1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Czy da się być stoikiem we współczesnym świecie? Zaufaj Aureliuszowi!

Czy da się być stoikiem we współczesnym świecie? Zaufaj Aureliuszowi!

Stoicyzm nie jest ćwiczeniem na kwadrans. Jest budowaniem postawy przez wszystkie czynności, od rana do wieczora. (Fot. iStock)
Stoicyzm nie jest ćwiczeniem na kwadrans. Jest budowaniem postawy przez wszystkie czynności, od rana do wieczora. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
- Według stoików, jesteśmy doskonali. Trapią nas tylko błędy myślenia - mówi doktor filozofii Marcin Fabjański. Jak stosować techniki stoickie w naszych czasach, by nie przejmować się ani dentystą, ani przemijaniem, a tkwiąc w korku dążyć do szczęścia?

To bardzo racjonalna nauka – podkreśla Marcin Fabjański. Stoikom nie chodziło zresztą o  ustanowienie wiekopomnego systemu filozoficznego, oni budowali praktyczne techniki, by doznawać codziennej radości życia. Nie byli ludźmi, którym wszystko jedno, obojętnymi na zdarzenia. Po prostu uznawali je za obiektywne i wskazywali, że dopiero ich interpretacja zależy od nas. Najwięcej dzieje się w głowie. Uznanie tego faktu zmieniło ich sposób myślenia i nawigowania w rzeczywistości, pozwalało nie zadręczać się pośpiechem, nie wściekać na tłum i ludzi wokół…

Dziś rano próbowałam, naprawdę. Deszcz, korek, ciemno, późno… Akurat wszyscy ruszyli samochodami, a ja nie mogłam się spóźnić. Szczerze chciałam popatrzeć na to z perspektywy kosmosu, a nie dnia, po stoicku. Nie pomogło. Pewnie pomogłaby w tym przypadku technika, która pochodzi od Chryzypa. Polega na tym, że trzeba sprawdzić, o co toczy się gra. Pomyśleć, co się naprawdę stanie, jeśli się spóźnię. I czy na pewno się spóźnię? Może to tylko przekonanie, efekt błędnego sądu? – bo często tak bywa. Ale jeśli rzeczywiście, to co się stanie? Pewnie nic dobrego, pytanie tylko, czy zło, które z tego wyniknie, jest warte takiego napięcia, zwłaszcza jeśli już nie da się tego zmienić… Popatrzeć na to z perspektywy wieczności, to znaczy dostroić się do rytmu wszechświata. Zamiast słuchać dręczyciela gadającego w głowie, że jesteśmy tacy a tacy, że świat ma wymagania (żeby się nie spóźniać), pomyślmy o sobie z dystansu. Jesteśmy częścią kosmosu, wiecznego procesu, który jest nieskończony. Stoicy wierzyli w to, że kosmos rodzi się, rozszerza, potem zawęża i zapada, nie ma początku i nie ma końca, jest naturalnym cudem, a my jego częścią. Świat to świat, nie pole do zaspokajania oczekiwań, bo tak naprawdę wszystkie są nieuprawnione. To, żeby się korki rozstąpiły… też.

Sięgamy tak daleko wstecz. Jakie pojęcie o naszych czasach mogli mieć Epiktet czy Seneka? Choćby o nerwach za kierownicą… Wbrew pozorom mieli to pojęcie... Inaczej: kiedy czytam filozofów helleńskich, odkrywam, że oni mieli dokładnie te same problemy, co my. Były inne technicznie, miały inne kostiumy. Owszem, starożytni nie mieli samochodów i korków, ale musieli się przedzierać przez tłum – i tu problemy mentalne są identyczne. Nie znalazłem w naukach stoików jednego zagadnienia niezrozumiałego dla mnie jako człowieka współczesnego. Postawa stoicka jest postawą nieufności wobec kultury, wynika z  jej obserwacji. Starożytni widzieli to samo co my: pęd do pieniędzy, do sławy. Aureliusz mógłby powiedzieć jak socjolog: takie procesy się wytworzyły i tyle, musimy z tym żyć. Mówi jednak inaczej: nie musimy im ufać, mamy swój wewnętrzny system nawigacji w świecie. Trzeba zaufać temu, co czujemy, choćby prostej radości z samego istnienia. Kto raz tego zaznał, nie pomyli go z niczym innym.

Jak wpadł pan na to, żeby w naszych czasach praktykować właśnie stoicyzm? Jestem filozofem, od dawna szukam drogi do szczęścia. Na studiach stoicyzm mnie nie skusił, był tylko jedną z teorii do wykucia, ale bliska stała mi się książka Marka Aureliusza „Rozmyślania”. Zawsze miałem i mam ją gdzieś w pobliżu. To bardzo terapeutyczne i dla mnie najbardziej porywające dzieło starożytności. Daje dużo radości i spokoju, bez względu na datę i okoliczności, w jakich powstało.

Zacząłem stosować techniki Aureliusza i polecałem je znajomym. Pewnego razu sam, w środku miasta, idąc z ciężkimi zakupami, poczułem się bardzo kiepsko. Świat wydał mi się podły – ja nieszczęśliwy, bez perspektyw. I w tym kompletnym dołku technika i myśl stoicka zadziałały jak olśnienie! Pomyślałem sobie: JA ŻYJĘ, istnienie właśnie takie jest! Ułożyło mi się to w głowie w gotowe zdanie: „doświadczam życia, niczego więcej”. Zrozumiałem, że po prostu stoję na tym chodniku, z tymi siatami, wodą mineralną, i tyle. Wszystko. Nie muszę świata zmieniać, poprawiać, manipulować. W ułamku sekundy smutek i napięcie spłynęły ze mnie, a ja poczułem zmysłową bliskość z otoczeniem. Można to osiągnąć, stosując inne techniki, np. medytacyjno-relaksacyjne, ale stoikowi wystarczy po prostu błysk, jedna myśl.

Na czym polega terapeutyczna moc „Rozmyślań” Aureliusza? Marek Aureliusz pisał „hypomnemata” – notatki terapeutyczne. Dla przypominania sobie o postawie stoickiej, którą przyjął, o tym, że życie toczy się właśnie teraz. To nie była próba zabłyśnięcia w filozofii, tylko ćwiczenia na własny użytek. Wprowadzały Aureliusza w stan eudajmonii, czyli zgody na to, co jest, odklejenia od dyktatu rzeczywistości. Być może w dniu, gdy to pisał, na imperium rzymskie nadciągały hordy barbarzyńców… W wojskowym obozie mógł mieć za sobą zły dzień, może stracił przyjaciela, poniósł klęskę – mimo to wracał do swojej stoickiej percepcji świata. Codziennie zanim poszedł spać robił podsumowanie dnia. Nie: co było przyjemne, a co nie, ale: „Jakie osądy wydałem, jak reagowałem? Czy realizowałem cnotę od rana do wieczora?”. Z tego siebie rozliczał wieczorem, a nie z tego, czy udało mu się odeprzeć ataki dzikich hord… Bo to właściwie najmniej zależało od niego. A rano zaczynał dzień od przypominania sobie prawd stoickich: że ważny jest osąd, a dziedzina osądu jest przestrzenią pracy nad sobą. Wszystko inne nam nie podlega. Innych też oceniajmy po tym, jak uprawiają swoją cnotę, a nie po pozorach. Ktoś rozcina komuś brzuch: co innego, jeśli to jest morderca, a co innego, jeśli lekarz, który operuje, prawda?

 
Co z praktyk Marka Aureliusza zaproponujemy Czytelnikom? Właśnie hypomnemata, czyli pisanie dla siebie notatek terapeutycznych – na z góry założone tematy. Na przykład układanie sentencji, jak to jest żyć w chwili obecnej. Wyrycie własnej prawdy, która jest zasadą… Zapisane słowa działają. Stoicyzm nie jest ćwiczeniem na kwadrans. Jest budowaniem postawy przez wszystkie czynności, od rana do wieczora. Tylko wtedy zakorzeni się w człowieku – a hypomnemata są jednym ze sposobów. Przelewajmy na kartkę przeżycia, ujmując je w ogólne prawdy. Jak coś utrwalimy w piśmie – jest już czynem, nie tylko życzeniem.

Czy na te korki i ciągły pęd miasta znajdzie się jakaś stoicka rada? Bardzo dobra jest też pewna technika pochodząca z Mind-Body Bridging – całkowicie w duchu stoickim, choć nauczyłem się jej w Stanach. Dotknięcie rzeczywistości. To sposób, by z pomocą zmysłów uwolnić się od świata myśli. Radio w samochodzie wyłączyć! Właśnie wyłączyć, nawet relaksacyjną muzykę. Ucieczka od napięcia w muzykę czy wiadomości, to ułuda, pozorne lekarstwo – napięcie i tak się buduje. Zamiast tego dostrójmy się do doznań zmysłowych – do dotyku dłoni na kierownicy, ciężaru ciała w fotelu, szumu ulicy. Bez interpretowania i bez specjalnych oczekiwań.

Bo będą spełnione. Bombki w neuronach już przygotowują się do tego, by eksplodować… Wyskoczmy z tego. Przez poczucie ciepła, zapachu. Możemy ćwiczyć to wszędzie: myjąc zęby, pod prysznicem. Przecież doznania zmysłowe nas otaczają, to my je od siebie izolujemy poprzez wewnętrzny dyskurs, który zabiera uwagę i przynosi cierpienie. Obiecuję, że przez dotknięcie rzeczywistości w ciągu 5 minut nadejdzie relaks.

Zrelaksowani dojeżdżamy do sklepu, a tu… awantura przy kasie! I na to jest sentencja stoicka. Epikteta. O tym, że poddając się emocjom, wściekając na chamstwo ekspedientki, oddajemy w niewolę własną duszę. A technika, jaką proponuję, radzi postrzegać chamstwo jako chorobę – nie ciała, lecz duszy, chwilowe szaleństwo. Ekspedientka, która jest opryskliwa, ma chory osąd. Powstaje pytanie: „po co mamy się tym zarażać, odpowiadać jej tym samym, przyjmować jej reguły?”.

Stoicyzm to mentalna samoobrona – nie kupujemy dzięki niemu nastrojów i wymogów innych ludzi, także religii, przesądów. Złość ekspedientki narusza naszą godność, źle nam z tym, że się jej nie podobamy. Ale jeśli wyobrazimy sobie, że to jest choroba, to już nie ona robi nam krzywdę, lecz po prostu zachodzi pewien proces. A złoszczenie się na proces nie ma sensu, zaistniały warunki, musiał zajść. Czy możemy to zmienić? Jeśli odpowiemy tym samym, to na pewno nie. Pomoże raczej reakcja stoicka, spokój. Wystarczy jeden uśmiech, sam sprawdzam to przy kasach.

A nieszczęście o poranku, kiedy trzeba wstać… I tu pomocna będzie technika rozbrajania wymogów. Bo budzimy się i od razu mamy wymogi wobec rzeczywistości. Odróżnijmy wymogi od oczekiwań. Oczekiwania są naturalne. Postawa: „ale byłoby fajnie pospać” – jest oczekiwaniem. Takim, na które wszechświat mi nie odpowie – więc nie zaczynam płakać, tylko uznaję, że muszę iść do pracy, no i w porządku. Ważne, co dalej robimy z tą myślą. Jeśli użyjemy techniki nazywania myśli (wiem, że mam taką myśl: „jeszcze pospać dwie godziny” – ale to tylko myśl) i pozwolimy jej przez nas przepłynąć, ona nie zatrzyma się w ciele, a my jakoś poczłapiemy do tej łazienki. Po pięciu minutach nie będzie to już takie nieszczęście. Problem pojawia się, gdy oczekiwanie przeistoczy się w wymóg. Zamiast „chciałbym” – pojawia się „powinienem” móc pospać. I zaczyna się budować cała historia: o tym, że rzeczywistość powinna być inna. Słowo „powinienem” rodzi napięcie. Wstaję, choć chciałbym spać, ale jestem świadomą częścią toczącego się procesu. A jak mówię: „powinienem móc jeszcze dwie godziny spać”, zrywam kontakt z otoczeniem, skupiam się na tym uczuciu, czuję wewnętrzny bunt, napięcie. I ono jest ze mną potem przez cały dzień, a nawet życie. Może się utrwalić jako historia o mnie – nieudaczniku i będę żyć tym wyobrażeniem.

Technika rozbrajania wymogów pokazuje, jak wiele ich tworzymy przez cały czas w głowie. Na przykład: chcę przejść przez ulicę, zielone światła, a tu jakaś ciężarówka cofa. Od razu w głowie: „Czemu? Nie powinna teraz cofać! Co ona tu robi? Na zielonym? Chcę, żeby jej nie było”. Rozbroi go zwykła świadomość tego wymogu. Polecam nazywanie swoich myśli. Powiedzmy sobie: „To tylko mój wymóg wobec rzeczywistości. Ciężarówka to rzecz obiektywna, to mój gniew czyni ją problemem”. Złość to tylko interpretacja, nie obiektywne fakty. Nawet realistyczne oczekiwania zamienione w wymóg sprawiają, że cierpimy.

Oto osoba, z którą umówiłem się na spotkanie, spóźniła się już więcej niż kwadrans. A ja oczekuję, że nie będzie się spóźniać. Uprawnione oczekiwanie, ale gdy zamieni się w wymóg, napycha głowę myślami typu: „lekceważy mnie, nie jestem dość dobry, aby przyszła na czas”. A tymczasem ona utknęła być może na czerwonych światłach!

I wściekła na rzeczywistość wymaga zielonych? Jak się spieszymy, to właśnie wtedy światła są czerwone albo auto nie zapala. I zawsze wydaje się nam, że jesteśmy na tym wolniejszym pasie. A to tylko kolejny wymóg, który brzmi: „moje auto zawsze musi zapalić i być gotowe!”. To nie rzeczywistość. Nawet najlepszy samochód ma prawo się zepsuć. Piekło zaczyna się głowie. Zamiast wezwać taksówkę albo sprawdzić szybko w telefonie, jakim dojechać autobusem, przeżywam horror buntu, irytacji i niezgody na to, co się stało.

 
A u dentysty? Wyobrażanie sobie naukowej strony borowania zęba pomaga? I to chyba akurat ucieczka od rzeczywistości? Nie, bo naukowa strona borowania jest prawdziwsza niż strach! To on ma wielkie oczy i jest tylko w umyśle, jakby ten lekarz chciał nas zamordować. Stoicyzm oczywiście wykorzystuje metafory i wizualizacje, ale w celu odzyskiwania rzeczywistości, a nie budowania jej kolejnej interpretacji. To powrót do „tu i teraz”.

Sentencja Aureliusza, którą polecam stosować na przeziębienie: „Grypa jest jak róża – rozwija się tak jak ją zaprogramowała natura, z kolcami”. To też metafora, ale ma funkcję taką: leżę chory i nienawidzę tego stanu. Do cierpienia fizycznego dokładam sobie mentalne. A gdy wyobrażę sobie, że to stan naturalny, taki sam jak rozkwitanie róży, to przestaję się męczyć. Jest tylko to, co jest: gorączka, katar. Dzieje się. Po co potęgować dyskomfort niezgodą na taki stan?

Ale to poddanie się losowi! Co z wolną wolą i wyborem człowieka?

Według stoików, wolny wybór mamy wyłącznie w chwili obecnej. Im bardziej w niej jesteśmy, tym więcej naszej woli, bo tym bardziej uciekamy od schematów myślenia. Konwencje wpływają na ludzi destrukcyjnie. W wymiarze wszechświata nasze istnienie jest współtworzeniem, równoważną z innymi cząstką kosmicznego procesu. Tak samo żebraka, jak szefa wielkiej korporacji… Nie ma tu różnicy. Nie mniej niż drzewa i gwiazdy masz prawo być tutaj – to z Dezyderaty. Wolność znajdziesz tylko w dostrojeniu się do kosmosu – tak powiedzieliby stoicy, i to wydaje się deterministyczne. Ale w gruncie rzeczy nie jest. Bo nam, współczesnym, wydaje się, że wolność polega na wyrażeniu egoistycznej indywidualności. A czymże jest ta indywidualność? Czy przypadkiem nie serią wtłoczonych nam schematów i  wyobrażeń? Wewnętrzna zgoda na to, co się dzieje – oto wolność. To, czy popadamy w fatalizm, zależy też od celu. Jeśli za cel życia postawimy sobie posiadanie wielkiego majątku albo wysokie stanowisko w korporacji – to tak naprawdę kupiliśmy czyjąś wersję życia. Głoszoną jako wzór w danych czasach. Naszej kultury. A przecież w każdej chwili możemy wszystko stracić. No i która z postaw jest bardziej zdeterminowana: realizowanie wciśniętych nam celów czy zgoda na to, co się dzieje? Według stoików, jesteśmy doskonali. Trapią nas tylko błędy myślenia.

Na przykład poczucie wyjątkowości i pragnienie nieśmiertelnej sławy? Wyjątkowość według stoików istnieje tylko w wewnętrznej postawie, nie w formie sławy czy tego, co dziś nazwalibyśmy sukcesem medialnym. To rzeczy bardzo kruche: co się bowiem stanie, jeśli następnego dnia ktoś namaluje lepszy obraz? Depresja? Stoika nie obeszłoby to, bo wie, jak nietrwałe i kapryśne, nierzeczywiste jest budowanie swojego samopoczucia na przykład na recenzjach krytyków. Zła recenzja? Dla stoika to świetna lekcja. Jedna z technik polega właśnie na tym, że traktujemy zdarzenia jako serię lekcji. Pochwały recenzentów są zerową wartością. Są kompletnie nietrwałe. Nie możemy na nich niczego budować, są jak zamki na piasku. Prawdziwa wartość tkwi może w radości tworzenia, ale nie w tym, że obraz zawisł w Galerii Narodowej. Kto będzie o tym pamiętać za tysiąc lat? Pragnienie nieśmiertelności to zaburzenie naturalnych relacji człowieka ze śmiercią. Pragnienie nieśmiertelnej sławy jest ślepą uliczką i nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Marek Aureliusz pisze: Czy to był Aleksander Wielki, czy poganiacz mułów, po śmierci ten sam los osiągnęli.

Śmierć to rozstanie z tym światem. Niesie ból. Nasza relacja ze śmiercią została zakłócona przez religię, nie widzimy w niej naturalnego procesu, płaczemy, przeżywamy żałobę. To sztuczne wymogi społeczeństwa wobec nas, odciągają nas od natury. Tożsamość jednostkowa jest przecież złudzeniem, niby jesteśmy jednostkami, ale przestańmy nimi być w chwili śmierci. Pogląd, że istnieje nieśmiertelna dusza, a tożsamość osobowa przechodzi do innego stanu: nieba? Stoicy odrzucają takie myślenie. Bo jak wyobrazić sobie wszechświat, w którym byty nie umierają? Widzę to jako swojego rodzaju kosz ze śmieciami, który się wypełnia, w końcu wysypuje. Tylko gdzie się wysypuje? Przecież poza wszechświatem z definicji, z tym jego „wszech…”, nie ma nic innego. Wszechświat jest mądry, dokonuje się w nim ciągła przemiana, istnieje. Trochę taki recykling życia – o, to byłoby pojęcie bliskie stoikom! A nam się wydaje, że powinniśmy płakać i cierpieć. Stoik powie: „człowiek jest śmiertelny i nie decyduje o tym, kiedy umrze”. Takie są fakty i bunt niczego nie zmieni, spotęguje tylko cierpienie. Czy nie lepiej odczuwać szczęście z powodu życia, gdy trwa?

Jaki mam wpływ na to, by szczęście zatrzymać? Szczęście biorące się z pomyślnych wydarzeń? Według stoików – żadnego. Ale za to może pani być świadoma tego, że tak jest.

Czy to cecha stoika doskonałego? Nie ma kogoś takiego. Można być najwyżej w drodze do doskonałości. Ale samo dążenie jest już wielką korzyścią, podnosi jakość życia. Każdy krok uwalnia nas od mocy tego wewnętrznego dyktatora w głowie.

Marcin Fabjański filozof i pisarz, absolwent UAM i University of York w Anglii. W USA poznał technikę  Mind-Body Bridging, w Birmie, Nepalu zgłębiał filozofię Wschodu. Łączy buddyzm ze stoicyzmem, żeby zbudować metodę prostej radości życia w dzisiejszym szalonym tempie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Szpital dla chorych i osieroconych nietoperzy

Kiedy osierocone dzieci rudawek trafiają do szpitala Tolga, mają kilka tygodni i ważą nie więcej niż 200 g. Wolontariusze karmią je za pomocą strzykawki, dopóki nie nauczą się ssać samodzielnie. Potem przechodzą na smoczki z butelek dla niemowląt. Małe rudawki są opatulane w miękkie szmatki. Taki becik ma zastąpić mamine skrzydła. W naturze przez pierwsze tygodnie po narodzinach żyją wczepione w futerko matek, żywiąc się ich mlekiem (Zdjęcie: JÜRGEN FREUND/NATURE PL/BE&W)
Kiedy osierocone dzieci rudawek trafiają do szpitala Tolga, mają kilka tygodni i ważą nie więcej niż 200 g. Wolontariusze karmią je za pomocą strzykawki, dopóki nie nauczą się ssać samodzielnie. Potem przechodzą na smoczki z butelek dla niemowląt. Małe rudawki są opatulane w miękkie szmatki. Taki becik ma zastąpić mamine skrzydła. W naturze przez pierwsze tygodnie po narodzinach żyją wczepione w futerko matek, żywiąc się ich mlekiem (Zdjęcie: JÜRGEN FREUND/NATURE PL/BE&W)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Nie piją krwi, nie są nawet drapieżnikami – jedzą owoce. Rudawki okularowe to nietoperze, ale są pozbawione zmysłu echolokacji, więc nie potrafią latać w zupełnej ciemności. Mają za to całkiem niezły wzrok i słuch. Żyją w koloniach, dzień spędzają, wisząc głową w dół. Są pożyteczne, bo tak jak pszczoły zapylają rośliny. Chyba że na swojej drodze spotkają kleszcza.

W połowie lat 80. na płaskowyżu Atherton Tablelands, w australijskim stanie Queensland, ogromne liczby rudawek okularowych, zwanych potocznie latającymi lisami, zaczęły wymierać w tajemniczych okolicznościach. Przyczynę udało się odkryć dopiero w 1990 roku Bruce’owi i Ann Johnsonom.

Winowajcą okazał się najniebezpieczniejszy ze znanych kleszczy Ixodes holocyclus. Jego ukąszenie może spowodować paraliż ciała. I tak działo się w przypadku rudawek. Sparaliżowane – nie mogły już swoim zwyczajem wczepiać się stopami w gałęzie, spadały w leśne poszycie, by tam skonać. Dramatyzmu sytuacji dodawał fakt, że w ich ciała bardzo często wczepione były młode. Po śmierci matki próbowały o własnych siłach wspinać się na drzewa, nawołując żałośnie, jednak czekała je pewna śmierć. W 1997 roku grupa wolontariuszy w odpowiedzi na dużą skalę tego zjawiska stworzyła medyczny oddział ratunkowy, który z czasem przekształcił się w regularny szpital dla nietoperzy Tolga.

Sezon na kleszcza

Zmniejszanie się powierzchni lasów zniszczyło naturalne środowisko rudawek i znacznie ograniczyło im dostęp do głównego źródła pożywienia – miejscowych owoców i kwiatów. Nietoperze nie miały wyboru – w poszukiwaniu jedzenia musiały wypuszczać się poza obszar tropikalnego lasu, gdzie natknęły się na mordercze owady. Kleszcze wspinają się na rośliny takie jak dziki tytoń – który owocuje akurat w czasie sezonu rozrodczego latających lisów – by spokojnie czekać na nosiciela. Zainfekowane nietoperze zanoszą je potem do swojej kolonii.

Każdego roku szpital otrzymuje przeciętnie 800 zakażonych dorosłych osobników i 400 małych sierot. Zwierzęta są transportowane samolotem w specjalnie skonstruowanych pojemnikach, w których mogą wisieć sobie głową w dół tak jak na gałęzi. Wolontariusze i obsługa rezydują w Tolga od października do lutego, czyli w czasie gdy grozi ugryzienie kleszcza, zbiega się to z okresem narodzin rudawek (to dlatego sierot jest tak dużo).

Żłobek nietoperza

Maluchy są regularnie czyszczone, opiekunowie starają się im zastąpić nieobecne matki, wszyscy pacjenci są też ważeni, mierzeni i karmieni. Na końcu instaluje im się mikroczipy, żeby można było śledzić ich dalsze losy.

Kiedy osierocone dzieci latających lisów trafiają do szpitala, mają kilka tygodni i ważą nie więcej niż 200 g. Wolontariusze karmią je za pomocą strzykawki, dopóki nie nauczą się pić samodzielnie. Potem przechodzą na smoczki z butelek dla niemowląt. Następnym etapem jest przejście na owocową dietę, bo to właśnie owoce stanowią podstawę diety rudawek. Zanim to jednak nastąpi, małe nietoperze lądują w żłobku, gdzie przez większość czasu śpią okutane w miękkie szmatki, co ma imitować opiekuńcze skrzydła ich matek. Przy okazji beciki chronią skrzydełka i stopy maluchów, wyposażone już w pazury – dzięki temu nie kaleczą się nimi nawzajem. Jak tylko podrosną i stają się nieco bardziej energiczne, instynktownie wczepiają się w T-shirty opiekunów, tak jak wczepiłyby się w futra swoich matek, żyjąc z nimi w dziczy.

Ciężki los zapylacza

Drut kolczasty i siatki na drzewach owocowych to kolejna przyczyna obrażeń i wzrostu śmiertelności owocowych nietoperzy. Poza rudawką okularową do szpitala trafiają też inne gatunki, takie jak rurkonos i wiele małych nietoperzy. Jenny Maclean, założycielka Tolga, i jej wolontariusze opiekują się swoimi niezwykłymi pacjentami 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Poza szpitalem dla nietoperzy Jenny rozwinęła także uznane na świecie centrum badawcze oraz edukacyjne, żeby ludzie dzięki dostarczanym przez nie informacjom mogli poznać te zwierzaki i koegzystować z nimi bez strachu.

Powrót małych nietoperzy do naturalnego środowiska odbywa się stopniowo. Kiedy osiągają cztery miesiące, są umieszczane w lesie w klatce. Pozostaje zamknięta przez trzy dni, tak żeby mogły się zaaklimatyzować w nowym miejscu. Czwartego dnia drzwi klatki zostają otwarte, w nocy mogą więc dołączyć do żyjących na wolności nietoperzy. Jednak wciąż jeszcze wracają do swojego schronienia – przez pięć miesięcy znajdują tam pozostawiane dla nich owoce.

Rudawki okularowe pełnią funkcję zapylaczy i roznosicieli nasion wielu gatunków drzew rosnących w lasach tropikalnych, a to znaczy, że są niezbędne dla australijskiego ekosystemu. Pyłki przyczepiają się do ich futerka, gdy przenoszą się z kwiatu na kwiat i z drzewa na drzewo. Szacuje się, że jedna rudawka może rozdystrybuować aż 60 tysięcy ziaren pyłku jednej nocy. Niestety, nietoperze mają opinię szkodników niszczących uprawy, dlatego nie zapewniono im prawnej ochrony. Oddolne inicjatywy takie jak szpital Tolga to poruszający przejaw troski o ochronę tego gatunku. Dzięki efektywności programu ratunkowego do życia na wolności w lasach tropikalnych wróciły już setki nietoperzych sierot.

  1. Styl Życia

Mateusz Waligóra – pieszo wzdłuż Wisły

– Wędrując wzdłuż biegu Wisły, przeżywałem dokładnie te same emocje, może tylko w mniejszym stężeniu, co na pustyni Gobi, w Patagonii czy Himalajach. Miejsce ma dla mnie coraz mniejsze znaczenie, a liczy się poczucie bycia w ruchu, zwłaszcza kiedy idę piechotą, co bardzo różni się od innych form podróżowania – mówi podróżnik Mateusz Waligóra. (Fot. Alina Kondrat)
– Wędrując wzdłuż biegu Wisły, przeżywałem dokładnie te same emocje, może tylko w mniejszym stężeniu, co na pustyni Gobi, w Patagonii czy Himalajach. Miejsce ma dla mnie coraz mniejsze znaczenie, a liczy się poczucie bycia w ruchu, zwłaszcza kiedy idę piechotą, co bardzo różni się od innych form podróżowania – mówi podróżnik Mateusz Waligóra. (Fot. Alina Kondrat)
Lockdown sprawił, że podróżnik Mateusz Waligóra zamiast do Australii wyruszył wzdłuż Wisły, w dodatku pieszo. Teraz wie, że dla niego liczy się nie miejsce, a poczucie bycia w ruchu. I że nie musi nikomu niczego udowadniać.

Masz na swoim koncie wiele ekstremalnych samotnych wypraw. Skąd wzięła się ta fascynacja? Jako dziecko zaczytywałeś się w książkach podróżniczych?
Gdy chodziłem jeszcze do liceum w Nysie, moi rówieśnicy zastanawiali się, co robić w życiu, żeby dało im to pieniądze. Ja mówiłem, że będę podróżnikiem i z tego będę żył. Nie spotykałem się ze zrozumieniem i to sprawiło, że zacząłem wagarować i chodzić nad Jezioro Nyskie. Czułem, że pasuję jedynie do natury. I to było bezpośrednim powodem, dla którego chciałem poznać świat.

Książki podróżnicze też czytałem, przede wszystkim Arkadego Fiedlera. Aż trafiłem na „Prowadził nas los”' Kingi Choszcz i Radosławy Siudy, którzy w pięć lat objechali świat autostopem. Zrozumiałem, że jeżeli chcę, to mogę, i w głowie włączył mi się tryb realizacji planu. Poszedłem na kurs przewodników górskich, tam spotkałem swoją przyszłą żonę – Agnieszkę. Pojechaliśmy rowerami najpierw na Kubę, a następnie przez Amerykę Południową. Potem były kolejne wyprawy.

Dziś walczę z poczuciem tożsamości – nie wiem, kim jestem, i cały czas tej odpowiedzi szukam. Nie wiem nawet, jaki zawód sobie wpisać. Po tych wszystkich latach nie chcę być już podróżnikiem.

Mateusz Waligóra, podróżnik, fotograf, przewodnik, członek prestiżowego The Explorers Club. W 2018 roku jako pierwszy człowiek przeszedł samotnie i bez wsparcia mongolską część pustyni Gobi. (Fot. archiwum prywatne)Mateusz Waligóra, podróżnik, fotograf, przewodnik, członek prestiżowego The Explorers Club. W 2018 roku jako pierwszy człowiek przeszedł samotnie i bez wsparcia mongolską część pustyni Gobi. (Fot. archiwum prywatne)

Dlaczego?!
Bo o ile kiedyś chciałem dotrzeć do różnych dalekich miejsc, to teraz wiem, że nie chodzi o miejsca.

A o co?
O poczucie bycia w ruchu. Uświadomiła mi to moja ostatnia wyprawa. Wędrując wzdłuż biegu Wisły, przeżywałem dokładnie te same emocje, może tylko w mniejszym stężeniu, co na pustyni Gobi, w Patagonii czy Himalajach. Jak powiedziałem, miejsce ma dla mnie coraz mniejsze znaczenie, a liczy się poczucie bycia w ruchu, zwłaszcza kiedy idę piechotą, co bardzo różni się od innych form podróżowania. Kiedy jedziesz np. z Limy autobusem do Cuzco, zapamiętasz stolicę – jako pierwszą okładkę tej książki, a potem Cuzco – drugą okładkę. A pomiędzy nimi scenki, na których ludzie wożą kury, jest duszno, a ty rzygałeś. Podróżowanie rowerem to z kolei jak czytanie całej książki, najważniejsze jest właśnie to, co zdarza się pomiędzy okładkami: wioski, które miniesz; ludzie, których spotkasz; dźwięki i zapachy. Dzięki temu mogę powiedzieć, jak pachnie i jak brzmi droga do Cuzco. A kiedy zacząłem wyprawy piesze, zrozumiałem, że to jest najbardziej naturalny sposób podróżowania każdego człowieka.

Człowiek wędrował na długo przed tym, zanim odkrył koło...
Właśnie, kroki wytyczają rytm, także rytm myśli. Najtrudniejszy jest dla mnie zawsze pierwszy tydzień wyprawy: martwię się tym, co będzie, i tym, czego nie załatwiłem przed wyjazdem. Gdy wreszcie łapię rytm, wszystko trafia na swoje miejsce: zaczynam doceniać małe rzeczy, jak to, że mam gdzie spać, co jeść i pić, a niczego więcej nie potrzebuję. Wtedy marsz zamienia się w medytację i rozpoczyna się wędrówka ciała i głowy. To jakby dwie osobne wędrówki... Kiedy ostatnim razem moje ciało szło szlakiem Wisły, głowa była w każdym miejscu czasu i przestrzeni; wracałem pamięcią do okresu liceum, próbując zrozumieć, skąd przyszedłem i gdzie jestem teraz, myślałem też o wyprawie do Zatoki Wielorybiej na Antarktydzie.

I potem następuje faza zakończenia wyprawy, w sensie umownym, bo w moim przypadku wyprawa nigdy się nie kończy. Zrozumiałem to po przejściu Gobi. Wcześniej wydawało mi się, że jeśli dokonam czegoś tak spektakularnego jak pierwsze samotne przejście tej pustyni, to zmieni się moje życie. A kiedy doszedłem do miasteczka Sajnszand i to był koniec wędrówki, nie wydarzyło się absolutnie nic. Każda wyprawa mnie czegoś uczy – tamta uświadomiła mi właśnie to, że nigdy nie dotrę do celu, bo tego celu nie ma. Z kolei w przypadku szlaku Wisły zdałem sobie sprawę z tego, że nie muszę już nikomu niczego udowadniać ani bić rekordów, żeby mieć frajdę z podroży. W tym roku jeszcze pójdę wzdłuż wybrzeża Bałtyku. Czuję, że i ta przygoda wiele mi da.

A dlaczego wybrałeś akurat Wisłę?
Bo łączy dwa przeciwległe skraje Polski, prowadzi przez cały kraj i płynie tylko w jego granicach. Innymi słowy, wszystko, co się w dzieje z Wisłą, wynika z tego, jak traktujemy ją my sami. No i to rzeka symbol...

Od początku zakładaliśmy też, że w książce, którą napiszemy wspólnie z Dominikiem Szczepańskim, poruszymy wątki związane ze zmianami klimatu, ekologią, hydrologią, suszą. Dominik przeprowadził kilka rozmów z naukowcami, badaczami, osobami, które swoje życie zawodowe związały z Wisłą.

– Najtrudniejszy jest dla mnie zawsze pierwszy tydzień wyprawy – wyznaje Mateusz Waligóra. – Martwię się tym, co będzie, i tym, czego nie załatwiłem przed wyjazdem. Gdy wreszcie łapię rytm, wszystko trafia na swoje miejsce: zaczynam doceniać małe rzeczy, jak to, że mam gdzie spać, co jeść i pić, a niczego więcej nie potrzebuję. Wtedy marsz zamienia się w medytację i rozpoczyna się wędrówka ciała i głowy – dodaje. (Fot. Alina Kondrat)– Najtrudniejszy jest dla mnie zawsze pierwszy tydzień wyprawy – wyznaje Mateusz Waligóra. – Martwię się tym, co będzie, i tym, czego nie załatwiłem przed wyjazdem. Gdy wreszcie łapię rytm, wszystko trafia na swoje miejsce: zaczynam doceniać małe rzeczy, jak to, że mam gdzie spać, co jeść i pić, a niczego więcej nie potrzebuję. Wtedy marsz zamienia się w medytację i rozpoczyna się wędrówka ciała i głowy – dodaje. (Fot. Alina Kondrat)

Czy podczas wędrówki trzymałeś się blisko koryta?
Nie. Od początku nie chciałem wędrować wzdłuż samej rzeki – ona była dla mnie kompasem, który wskazywał kierunek na północ. Rozpocząłem wzdłuż jednego z potoków źródłowych, Białej Wisełki na stokach Baraniej Góry, a potem szedłem, jak mi podpowiadała intuicja i mówili napotkani po drodze ludzie. Miałem namiot, więc nocowałem nad rzeką czasami w polach kukurydzy lub u ludzi, których poznałem po drodze, albo u przyjaciół mieszkających nad Wisłą. Zmieniałem brzegi, bo gdzieś usłyszałem, że to warto poznać, tamto zobaczyć. Bardziej jednak interesowały mnie spotkania z ludźmi, którzy mogli o tej Wiśle opowiedzieć, więc wchodziłem też do wiosek. Obawiałem się, czy jako introwertyk dam sobie radę. Ale to ludzie zaczynali do mnie mówić, wystarczyło, że gdzieś pod sklepem zagadałem i rozmówca zwierzał się z połowy swojego życia. Wydaje mi się, że tę otwartość spowodował fakt, ze poruszałem się pieszo. Ludzie widzieli, że dotarcie do nich wymagało ode mnie sporo wysiłku i dlatego mogli mi zaufać.

I jakie wnioski wysnułeś z tej wędrówki?
Po pierwsze, taki, że trochę odwróciliśmy się od Wisły, zapominamy o niej. Lekceważąc to, że ona przez setki lat wpływała na to, jak obecnie wygląda Polska. A to, co zrobimy w kolejnych dziesięcioleciach, zdecyduje, jak ona będzie wyglądać.

Ważne jest też to, że doświadczyłem ogromnej życzliwości, ciekawości i troski od ludzi. Choć ciężko w to uwierzyć, w ciągu 46 dni marszu nie spotkałem się z żadną negatywną sytuacją ani reakcją na to, co robię. To ogromny kontrast w porównaniu z tym, co piszą ludzie w Internecie, gdzie mogę przeczytać tysiące negatywnych opinii na swój temat. To dosyć smutne, że w Internecie możemy być tym, kim naprawdę chcemy, a często wybieramy bycie chamami. A w prawdziwym życiu, nad Wisłą słyszymy, że wszyscy sąsiedzi w okolicy to bardzo dobrzy ludzie i niczego nie muszę się obawiać. To było dla mnie zaskakujące. Nie wierzyłem, że Polacy to gościnny naród, bo to samo słyszałem o każdym kraju, do którego jechałem. A jednak ta wyprawa mnie przekonała, że tak naprawdę jest – jesteśmy gościnni.

Na wykładach, które prowadzisz, zachęcasz do przekraczania własnych granic. Jaką barierę sam przede wszystkim przekraczasz, ruszając w podróż?
Barierę strachu – przed nieznanym i przed ryzykowaniem. Na przykład na pustyni Gobi margines błędu masz niewielki, bo kiedy się zgubisz i skończy ci się woda, to masz kilkanaście godzin, żeby się uratować. A tam jest wiele wyjeżdżonych ścieżek i łatwo się zgubić.

Nie miałeś wtedy telefonu satelitarnego?
Miałem, podobnie jak lokalizator GPS, modem satelitarny oraz ubezpieczenie amerykańskich komandosów, którzy deklarują dotarcie do mnie w ciągu kilku godzin. I żyłem w takim przekonaniu, że jeśli coś się wydarzy, to nacisnę przycisk S.O.S. i przyleci śmigłowiec... Aż do momentu, w którym złapała mnie pierwsza burza piaskowa i zdałem sobie sprawę, że w takich warunkach jestem zdany tylko na siebie, bo nikt do mnie nie dotrze.

Takich zagrożeń jest dużo. Na płaskowyżu solnym Salar de Uyuni w Boliwii, gdy przyjdzie burza i spadnie deszcz, to woda nie wsiąka w grubą warstwę soli. Brodzi się w solance i wystarczy jeden piorun... Tak ginęli już rowerzyści. Na pustyniach Australii dochodzą ogień i woda. Gwałtowna powódź spowodowała, że musieliśmy kiedyś z Agnieszką czekać tydzień, aż woda opadnie. I to w sezonie suchym. Nie wystarczyłoby nam żywności na resztę wyprawy i musieliśmy się wycofać. A rok później pożar buszu odciął mi drogę do studni.

Polecamy: „Szlak Wisły. 1200 km pieszej przygody”, Mateusz Waligóra, Dominik Szczepański, wyd. Neverending Stories, do kupienia w sklepie wydawnictwaPolecamy: „Szlak Wisły. 1200 km pieszej przygody”, Mateusz Waligóra, Dominik Szczepański, wyd. Neverending Stories, do kupienia w sklepie wydawnictwa

Powiedziałeś kiedyś, że każdy z nas choć na chwilę powinien stać się pustelnikiem, bo pustynia uczy bycia ze sobą. Nie boisz się samotności?
Boimy się samotności, bo boimy się siebie... A pustynia powoli zaczyna zdzierać z ciebie warstwy i dociera do wnętrza. Tam nie musisz nikogo udawać, jesteś po prostu sobą. Nie ojcem, dziennikarzem, podróżnikiem, politykiem, kimkolwiek... Zaczynasz dostrzegać, jakim jesteś człowiekiem, czego chcesz, jakie są twoje prawdziwe intencje, czy chcesz robić to, co robisz, i czy robiłbyś to, gdyby nie było pieniędzy na świecie. Przestajesz też myśleć o tym, jak postrzegają cię inni ludzie. Te dziesiątki nieoczywistych pytań, na które próbujesz odpowiedzieć, to jest niesamowicie oczyszczające. Po raz pierwszy doświadczyłem tego, kiedy szedłem przez pustynię w Australii, to było fascynujące. Na każdej kolejnej odludnej wyprawie to się we mnie umacnia. Kiedyś bałem się przebywać sam z sobą, ale teraz to lubię, a nawet nieraz czuję się bardziej samotny wśród ludzi, których nie rozumiem, którzy mnie nie rozumieją, którzy czegoś oczekują.

Którą z wypraw najbardziej przeżyłeś psychicznie?
Wszystkie przeżywam. Pod kątem fizycznym łatwo je ocenić, np. „Waligóra przeszedł pustynię Gobi, zrobił 1700 km, dokonał tego jako pierwszy człowiek, schudł 24 kg”. A dla mnie najważniejsza jest wędrówka w głowie, której nie jestem w stanie opisać nikomu. Sam do końca tego nie rozumiem. I każda kolejna jest kontynuacją poprzedniej.

Mateusz Waligóra, podróżnik, fotograf, przewodnik, członek prestiżowego The Explorers Club. W 2018 roku jako pierwszy człowiek przeszedł samotnie i bez wsparcia mongolską część pustyni Gobi.