1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Pomyłki są OK. Czego powinniśmy nauczyć się od Amerykanów?

Pomyłki są OK. Czego powinniśmy nauczyć się od Amerykanów?

Jedną z najlepszych cech narodowych Amerykanów jest umiejętność przyznawania się do błędów. (Fot. iStock)
Jedną z najlepszych cech narodowych Amerykanów jest umiejętność przyznawania się do błędów. (Fot. iStock)
Amerykanie są obecnie rozczarowani swoją pogonią za szczęściem i dobrym samopoczuciem. Z drugiej strony – jak zgodnie mówią jej rozmówcy – jedną z ich najlepszych cech narodowych jest umiejętność przyznawania się do błędów.

Pogoń za szczęściem zawarta jest w amerykańskiej Deklaracji niepodległości, a dobre samopoczucie to dla Amerykanina stan, którego po prostu się od siebie wymaga. Jednak kiedy próbuję porozmawiać o szczęściu z moimi amerykańskimi przyjaciółmi, znajomymi i krewnymi – chętnych nie udaje mi się znaleźć. Każda osoba, z którą nawiązuję kontakt, odpowiada, że Amerykanie szczęśliwi zwyczajnie nie są. Victoria i Robin – dwie znajome mieszkanki Nowego Jorku, urodzone w drugiej połowie lat 80. – próbują wytłumaczyć, dlaczego tak się dzieje. I czego, mimo wszystko, moglibyśmy się od Amerykanów nauczyć.

Czyżbym trafiła na zły moment, żeby pytać o szczęście? Victoria:
Zacznijmy od tego, że jest rzeczywiście źle. Wskaźniki zachorowań na depresję są dramatyczne – a nie mamy jeszcze danych z czasów pandemii. W 2016 roku ponad 16 milionów dorosłych w Stanach Zjednoczonych miało  przynajmniej jeden epizod depresyjny. Miliony ludzi są uzależnione od narkotyków; ponad 200 osób dziennie umiera z powodu przedawkowania! To dobitnie świadczy o tym, że nie radzimy sobie z rzeczywistością. Dlaczego? Dlatego, że amerykańska wizja szczęścia jest nierozerwalnie związana z kapitalizmem. Choć wydawać by się mogło, że w XXI wieku powinniśmy być już ciut mądrzejsi, nadal bardzo wielu uważa, że prawdziwe szczęście – a wraz z nim szacunek drugiego człowieka – można osiągnąć tylko poprzez posiadanie dużego konta w banku. Łączy się to z wielkim amerykańskim mitem, wedle którego, skądkolwiek pochodzisz, kimkolwiek jesteś – możesz wspiąć się na szczyt, jeśli tylko będziesz wystarczająco ciężko pracować. Sylogizm jest prosty – jeśli nie udało ci się osiągnąć wszystkiego, co chciałeś, to znaczy, że nie pracowałeś wystarczająco ciężko. Co zaś znajduje się na tym wyimaginowanym szczycie? Pieniądze? Sława? Wygodna emerytura? Wszystkie trzy. Dopiero lockdown, do którego doszło w ostatnich miesiącach, uświadomił wielu Amerykanom, że pieniądze to nie wszystko, a dużo więcej szczęścia dać im może zdrowie, poczucie bezpieczeństwa (w tym także ubezpieczenie zdrowotne, którego dużo osób nie ma), dach nad głową. To niby truizmy, ale w Stanach rzecz dla wielu nieosiągalna. Kiedy mój pochodzący z Europy mąż po raz pierwszy tu przyjechał, nie mógł nadziwić się liczbie bezdomnych! Nie chodzi tylko o żebrzących na ulicach; wielu z nich cierpi na choroby psychiczne. Na Starym Kontynencie nie spotyka się tego problemu aż na taką skalę. A już na pewno nie udaje się, że on  nie istnieje.

Robin:
Kultura amerykańska powstała poprzez wymieszanie tradycji, filozofii i opinii z różnych części świata, więc myślę, że nie istnieje jedna wizja szczęścia wspólna dla całego narodu – zbyt wiele tu wpływów z rozmaitych stron. Jednak zgodzę się, że model opisany przez Victorię jest najbardziej rozpowszechniony – także dzięki kulturze masowej, a więc filmom, muzyce, historiom opowiadanym w mediach. Nie przepadamy za tymi, którym udało się dlatego, że mieli szczęście; uwielbiamy za to biografie, w których nacisk kładziony jest na ciężką pracę prowadzącą do dobrobytu. Znak równości często stawiamy między szczęściem a bezpieczeństwem materialnym. Masz męża lub żonę, dzieci, dom, samochód i pracę? Powinieneś być szczęśliwy. Ważnym elementem tej układanki jest też rywalizacja. Musimy być coraz lepsi, lepsi niż kolega z działu, lepsi niż sąsiad zza płotu, cały czas udowadniać, że nasza wysoka pozycja jest zasłużona. Z drugiej strony uważamy, że szczęście jest prawem, które przysługuje nam od urodzenia. To okropna presja.

Może za dużo o nim myślicie? Robin:
Powiedziałabym, że mamy na jego punkcie obsesję, a to nigdy nie jest zdrowe. Myślimy o nim cały czas i przez to nie jesteśmy w stanie go osiągnąć. Koło się zamyka. Media społecznościowe nie bez kozery narodziły się właśnie w Stanach Zjednoczonych! Jakże silna jest tu potrzeba stworzenia awataru, który stanowić będzie ucieleśnienie siły, sukcesu... Potem trzeba temu awatarowi sprostać. Eksportowaliśmy tę całą zabawę za granicę, gdzie oczywiście także się przyjęła; w końcu rywalizacja to coś do pewnego stopnia właściwego wszystkim ludziom, nie tylko Amerykanom.

Wracając jeszcze do mitu szczęścia osiąganego dzięki ciężkiej pracy – nikt nie tłumaczy dzieciom, jak ta praca ma tak naprawdę wyglądać. Czy tak, że siedzimy w biurze po 15 godzin na dobę i nie widujemy słońca, chmur, nieba? Wielu ludzi nie uświadamia sobie tutaj prostej prawdy: bardziej zrównoważony tryb życia o wiele szybciej doprowadziłby ich do poczucia satysfakcji i wewnętrznego spokoju.

Victoria:
Amerykańskie społeczeństwo ma awersję do wszystkiego, co negatywne. Jesteśmy zawsze uśmiechnięci, wszystko ma nam się doskonale udawać, a jeśli tak się nie stanie – broń Boże nikomu o tym nie powiemy. Takie podejście nie tylko prowadzi na dłuższą metę do obniżenia nastroju, ale także blokuje wszelki rozwój. Żeby się rozwijać, człowiek potrzebuje bowiem czasem spojrzeć w oczy czemuś negatywnemu, złemu, smutnemu, pobyć z tym, zmierzyć się. Unikanie wszystkiego, co choć trochę trudne i bolesne, nie skutkuje większą liczbą dojrzałych obywateli.

Robin:
Jako amerykańska Żydówka muszę zaznaczyć, że w mojej grupie etnicznej narzekanie i negatywne myślenie to tradycja! (śmiech). Natomiast rzeczywiście większość Amerykanów woli nie zaprzątać sobie głowy niczym trudniejszym, bardziej skomplikowanym czy bolesnym. Nauczyła nas tego kultura masowa. Weźmy bajki Disneya, na których chowają się amerykańskie dzieci. W odróżnieniu od europejskich historii opowiadanych przez Andersena czy braci Grimm, tu każda baśń kończy się dobrze albo jeszcze lepiej! Do lat 50. XX wieku w Hollywood obowiązywał nakaz pozytywnych zakończeń filmowych. Poddając tę naszą ciągłą „pozytywność” krytyce, nie twierdzę oczywiście, że mamy skupiać się w życiu na tym, co złe; warto jednak byłoby dać sobie moment na nauczenie się pewnych mechanizmów, zdobycie narzędzi, które pomogą nam, gdy coś się nie uda. Zło, ból, smutek są przecież częścią ludzkiego doświadczenia.

Pamiętam, że gdy jako nastolatka odwiedzałam rodzinę w Teksasie, często miałam wrażenie, że moje kuzynki nie wiedziały, jak się zachować, jeśli miałam gorszy dzień albo chciałam ponarzekać na problemy z chłopakiem. Dziś moje amerykańskie koleżanki wydają się bardzo skrępowane, mówiąc, że na coś chorują, coś je boli, coś im się nie udało. Macie nawet taki skrót: TMI (too much information). Zwykle właśnie wtedy stosowany. Robin:
Tak, przepraszamy za TMI, ale rozmawiamy. Zaczynamy mówić także o tym, co trudne. To jest postęp. Pokolenie naszych rodziców cały czas miałoby uśmiech przyklejony do twarzy, unikałoby konfrontacji i wierzyło, że to ich wina, że coś ich uwiera. Mogli przecież ciężej pracować, by nie uwierało.

Victoria:
Powoli zaczynamy otwierać się na to, co trudniejsze. Z drugiej strony postawa, o której mówiłyśmy na początku – ta utożsamiająca szczęście z liczbą zer na koncie – w ostatnich latach stała się jeszcze bardziej powszechna, co doskonale pokazuje filmowy dokument Lauren Greenfield, zatytułowany „Pokolenie pieniądza” (2018). Wielu nadal nie rozumie, że amerykański sen skończył się dawno temu. Kariera od pucybuta do milionera niektórym się oczywiście zdarzała, ale mało kto bierze w tym równaniu pod uwagę czynnik zwany łutem szczęścia. A on, moim zdaniem, był jednak decydujący.

Robin:
Amerykański sen może nie tyle się skończył, co zatrząsł w posadach. Zaczynamy zdawać sobie powoli sprawę, że do osiągnięcia życiowej satysfakcji nie prowadzi ta droga, którą wybraliśmy – i to jest wspaniałe. Jest w nas wola nauki. Mam wielką nadzieję, że będziemy z tej dawnej drogi zawracać, że będziemy dalej się uczyć. To ludzie stworzyli tę kulturę; to ludzie mogą naprawić to, co się w niej nie udało. To chyba nie jest stereotypowe amerykańskie pozytywne myślenie, prawda?!

Victoria:
Myślę, że spora część społeczeństwa zorientowała się już, jak wiele było w naszej kulturze hipokryzji. Tym bardziej że wiele jest też u nas w kraju pięknych odruchów serca, odwagi i chyba takiej tęsknoty za prawdą.

Czego jeszcze można się od was uczyć? Victoria: Tego, jak z entuzjazmem dzielimy się kontaktami, lubimy ludzi i lubimy ich łączyć. Powiedziałabyś, że interesuje cię astronomia, a zaraz ktoś zaproponowałby spotkanie z kolegą z NASA. Nie boimy się też próbować nowych rzeczy, umiemy wyjść poza strefę komfortu. Chcemy i potrafimy słuchać opinii innych niż nasze. To są amerykańskie „racje”, jak je nazywacie w tej rubryce. W sklepach mamy wspaniały zwyczaj: zawsze dostaje się pełny zwrot pieniędzy, nawet jeśli powodem zwrotu towaru jest po prostu fakt, że zmieniło się zdanie – nie trzeba wymyślać wymówek! Pokazuje to, że nie boimy się przyznać do pomyłki, błędu, akceptujemy je. Teraz czas na zmianę kursu w szukaniu radości życia.

Jeśli nie pieniądze, to co?

Eli Cook
, profesor historii amerykańskiej na uniwersytecie w Hajfie, z doktoratem uzyskanym na Harvardzie; zajmuje się historią kapitalizmu i jego wpływu na społeczeństwo amerykańskie.

Wizja szczęścia, a może bardziej: ideał dobrego życia, jest w Ameryce rzeczywiście nierozerwalnie związany z kapitalizmem. Jest to kraj, w którym człowieka określa stan posiadania. Ten ideał realizuje się w życiu codziennym o tyle, że w Stanach Zjednoczonych bardzo trudno jest istnieć bez pieniędzy. Oczywiście nie jest to łatwe nigdzie, ale tam szczególnie – wystarczy pomyśleć o opiece zdrowotnej, a raczej jej braku, z którym borykają się rzesze ludzi. Natomiast samo szczęście jest, powiedziałbym, utkane dla Amerykanów z tej samej materii co rywalizacja. Żeby być szczęśliwym, musisz walczyć i wygrywać. Widać to już we wczesnym dzieciństwie – na etapie wyboru żłobka, przedszkola, szkoły, które selekcjonuje się równie pieczołowicie co uczelnię wyższą. Tak zwana mobilność społeczna Amerykanów, czyli, socjologicznie rzecz biorąc, możliwość awansu jednostek w strukturze społecznej, jest bardzo niska, a kod pocztowy naprawdę definiuje tu twój los – tak niewielka jest szansa na zmianę środowiska. „The New York Times” opublikował niedawno badanie pokazujące, że mobilność społeczna jest większa choćby w Chinach! Oznacza to, że amerykański sen rzeczywiście jest już pustym frazesem. Jednak wiele osób nie zdaje sobie z tego sprawy – w kolejnym badaniu pytano ankietowanych, czy mają ich zdaniem szansę na zostanie milionerem. Zdecydowana większość odpowiedziała twierdząco. Ta narodowa obsesja dobrobytu i utożsamianego z nim szczęścia dotyczy szczęścia jednostek, nie społeczeństwa. W Ameryce myśli się o sobie. Więzi społeczne nie są szczególnie mocne, także ze względu na kult pracy, który sprawia, że często z powodów zawodowych zmienia się miejsce zamieszkania. Oczywiście pojawiają się nowe koncepcje tego, czym może być szczęście i jak je osiągnąć, na razie jednak mocno rozproszone i także oscylujące wokół kwestii materialnych, jak np. UBI, czyli Universal Basic Income – powszechny dochód podstawowy, który sprawiłby, że człowieka nie definiowałaby praca i zarobione w niej pieniądze, oraz dał przestrzeń, którą można by wypełnić znaczeniem. Pozostaje pytanie, czy Amerykanie – i w ogóle każdy z nas – jest na to gotowy.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Szpital dla chorych i osieroconych nietoperzy

Kiedy osierocone dzieci rudawek trafiają do szpitala Tolga, mają kilka tygodni i ważą nie więcej niż 200 g. Wolontariusze karmią je za pomocą strzykawki, dopóki nie nauczą się ssać samodzielnie. Potem przechodzą na smoczki z butelek dla niemowląt. Małe rudawki są opatulane w miękkie szmatki. Taki becik ma zastąpić mamine skrzydła. W naturze przez pierwsze tygodnie po narodzinach żyją wczepione w futerko matek, żywiąc się ich mlekiem (Zdjęcie: JÜRGEN FREUND/NATURE PL/BE&W)
Kiedy osierocone dzieci rudawek trafiają do szpitala Tolga, mają kilka tygodni i ważą nie więcej niż 200 g. Wolontariusze karmią je za pomocą strzykawki, dopóki nie nauczą się ssać samodzielnie. Potem przechodzą na smoczki z butelek dla niemowląt. Małe rudawki są opatulane w miękkie szmatki. Taki becik ma zastąpić mamine skrzydła. W naturze przez pierwsze tygodnie po narodzinach żyją wczepione w futerko matek, żywiąc się ich mlekiem (Zdjęcie: JÜRGEN FREUND/NATURE PL/BE&W)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Nie piją krwi, nie są nawet drapieżnikami – jedzą owoce. Rudawki okularowe to nietoperze, ale są pozbawione zmysłu echolokacji, więc nie potrafią latać w zupełnej ciemności. Mają za to całkiem niezły wzrok i słuch. Żyją w koloniach, dzień spędzają, wisząc głową w dół. Są pożyteczne, bo tak jak pszczoły zapylają rośliny. Chyba że na swojej drodze spotkają kleszcza.

W połowie lat 80. na płaskowyżu Atherton Tablelands, w australijskim stanie Queensland, ogromne liczby rudawek okularowych, zwanych potocznie latającymi lisami, zaczęły wymierać w tajemniczych okolicznościach. Przyczynę udało się odkryć dopiero w 1990 roku Bruce’owi i Ann Johnsonom.

Winowajcą okazał się najniebezpieczniejszy ze znanych kleszczy Ixodes holocyclus. Jego ukąszenie może spowodować paraliż ciała. I tak działo się w przypadku rudawek. Sparaliżowane – nie mogły już swoim zwyczajem wczepiać się stopami w gałęzie, spadały w leśne poszycie, by tam skonać. Dramatyzmu sytuacji dodawał fakt, że w ich ciała bardzo często wczepione były młode. Po śmierci matki próbowały o własnych siłach wspinać się na drzewa, nawołując żałośnie, jednak czekała je pewna śmierć. W 1997 roku grupa wolontariuszy w odpowiedzi na dużą skalę tego zjawiska stworzyła medyczny oddział ratunkowy, który z czasem przekształcił się w regularny szpital dla nietoperzy Tolga.

Sezon na kleszcza

Zmniejszanie się powierzchni lasów zniszczyło naturalne środowisko rudawek i znacznie ograniczyło im dostęp do głównego źródła pożywienia – miejscowych owoców i kwiatów. Nietoperze nie miały wyboru – w poszukiwaniu jedzenia musiały wypuszczać się poza obszar tropikalnego lasu, gdzie natknęły się na mordercze owady. Kleszcze wspinają się na rośliny takie jak dziki tytoń – który owocuje akurat w czasie sezonu rozrodczego latających lisów – by spokojnie czekać na nosiciela. Zainfekowane nietoperze zanoszą je potem do swojej kolonii.

Każdego roku szpital otrzymuje przeciętnie 800 zakażonych dorosłych osobników i 400 małych sierot. Zwierzęta są transportowane samolotem w specjalnie skonstruowanych pojemnikach, w których mogą wisieć sobie głową w dół tak jak na gałęzi. Wolontariusze i obsługa rezydują w Tolga od października do lutego, czyli w czasie gdy grozi ugryzienie kleszcza, zbiega się to z okresem narodzin rudawek (to dlatego sierot jest tak dużo).

Żłobek nietoperza

Maluchy są regularnie czyszczone, opiekunowie starają się im zastąpić nieobecne matki, wszyscy pacjenci są też ważeni, mierzeni i karmieni. Na końcu instaluje im się mikroczipy, żeby można było śledzić ich dalsze losy.

Kiedy osierocone dzieci latających lisów trafiają do szpitala, mają kilka tygodni i ważą nie więcej niż 200 g. Wolontariusze karmią je za pomocą strzykawki, dopóki nie nauczą się pić samodzielnie. Potem przechodzą na smoczki z butelek dla niemowląt. Następnym etapem jest przejście na owocową dietę, bo to właśnie owoce stanowią podstawę diety rudawek. Zanim to jednak nastąpi, małe nietoperze lądują w żłobku, gdzie przez większość czasu śpią okutane w miękkie szmatki, co ma imitować opiekuńcze skrzydła ich matek. Przy okazji beciki chronią skrzydełka i stopy maluchów, wyposażone już w pazury – dzięki temu nie kaleczą się nimi nawzajem. Jak tylko podrosną i stają się nieco bardziej energiczne, instynktownie wczepiają się w T-shirty opiekunów, tak jak wczepiłyby się w futra swoich matek, żyjąc z nimi w dziczy.

Ciężki los zapylacza

Drut kolczasty i siatki na drzewach owocowych to kolejna przyczyna obrażeń i wzrostu śmiertelności owocowych nietoperzy. Poza rudawką okularową do szpitala trafiają też inne gatunki, takie jak rurkonos i wiele małych nietoperzy. Jenny Maclean, założycielka Tolga, i jej wolontariusze opiekują się swoimi niezwykłymi pacjentami 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Poza szpitalem dla nietoperzy Jenny rozwinęła także uznane na świecie centrum badawcze oraz edukacyjne, żeby ludzie dzięki dostarczanym przez nie informacjom mogli poznać te zwierzaki i koegzystować z nimi bez strachu.

Powrót małych nietoperzy do naturalnego środowiska odbywa się stopniowo. Kiedy osiągają cztery miesiące, są umieszczane w lesie w klatce. Pozostaje zamknięta przez trzy dni, tak żeby mogły się zaaklimatyzować w nowym miejscu. Czwartego dnia drzwi klatki zostają otwarte, w nocy mogą więc dołączyć do żyjących na wolności nietoperzy. Jednak wciąż jeszcze wracają do swojego schronienia – przez pięć miesięcy znajdują tam pozostawiane dla nich owoce.

Rudawki okularowe pełnią funkcję zapylaczy i roznosicieli nasion wielu gatunków drzew rosnących w lasach tropikalnych, a to znaczy, że są niezbędne dla australijskiego ekosystemu. Pyłki przyczepiają się do ich futerka, gdy przenoszą się z kwiatu na kwiat i z drzewa na drzewo. Szacuje się, że jedna rudawka może rozdystrybuować aż 60 tysięcy ziaren pyłku jednej nocy. Niestety, nietoperze mają opinię szkodników niszczących uprawy, dlatego nie zapewniono im prawnej ochrony. Oddolne inicjatywy takie jak szpital Tolga to poruszający przejaw troski o ochronę tego gatunku. Dzięki efektywności programu ratunkowego do życia na wolności w lasach tropikalnych wróciły już setki nietoperzych sierot.

  1. Styl Życia

Mateusz Waligóra – pieszo wzdłuż Wisły

– Wędrując wzdłuż biegu Wisły, przeżywałem dokładnie te same emocje, może tylko w mniejszym stężeniu, co na pustyni Gobi, w Patagonii czy Himalajach. Miejsce ma dla mnie coraz mniejsze znaczenie, a liczy się poczucie bycia w ruchu, zwłaszcza kiedy idę piechotą, co bardzo różni się od innych form podróżowania – mówi podróżnik Mateusz Waligóra. (Fot. Alina Kondrat)
– Wędrując wzdłuż biegu Wisły, przeżywałem dokładnie te same emocje, może tylko w mniejszym stężeniu, co na pustyni Gobi, w Patagonii czy Himalajach. Miejsce ma dla mnie coraz mniejsze znaczenie, a liczy się poczucie bycia w ruchu, zwłaszcza kiedy idę piechotą, co bardzo różni się od innych form podróżowania – mówi podróżnik Mateusz Waligóra. (Fot. Alina Kondrat)
Lockdown sprawił, że podróżnik Mateusz Waligóra zamiast do Australii wyruszył wzdłuż Wisły, w dodatku pieszo. Teraz wie, że dla niego liczy się nie miejsce, a poczucie bycia w ruchu. I że nie musi nikomu niczego udowadniać.

Masz na swoim koncie wiele ekstremalnych samotnych wypraw. Skąd wzięła się ta fascynacja? Jako dziecko zaczytywałeś się w książkach podróżniczych?
Gdy chodziłem jeszcze do liceum w Nysie, moi rówieśnicy zastanawiali się, co robić w życiu, żeby dało im to pieniądze. Ja mówiłem, że będę podróżnikiem i z tego będę żył. Nie spotykałem się ze zrozumieniem i to sprawiło, że zacząłem wagarować i chodzić nad Jezioro Nyskie. Czułem, że pasuję jedynie do natury. I to było bezpośrednim powodem, dla którego chciałem poznać świat.

Książki podróżnicze też czytałem, przede wszystkim Arkadego Fiedlera. Aż trafiłem na „Prowadził nas los”' Kingi Choszcz i Radosławy Siudy, którzy w pięć lat objechali świat autostopem. Zrozumiałem, że jeżeli chcę, to mogę, i w głowie włączył mi się tryb realizacji planu. Poszedłem na kurs przewodników górskich, tam spotkałem swoją przyszłą żonę – Agnieszkę. Pojechaliśmy rowerami najpierw na Kubę, a następnie przez Amerykę Południową. Potem były kolejne wyprawy.

Dziś walczę z poczuciem tożsamości – nie wiem, kim jestem, i cały czas tej odpowiedzi szukam. Nie wiem nawet, jaki zawód sobie wpisać. Po tych wszystkich latach nie chcę być już podróżnikiem.

Mateusz Waligóra, podróżnik, fotograf, przewodnik, członek prestiżowego The Explorers Club. W 2018 roku jako pierwszy człowiek przeszedł samotnie i bez wsparcia mongolską część pustyni Gobi. (Fot. archiwum prywatne)Mateusz Waligóra, podróżnik, fotograf, przewodnik, członek prestiżowego The Explorers Club. W 2018 roku jako pierwszy człowiek przeszedł samotnie i bez wsparcia mongolską część pustyni Gobi. (Fot. archiwum prywatne)

Dlaczego?!
Bo o ile kiedyś chciałem dotrzeć do różnych dalekich miejsc, to teraz wiem, że nie chodzi o miejsca.

A o co?
O poczucie bycia w ruchu. Uświadomiła mi to moja ostatnia wyprawa. Wędrując wzdłuż biegu Wisły, przeżywałem dokładnie te same emocje, może tylko w mniejszym stężeniu, co na pustyni Gobi, w Patagonii czy Himalajach. Jak powiedziałem, miejsce ma dla mnie coraz mniejsze znaczenie, a liczy się poczucie bycia w ruchu, zwłaszcza kiedy idę piechotą, co bardzo różni się od innych form podróżowania. Kiedy jedziesz np. z Limy autobusem do Cuzco, zapamiętasz stolicę – jako pierwszą okładkę tej książki, a potem Cuzco – drugą okładkę. A pomiędzy nimi scenki, na których ludzie wożą kury, jest duszno, a ty rzygałeś. Podróżowanie rowerem to z kolei jak czytanie całej książki, najważniejsze jest właśnie to, co zdarza się pomiędzy okładkami: wioski, które miniesz; ludzie, których spotkasz; dźwięki i zapachy. Dzięki temu mogę powiedzieć, jak pachnie i jak brzmi droga do Cuzco. A kiedy zacząłem wyprawy piesze, zrozumiałem, że to jest najbardziej naturalny sposób podróżowania każdego człowieka.

Człowiek wędrował na długo przed tym, zanim odkrył koło...
Właśnie, kroki wytyczają rytm, także rytm myśli. Najtrudniejszy jest dla mnie zawsze pierwszy tydzień wyprawy: martwię się tym, co będzie, i tym, czego nie załatwiłem przed wyjazdem. Gdy wreszcie łapię rytm, wszystko trafia na swoje miejsce: zaczynam doceniać małe rzeczy, jak to, że mam gdzie spać, co jeść i pić, a niczego więcej nie potrzebuję. Wtedy marsz zamienia się w medytację i rozpoczyna się wędrówka ciała i głowy. To jakby dwie osobne wędrówki... Kiedy ostatnim razem moje ciało szło szlakiem Wisły, głowa była w każdym miejscu czasu i przestrzeni; wracałem pamięcią do okresu liceum, próbując zrozumieć, skąd przyszedłem i gdzie jestem teraz, myślałem też o wyprawie do Zatoki Wielorybiej na Antarktydzie.

I potem następuje faza zakończenia wyprawy, w sensie umownym, bo w moim przypadku wyprawa nigdy się nie kończy. Zrozumiałem to po przejściu Gobi. Wcześniej wydawało mi się, że jeśli dokonam czegoś tak spektakularnego jak pierwsze samotne przejście tej pustyni, to zmieni się moje życie. A kiedy doszedłem do miasteczka Sajnszand i to był koniec wędrówki, nie wydarzyło się absolutnie nic. Każda wyprawa mnie czegoś uczy – tamta uświadomiła mi właśnie to, że nigdy nie dotrę do celu, bo tego celu nie ma. Z kolei w przypadku szlaku Wisły zdałem sobie sprawę z tego, że nie muszę już nikomu niczego udowadniać ani bić rekordów, żeby mieć frajdę z podroży. W tym roku jeszcze pójdę wzdłuż wybrzeża Bałtyku. Czuję, że i ta przygoda wiele mi da.

A dlaczego wybrałeś akurat Wisłę?
Bo łączy dwa przeciwległe skraje Polski, prowadzi przez cały kraj i płynie tylko w jego granicach. Innymi słowy, wszystko, co się w dzieje z Wisłą, wynika z tego, jak traktujemy ją my sami. No i to rzeka symbol...

Od początku zakładaliśmy też, że w książce, którą napiszemy wspólnie z Dominikiem Szczepańskim, poruszymy wątki związane ze zmianami klimatu, ekologią, hydrologią, suszą. Dominik przeprowadził kilka rozmów z naukowcami, badaczami, osobami, które swoje życie zawodowe związały z Wisłą.

– Najtrudniejszy jest dla mnie zawsze pierwszy tydzień wyprawy – wyznaje Mateusz Waligóra. – Martwię się tym, co będzie, i tym, czego nie załatwiłem przed wyjazdem. Gdy wreszcie łapię rytm, wszystko trafia na swoje miejsce: zaczynam doceniać małe rzeczy, jak to, że mam gdzie spać, co jeść i pić, a niczego więcej nie potrzebuję. Wtedy marsz zamienia się w medytację i rozpoczyna się wędrówka ciała i głowy – dodaje. (Fot. Alina Kondrat)– Najtrudniejszy jest dla mnie zawsze pierwszy tydzień wyprawy – wyznaje Mateusz Waligóra. – Martwię się tym, co będzie, i tym, czego nie załatwiłem przed wyjazdem. Gdy wreszcie łapię rytm, wszystko trafia na swoje miejsce: zaczynam doceniać małe rzeczy, jak to, że mam gdzie spać, co jeść i pić, a niczego więcej nie potrzebuję. Wtedy marsz zamienia się w medytację i rozpoczyna się wędrówka ciała i głowy – dodaje. (Fot. Alina Kondrat)

Czy podczas wędrówki trzymałeś się blisko koryta?
Nie. Od początku nie chciałem wędrować wzdłuż samej rzeki – ona była dla mnie kompasem, który wskazywał kierunek na północ. Rozpocząłem wzdłuż jednego z potoków źródłowych, Białej Wisełki na stokach Baraniej Góry, a potem szedłem, jak mi podpowiadała intuicja i mówili napotkani po drodze ludzie. Miałem namiot, więc nocowałem nad rzeką czasami w polach kukurydzy lub u ludzi, których poznałem po drodze, albo u przyjaciół mieszkających nad Wisłą. Zmieniałem brzegi, bo gdzieś usłyszałem, że to warto poznać, tamto zobaczyć. Bardziej jednak interesowały mnie spotkania z ludźmi, którzy mogli o tej Wiśle opowiedzieć, więc wchodziłem też do wiosek. Obawiałem się, czy jako introwertyk dam sobie radę. Ale to ludzie zaczynali do mnie mówić, wystarczyło, że gdzieś pod sklepem zagadałem i rozmówca zwierzał się z połowy swojego życia. Wydaje mi się, że tę otwartość spowodował fakt, ze poruszałem się pieszo. Ludzie widzieli, że dotarcie do nich wymagało ode mnie sporo wysiłku i dlatego mogli mi zaufać.

I jakie wnioski wysnułeś z tej wędrówki?
Po pierwsze, taki, że trochę odwróciliśmy się od Wisły, zapominamy o niej. Lekceważąc to, że ona przez setki lat wpływała na to, jak obecnie wygląda Polska. A to, co zrobimy w kolejnych dziesięcioleciach, zdecyduje, jak ona będzie wyglądać.

Ważne jest też to, że doświadczyłem ogromnej życzliwości, ciekawości i troski od ludzi. Choć ciężko w to uwierzyć, w ciągu 46 dni marszu nie spotkałem się z żadną negatywną sytuacją ani reakcją na to, co robię. To ogromny kontrast w porównaniu z tym, co piszą ludzie w Internecie, gdzie mogę przeczytać tysiące negatywnych opinii na swój temat. To dosyć smutne, że w Internecie możemy być tym, kim naprawdę chcemy, a często wybieramy bycie chamami. A w prawdziwym życiu, nad Wisłą słyszymy, że wszyscy sąsiedzi w okolicy to bardzo dobrzy ludzie i niczego nie muszę się obawiać. To było dla mnie zaskakujące. Nie wierzyłem, że Polacy to gościnny naród, bo to samo słyszałem o każdym kraju, do którego jechałem. A jednak ta wyprawa mnie przekonała, że tak naprawdę jest – jesteśmy gościnni.

Na wykładach, które prowadzisz, zachęcasz do przekraczania własnych granic. Jaką barierę sam przede wszystkim przekraczasz, ruszając w podróż?
Barierę strachu – przed nieznanym i przed ryzykowaniem. Na przykład na pustyni Gobi margines błędu masz niewielki, bo kiedy się zgubisz i skończy ci się woda, to masz kilkanaście godzin, żeby się uratować. A tam jest wiele wyjeżdżonych ścieżek i łatwo się zgubić.

Nie miałeś wtedy telefonu satelitarnego?
Miałem, podobnie jak lokalizator GPS, modem satelitarny oraz ubezpieczenie amerykańskich komandosów, którzy deklarują dotarcie do mnie w ciągu kilku godzin. I żyłem w takim przekonaniu, że jeśli coś się wydarzy, to nacisnę przycisk S.O.S. i przyleci śmigłowiec... Aż do momentu, w którym złapała mnie pierwsza burza piaskowa i zdałem sobie sprawę, że w takich warunkach jestem zdany tylko na siebie, bo nikt do mnie nie dotrze.

Takich zagrożeń jest dużo. Na płaskowyżu solnym Salar de Uyuni w Boliwii, gdy przyjdzie burza i spadnie deszcz, to woda nie wsiąka w grubą warstwę soli. Brodzi się w solance i wystarczy jeden piorun... Tak ginęli już rowerzyści. Na pustyniach Australii dochodzą ogień i woda. Gwałtowna powódź spowodowała, że musieliśmy kiedyś z Agnieszką czekać tydzień, aż woda opadnie. I to w sezonie suchym. Nie wystarczyłoby nam żywności na resztę wyprawy i musieliśmy się wycofać. A rok później pożar buszu odciął mi drogę do studni.

Polecamy: „Szlak Wisły. 1200 km pieszej przygody”, Mateusz Waligóra, Dominik Szczepański, wyd. Neverending Stories, do kupienia w sklepie wydawnictwaPolecamy: „Szlak Wisły. 1200 km pieszej przygody”, Mateusz Waligóra, Dominik Szczepański, wyd. Neverending Stories, do kupienia w sklepie wydawnictwa

Powiedziałeś kiedyś, że każdy z nas choć na chwilę powinien stać się pustelnikiem, bo pustynia uczy bycia ze sobą. Nie boisz się samotności?
Boimy się samotności, bo boimy się siebie... A pustynia powoli zaczyna zdzierać z ciebie warstwy i dociera do wnętrza. Tam nie musisz nikogo udawać, jesteś po prostu sobą. Nie ojcem, dziennikarzem, podróżnikiem, politykiem, kimkolwiek... Zaczynasz dostrzegać, jakim jesteś człowiekiem, czego chcesz, jakie są twoje prawdziwe intencje, czy chcesz robić to, co robisz, i czy robiłbyś to, gdyby nie było pieniędzy na świecie. Przestajesz też myśleć o tym, jak postrzegają cię inni ludzie. Te dziesiątki nieoczywistych pytań, na które próbujesz odpowiedzieć, to jest niesamowicie oczyszczające. Po raz pierwszy doświadczyłem tego, kiedy szedłem przez pustynię w Australii, to było fascynujące. Na każdej kolejnej odludnej wyprawie to się we mnie umacnia. Kiedyś bałem się przebywać sam z sobą, ale teraz to lubię, a nawet nieraz czuję się bardziej samotny wśród ludzi, których nie rozumiem, którzy mnie nie rozumieją, którzy czegoś oczekują.

Którą z wypraw najbardziej przeżyłeś psychicznie?
Wszystkie przeżywam. Pod kątem fizycznym łatwo je ocenić, np. „Waligóra przeszedł pustynię Gobi, zrobił 1700 km, dokonał tego jako pierwszy człowiek, schudł 24 kg”. A dla mnie najważniejsza jest wędrówka w głowie, której nie jestem w stanie opisać nikomu. Sam do końca tego nie rozumiem. I każda kolejna jest kontynuacją poprzedniej.

Mateusz Waligóra, podróżnik, fotograf, przewodnik, członek prestiżowego The Explorers Club. W 2018 roku jako pierwszy człowiek przeszedł samotnie i bez wsparcia mongolską część pustyni Gobi.

  1. Styl Życia

A po nocy przychodzi dzień. Roczny horoskop dla Raka

Dla większości Raków będzie to spokojny rok, z czego z pewnością się ucieszą, bo uwielbiają nudę i stagnację. Świętego spokoju w nadchodzącym czasie im nie zabraknie. (Ilustracja: iStock)
Dla większości Raków będzie to spokojny rok, z czego z pewnością się ucieszą, bo uwielbiają nudę i stagnację. Świętego spokoju w nadchodzącym czasie im nie zabraknie. (Ilustracja: iStock)
Raki mogą odetchnąć, bo ciężkie lata twardych tranzytów Saturna i Plutona są już za nimi. Dla większości Raków będzie to spokojny rok, z czego z pewnością się ucieszą, bo uwielbiają nudę i stagnację. Świętego spokoju w nadchodzącym czasie im nie zabraknie.

Kiedy Saturn i Pluton były w znaku Koziorożca, tworzyły do znaku Raka opozycję, krzyżując plany, piętrząc problemy i nadwerężając odporność. Jeszcze tylko Raki urodzone między 17 a 21 lipca pozostają pod wpływem samego Plutona, który może stawiać je pod ścianą, by sięgnęły po wewnętrzną moc w zmaganiu się z rzeczywistością.

Raki z pierwszej dekady w lipcu skorzystają z dobrodziejstw Jowisza, który na ten czas zawita do Ryb, tworząc dla nich przyjazny trygon. Mogą zatem liczyć na wakacyjne lenistwo i dobrą zabawę. To też tranzyt korzystny dla spraw finansowych, sprzyjający prezentom od losu i wszelkim uciechom. Jowisz zamanifestuje się dla nich jako wspierająca siła, impuls do pozytywnego myślenia oraz skutecznego działania. Raki osiągną swoje cele niemal bez wysiłku, co sobie bardzo cenią.

Od stycznia do maja 2022 roku Jowisz na dobre zagości w Rybach i wszystkim Rakom pomoże w realizowaniu marzeń, sprawiając, że życie stanie się piękniejsze. To będzie miły i pomyślny tranzyt zwłaszcza dla tych, którzy przeszli ostatnio ciężkie chwile i trudności podcinające skrzydła. Pamiętajmy, że Jowisz Rakowi bardzo sprzyja, ponieważ w tym znaku jest w wyniesieniu – przynosi mu opiekę, pomyślność, wygodę. Z długofalowych wpływów trzeba wspomnieć jeszcze sekstyl Neptuna w znaku Ryb, który tworzy trygon do Raków z przełomu drugiej i trzeciej dekady. To harmonijny uspokajający tranzyt, który działa stabilizująco na emocje. Jest więc dla Raków szansa na wyciszenie, rozwój duchowy, a także artystyczne projekty. Kiedy wiosną przyszłego roku trygon Jowisza nałoży się na trygon Neptuna, Raki nie będą miały żadnych powodów do marudzenia, ponieważ życie będzie je rozpieszczać.

Analiza tranzytów Marsa na najbliższe miesiące pokazuje, że sierpień będzie miesiącem neutralnym, wręcz spokojnym. Trudniej będzie we wrześniu i październiku, ponieważ Mars utworzy do znaku Raka kwadraturę, przynosząc niepotrzebne szarpanie się i napięcia. Ostatnie miesiące roku, czyli listopad i grudzień, zapowiadają się za to rewelacyjnie, jeśli chodzi o skuteczność działań i poziom witalności. Rok 2022 dla Raków zacznie się wyśmienicie, a to za sprawą wspomnianego już Jowisza. Jedynie chwilowo w lutym i marcu Mars w Koziorożcu może przynieść krótkotrwałe przeciążenia i konflikty. W maju w sprzyjających dla nich Rybach znajdą się i Mars, i Jowisz, i Neptun, a ten zestaw trygonów może sprawić, że późną wiosną Raki będą rozpływały się w komforcie i szczęściu.

Piotr Gibaszewski, astrolog, autor corocznych prognoz dla Polski i świata. Wykładowca w Studium Psychologii Psychotronicznej, www. solarius.pl.