Dylematy szpiega. Vincent V. Severski w rozmowie o tym, co się dzieje, gdy w szpiegu zwycięża człowiek

Vinvent V. Severski - były oficer wywiadu PRL i RP, działający przez 26 lat pod przybraną tożsamością. W 1990 roku pozytywnie zweryfikowany. (fot. BEW)

To wielki paradoks tej pracy – zgłębiając najciemniejsze strony ludzkiego charakteru, sami musimy zostać krystaliczni, czystsi niż wszyscy inni – mówi Vincent V. Severski, pisarz i były oficer wywiadu. W rozmowie z Joanną Olekszyk zdradza, co się dzieje, gdy w szpiegu zwycięża człowiek.

W „Odwecie” po raz kolejny opisuje pan świat dla większości z nas niedostępny, o którym mamy mgliste wyobrażenie, tworzone głównie na podstawie filmów szpiegowskich. A jednak bycie oficerem wywiadu, agentem czy szpiegiem – choć wiem, że tego określenia pan nie lubi – to dla wielu osób w Polsce praca, służba, a nawet misja. Obciążająca psychicznie i fizycznie, a jednocześnie ogromnie angażująca.

Nasz zawód jest wymagający, i to z wielu powodów. Wszystkich ich z pewnością nie uda mi się wymienić, podam kilka z nich: dlatego, że kradniemy informacje, że manipulujemy, że kłamiemy, że używamy nieczystych czy nieetycznych metod w ogólnym znaczeniu tego terminu. Fundamenty naszej pracy dla zewnętrznego obserwatora z jednej strony są naganne, z drugiej strony – wychowany na wspomnianych filmach szpiegowskich – zdaje sobie on sprawę z tego, że robimy to dla dobra wyższego, choć czasem trudno mu ustalić, po której stronie – dobrej czy złej – właściwie jesteśmy. Z kolei dla nas, oficerów wywiadu, sprawa jest jasna. To wszystko, o czym powiedziałem, to jedynie narzędzia pracy. Ten, kto zaczyna je stosować poza nią, popełnia fundamentalny grzech przeciwko istocie bycia oficerem wywiadu. To wielki paradoks tej pracy – zgłębiając najciemniejsze strony ludzkiego charakteru, sami musimy zostać krystaliczni, czystsi niż wszyscy inni. Dlatego, że materia, z którą przychodzi nam pracować, jest tak trudna i demoralizująca, że bardzo łatwo popełnić błąd.

To, co zewnętrznym obserwatorom może wydawać się relatywne moralnie, dla oficera wywiadu jest biało-czarne?

Jako społeczeństwo mamy oczywiście ogólne wyznaczniki tego, co jest dobrem, a co złem, wynikające z naszej kultury i obowiązujących w niej norm moralnych czy religii chrześcijańskiej, w której większość z nas została wychowana. U oficerów wywiadu ta granica przebiega jednak w trochę innym miejscu: dobro to jest to, co jest dobre dla naszego kraju i bezpieczeństwa naszych obywateli, a zło to wszystko to, co bezpieczeństwu zagraża. Dlatego ludzie, którzy do nas przychodzą – młodzi, bardzo dobrze wykształceni, często o gęsto skrystalizowanym światopoglądzie, na przykład religijnym, nie mogą sobie poradzić z wyzwaniami tej pracy. Nie rozumieją na przykład takich kategorii, jak dobro wyższe i dobro niższe. A w prawie i w religii istnieje pojęcie ratowania dobra wyższego kosztem niższego. Zwykli ludzie mają jednak z tym problemy. Jako pisarz obdarzam takimi wątpliwościami także moich bohaterów, to dobre dla historii i dla czytelnika. Znam przypadki oficerów, którzy nie wytrzymują tego napięcia, pękają, przekraczają granicę, której nie powinni przekroczyć. Można to zrozumieć… Jeśli się nosi miliony w gotówce, a samemu zarabia niedużo… Ale oficer, który weźmie choćby dolara, jest skończony. W ten sposób stawia przecinek w notatce służbowej, a przecinek ma znaczenie dla wymowy tekstu. Bez silnej etyki nie ma profesjonalnego oficera wywiadu.

Często jednak nie chęć zysku czy pokusa przesądzają o końcu takiego oficera, a jego osobiste uwarunkowania. Sympatia do kogoś, lub wprost przeciwnie – niechęć. Miłość, namiętność. O takich perturbacjach też pan pisze. Czy można niczym James Bong nie angażować się emocjonalnie?

No właśnie, oficerowie czy agenci też są ludźmi i popełniają błędy. Tak jak moja poprzednia książka „Zamęt” była szpiegowsko-politycznym thrillerem o rysie kryminalnym, tak „Odwet” jest szpiegowsko-polityczno-kryminalno-obyczajowy – z akcentem na ostatni człon. To pierwsza książka, w której ukazuję środowisko wewnętrzne oficerów wywiadu w, powiedziałbym, bardziej właściwych proporcjach. Są romanse, zdrady, różne koterie czy układy, i to wszystko ma wpływ na ich funkcjonowanie. Trzeba tylko umieć uchwycić ten moment, kiedy to może zagrozić bezpieczeństwu państwa. Rzecz w tym, że życie prywatne czasem wpływa na naszą pracę, niezależnie od tego, jak bardzo staramy się, by tak się nie działo. Podejrzewam, że po „Odwecie” będę miał sporo uwag od kolegów, że za bardzo odkrywam te nasze dylematy.

Ale właśnie dzięki temu czytelnik może was zrozumieć. Nie chcemy czytać o robotach, tylko o ludziach, z którymi możemy się utożsamić.

I dokładnie to miałem na celu. Ostatnio podczas spotkania z czytelnikami jeden mężczyzna powiedział mi: „Mam do pana szacunek za to, że po tym, jak napisał pan dość przygodową i sensacyjną tetralogię, nie skusił się pan na odcinanie kuponów od tamtego sukcesu, a zrobił krok dalej i zaczął pokazywać świat wywiadowczy od innej strony”. Bardzo jestem mu za to wdzięczny. W powszechnym przekonaniu życie szpiega jest bowiem barwne i lekkie jak film o Bondzie, w rzeczywistości to bardzo skomplikowany kalejdoskop spraw i uczuć. A mnie nie zależy już na zdobywaniu popularności, tylko na przedstawieniu tajników ludzkiej duszy.

Spodobało mi się, jak podczas naszego poprzedniego spotkania powiedział pan, że pisząc o ludziach wywiadu, chciał pan pokazać nam, zwykłym obywatelom, że podczas kiedy my smacznie śpimy, ktoś czuwa, by ten sen był naprawdę spokojny.

Wiem, że to brzmi jak fragment wierszyka dla dzieci, my w taki sposób o sobie nie mówimy czy nie myślimy, ale gdzieś głęboko w naszej świadomości takie przekonanie i poczucie istnieje. Słowo „czuwanie” rzeczywiście oddaje sens naszej pracy, bo na nią nie składają się tylko akcje, pościgi czy podróże, to w przeważającej części po prostu czekanie.

Czekanie potrafi być najbardziej wyczerpujące.

To prawda, trzeba umieć czekać. Kiedy się czeka, to się dużo myśli. My wtedy się nie relaksujemy, nie pijemy, nie rozmawiamy – tylko jesteśmy skupieni. I często przychodzi taka myśl, że robimy coś ważnego, coś, co naprawdę ma znaczenie, choć większość ludzi nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Przyznaję, dzięki temu ma się też poczucie elitarności.

To zrozumiałe, w końcu motywacja jest najważniejsza.

To jest bardzo przyjemne uczucie. Zwłaszcza kiedy akcja się uda, bo nie każda się udaje. Na 10 prób werbunku agenta, jeśli jednak się uda, to jest bardzo dobrze. Dziewięć to porażka, ale porażki też trzeba umieć znosić. I przekuwać je później w sukcesy.

Vincent V. Severki realizował zadania na Wschodzie, w Azji, na Bliskim Wschodzie, w Afryce i Europie. Odbył około 140 misji w blisko 50 krajach. Odszedł w 2007 roku na własną prośbę ze służby w wywiadzie w stopniu pułkownika, od tego czasu pisze książki sensacyjno-kryminalne. Najnowsza „Odwet” ukazała się nakładem wydawnictwa Czarna Owca. (fot. BEW)

Umiejętność czekania, znoszenia porażek i oddzielania życia prywatnego od służbowego – nic dziwnego, że pana bohaterowie co chwila chcą rzucić tę pracę. A jednak zostają… Dlaczego?

Wie pani, kiedy raz na jakiś czas coś się uda, to strzela taka adrenalina, że potem świat wydaje się kolorowy, a wszyscy ludzie są braćmi. Znikają wspomnienia potu, trudu i brudu, nędznego jedzenia, godzin bez snu. I to jest wielka nagroda, jeszcze większa, gdy dostajemy odzew od tych, którym te ciężko zdobyte informacje dostarczamy. Co się rzadko zdarza i zwykle ma formę odręcznej notatki od prezydenta o treści „dziękuję” albo „gratuluję”. Potem urządzamy sobie małą uroczystość, przychodzi szef agencji, sporadycznie pojawia się premier, oraz ci, którzy to realizowali, czyli łącznie jakieś pięć-sześć osób. Są odznaczenia, które zabieramy do domu, jest uścisk dłoni. Cudne momenty!

Często mówi pan o swoistym braterstwie broni, jakie tworzy się agencja wywiadu. To coś więcej niż przyjaźń i niż rodzina – to pewność, że możesz na kogoś liczyć, niezależnie od tego, co się stanie. Bardzo nam brakuje dziś takiego poczucia pewności.

Te relacje są rzeczywiście szczególne, pełne emocji i wysokiej temperatury – zresztą nic dziwnego, skoro pracujemy przy sprawach, przy których wszystko rozgrywa się na najwyższym stopniu adrenaliny. My się albo bardzo lubimy, albo nie cierpimy, nie ma stanów pośrednich, ale nawet jeśli się nie cierpimy, to jesteśmy zgraną drużyną. I to się nie kończ po przejściu na emeryturę. W tym celu stworzyliśmy stowarzyszenie „Nasz Światowid”. Emerytowanych oficerów wywiadu jest w Polsce około 400, z czego około 100 jest zrzeszonych w „Światowidzie”. Wielu z naszych byłych kolegów żyje w strasznej nędzy, nie mają na jedzenie czy na lekarstwa i my im pomagamy – po to zresztą między innymi to stowarzyszenie powstało. Trudno jest żyć za 850 zł miesięcznie, zwłaszcza jeśli jeszcze paręnaście lat temu ratowało się świat. Wspieramy się finansowo i duchowo, bo zdarza się, że ktoś nazywa nas zbrodniarzami czy przestępcami. To nawet czasem bardziej boli niż brak pieniędzy.

Ale zostawmy politykę… My w ogóle rzadko o niej rozmawiamy i nie wspominamy dawnych czasów. Jedynie sporadycznie, na zasadzie: „a pamiętasz…”, jednak nigdy nie poruszamy przedmiotu naszej pracy, nie przywołujemy nazwisk agentów.

Ale komentujcie obecną sytuację w Polsce, na świecie?

Ciężko rozdzielić oficera wywiadu od człowieka. My też jesteśmy obywatelami, również śledzimy media, a nawet robimy to w większym stopniu i z większym zaangażowaniem, bo mamy specyficzne doświadczenie. Widzimy więc trochę dalej, szerzej i więcej. I potrafimy interpretować wiele faktów i znaków na niebie i ziemi bardziej trafnie i szczegółowo niż robią to dziennikarze śledczy. W przeważającej większości mamy poglądy centroliberalne, może dlatego, że jesteśmy dobrze wykształceni i dobierani pod względem cech psychicznych jak osoby, które mają otwarte umysły, szerokie spektrum postrzegania świata i nie pielęgnują w sobie nienawiści – że przypomnę naszą koronną zasadę „Polskę się kocha a wszystkie inne kraje się lubi”. Nie ma kraju, którego nienawidzimy. Dotyczy to nawet Korei Północnej, my jedynie nienawidzimy reżimu, który tam jest. No dobrze, jest jeden wyjątek: ISIS. Ale oni zaprzeczają fundamentalnym wartościom dotyczącym życia i śmierci.

Mogę mówić tylko za siebie, ale podejrzewam, że wielu moich kolegów – młodszych i starszych – myśli podobnie, że w Polsce dzieje się źle. Bo Polska bezpieczna – w moim osobistym odczuciu – to Polska w bliskim sojuszu z Niemcami i Francją. I to nie żadne nowe odkrycie. Triada Polska-Niemcy-Francja to gwarancja naszego bezpieczeństwa i zabezpieczenia naszych interesów wobec Rosji. Ameryka jest ważna, ale jest daleko. Polska nie stanowi dla niej globalnego gracza. Dlatego obserwując to, co się u nas dzieje, jestem umiarkowanym pesymistą w temacie bezpieczeństwa Polski.

Pana „Odwet” też jest umiarkowanie pesymistyczny…

Fabuła zasadza się na tym, że na polskiej scenie politycznej pojawia się Mesjasz, czyli Rubecki, który wydaje się nie tylko silny, ale i prawy. Nie chcę zdradzać zakończenia, ale…

…żyjemy w czasach upadku autorytetów.

Właśnie, dlatego nasuwa się pytanie: Jeśli nie pojawi się Mesjasz, to co dalej? Jak połączyć Polskę, która od katastrofy w Smoleńsku pękła na pół? Zresztą Arsen Fiedotow, jeden z bohaterów „Odwetu”, oficer rosyjskiego wywiadu, mówi o tym wprost – Rosjanom jest to bardzo na rękę. Jesteśmy w 100% pewni, że Rosjanie nie tylko czerpią pełnymi garściami z rozłamu w Polsce, ale też w dużej mierz go kształtują, i jest na to wiele dowodów.

Czynni oficerowie mają w ogóle prawo do własnego, odrębnego zdania? Tam, gdzie kończy się posłuch dla przełożonych, zaczyna się bunt? To też jeden z wątków „Odwetu” – jak traktować polecenia służbowe, z którymi nie do końca się zgadzamy?

Nas obowiązuje oczywiście dyscyplina i zależność hierarchiczna, mamy też stopnie wojskowe, choć nie są one jakoś istotne w naszym codziennym funkcjonowaniu. Co więcej, wywiad dostaje polecenia od kierownictwa państwa, dotyczące tego, czym mamy się zajmować – co roku dostajemy konkretne plany i cele. Ale kiedy sprowadzimy to do praktycznego wykonywania zadań, to nic się tu rozkazami nie zdziała. My pracujemy dlatego, że mamy do siebie zaufanie i szacunek. I do każdej pracy przykładamy się solidnie. Ja, kiedy byłem szefem, nie wskazywałem palcem: „ty”, tylko za każdym razem pytałem: „Kto czuje się na siłach?”. Szef zawsze pracuje autorytetem, nie rozkazem. Jeśli się nie ma autorytetu, trudno kierować pracą zespołu wywiadowczego. To są inteligentni ludzie, im ciężko wstawić ciemnotę. Oni dokładnie wiedza, co robi, a co mówi szef, i jeśli o nich dba, pójdą za nim w ogień. Bo odpowiedzialny za zwycięstwo jest cały zespół, a za porażkę – jedynie szef.

Czyli to, że agenci, oficerowie czy szpiedzy są ludźmi jest zarazem ich największym atutem, jak i największym problemem?

Dokładnie tak. I dla mnie jako pisarza to sytuacja bezcenna, dodająca wspaniałego dramatyzmu opisywanym historiom i głębi bohaterom.