potem wydaje nowy, znacznie większy liść. Trwa to kilka lat. Kiedy bulwa odpowiednio dojrzeje, zamiast liścia wyłania się z ziemi kwiatostan.

Kwitnienie wygląda spektakularnie! Kolba stopniowo się wydłuża (o kilka cm dziennie), a pochwa nabrzmiewa. Aż wreszcie któregoś popołudnia zaczyna się otwierać (i pachnieć). Wieczorem w pełni prezentuje swój aromat i urodę, a w nocy powoli zaczyna się zamykać. Następnego dnia spektakl się kończy. Na koniec płatki ponownie lekko się rozchylają, by uwolnić uwięzione we wnętrzu owady. Kwitnąca roślina przyciąga tłumy zwiedzających, a jej kwitnienie jest ogromnym wydarzeniem w życiu każdego ogrodu.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Dziwna historia dziwidła

Choć stołeczne dziwidło mieszka w szklarni już od kilkunastu lat, pracownicy ogrodu niewiele mieli okazji, by zawrzeć z nim bliższą znajomość. Prawie połowę tego czasu roślina spędziła bowiem w głębokim uśpieniu, „liżąc rany” po nieszczęśliwym wypadku.

- Bulwa jest prezentem od pewnego mieszkańca stolicy, który przywiózł ją z Sumatry. Przez kilka pierwszych lat rozwijała się prawidłowo co roku wydawała liść – wspomina Piotr. Aż do czasu, gdy w szklarni pojawiła się ekipa TV, by nagrać kolejny program botaniczny. Ogromna donica z bulwą trochę jej zawadzała, lekkomyślnie wyniesiono ją więc na mróz.

W efekcie bulwa przemarzła i zaczęła gnić, co gorsza w miejscu, gdzie powstaje pąk. Pracownicy chuchali na nią i dmuchali, posypywali rany sproszkowanym węglem drzewnym, a nawet układali ją w… hamaczku, by się przewietrzyła. Mimo to przez kilka lat nie dawała znaków życia. Ogrodowa legenda głosi, że gdy utracono już nadzieję, odtańczono nad nią… taniec rytualny (niektórzy twierdzą, że pożegnalny). I o dziwo bulwa wkrótce ożyła, wydając liść, który bywa prawie tak intrygujący, jak kwiatostan. Jego „ogonek” dorasta bowiem do 7 m. wysokości, oczywiście u starszych okazów.

Ale powróćmy do naszego dziwidła. Gdy liść zanikł bulwę wykopano i stwierdzono, że… obumarła. Wcześniej jednak zdążyła wydać nową bulwkę – młodą i rwącą się do życia. To właśnie ona wytworzyła liść, a teraz zakwitła.

- Nasza roślina jest młoda i po przejściach, przy ostatnich pomiarach jej bulwa ważyła więc „tylko” 23,5 kg. A po sezonie spędzonym w hamaczku schudła o 1,5 kg, na skutek utraty wody, co wbrew pozorom wyszło jej na zdrowie – śmieje się Piotr.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Uchodźca z Sumatry

Dziwidło jest endemitem – rośnie dziko tylko na Sumatrze, można je też spotkać na Borneo. Nie występuje nigdzie indziej, co najwyżej w ogrodach botanicznych.

- Niestety może się zdarzyć, że te niesamowite rośliny będzie można podziwiać tylko w szklarniach – poważnieje Piotr. Na Sumatrze masowo wycinane są lasy pod plantacje palm olejowych. Wraz z nimi ginie wiele gatunków zwierząt i roślin – między innymi dziwidło, które nie jest nawet pod ochroną.

Dlatego tak ważne jest, by rośliny te przetrwały i rozmnażały się w ogrodach botanicznych, co nie jest łatwe. To co widzimy podczas kwitnienia nie jest kwiatem, lecz kwiatostanem, złożonym z kolby i pochwy okrytej okrywami, które po rozchyleniu się wyglądają jak płatki. Prawdziwe kwiaty (żeńskie i męskie) ukryte są we wnętrzu pochwy – damskie poniżej męskich. Niestety, nie są one gotowe do rozrodu w tym samym czasie. Kiedy kwiaty męskie sypią pyłkiem, żeńskie są już nieaktywne. I pyłek przepada.

Aby doszło do zapylenia, musi rosnąć obok siebie kilka okazów w różnej fazie rozwoju. To się często zdarza w tropikalnym lesie deszczowym, ale nie w szklarni. Ogrodnicy pomagają roślinom jak mogą – zbierają pyłek i przechowują go w lodówce, by w odpowiednim momencie zapylić roślinę pędzelkiem, przez wycięte w pochwie okienko. Ogrody botaniczne coraz częściej współpracują ze sobą w tej dziedzinie.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Zapylenie i vitro

- Nasze dziwidło jest jednak samotne, więc nie ma szans na zawiązanie nasion i potomstwo. Co najwyżej możemy próbować pobrać pyłek i przechować go do następnego kwitnienia. Ale czy dotrwa do tego czasu w lodówce? Nie wiadomo. Najważniejsze jednak, że nasz okaz wreszcie zakwitł! – cieszy się Piotr. Teraz zostanie wpisany na listę kwitnących dziwideł i będzie można rozpocząć współpracę z innymi ogrodami.

Kiedy dziwidło przekwitnie, jego kwiatostan zostanie ścięty, umieszczony w słoju i utrwalony w specjalnym preparacie, a potem wystawiony dla zwiedzających. Komu więc nie udało się go teraz obejrzeć, będzie miał ku temu już wkrótce okazję podczas kolejnych wizyt w Ogrodzie Botanicznym UW.

Szklarnia tropikalna Ogrodu Botanicznego UW jest otwarta w weekendy (godz. 10-20). Obecnie, z uwagi na duże zainteresowanie dziwidłem, można ją zwiedzać codziennie (10–15). Dzisiaj prawdopodobnie będzie czynna do godziny 20 (zależnie od rozwoju sytuacji).

Ceny biletów: normalny 12 zł (w weekendy 20 zł), ulgowy 6 zł (w weekendy 10 zł).

  1. Styl Życia

Alicja w krainie czarów – klimat Prowansji na warszawskim Ursynowie

Stylistka Alicja Radej razem z mężem Darkiem stworzyła dom marzeń. Niemal każdy element został dotknięty ręką właścicieli. Stół w kuchni Alicja znalazła w mieszkaniu starego zielarza. Pod olejną farbą w kolorze musztardy zobaczyła arcydzieło. Meble kuchenne przyjechały z Włoch, ale początkowo były w brązowym kolorze. Złoty włoski taborecik kupiony został na targu staroci w Bytomiu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)
Stylistka Alicja Radej razem z mężem Darkiem stworzyła dom marzeń. Niemal każdy element został dotknięty ręką właścicieli. Stół w kuchni Alicja znalazła w mieszkaniu starego zielarza. Pod olejną farbą w kolorze musztardy zobaczyła arcydzieło. Meble kuchenne przyjechały z Włoch, ale początkowo były w brązowym kolorze. Złoty włoski taborecik kupiony został na targu staroci w Bytomiu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)
Metafizyka – tym słowem można określić uczucie, jakiego doznaje się, wchodząc do mieszkania Alicji Radej. W jednej magicznej chwili przenosimy się z warszawskiego Ursynowa do francuskiej Prowansji. Tylko zamiast przez lustro przechodzimy przez czarodziejskie drzwi...

Drzwi od zewnątrz nie wyróżniają się spośród innych na piątym piętrze ursynowskiego bloku. Ale w środku stanowią kolaż ulubionych zdjęć i cytatów domowników. Jeden z nich najbardziej oddaje ducha tego domu: „Przyzwoitość. Lojalność. Uczciwość. Prawość. Szlachetność. Wierność prawdzie. Empatia”.

Ołtarzyk stanowi centralne miejsce domu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Ołtarzyk stanowi centralne miejsce domu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Dom niewątpliwie pachnie Francją. W dzień przez tiulowe firany z falbanami, które czasem bywają narzutą na kanapę, wpadają tu ciepłe promienie słońca, odbijając się w drewnianych, bielonych i patynowanych meblach oraz przeróżnych wysmakowanych drobiazgach. Wieczorem można okryć się pikowaną narzutą boutis, wtulić głowę w poduszkę z motywem Toile de Jouy, zatopić się w przepastnym „ludwiku” i przy świetle kryształowego żyrandola cieszyć oko paradą dekoracyjnych przedmiotów.

Łóżko Darek zrobił sam i uzupełnił ozdobnymi ornamentami, które kupił na Kole. Alicja zadbała o haftowaną pościel i bukiet gipsówki, który zawiesiła u wezgłowia. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Łóżko Darek zrobił sam i uzupełnił ozdobnymi ornamentami, które kupił na Kole. Alicja zadbała o haftowaną pościel i bukiet gipsówki, który zawiesiła u wezgłowia. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

W poszukiwaniu spokoju

– Dom to dla mnie sanktuarium, nie tylko miejsce zaczepienia. Urządziłam go z czułością i rozwagą, wyczuleniem nie na mody, ale na to, czego faktycznie potrzebujemy – mówi Alicja Radej. Choć nie jest wielki, spokojnie mieści czteroosobową rodzinę i dwa przygarnięte psiaki. Ważnym miejscem w domu jest tak zwany ołtarz. Tego typu ołtarze były obecne w wielu kulturach na przestrzeni wieków, i nadal są. To miejsce, które emanuje spokojem na cały dom, wspomaga refleksję, przypomina o najważniejszych wartościach, celach życiowych, łącząc to, co duchowe, z fizycznym. Aby powstał, nie trzeba wiele. – U mnie jest to blat komody w centrum domu. Znajdują się tu cenne dla mnie i duchowo ważne przedmioty oraz zdjęcia najbliższych. Codziennie rano zapalam tutaj świece w intencji zdrowia i pomyślności rodziny i świata. Układam kwiaty, palę kadzidła. Ta chwila wypełnia dobrą energią na cały dzień – opowiada Alicja. – Bliska jest mi filozofia buddyjska, zgodnie z którą żyjemy: „Zmniejsz swoje pragnienia, a zmniejszysz swoje cierpienia”. Ale ponieważ wierzę, że trzon duchowy wszystkich religii jest jeden – bycie dobrym człowiekiem – otaczają mnie również figurki i obrazki z Biblii, mam kilka rzeźb Maryi, jest Święty Michał Archanioł. Mój dom rodzinny w Cieszynie był zresztą bardzo religijny i uduchowiony. Przeprowadzka do Warszawy 15 lat temu nie zmieniła tej potrzeby duchowości, a może nawet ją pogłębiła – dodaje.

Zamiast sofy w salonie stoi łóżko ze złoconą ramą. Stąd Alicja ogląda filmy. Nad ulubionym 'ludwikiem' wisi gobelin. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Zamiast sofy w salonie stoi łóżko ze złoconą ramą. Stąd Alicja ogląda filmy. Nad ulubionym "ludwikiem" wisi gobelin. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)


Kontakt z przyrodą ma dla Alicji niezwykłe znaczenie. I choć w dużym mieście jest to trudniejsze niż na wsi, Alicja nie tylko codziennie spaceruje po rezerwacie przyrody, do którego ma niedaleko, lecz także otacza się naturą w domu. Lubi kwiaty. W swojej książce „Prosto z roślin” akcentuje szacunek dla zwierząt i roślin, zapraszając do empatycznego spojrzenia nie tylko na naszych braci mniejszych, ale na całą Matkę Ziemię i w końcu na siebie samych, bo też zasługujemy na zdrowe życie, pełne harmonii.

Kryształy na domowym ołtarzyku. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Kryształy na domowym ołtarzyku. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Moc kryształów

Innym ważnym elementem są kryształy. – To naturalne klejnoty, które rodzi sama natura. Ich wkomponowanie w dom było wyzwaniem, bo chciałam uniknąć efektu sklepu geologicznego czy chatki nowoczesnej wiedźmy – kontynuuje Alicja. Kryształy używane są w holistycznym leczeniu od tysiącleci. Odkrywanie ich tajemnic oraz stosowanie ich dla podnoszenia poziomu własnej harmonii to jej ogromna pasja. Śmieje się, że niezła z niej sroka, choć tak naprawdę wybiera je z wielką rozwagą. – Ich piękno fascynuje mnie od lat. Dobrze się czuję w ich towarzystwie i pomagam innym korzystać z ich leczniczych dobrodziejstw. Kryształy mogą nam towarzyszyć na wiele sposobów. Przy medytacji, w kąpieli, podczas relaksacji – jestem przekonana, że każdy odczuje ich wpływ. Może to właśnie one emitują dobrą energię, bo wszyscy mi mówią, że nasz dom działa terapeutycznie – dodaje. A może to kwestia kolorów? Dominują tu pudrowe barwy nawiązujące do azjatyckich klimatów, które są Alicji także duchowo bliskie, i nieco pozłoty, symbolizującej słońce, jasność i radość. Jej zdaniem wnętrze ma wzbudzać emocje, inspirować i działać na zmysły. – W ludziach, przyrodzie, ale i w przedmiotach codziennego użytku zawsze szukam piękna – tłumaczy.

Suszone kwiaty, torebeczki z targów staroci, lustr w drewnianej ramie - Alicja dba o każdy szczegół. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Suszone kwiaty, torebeczki z targów staroci, lustr w drewnianej ramie - Alicja dba o każdy szczegół. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Wanna z szyldem

Przedmioty w tym domu nie mają raz na zawsze określonych funkcji: to, co wczoraj było narzutą, dziś jest obrusem, a jutro być może stanie się zasłoną. W roli jedynie dekoracyjnej występuje tutaj... zastęp emerytowanych zegarów; wszak szczęśliwi czasu nie liczą, ale mogą przyglądać się pięknej tarczy czy wahadłu.

Wieszak bardziej dekoracyjny. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Wieszak bardziej dekoracyjny. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Meble i ozdoby wędrują z salonu do sypialni, z sypialni do kuchni. – O każdym przedmiocie w moim domu mogę opowiedzieć historię, bo to głównie rzeczy z odzysku, wiekowe rzemiosło albo meble, które wykonał mój mąż. Także drzwi są jego dziełem – wylicza Alicja. – Moje ukochane materiały to drewno, len, stare szkło, antyczne koronki, ręcznie tworzona ceramika i stara porcelana. Lubię spękania, sprucia czy wypłowienia – to dla mnie znaki życia przedmiotów, ich historii.

Łazienka w stylu prowansalskim. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Łazienka w stylu prowansalskim. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

W urządzaniu liczą się też zabawa konwencją i humor. Stąd za przedmioty dekoracyjne robią w mieszkaniu Alicji cekinowe torebki wizytowe w stylu vintage czy hinduskie elementy ubioru. Z kolei nad wanną znalazł się stary szyld „Nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. – Chętnie zestawiam to, co zgrzebne, z pałacowym, rustykalne – z etnicznym. I lubię, gdy całość jest ciepła, przyjazna oraz kobieca – mówi właścicielka.

  1. Styl Życia

Big Mind – jakie korzyści przynosi praktyka zen?

Metoda Big Mind zakłada, że każdy człowiek ma w sobie niezliczoną ilość aspektów, czyli głosów. Aby stać się ich prawdziwym szefem, czyli swoim własnym mistrzem, należy je poznać, wiedzieć, w jaki sposób funkcjonują. (fot. iStock)
Metoda Big Mind zakłada, że każdy człowiek ma w sobie niezliczoną ilość aspektów, czyli głosów. Aby stać się ich prawdziwym szefem, czyli swoim własnym mistrzem, należy je poznać, wiedzieć, w jaki sposób funkcjonują. (fot. iStock)
Całe nasze życie to pełne koło, choć zwykle funkcjonujemy, jakbyśmy byli tylko połówką - mawia amerykański mistrz zen, roshi Genpo Merzel, twórca procesu Big Mind.

Często zadajemy sobie pytania: Kim jesteśmy? O co w tym życiu naprawdę chodzi? Czy moje życie w ogóle ma sens?...

Metoda Big Mind pomaga odpowiedzieć na takie pytania. Daje klucz do poznania głębi nas samych. Uczy, jak zintegrować rozwój osobisty z duchowym. Wydobywa na światło dzienne to, co znajduje się w cieniu osobowości, co jest z różnych względów niedostępne i tkwi wyparte poza naszą świadomość. Jest drogą do bogatszego doświadczania życia, siebie, swoich relacji i całego świata. Do lepszego zrozumienia i akceptacji własnego „ja”.

Usuń blokadę

Aby wyjaśnić główną ideę procesu Big Mind i wprowadzić w nią uczestników warsztatów, mój nauczyciel roshi Genpo Merzel posługuje się pewną analogią: Jesteś rodzicem, nadajesz imiona swoim dzieciom, ale niektóre z tych imion są bardzo brzydkie, np. gniew, pożądanie, zazdrość, złość, lęk… Więc lokujesz te dzieci w piwnicy, zamykasz na klucz, mając nadzieję, że nigdy z niej nie wyjdą. Z kolei uwielbiasz dzieci, które mają takie imiona, jak szczęście, miłość, radość, zadowolenie... Więc tylko tym dzieciom dajesz prawo do istnienia. Ale jeśli pewnego dnia drzwi piwnicy znienacka otworzą się i wyskoczy z niej gniew lub zazdrość, to jesteś tym bardzo nieprzyjemnie zaskoczony i potem z jeszcze większą determinacją spychasz je do podziemi.

Inny przykład: Wyobraź sobie, że jesteś szefem wielkiej firmy, ale tak naprawdę nie wiesz, kogo zatrudniasz, kim są twoi pracownicy. Może nawet wiesz, na jakich są stanowiskach, ale nie znasz ich kompetencji i zakresu obowiązków. Nie wiesz, co robią. Więc jak możesz nimi racjonalnie zarządzać? I kiedy pewnego dnia firma się rozpada, twoje zdumienie jest ogromne, jesteś zaskoczony, pytasz siebie: „Jak mogło do tego dojść?!”. Potem często musisz poddać się jakiejś terapii, żeby znaleźć odpowiedź.

Metoda Big Mind zakłada, że każdy człowiek ma w sobie niezliczoną ilość aspektów, czyli głosów. Aby stać się ich prawdziwym szefem, czyli swoim własnym mistrzem, należy je poznać, wiedzieć, w jaki sposób funkcjonują. A poznając siebie, poznajemy też innych. Gdy sami przestajemy być obcy dla siebie, inni przestają być obcy dla nas.

Dzięki tej metodzie dowolnie zmieniamy naszą perspektywę, tak jakbyśmy zmieniali biegi w samochodzie. „Zablokowany na którymś biegu staje się bezużyteczny. Aby ci służył, musisz usunąć blokadę” – rozwija tę metaforę roshi Genpo w swojej książce „Big Mind. Wielki Umysł, Wielkie Serce”. To właśnie cel procesu Bing Mind.

Wywołaj głosy

Podczas warsztatu proszę uczestników spotkania o wywołanie w sobie jakiegoś aspektu, czyli głosu, np. Kontrolera. Wszyscy robią delikatny ruch ciałem, żeby nie tylko umysł, ale i ono poczuło tę zmianę, i utożsamiają się z danym głosem, mówiąc w pierwszej osobie: „Ok, jestem Kontrolerem”. Następnie pytam: „Opowiedz mi o sobie, jaki masz cel, jakie zadanie?”. „Moim zadaniem jest kontrolowanie” – słyszę w odpowiedzi. „Co chciałbyś kontrolować?” – pytam dalej. Z sali padają różne odpowiedzi, np.: „Ja, Kontroler, kontroluję myśli, uczucia, ludzi, lęki, pragnienia, absolutnie wszystko...”. Drążę głębiej: „Jakie myśli, czyje?”. „A co np. z jej/jego emocjami? Dlaczego to robisz?”. „Bo emocje jej nie służą i nie powinno się ich ujawniać” – odpowiada ktoś z sali. „W jakich sytuacjach coś ci się wymyka spod kontroli? Co wtedy się dzieje?” – kontynuuję. Taki dialog trwa jakiś czas. Następnie proszę, byśmy porozmawiali z innym głosem, np. z Pragnieniem. Wszyscy znów robią delikatny ruch ciałem i zaczynamy dialog z Pragnieniem.

I tak przechodzimy od aspektu do aspektu, od głosu do głosu. Najpierw wywołujemy tzw. głosy dualne, rozróżniające rzeczywistość, w której zawsze są „ja” i „ty”, „ja” i świat: Kontrolera, Obrońcy, Sceptyka, Złości, Pożądania, Ofiary, Poszukującego Umysłu...

Potem przychodzi czas na głosy niedualne, transcendentne: Umysł Nieposzukujący, Czysty Umysł, Głos Jedności, Głos Mądrości, a następnie głosy absolutne: Wielki Umysł, Wielkie Serce.

Na końcu spotkania wywołujemy Mistrza lub Zintegrowanego, Swobodnie Funkcjonującego Człowieka, który jest głosem obejmującym te dwie zasadnicze perspektywy: dualną i niedualną. To on jest szefem tej wielkiej korporacji, popularnie zwanej osobą. On jest obecny w każdym z nas i tylko czeka, żeby móc wreszcie zacząć swobodnie funkcjonować.

Kiedy na przykład siadam do medytacji, to przywołuję głos Umysłu Nieposzukującego, który donikąd nie zmierza, niczego nie planuje, akceptuje, to, co jest: cisza, spokój... – wtedy po prostu jestem.

Jeśli gram na scenie i zapomnę tekstu, to zdarza mi się, że wzywam głos Pamięci. To bardzo prosty proces, ale wymaga czasu, by się z nim oswoić i stosować go na co dzień.

Bardziej świadomi

Musimy pamiętać, że nie ma głosu niepotrzebnego, każdy pełni jakąś określoną funkcję, jest po to, żeby nam służyć. A tylko wywołując go, dowiemy się, jak działa. Równie ważne jest to, by się przekonać osobiście, że wszystkie te aspekty są w nas i nikt nam ich nie narzuca z zewnątrz. Gdy je poznamy, zmienimy się, staniemy ludźmi bardziej świadomymi i odpowiedzialnymi – nie tylko za siebie, lecz także za innych. A jeśli my się zmieniamy, to zmieni się też wszystko wokół nas. Kiedyś zapytano Buddę: kim jest. Odpowiedział, że pytanie jest źle postawione, że należało zapytać: nie kim, a czym jest. Człowiek nie jest martwy, cały czas się zmienia, staje się tym, co się w danej chwili w nim pojawia.

No, chyba, że ktoś bardzo boi się odpowiedzialności i woli wypierać ją, trzymając w piwnicy pod kluczem. Bo z różnych powodów tłumimy niektóre z naszych aspektów, nie przyznajemy się do nich, krytykujemy je, nie dopuszczamy do głosu i nie chcemy mieć z nimi żadnego kontaktu. Ale z takimi również da się porozmawiać, choćby po to, żeby dowiedzieć się, dlaczego są wypierane i jaką rolę w nas pełnią.

Stosując metodę Big Mind, obserwuję jej wielką skuteczność u wielu ludzi. Nie jest ona związana z żadnym wyznaniem. Może ją praktykować każdy, bez względu na to, czy jest Chrześcijaninem, Żydem, Muzułmaninem, czy ateistą. I przejść przez ten głęboki proces – pod warunkiem, że naprawdę tego chce i będzie aktywnie w nim uczestniczyć.

Na początku polecałabym udział w warsztatach i praktykowanie pod okiem trenera. Pomocna będzie również książka roshiego Genpo Merzela „Big Mind. Wielki Umysł, Wielkie Serce” i dołączone do niej płyty DVD z oryginalnymi sesjami prowadzonymi przez twórcę metody (w języku angielskim).

Zostań swoim Mistrzem

Warto otworzyć się na Big Mind i spróbować dotrzeć do istoty samego siebie, sięgnąć po to, co już w nas jest. Wtedy zmieni się nasze funkcjonowanie, działanie, zmieni się nasze życie. Wszystkiego zaczniesz doświadczać bardziej świadomie. Nie musisz już tkwić w tym samym miejscu i kręcić się w kółko – możesz to radykalnie zmienić. Zobaczyć, że nie jesteś tylko rozgadaną głową czy niszczącymi, rozedrganymi emocjami, nie jesteś tylko ograniczonym „ja”, że masz też w sobie ciszę, spokój i przepastną przestrzeń Wielkiego Umysłu i Wielkiego Serca.

Proces Big Mind opracował mistrz zen, roshi Genpo Merzel. Metoda łączy dwie podstawowe szkoły rozwoju – dwie drogi, które wydawały się dotychczas zupełnie rozbieżne: zachodnią szkołę terapii (Voice Dialog) i psychologii oraz wschodnią szkołę medytacji i wglądu w prawdziwą naturę człowieka. Ma więc dwa korzenie: Wschód i Zachód. W świadomości roshiego Genpo proces ten rodził się latami, a wykrystalizował ok. 2000 roku. Jego twórca chciał, żeby każdy – tak jak on – mógł przebudzić swój umysł i uświadomić sobie, kim naprawdę jest. Nazwa Big Mind, czyli Wielki Umysł, to ukłon roshiego Genpo złożony ojcu Benowi Merzelowi (stąd inicjały) oraz wyraz szacunku dla swojego nauczyciela roshiego Taizana Maezumiego i syna Tai (Tai znaczy po japońsku „wielki”). Zanim roshi Merzel został buddyjskim mnichem, był mistrzem pływackim, ratownikiem i instruktorem pływackim, a także nauczycielem w szkole dla niepełnosprawnych. W 1980 roku został spadkobiercą Dharmy w linii przekazu roshi Taizana Maezumiego. Prowadzi SLC Center, gdzie łączy praktykę zen z procesem Big Mind.

W Polsce spadkobierczynią roshiego Genpo była Małgorzata Jiho Braunek (sensei, szefowa Polskiej Sanghi Kanzeon w Warszawie), która powadziła wykłady, spotkania indywidualne i grupowe warsztaty „Big Mind/Wielkie Serce, Wielki Umysł”.

  1. Styl Życia

Kompulsywne zbieractwo. Niezwykła opowieść o najsłynniejszych syllogomanach w historii

Langley Collyer (od lewej) oraz inspektor ds. budownictwa i mieszkalnictwa John O'Connor pośród tunelu pudeł i gazet w domu braci Collyer. (Fot. BEW Photo)
Langley Collyer (od lewej) oraz inspektor ds. budownictwa i mieszkalnictwa John O'Connor pośród tunelu pudeł i gazet w domu braci Collyer. (Fot. BEW Photo)
Niczego nie wyrzucą. Żyją i umierają w stertach swoich skarbów. Syllogomaniacy.

21 marca 1947 roku o godzinie 8:53 na posterunek policji w Nowym Jorku zadzwonił niejaki Charles Smith, donosząc, że w budynku przy ulicy Fifth Avenue w Harlemie znajduje się ciało mężczyzny w stanie zaawansowanego rozkładu. Funkcjonariusze pojawili się we wskazanym miejscu o 10 rano i otoczyli dom kordonem, by nie dopuścić zbyt blisko gromadzących się już gapiów. Wyważono zabezpieczone kratą drzwi, prowadzące do piwnic. Dalszą drogę zagradzało zwarte rumowisko cuchnących odpadów wylewających się z wnętrza. Policja nowojorska stanęła twarzą w twarz z jednym z najbardziej dramatycznych i tragicznych przypadków syllogomanii, czyli zbieractwa kompulsywnego. Kilkupiętrowy budynek wypełniony szczelnie, po ostatnią kondygnację, makulaturą, śmieciami, odpadkami był własnością braci Homera i Langleya Collyerów, należących do jednego z najznamienitszych nowojorskich rodów.

Zamożni odludkowie

Dotknięci kompulsywnym zbieractwem gromadzą wszystko – stare gazety i pojemniczki po jogurcie. W ich mieszkaniach nie znajdziesz skrawka wolnej przestrzeni. Syllogomania atakuje więcej osób niż bylibyśmy skłonni podejrzewać. Jedyne do tej pory badania epidemiologiczne przeprowadzono w amerykańskim stanie Massachussets wykazały, że syndromem zbieractwa dotkniętych okazało się 26 na 1000 mieszkańców.

Jednym z nich jest Olga – profesor literatury, emerytowana nauczycielka akademicka z Bostonu. Kiedy przestała panować nad sytuacją i zadzwoniła po pomoc, drzwi do jej apartamentu nie sposób już było otworzyć. Blokowało je ponad sto ogromnych plastikowych worków wypełnionych notatkami, materiałami do wykładów z ostatnich 10 lat. Sterty ubrań, większość jeszcze z metką, po 10 sztuk takich samych – różniły się tylko kolorami. Mnóstwo butelek, spakowanych w torby i pudła. Starych listów, słoików, plastikowych toreb po zakupach, zepsutych zegarków... Rzeczy pokrywały podłogę grubą, ponadmetrową warstwą. W sypialni sięgały sufitu. Od kilku lat nie używała łóżka, bo nie można było się do niego dostać. Sypiała więc w kuchennym kąciku – jedynym wolnym jeszcze miejscu w jej mieszkaniu. Wiedziała, że nie sposób tak żyć, ale nie potrafiła niczego wyrzucić. Jej pasja gromadzenia nie wynikała ani z biedy, ani traumatycznych przeżyć młodości. Podobnie jak legendarne już zbieractwo braci Collyerów.

Homerowi i Langleyowi nigdy niczego nie brakowało. Obaj odebrali znakomite wykształcenie. Starszy, Homer, był prawnikiem. Młodszy ukończył studia na kierunkach mechanika stosowana oraz chemia, ale nie podjął pracy w zawodzie. Oddawał się swojej pasji muzycznej, wygrał nawet kilka prestiżowych konkursów pianistycznych. Bracia byli nieśmiali, uprzejmi i bardzo kulturalni. Ubierali się zwykle z wyszukaną, XIX-wieczną elegancją i przypominali dżentelmenów z epoki wiktoriańskiej. Nie mieli bliskich przyjaciół. Nie znano też nikogo, kto by kiedykolwiek przekroczył drzwi ich domu. „Zamożni odludkowie, ot co” – kwitowali sprawę sąsiedzi.

W 1933 roku Homer przeszedł udar, po którym stracił wzrok i został częściowo sparaliżowany. Langley porzucił koncertowanie i oddał się opiece nad bratem. Przekonał go, że jego oczy powinny być stale zamknięte, by mogły odpocząć, i że dla pokonania ślepoty trzeba jeść 100 pomarańczy dziennie. Po ojcu bracia odziedziczyli ogromną bibliotekę ksiąg medycznych, Langley zadecydował więc, że sam zajmie się rehabilitacją Homera.

Skarby śmietników

„Tajemniczy faceci z Harlemu” budzili niezdrową ciekawość i stali się tematem najbardziej niezwykłych opowieści. Wierzono, że ich dom kryje nieprzebrane skarby, a bracia sypiają na materacach wypchanych pieniędzmi. Ludzie usiłowali za wszelką cenę zajrzeć do środka, a okoliczne dzieci zabawiały się wybijaniem okien kamieniami. Langley nie wstawiał nowych szyb, a tylko zabijał kolejne otwory deskami i tekturą. W ten sposób izolacja braci pogłębiała się. Przestali płacić rachunki i podatki. Odłączono im gaz i elektryczność. Choć mieli spore oszczędności i nie cierpieli biedy, Langley całymi nocami przeszukiwał ulice miasta, wyciągając ze śmietników żywność i najprzeróżniejsze „skarby”, które gromadził w swojej posiadłości.

Typowe objawy syllogomanii obejmują nie tylko zbieranie wszystkich możliwych śmieci, ale również obsesyjne robienie zapasów. Niektórzy chorzy kupują niewiarygodne wręcz ilości dóbr wszelakich, w tym tony żywności. Zasoby ich spiżarek pozwoliłyby wykarmić kilka rodzin przez wiele lat. Zbieracz wykupuje na wyprzedaży „wyjątkowe okazje” – rzadko jednak zadowala się pojedynczą sztuką jakiegoś produktu, bierze od razu 30 czy 40. Nigdy niczego nie używa. Trzyma swoje skarby „na przyszłość”. Ma kłopoty z wyrzuceniem czegokolwiek, bo przecież zawsze kiedyś komuś do czegoś może się przydać. A nie daj Boże do śmieci trafi coś niezwykłego... Zbieractwo bywa też ściśle wyspecjalizowane. Jedni gromadzą zapasy jedzenia, inni otaczają się na przykład stadem zwierząt.

Ogólnie rzecz biorąc, ludzie dotknięci syllogomanią mają trudności z podejmowaniem decyzji i realizacją zamierzeń. Choroba może towarzyszyć zespołowi Diogenesa, czyli zaburzeniu osobowości, polegającym na skrajnym zaniedbywaniu higieny osobistej i stanu sanitarnego w mieszkaniu. Także unikaniu kontaktów z najbliższymi i towarzystwa innych ludzi. Ofiara zespołu Diogenesa przypomina niekiedy zaniedbanego, bezdomnego nędzarza, choć jej status materialny może być całkiem wysoki.

Pułapki na włamywaczy

Kiedy oficerowie policji wyważyli drzwi domu Collyerów, gromadzone latami śmieci dosłownie wylały się na ulicę. Wejście do środka było niemożliwe. Po kilku godzinach, za pomocą drabiny straży pożarnej, udało się sforsować jedno z okien. Funkcjonariusze z ogromnym trudem poruszali się w labiryncie wąskich korytarzy pomiędzy zwałami odpadków. W jednym z pokojów natknęli się na ciało siwego mężczyzny, który został zidentyfikowany jako Homer Collyer. Lekarz sądowy stwierdził, że śmierć nastąpiła około 10 godzin wcześniej – najprawdopodobniej na skutek odwodnienia i ogólnego wyniszczenia organizmu. Nikt nie miał pojęcia, gdzie był i co robił jego brat. Podejrzewano, że wyruszył na kolejną wyprawę zbieraczy. Nie było jasne, jakim sposobem wydostał się z domu, zważywszy kompletnie zawalony korytarz prowadzący do wyjścia.

Policjanci wyważyli jeszcze kilka okien na ostatniej kondygnacji i rozpoczęli odgruzowywanie posesji. Wyciągnięto stamtąd setki żyrandoli, kompletny szkielet wozu konnego, kozły do piłowania drewna, ramy materacy z uszkodzonymi sprężynami, wózki dziecięce, stołki, zepsute rowery, pudła z pocztówkami świątecznymi, kilka tysięcy książek i niezliczone ilości gazet. Wyniesiono z domu pięć pianin, mahoniowy kominek z ogromnym pękniętym lustrem, zielony zabawkowy autobus, skrzynkę pełną kółek z żabkami do wieszania zasłon, starą lodówkę i pudło połamanych zabawek. Labirynt tuneli wyryty w śmieciowisku Collyerów był naszpikowany licznymi pułapkami i przemyślnymi zapadniami, które miały ustrzec przed włamywaczami. 27 marca, po tygodniu sprzątania, natknięto się na skrzynkę po cygarach, a w niej cztery rewolwery, karabiny kalibru 22 i 30, bagnety, trzy szable, dubeltówkę i skrzyneczkę rozmaitej amunicji. Ogółem z 12 pokoi domu Collyerów wydobyto ponad 120 ton odpadków, śmieci i odchodów, 11 pianin i tyle części do samochodu, że można by z nich złożyć kompletnego Forda T.

To mój dom!

Zorganizowane akcje sprzątania podejmowane od czasu do czasu przez najbliższych, instytucje opieki czy służby miejskie na wiele się nie zdają. Wyczyszczona do cna posiadłość w ciągu kilku miesięcy znów obrasta w rozmaite dobra. Wystarczy pół roku, by sytuacja powróciła do poprzedniego stanu. Wszelkie próby pomocy w sprzątaniu są zresztą zwykle torpedowane przez zbieracza już w zarodku. Gazety? „Proszę ich nie wyrzucać. Mam zamiar w najbliższym czasie przejrzeć wszystkie i zachować tylko najważniejsze dla mnie wycinki”. Chory potrafi wytłumaczyć przydatność każdej rzeczy. Wszystko jest potrzebne i nie wolno uzbieranego zmarnować.

Bałagan? „No, mnie on nie przeszkadza, nie rozumiem więc, czemu by miał przeszkadzać tobie. W końcu to mój dom, a nie twój, nieprawdaż?” – słyszą niejednokrotnie dorosłe dzieci usiłujące zaprowadzić ład w mieszkaniu rodziców. Z powodu nałogowego zbieractwa cierpią nie tyle sami „kolekcjonerzy”, co członkowie ich rodzin. „Ojciec załatwiał się do nocnika, bo zbiory matki uniemożliwiały wejście do łazienki” – skarżyła się Angela na forum dla krewnych osób uzależnionych.

Podobnie było w przypadku Collyerów. Syllogomania dotyka często osoby bardzo inteligentne i wrażliwe, a to dlatego, że – jak próbują tłumaczyć psychologowie – widzą one więcej niż inni powiązań między rzeczami i to każe im bardziej je doceniać. Co charakterystyczne, nałogowi zbieracze kategoryzują swoje skarby wedle mocno niekonwencjonalnych kryteriów. Ot, na przykład rachunek za prąd szybciej wyląduje na stercie różnych kartek niż w szufladzie z innymi rachunkami.

Choć nie potrafimy jeszcze wyjaśnić mechanizmu narodzin tej obsesji, obserwacja braci Collyerów pozwala wierzyć, że źródło problemu przynajmniej częściowo tkwi w genach. Jeśli jedno z rodzeństwa odczuwa chorobliwą potrzebę kolekcjonowania, prawdopodobieństwo, że przymus ten dotknie również brata czy siostrę wynosi ok. 27 proc. U bliźniąt jednojajowych, które wyposażone są w ten sam garnitur genetyczny –ryzyko choroby rośnie dwukrotnie.

Leczenie osób dotkniętych syllogomanią jest trudne przede wszystkim dlatego, że sami chorzy nie wyrażają chęci podejmowania prób walki z tym problemem. Najczęściej stosuje się psychoterapię wspomaganą podawaniem antydepresantów, na przykład fluwoksaminy.

Zamknięcie królestwa

1 kwietnia odbył się pogrzeb Homera Collyera. Jego brat wciąż był nieobecny i stało się jasne, że najprawdopodobniej nie żyje. Jego ciało znaleziono tydzień później – o ironio! – w tym samym pokoju, w którym umarł Homer. Zginął przygnieciony przez stertę ciężkich przedmiotów. Medycy sądowi ustalili, że śmierć Langleya nastąpiła około miesiąca wcześniej niż zgon brata, którym się opiekował.

  1. Styl Życia

Jak rozbudzić w sobie energię do działania? 13 kroków

Energia śpi? Obudź ją! Czasem wystarczy kilka prostych metod. (Fot. iStock)
Energia śpi? Obudź ją! Czasem wystarczy kilka prostych metod. (Fot. iStock)
Pełni radości ludzie, żywe kolory - to wystarczający program energetyzujący. Nie ma na to lepszej pory niż późna wiosna!

Nic mi się nie chce! Za oknem piękna pogoda, a ja myślę tylko, by poleżeć w łóżku. Energia śpi? Obudź ją! Czasem wystarczy kilka prostych metod. Zacznij działać, uruchom wewnętrzną siłę! Oto szczęśliwa trzynastka sposobów na pobudkę.

1. Znajdź swój rytm! Zapisz się na zajęcia taneczne. Salsa, afro dance, rock and roll – zatańcz jak lubisz. Jeśli masz wątpliwości, co wybrać, idź na lekcję próbną. I wyciągnij ze sobą kogoś znajomego. Energetyzująca muzyka jest bardzo skuteczna!

2. Spacerując, staraj się co jakiś czas zmieniać rytm kroków – idź szybciej, potem wolniej i znów szybciej. Rozglądaj się uważnie. Dostrzegaj szczegóły, zatrzymuj wzrok na kolorach. Szukaj rzeczy śmiesznych lub zaskakujących.

3. Uprawiaj sport. Wybierz coś dla siebie: jogging, aerobic, pływanie, jogę…, każda z tych form ma swoje zalety i – jak każdy sport – pobudza wydzielanie endorfin, czyli tzw. hormonów szczęścia.

4. Zaplanuj przyjemne i aktywne popołudnie. Nie przed telewizorem czy komputerem. Twój kierunek to zieleń, majowa eksplozja. Przyroda doda ci sił. Wyjedź za miasto, idź do parku, wybierz się na spacer, na rowery z przyjaciółmi. Zwłaszcza teraz, późną wiosną, kiedy wszystko jest tak intensywne – zaczerpnij do woli energii od drzew i kwiatów, ich mocy i soczystych barw.

5. Podobnie jak w przypadku innych marzeń i potrzeb – wizualizuj swoją energię. Napisz wyraźnie: „Mam mnóstwo energii” i powieś sobie taki transparent nad biurkiem w pracy lub domu. Chodzi o to, żeby to zdanie towarzyszyło ci każdego dnia. Powtarzaj je w myślach, aż zaczniesz w nie wierzyć. Wtedy stanie się tak jak chcesz!

6. Otaczaj się ludźmi pełnymi energii, unikaj maruderów. Masz do tego prawo. Możesz nawet poprosić, żeby kolega w pracy nie narzekał w twojej obecności i nie marudził. To zatruwa i odbiera energię otoczeniu.

7. Nie żyj tęsknotą za weekendem! Potrzebujesz radości z każdej chwili, a nie męczarni od poniedziałku do piątku. Pomyśl, że każdy dzień niesie swoją własną porcję energii.

8. Nie daj sobie wmówić, że jesteś na coś za stary albo za młody, że pewnych rzeczy nie wypada. Jeśli masz nagłą chęć na lody albo taniec na placu zabaw, skakankę, zabójczą czerwoną apaszkę, głośny śmiech... Czemu nie? Rób to, co uważasz za dobre dla ciebie, czyli wszystko, co ładuje cię pozytywną energią!

9. Nie dziw się, że na nic nie masz siły, jeśli śpisz 5 godzin na dobę, a od rana pijesz litrami kawę, byle tylko się obudzić. Na śnie nie da się zaoszczędzić. Każdy dorosły człowiek potrzebuje przespać w nocy minimum 7–8 godzin. Zadbaj o tę podstawową potrzebę. Wyrzuć z sypialni laptop, telewizor, a kładąc się na odpoczynek, wyłącz telefon.

10. Przed tobą trudne lub nużące zadanie? Usiądź na chwilę, zamknij oczy i przywołaj wszystkie pozytywne emocje, które pojawią się, gdy będzie już zrobione. Ulga? Radość? Zaskoczenie, że nie było takie trudne? I zabierz się do pracy! Teraz pójdzie ci szybciej i łatwiej.

11. Na koniec każdego dnia zaplanuj sobie małą przyjemność: przeczytanie fragmentu książki, wieczorny spacer, obejrzenie zdjęć. Spraw, by ten wieczór był nazajutrz miłym wspomnieniem.

12. Weź telefon i zadzwoń do kogoś, kogo kochasz i powiedz mu o tym. Nie oczekuj odwdzięczenia się tym samym, po prostu ciesz się, że spotkałeś go na swojej drodze. Przywołaj wspólne, szczęśliwe chwile.

13. Jeśli mieszkasz z partnerem, umówcie się, że każdego dnia po pracy zafundujecie sobie niestresującą, przyjemną rozmowę, a raz w tygodniu wybierzecie się tam, gdzie panuje luźna atmosfera.

Julia Nowicka - trenerka umiejętności psychologicznych.