1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Utkane przyjemnością

Utkane przyjemnością

"Czułe tkanki", których pomysłodawczynią i twórczynią jest Maria Boczar, to przestrzeń dla kobiet do kreatywnego wyrażania siebie. (Fot. Agnieszka Sopel)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Oczywiście efekt jest istotny – ładna makatka, podstawka pod kubek – ale ważniejsze okazują się sama czynność, czas na nią poświęcony i zdobyta nowa umiejętność. Maria Boczar, która organizuje dziewczyńskie warsztaty tkackie, tłumaczy, dlaczego coraz więcej osób zwraca się ku rękodziełu.

Maria Boczar, pomysłodawczyni i twórczyni „Czułych tkanek” – przestrzeni dla kobiet do kreatywnego wyrażania siebie. Prowadzi dziewczyńskie warsztaty tkackie, współorganizuje kilkudniowe wyjazdy łączące tkanie, jogę, medytację oraz bycie w bliskości z naturą. Instagram: @czuletkanki. (Fot. Agnieszka Sopel)

Robótki ręczne, czyli robienie na drutach, szydełkowanie, tkanie – przeżywają ostatnio renesans… Już od kilku lat trwa moda na „wytwory naszych rąk”. Począwszy od pieczenia chleba, przez rzemiosło, samodzielne odnawianie starych mebli, aż po wszelkiego rodzaju rękodzieło. To nurt, który wciąż powraca. Światowa pandemia na pewno przyczyniła się do jego rozwoju, zaczęliśmy szukać czegoś, co pozwoli oderwać myśli od tego, co nie jest łatwe i przyjemne. Na wiele spraw utraciliśmy teraz wpływ, a takie formy tworzenia, jak tkanie czy robienie na drutach, dają nam poczucie kontroli, bo możemy decydować o przebiegu każdego etapu powstawania dzieła.

Nagle się okazało, że mamy czas na takie przyjemności... I to mamy go całkiem dużo! Ale tak naprawdę to często tkwimy w błędnym przekonaniu, że aby nauczyć się jakiejś nowej umiejętności lub wrócić do przyjemności starej, potrzebujemy mnóstwa czasu. A tymczasem wystarczy kilka chwil w ciągu dnia, żeby stało się naszym minirytuałem. Oczywiście nie od razu staniemy się profesjonalistami, do tego potrzeba czasu i praktyki, ale robótki ręczne możemy przecież sobie dawkować. Nie musimy zrobić całego szalika czy czapki od razu, wystarczy przerobić kilka rządków. Można do tego w każdej chwili powrócić i po jakimś czasie spojrzeć świeżym okiem, z innej perspektywy.

Ale kiedy odkładam robótkę, to często już jej nie kończę... Na szczęście z robótkami jest jak z jazdą na rowerze – tego się nie zapomina, a nawet gdyby, to w dzisiejszych czasach możemy sobie przypomnieć za pomocą tutoriali w Internecie. Kończenie to zresztą ważny temat, bo niektórzy mają tendencję do odkładania na później wielu rzeczy. Jeśli zależy nam na ukończeniu pracy, to najlepiej właśnie stworzyć z tego mały rytuał, naprawdę wystarczy kilka minut dziennie.

"Doszukałam się wielu wspólnych punktów pomiędzy tkaniem a medytacją, ale też głęboką praktyką jogi. Wszelkie prace ręczne wymagają od nas bycia uważnym i obecnym" - mówi Maria Boczar. (Fot. Agnieszka Sopel)

Skoro prace ręczne są coraz popularniejsze, to czy zajmują się nimi też mężczyźni? Niedawno Wojciech Eichelberger zachęcał ich do robienia na drutach na łamach „Zwierciadła”, bo ma to uczyć uważności, dokładności oraz skupienia. Oczywiście! Moje warsztaty akurat skierowane są tylko do kobiet, bo zależało mi na odwołaniu się do dawnych, tradycyjnych zwyczajów, jak chociażby darcie pierza. Brakowało mi kobiecej wspólnoty, którą dziś ładnie nazywamy siostrzeństwem. Jestem jednak przeciwna przypisywaniu określonych umiejętności konkretnej płci, podziałowi na typowo damskie i typowo męskie czynności. Tkanie, robienie na drutach, wszelkie tworzenie wiążę bardziej z emocjonalnością i wrażliwością niż płcią. Coraz częściej spotykam mężczyzn, którzy się tym zajmują i publicznie chwalą. Czynności, które angażują i absorbują jednocześnie ręce i głowę, są niezwykle uziemiające. Osadzają nas w tu i teraz, skupiają naszą uwagę na kolejnych krokach.

Czyli tkanie jest mindfulness? Niektórzy porównują je do medytacji. Doszukałam się wielu wspólnych punktów pomiędzy tkaniem a medytacją, ale też głęboką praktyką jogi. Nazywam je teraz jogą dłoni. Wszelkie prace ręczne wymagają od nas bycia obecnymi i uważnymi, nie możemy się rozpraszać, bo zaraz coś nam nie wyjdzie. Kiedy już wejdziemy w rytm powtarzalnych ruchów, to jest to bardzo bliskie powtarzaniu mantry. W ten sposób się relaksujemy, wyciszamy – zupełnie jak w medytacji właśnie.

Maria Boczar: "Czasem trzeba odpuścić i zostawić coś niekoniecznie takim, jakie sobie wymarzyliśmy, żeby móc pójść dalej. Nie wszystko da się naprawić, czas coś będzie niedoskonałe". (Fot. Agnieszka Sopel)

Gdy siadamy na macie do jogi, to na początku mamy mętlik w głowie, ale po chwili oddech się wyrównuje, ciało i myśli uspokajają. Z tkaniem jest bardzo podobnie. Wiele dziewczyn, które trafiają na warsztaty, zaczyna potem przed snem zamiast czytania praktykować tkanie. Daje im to wyciszenie po całym dniu.

Nie każdemu jednak od razu to wychodzi. Kiedy ja się uczyłam, zauważyłam, że im bardziej się spinałam i niecierpliwiłam, tym gorzej mi szło – krzywy ścieg, gubienie oczka. Jak poradzić sobie z momentami frustracji? Najlepiej wtedy odłożyć na chwilę pracę i wrócić do niej za jakiś czas. Warto też się zastanowić nad tym, dlaczego fakt, że popełniamy jakiś błąd, że coś nie od razu nam wychodzi, aż tak nas denerwuje... Dlaczego nie pracujemy dalej? Dlaczego aż tak nas to blokuje? Czemu nie możemy czerpać radości z samego procesu tworzenia?

Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że wszystko, co robimy, ma mieć jakiś wymierny efekt. Oczywiście celem tkania jest stworzenie jakiegoś dzieła: powstaje, dajmy na to, podstawka pod kubek, ale ważna jest też przyjemność z samego tworzenia. Kiedy jesteśmy dziećmi, zaspokajanie potrzeby kreacji jest dla nas naturalne, w dorosłym życiu często wydaje nam się to śmieszne lub niepoważne. Czasem dziewczyny, które zapisują się na warsztaty i opowiadają o tym bliskim, słyszą: „Ale po co ci to? Do czego ci się to przyda?” Uczę je, by cieszyły się tym, że w ogóle mogą coś takiego robić, że umieją tkać, nawet jeśli nie od razu bezbłędnie…

Robótki ręczne dają szansę naprawienia błędów. Zawsze można spruć i zacząć od nowa. Nie marnuje się włóczki, jedynie czas. Choć może właśnie się go nie marnuje…? W moim odczuciu to jest niezwykle cenny czas i zupełnie niezmarnowany. Kiedy pracujemy nad jakimkolwiek projektem, to na etapie jego powstawania popełnia się zawsze mnóstwo błędów – i to jest normalne. Te błędy są cenną informacją, którą wykorzystujemy przy kolejnych pracach – wtedy już wiemy, jak ich uniknąć. W tkaniu, w zależności od tego, z jakiego splotu korzystamy – błąd będzie bardziej lub mniej widoczny, a wręcz może być niezauważalny, no i zawsze możemy go poprawić... Ale może wcale nie musimy? Tu pojawia się kwestia bycia nadmiernie perfekcyjnym. A tkanie uczy też, że czasem właśnie trzeba odpuścić i zostawić coś niekoniecznie w takiej postaci, jak sobie wymarzyliśmy, żeby móc pójść dalej. Uczymy się godzić z tym, że czasem coś będzie niedoskonałe. Zostawiamy za sobą potrzebę bycia idealnym.

Ta chęć doskonałego wykonania może nas też blokować przed nauką nowych rzeczy… Właśnie! Tu znów się odwołam do przykładu dzieci – one zwykle nie boją się próbować, nie zastanawiają się, co będzie, jak się nie uda.

Co jest najlepsze w tkaniu? Co ci to daje fizycznie i psychicznie? Co daje to twoim kursantkom? Dla mnie jest alternatywą dla wchodzenia na matę. To jest idealne narzędzie do docenienia danej chwili, ale też oderwania się od problemów i trosk. Kiedy tkam, mój oddech się uspokaja, ja się uspokajam. Zaspokaja to także moją potrzebę tworzenia i daje mi wspomniane już poczucie sprawczości.

Robótki ręczne, czyli robienie na drutach, szydełkowanie, tkanie – przeżywają ostatnio renesans. (Fot. Agnieszka Sopel)

Dla moich kursantek zawsze staram się stworzyć bezpieczną przestrzeń, w której się nie oceniamy, gdzie nie jest ważny efekt finalny, a samo bycie razem, uczenie się czegoś nowego, czerpanie z tego satysfakcji, ale też poznawanie nowych osób, wspólne rozmowy. Te warsztaty łączą pokolenia kobiet – córki kupują je w prezencie matkom, przyjaciółki – sobie nawzajem w prezencie; są też okazją do zmierzenia się z nową aktywnością. Niestety, szkoła często zabija w nas chęć tworzenia. Na warsztatach pojawiają się na przykład osoby, którym kiedyś powiedziano, że mają dwie lewe ręce. I to już w nich zostało. Przychodzą towarzysko i zaznaczają, że na pewno nic nie zrobią. Później jednak tworzą genialne makatki i wysyłają mi wiadomości z pytaniami, gdzie kupić wełnę, bo już mają pomysły na kolejne prace. Wspaniale jest obserwować tę ich przemianę.

Takie doświadczenie uczy nas też poszanowania i docenienia wartości „hand made”. Rozumiemy, dlaczego za ręcznie robiony wełniany sweter trzeba zapłacić kilkaset złotych, bo już wiemy, ile kosztuje surowiec, ile czasu i energii należy poświęcić na jego zrobienie. Oczywiście! Nawet stworzenie małej makatki czy zakładki do książki wymaga naszego zaangażowania, czasu i pracy.

"Dla moich kursantek zawsze staram się stworzyć bezpieczną przestrzeń, w której się nie oceniamy, gdzie nie jest ważny efekt finalny, a samo bycie razem, uczenie się czegoś nowego, czerpanie z tego satysfakcji, ale też poznawanie nowych osób, wspólne rozmowy" - mówi Maria Boczar. (Fot. Agnieszka Sopel)

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze