1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Moda i uroda
  4. >
  5. Pielęgnacja ust zimą - domowe sposoby

Pielęgnacja ust zimą - domowe sposoby

fot. iStock
fot. iStock
Nie chodzi tu wcale o kolor szminki, ale o zdrowy wygląd. A zimą, gdy wargi narażone są na niskie temperatury i cierpią przy okazji infekcji organizmu, niełatwo go zachować. Jak przed nadejściem wiosny pomóc ustom odzyskać formę?

Usta mogą wiele powiedzieć – niekoniecznie słowami, co oczywiste! – ale i samym wyglądem. Opryszczka, afty i zajady świadczą o słabej kondycji organizmu, często są też oznaką chorób układu pokarmowego i wymagają terapii lekami. Od pęknięć i spierzchnień uchroni nas odpowiednia pielęgnacja. Oto program zimowej ochrony ust w trzech etapach:

PEELING

Wargi są pozbawione sebum (wydzieliny z gruczołów łojowych, która działa jako naturalna warstwa zabezpieczająca), więc są bardziej wrażliwe na niskie temperatury: pękają, a skóra wokół robi się przesuszona i szczypie. Żeby pobudzić odnawianie się naskórka, użyj delikatnego peelingu do ust. Nakłada się go kolistymi ruchami, następnie spłukuje i na sam koniec bardzo dokładnie i delikatnie osusza skórę.

ODŻYWIANIE

Tak przygotowane wargi trzeba teraz „nakarmić”. Dlatego warto wyrobić sobie nawyk i zawsze mieć pod ręką balsam albo ochronną pomadkę do ust. Przydatne okazują się kosmetyki z kolagenem oraz elastyną, które napinają naskórek i spowalniają pojawianie się zmarszczek.

NAWILŻANIE

Noc to doskonała pora na dodatkowe nawilżenie ust. Zdrową maseczkę można wykonać prostym domowym sposobem: do zwykłego kremu czy balsamu do ust dodaj odrobinę oliwy z oliwek i miodu, znanych z właściwości kojących i regenerujących. Tą pachnącą i smakowitą masą posmaruj wargi i... postaraj się nie zlizać jej od razu.

Autor: Zojka Grochowska

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Cellulit może świadczyć o problemach ze zdrowiem

W zwalczaniu cellulitu chodzi o to, by pobudzić metabolizm tkanki tłuszczowej i wzmóc właściwości regeneracyjne tkanki łącznej. (Fot. iStock)
W zwalczaniu cellulitu chodzi o to, by pobudzić metabolizm tkanki tłuszczowej i wzmóc właściwości regeneracyjne tkanki łącznej. (Fot. iStock)
Większość kobiet boryka się z cellulitem – mniej lub bardziej zaawansowanym. I większość z nas widzi w nim wyłącznie defekt estetyczny. Tymczasem „skórka pomarańczowa” świadczy o problemach ze zdrowiem i wymaga leczenia.

Dr Marek Bardadyn, naturoterapeuta

W zwalczaniu cellulitu chodzi o to, by pobudzić metabolizm tkanki tłuszczowej i wzmóc właściwości regeneracyjne tkanki łącznej. Ta ostatnia jest bowiem odpowiedzialna za odnawianie prawidłowej struktury komórek. Istnieje szansa zlikwidowania nawet zaawansowanych zmian. Najważniejsze jest utrzymywanie prawidłowego ukrwienia skóry i tkanki podskórnej (także u osób z wyraźną nadwagą), bo dzięki temu produkty przemiany materii i toksyny będą skuteczniej usuwane. Zmniejszy się więc ryzyko gromadzenia złogów zawierających przerośnięte komórki tłuszczowe, które uszkadzają strukturę skóry. Ten cel pomogą nam osiągnąć regularne masaże oraz automasaże, np. z użyciem rękawic sizalowych.

Najpierw smarujemy skórę balsamem lub oliwką, potem delikatnie napinamy mięśnie w danym obszarze (chodzi o to, by poruszyć jedynie tkankę tłuszczową, bo jeśli rozmasujemy i tłuszcz, i mięśnie, krążenie poprawi się przede wszystkim w lepiej unaczynionych mięśniach!). Masaż róbmy dość energicznie, ale unikajmy silnego ucisku.

Przy wszystkich zabiegach nie wolno zapomnieć o właściwym odżywianiu. Polecam dietę strukturalną, w której produktach w skondensowanych dawkach znajdziemy witaminy, minerały i przeciwutleniacze potrzebne tkance łącznej do odbudowy skóry. Skuteczność leczenia wzrasta wraz ze spadkiem masy ciała. Przestrzegam jednak przed zbyt gwałtownym chudnięciem, a zwłaszcza efektem jo jo, ponieważ po kolejnych rozrostach tkanki tłuszczowej zwalczanie cellulitu staje się coraz trudniejsze.

Przed nocą zdążymy…

Podczas leczenia oraz profilaktycznie warto codziennie wypijać koktajl (element diety strukturalnej), zastępując nim ostatni posiłek. Przygotowujmy go bezpośrednio przed spożyciem, miksując mleko sojowe (200 ml), wiśnie (100 g), zarodki pszenne (2 łyżeczki), melasę trzcinową (łyżeczka) oraz ziele skrzypu (1/2 łyżeczki).

Dr n. med. Ocz Batyn, specjalista chorób wewnętrznych i medycyny orientalnej

Cellulit tworzy się w miejscach najmniej „aktywnych”, a więc na udach, pośladkach, piersiach, przedramionach. Wyróżniamy cztery stopnie jego zaawansowania. O I mówimy, gdy skóra na oko wydaje się gładka i jędrna, ale po ściśnięciu jej dwoma palcami pojawia się delikatna „pomarańczowa skórka”, o II – kiedy stale widać na niej niewielkie zagłębienia, III stopień poznamy po głębszych górkach i dołkach, a IV oznacza już bardzo poważne zmiany. Wiele pań popełnia błąd, myśląc, że cellulit nie jest problemem zdrowotnym, tylko kosmetycznym. Tymczasem zewnętrzne objawy świadczą o zaburzeniach krążenia krwi i limfy oraz gospodarki kwasowo lipidowej. Dodam też, że tylko cellulit I i II stopnia można próbować likwidować bez pomocy lekarza.

Niemniej jednak w każdym przypadku warto zastosować się do kilku zaleceń. Podstawą jest spożywanie (4–5 razy dziennie) lekkostrawnych, najlepiej gotowanych posiłków zawierających witaminy C, E, te z grupy B, a także magnez, żelazo, potas, miedź oraz nienasycone tłuszcze roślinne. Taka dieta działa energetyzująco, a przy tym oczyszcza organizm z toksyn. Do tego konieczna jest codzienna dawka ćwiczeń. Doskonałe efekty daje pływanie (nie polecam go jedynie osobom szczupłym, bo dla nich może wiązać się ze zbyt dużą utratą energii).

Ponieważ cellulit to tkanka „zimna”, dlatego by się jej pozbyć, trzeba ją rozgrzewać. Najlepsze będą masaże bańkami chińskimi oraz manualne. Również w domu warto masować zmienione miejsca, a im częściej będziemy to robić, tym lepiej. Mocno ugniatajmy ciało, podszczypujmy je, oklepujmy (dłonią tworzącą daszek) tak, by słychać było charakterystyczny dźwięk.

Uwaga! Pamiętajmy, by po zlikwidowaniu cellulitu koniecznie obserwować swoje samopoczucie i pozostawać pod opieką lekarza. Często bowiem toksyny i inne substancje uwolnione z tej tkanki przyczyniają się do chorób serca i nerek.

Cudowna kąpiel

Poddawajmy się jej dwa razy w tygodniu. Do wanny z ciepłą wodą wlewamy po 5 kropli olejku cyprysowego i jałowcowego oraz oleju sezamowego. Kąpiel powinna trwać maksimum kwadrans. Poprawia krążenie krwi i limfy, działa odprężająco, udrażnia kanały energetyczne i eliminuje toksyny. Po wyjściu z wody należy się opłukać, wytrzeć, a potem wymasować dotknięte cellulitem miejsca, zaczynając od nóg i posuwając się w kierunku serca.

Dr Partap S. Chauhan, specjalista medycyny ajurwedyjskiej

Ajurweda wyodrębnia „ciężki” typ tkanki tłuszczowej i nazywa ją vasa. Kiedy vasa wchodzi w reakcję z ama (toksyczną substancją powstałą na skutek niepełnego trawienia), powstaje cellulit, czyli lepka materia lokująca się w komórkach tłuszczowych. Warto wiedzieć, że im dłużej zalega ona w komórkach, tym trudniej ją usunąć.

Ponieważ za powstawanie tkanki tłuszczowej odpowiada dosza (energia) kapha, tendencję do cellulitu mają osoby, u których występuje ona w nadmiarze. Ostatnio jednak coraz częściej zauważa się cellulit także u osób szczupłych. Ajurweda wyjaśnia to nadprodukcją ama, co jest konsekwencją nieodpowiedniej diety, złego trawienia, a także zanieczyszczonego środowiska. Kurację trzeba zacząć od obniżenia doszy kapha. Nie jadajmy posiłków „na zimno” i nie pijmy zimnych napojów. Zamiast tłustych, ciężkostrawnych potraw zalecałbym gorące, dobrze przyprawione dania wegetariańskie. Należy też wzmocnić ogień trawienny. Do potraw (z umiarem!) dodawajmy kozieradkę, kmin, czarny pieprz i imbir.

Doszę kapha normalizuje także aktywność fizyczna. Przede wszystkim polecam codzienną praktykę jogi. Ale dobrze nam też zrobi regularna kilkunastominutowa gimnastyka oraz spacery marszowym krokiem. Dodatkowo warto poddawać się miejscowym rozgrzewającym masażom (najlepiej na sucho; szczególnie dobrze działa ajurwedyjski masaż specjalną rękawicą z jedwabiu).

Wzniecić wewnętrzny ogień

Sięgnijmy po mieszankę (w równych proporcjach) zmielonych przypraw: pieprzu czarnego i kajeńskiego oraz imbiru. Zażywajmy po 1/2 łyżeczki proszku po obiedzie i kolacji. W ten sposób poprawimy trawienie i przyswajanie cennych składników oraz przyspieszymy usuwanie toksyn z tkanek. Kuracji można się poddawać nawet przez kilka miesięcy.

  1. Psychologia

Przestańmy walczyć z przemijaniem! - apeluje Wojciech Eichelberger

Już niedługo będziemy wiecznie młodzi, piękni i szczupli. Dzięki tabletkom nie osiwiejemy. Manipulacja genami zlikwiduje nam zmarszczki. A żywność nowej generacji sama nas odchudzi. Raj. Czy jest więc powód, by stawać w obronie starości? – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Wyobraźmy sobie lustro. A w nim przeglądają się razem wnuczka i babcia. Obie wyglądają tak samo dzięki manipulacji genami odpowiedzialnymi za starzenie się, chirurgii plastycznej i neofarmakologii. Ciekawe, jak to wpływa na ich relacje? Wiecznie młoda babcia i jej naturalnie młoda wnuczka – obie na tym tracą. Babcia traci możliwość bycia starą, mądrą, bogatą w życiowe doświadczenie kobietą. Doświadczającą przemijającego życia jako źródła miłości, radości i zachwytu. Wnuczka traci szansę na relację ze świadomą popełnionych przez siebie błędów i tego, co jest w życiu najważniejsze, matką swojej matki. Rzecz nie w powierzchowności, lecz w tym, że „wyliftowana” babcia poświęca większość czasu zabieganiu o wygląd i atrakcyjność, zamiast odkrywać swoją przyrodzoną mądrość.

A więc babcia na tym traci? Paradoksalnie, walcząc o wieczną młodość, tracimy życie. Umysł zajęty obsesyjną, beznadziejną walką z przemijaniem nie zazna ani zachwytu, ani radości, ani miłości, a tym bardziej spokoju. W dodatku rozdygotana, rozkapryszona i rozgoryczona nieuchronną porażką w walce z siłami natury babcia dzidzia jest często ciężarem dla otoczenia.

Wnuczka może być dla niej rywalką? Oczywiście. Tak jak w bajce o złej macosze, dla której odpowiedź lusterka na pytanie, kto jest najpiękniejszy na świecie, była najważniejszą sprawą w jej życiu. Więc gdy w końcu dowiaduje się, że najpiękniejsza na świecie jest jednak jej dorastająca pasierbica, postanawia ją zabić. Baśnie i mity wskazują na to, że wojna starości z młodością ma długą historię. Ostatnio się nasiliła na skutek agresywnego marketingu usług upiększająco - odmładzających. I tylko babcia prawdziwie pogodzona z życiem może swoim przykładem pokazać wnuczce, o co w tym wszystkim chodzi. Nie może tego zrobić babcia, która wygląda oraz myśli jak wnuczka. Taka budzi w dziewczynie politowanie.

Starość ma być wartością? Dziś widzi się w niej tylko obciążenie, np. młodzi muszą pracować na emerytury starych. Może dlatego chcemy za wszelką cenę ukryć upływ czasu, by nie poczuć się tym ciężarem? Starość ma głęboki sens i bardzo ważną rolę do odegrania. Wytyka wcześniej popełnione błędy, każe płacić niezapłacone rachunki, uczy pokory wobec życia, porządkuje system wartości, skłania do głębszej refleksji i poszukiwania prawdziwej tożsamości. Dlatego to tak ważne, by starzy przekazywali młodym swoją życiową mądrość. Pytanie tylko: skąd ją mają brać, skoro chcą żyć jak młodzi, myśleć jak młodzi, kupować to samo i tak wiele jak młodzi? Nie ma nic złego w uczeniu się od młodych tego, co przydatne. Ale nie należy dewaluować życiowej wiedzy i doświadczenia. Jeśli starzy nie zaczną cenić lekcji przemijania, to zagrozi nam wszystkim pandemia niedojrzałości, nieodpowiedzialności i niepohamowanej chciwości. Trzeba jednak przyznać, że docenienie własnej starości to dziś zadanie trudne. Starość jest bowiem kontrkulturowa i dlatego dewaluowana, spychana na społeczny i ekonomiczny margines. W państwowych rachubach znajduje się w rubryce czynników spowalniających rozwój gospodarczy. Starzy są bowiem marnymi konsumentami. Przy obecnych emeryturach nie da się na nich zarobić. W dodatku potrzebują mniej, a nie więcej, podążają raczej w stronę świątyni niż hipermarketu, wolą się wyzbywać, niż nabywać, nie dążą do odległych ambitnych celów – raczej zwalniają, odkrywając na nowo wartość tego, co bliskie, małe, znane i zwyczajne.

Może jednak podążanie ku świątyni da się pogodzić z korzystaniem z tego, co oferuje najnowsza antystarzeniowa technologia? Na przykład dzięki kosmetykom trójwymiarowym będzie można zmieniać kształt nosa czy ust… Może wracamy do raju? A co tam – idźmy na całość! Po co w ogóle żyć w tym kruchym, zużywającym się ciele? Film science fiction „Surogaci” przedstawia wizję rozwiązania naszych cielesnych problemów. Każdy może kupić sobie zdalnie sterowanego mózgiem, idealnie prezentującego się i supersprawnego surogata. Wyobraźmy sobie – sami leżymy wygodnie na skomputeryzowanym fotelu, który przekazuje surogatowi nasze mózgowe impulsy i zwrotnie transmituje nam do mózgu to, co odbierają jego elektroniczne zmysły. A surogat żyje za nas: pracuje, uczy się, gotuje, wychowuje dzieci, flirtuje i kocha się z innymi surogatami. Kiedy dzieje się coś, co użytkownikowi nie odpowiada, to w każdej chwili można go wyłączyć. Nie choruje. Nie starzeje się. Jest niezniszczalny i nieśmiertelny.

W przeciwieństwie do nas. Nam za drzwiami domu zagrażają choroby, terroryści, pijani kierowcy, trąby powietrzne, a nawet kiełki z bakteriami zabójcami... Może więc dobrze mieć surogata? Propaganda zagrożenia jest tak silna, że znaczna część z nas już dziś z ulgą zdecydowałaby się na zakup surogata, a jeszcze chętniej zainwestowała w surogaty dla dzieci. Ale film ma morał, który mówi, że lekarstwo bywa gorsze od choroby. Użytkownik surogata, chcąc chronić i przedłużyć swoje życie, w rezultacie je marnuje. Leżąc całymi dniami na fotelu sterowniczym, śni swoje życie, zamiast je autentycznie przeżywać. A czyż nie po to się rodzimy, aby doświadczać? By – czerpiąc lekcje z naszych radości i cierpień, wzlotów i upadków – szukać szczęścia i satysfakcji, a nade wszystko uwolnić się od lęku przed stratą, rozstaniem, przemijaniem i śmiercią? Jeśli tak, to unikajmy pokusy posiadania surogata. Bo gdy on będzie żyć za nas, gdy zaczniemy unikać ryzyka, bólu, przemijania, uczynimy nasze życie podróbką. „Lekarstwo” nieuchronnie przyniesie więcej cierpienia niż życie, od którego za jego pomocą próbujemy uciec.

Czyli zamiast na lifting lepiej postawić na duchowość? Dojrzewanie i prawdziwy wewnętrzny rozwój sprowadzają się do tego, abyśmy urealniali nasze istnienie, doświadczali go takim, jakie jest. Kluczowe jest tu zrozumienie i zaakceptowanie tego, że wszystkie istnienia, w tym także nasze ciało, są nietrwałe i przemijają. Dopiero przyjęcie do serca tej trudnej prawdy skłoni nas do zadawania sobie pytań o naszą prawdziwą tożsamość. Jeśli będziemy szukać odpowiedzi, to prędzej czy później zrozumiemy, że nasze ciało było i jest tylko doskonałym surogatem/awatarem. Nie ma więc sensu obsesyjnie chronić go przed życiem i zużyciem za pomocą elektronicznych wynalazków i przedłużek.

Tym bardziej że zatrzymanie urody i młodości wymaga pieniędzy, czasu, starań. Ale też napędza gospodarkę. Duchowość jest kontrkulturowa i dlatego, podobnie jak starość, się ją dewaluuje. Odkrywanie duchowej tożsamości uwalnia ludzi od lęku, a więc od potrzeby nabywania produktów mających zapewnić bezpieczeństwo, wieczne zdrowie i młodość. Duchowość nie służy konsumpcji. Powszechny wgląd w to, co naprawdę ważne, spowodowałby więc niewyobrażalny kryzys ekonomiczny. Ale przecież nie bez powodu prorocy, święci i oświeceni wszystkich wyznań i tradycji ostrzegają, że życia, które ma sens, nie da się kupić.

Ale wiele kobiet, ja chyba trochę też, wierzy w to, że będą szczęśliwe, jeśli pozbędą się zmarszczek i cellulitu. Będziesz szczęśliwa, gdy przyjmiesz zmarszczki, a nawet cellulit za rzecz naturalną. I nie będą cię one w żaden sposób upokarzać, boleć ani dziwić. Spędzając zbyt wiele czasu w gabinecie kosmetycznym, trudno odnaleźć w życiu poczucie sensu. Jeśli będziemy dbać wyłącznie o utrzymywanie ciała w doskonałej formie, skażemy się na przegraną. To nie znaczy, że nie powinniśmy tego robić. Ale dbać, to nie kontrolować, poprawiać, traktować jak przedmiot. Ciało wie, co mu jest potrzebne. Wystarczy się w nie wsłuchać.

Ciało staje się produktem, gdy musi służyć temu, by nienasycone, zagrożone ego lepiej się czuło. Gdy musi sprostać wzorcom popkultury. Ego nieustannie wymaga promocji i potwierdzenia, więc ulepsza ciało tak, jakby było witryną sklepową. Witryna może być piękna, ale jak wejdziesz do takiego sklepu, to okaże się, że jest tam pusto, zimno i ciemno. Więc nie w tym rzecz. Ważnym drogowskazem duchowego rozwoju i dojrzewania jest przekraczanie zarówno ciała, jak i ego. Ani jedno, ani drugie nie stanowi naszej prawdziwej tożsamości. Gdy ciało wyzwolone od ocen i nadmiaru kontroli uwolni cały swój potencjał, starość stanie się tak samo cudowna jak młodość albo i bardziej.

Ale to trudne, bo nasz duch wciąż jest zwodzony obietnicami składanymi ciału. Np. taką, że będziemy szczupli, choć będziemy jeść do woli, bo pojawi się żywność, po której nie będziemy tyć. I taka, której sam zapach sprawi, że poczujemy się syci. Czy to cud w czasach epidemii rozmiaru XXL? Raczej nie. Kultura konsumpcyjna zmierza do tego, byśmy przestali decydować o sobie i stali się całkowicie zewnątrz-sterowni. Obiecuje się nam, że wszystkim zajmie się inżynieria spożywcza, inżynieria genetyczna, koncerny farmaceutyczne i kosmetolodzy. Nie widzimy więc powodu, by ćwiczyć cnoty charakteru, uczyć się panować choćby nad łakomstwem, a co dopiero nad umysłem i emocjami. Tak się nam wszystko ułatwia, byśmy nie chcieli już korzystać z tego, co nazywamy wolną wolą, byśmy nie rozwijali zdolności do samodzielnego, krytycznego myślenia. Moim zdaniem warto jednak zadbać nie o zapas odchudzającego jedzenia, ale o to, by nasze dzieci miały okazję ćwiczyć swój charakter, wolę i umysł. Wpływać na ich postawy i przekonania własnym przykładem.

Do walki z technologią staje też ewolucja. Są badania, które mówią, że kobiety będą niskie, krępe i do tego neurotyczne. Bo takie mają najwięcej dzieci i są faworyzowane przez mężczyzn, gdyż nie robią kariery i siedzą w domu. Nie można wykluczyć, że ten typ kobiet osiągnie tzw. przewagę ewolucyjną. Wiadomo, że aby kobieta była płodna, nie może żyć w bezustannym napięciu, bo wtedy jej organizm wydziela za dużo testosteronu, a to nie sprzyja zajściu w ciążę i jej utrzymaniu. Nie może też być zbyt chuda, bo tkanka tłuszczowa jest magazynem estrogenu związanego z płodnością. Na razie jest coraz więcej kobiet, o których Maria Awaria śpiewała: „są kobiety jak rakiety”. Wygląda na to, że ten typ korporacyjnej wojowniczki ma mniejsze szanse na płodność. W tych badaniach jest jednak wyraźny ślad męskiego szowinizmu – założenie, że kobieta, żeby być płodna, musi być gruba, niezbyt mądra i mieć problemy emocjonalne. Nie sądzę, żeby na tym polegała przyszłość tej połowy ludzkości.

Zobaczymy, kto silniejszy: ewolucja czy technologia. Z ewolucyjnego punktu widzenia wskaźnik dzietności można interpretować jako wskaźnik tego, czy cywilizacja podąża w dobrym kierunku. Jeśli on spada, to znaczy: nie tędy droga. Natura nie wspiera tego kierunku rozwoju. Skoro w krajach cywilizacyjnie zaawansowanych poziom dzietności spada, to być może warto potraktować to jako sygnał ostrzegawczy, że wbrew dobrym intencjom zeszliśmy na manowce.

Wojciech Eichelberger psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Zdrowie

Naturalne sposoby na opryszczkę

Wystarczy spadek odporności, osłabienie czy stres, by opryszczka pojawiła się w okolicach ust lub nosa. (Fot. iStock)
Wystarczy spadek odporności, osłabienie czy stres, by opryszczka pojawiła się w okolicach ust lub nosa. (Fot. iStock)

Najpierw odczuwamy swędzenie i mrowienie, potem pojawiają się bolesne, piekące, a w końcu pękające pęcherzyki… Szczęśliwy ten, kto nie poznał, co to zimno, czyli opryszczka. Jej wystąpienie świadczy o załamaniu się sił obronnych organizmu. Jak wzmocnić te nadwątlone siły, radzą specjaliści.

Najpierw odczuwamy swędzenie i mrowienie, potem pojawiają się bolesne, piekące, a w końcu pękające pęcherzyki… Szczęśliwy ten, kto nie poznał, co to zimno, czyli opryszczka. Jej wystąpienie świadczy o załamaniu się sił obronnych organizmu. Jak wzmocnić te nadwątlone siły, radzą specjaliści.

Dr Marek Bardadyn, naturoterapeuta

Wystarczy spadek odporności, osłabienie czy stres, by wirus Herpes simplex uaktywnił się, wywołując pęcherzyki opryszczki w okolicach ust lub nosa. Zamieniają się one w bolesne strupki, które się goją przez kilka dni. Niestety, u wielu osób opryszczka często nawraca. Jednak wspierając reakcje obronne organizmu, można jej zapobiegać i skutecznie ją leczyć. Pamiętajmy, że środki homeopatyczne są skuteczniejsze, jeżeli zaczynamy je przyjmować już przy pierwszych symptomach choroby. Jeśli opryszczka ma ostry przebieg (pęcherzyk tworzy się szybko, bardzo boli) lub towarzyszy objawom ogólnej infekcji, zalecam Apis. Jeżeli zaś przed powstaniem pęcherzyków pojawiły się wysoka gorączka, dreszcze i kaszel, to najlepiej zastosować Aconitum. Z kolei lek Mercurius corrosivus, który działa przeciwzapalnie na cały organizm, jest niezastąpiony, kiedy przy opryszczce nasilają się objawy innych stanów zapalnych, np. spojówek, zatok, jelit, stawów.

Równocześnie wspierajmy organizm w walce z wirusem, pijąc więcej płynów. Najlepszy będzie specjalny napar z kwiatu lipy i czarnego bzu (po łyżce stołowej ziół zalewamy 1/2 l wrzątku) z dodatkiem syropu z malin (dodajemy go, gdy zioła przestygną). Już po 30 min działa napotnie, przeciwgorączkowo i oczyszczająco. Dodatkowo uzupełnia poziom witaminy C. Popijajmy go kilka razy dziennie.

W miarę możliwości ograniczmy aktywność fizyczną i umysłową, tak by organizm mógł skierować całą energię na zwalczanie zakażenia. W przeciwnym razie mogą wystąpić znacznie poważniejsze dolegliwości niż pospolita opryszczka.

Niezłoty środek

Dobre rezultaty dają również środki stosowane miejscowo (takie jak np. maść Zovirax, która chroni przed rozwojem zakażenia), ale pod warunkiem, że użyjemy ich wcześnie. Skuteczne jest też przykładanie cytryny i nacieranie czosnkiem (świeżym lub w postaci olejku).

Dr n. med. Ocz Batyn, specjalista chorób wewnętrznych i medycyny orientalnej

Opryszczka wargowa sama w sobie nie jest groźna, choć bywa bardzo dokuczliwa. Utrudnia jedzenie, czasem nawet mówienie. Medycyna orientalna bezpośredni powód pojawienia się opryszczki upatruje w osłabieniu lub wręcz zablokowaniu energii śledziony i żołądka. W efekcie chi nie może swobodnie płynąć kanałami energetycznymi odpowiadającymi za prawidłowe funkcjonowanie całego układu pokarmowego. Dodatkowo opryszczce sprzyjają niewłaściwa dieta, brak ruchu i zatruwanie organizmu, a zwłaszcza skóry, chemikaliami. Właśnie skóra odzwierciedla kondycję układu immunologicznego, gdyż słabość organizmu niekorzystnie wpływa na jej stan i na odwrót − schorzenia skóry odbijają się na stanie narządów wewnętrznych. Skóra działa jak bibuła: wszystko przez nią wnika do głębszych tkanek.

Zadbajmy więc o dietę (tłuste pokarmy zastąpmy gotowanymi warzywami), codzienną porcję ruchu oraz… o usta. Pamiętajmy, by zawsze przed wyjściem z domu smarować je oliwą. Stanowi ona też świetny podkład pod szminkę, ponieważ blokuje wnikanie z niej szkodliwych związków. Warto też często masować i oklepywać wargi natłuszczonym palcem. Doskonałe efekty przynosi również nakładanie na nie przed snem ciepłego oleju sezamowego i przykładanie kompresu z ciepłej oliwy wymieszanej z kilkoma kroplami soku z cytryny.

Jeśli pęcherzyki już się pojawią, trzeba smarować je dostępnymi w aptece maściami przeciwko opryszczce i maścią cynkową. W przypadku dużych zmian radziłbym również antybiotyk w maści, by zapobiec powikłaniom bakteryjnym.

Nie wracaj w te strony

Nawracająca opryszczka może świadczyć o zaburzeniach pracy układu immunologicznego, a nawet o przewlekłej chorobie, która utajona toczy się w organizmie. Jeśli więc pęcherzyki pojawiają się częściej niż raz–dwa razy w roku, warto wybrać się do lekarza. Zachęcam też do zabiegów akupunktury, które pomogą przywrócić równowagę energetyczną układu pokarmowego i wzmocnią odporność.

Dr Partap S. Chauhan, specjalista medycyny ajurwedyjskiej

Przyczyn pojawienia się opryszczki ajurweda upatruje w zaburzeniu delikatnej harmonii między trzema doszami (energiami) ludzkiego ciała. To z kolei odbija się na agni – ogniu wewnętrznym odpowiedzialnym m.in. za metabolizm, usuwanie toksyn z ustroju, utrzymywanie jego odpowiedniej temperatury i silnego układu immunologicznego. Gdy dosze są w równowadze, agni tworzy odżywczą substancję zwaną Pakwa Anna Rasa gotową do zaabsorbowania przez komórki. Od jej jakości zależy nasze zdrowie. Jeżeli agni nie działa właściwie, powstaje substancja, która nie jest w stanie odpowiednio odżywić organizmu, co powoduje jego osłabienie i sprzyja m.in. zakażeniom i uaktywnianiu się wirusów.

Walkę z opryszczką trzeba więc zacząć od przywrócenia równowagi między doszami. Osiągniemy ten cel, przestrzegając kilku zasad. Przede wszystkim kładźmy się spać ok. 22. Dietę komponujmy na bazie gotowanych warzyw i ziaren. Unikajmy pokarmów słonych, kwaśnych, gorących, pikantnych oraz smażonych, zbyt długo gotowanych i nieświeżych. Zrezygnujmy zupełnie z alkoholu, żółtego sera i kwaśnego twarogu.

Olej (na) opryszczkę

Polecam krem ajurwedyjski o nazwie Turmeric (łagodzi pieczenie i świąd oraz przyspiesza gojenie). Można też stosować podobnie działającą emulsję własnej roboty. Przygotujemy ją z łyżeczki oleju sezamowego i szczypty kurkumy. Składniki ostrożnie mieszamy na większej łyżce i lekko podgrzewamy. Wmasowujemy w chore miejsce.

  1. Moda i uroda

Stylowe buntowniczki

Od lewej: Alexa Chung, Chloë Sevigny, Miroslava Duma (Fot. Getty Images)
Od lewej: Alexa Chung, Chloë Sevigny, Miroslava Duma (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Kiedyś nie miały programów telewizyjnych, linii kosmetyków, a mimo to miały siłę przyciągania, która sprawiała, że ich styl naśladowała ulica, a projektanci nazywali je swoimi muzami. Czy to niewytłumaczalne „coś”, które potrafiło zmienić zwykłą dziewczynę w międzynarodowy fenomen, zostało dzisiaj wymazane przez instagramowe filtry? Czy media społecznościowe zakończyły erę it-girls?

To. Nienamacalne, wyjątkowe, często niedoścignione. „Coś, co przyspiesza puls każdej osoby w kraju” – pisał Francis Scott Fitzgerald. Świat pierwszy raz o it-girls dowiedział się na początku XX wieku i od tamtej pory nie przestał się nimi fascynować.

Dziś to hasło zdaje się otaczać nas zewsząd. Widzimy je na okładkach magazynów, w artykułach i Internecie. Co ciekawe, nadal nie do końca wiadomo, czy z tym „czymś” trzeba się urodzić, czy można to też wypracować lub (w dobie cyfryzacji) po prostu wykreować. A może dziś prawdziwych it-girls już nie ma, a zastąpiły je influencerki?

Ten dziwny magnetyzm

Rudyard Kipling jako pierwszy wykorzystał przedrostek it, czyli „to”, by określić kobiecy urok. „Tu nie chodzi o urodę czy chwilę miłej rozmowy. To po prostu TO COŚ. Niektóre kobiety pozostaną w pamięci mężczyzn na zawsze, wystarczy, że tylko przejdą ulicą” – pisał w 1904 roku w opowiadaniu „Mrs Bathurst” (Pani Bathurst), tym samym przyczyniając się do stworzenia sformułowania it-girl. Pierwszą it-girl była zatem tytułowa bohaterka, z zawodu barmanka. Dla Kiplinga „to” odnosiło się do seksapilu, czyli określonego sposobu poruszania się i bycia, który silnie wpływał na mężczyzn. Potem, dzięki pisarce Elinor Glyn, it nabrało znacznie szerszego znaczenia. W jednej ze swoich krótkich powieści, nieprzypadkowo zatytułowanej „It”, Glyn pisze, że aby mieć „to coś”, trzeba mieć dziwny magnetyzm, przyciągający obie płcie. „Do tego niezbędna jest atrakcyjność fizyczna, ale piękno – już niekoniecznie”. Na podstawie jej powieści w 1927 roku powstał głośny film pod tym samym tytułem, w którym główną rolę zagrała ikona kina niemego Clara Bow. Jako zuchwała i bezwstydna pracownica domu towarowego wzbudzała zachwyt klientów do tego stopnia, że sama stała się pierwszą it-girl, istniejącą już nie tylko na kartach powieści. Aktorka była uosobieniem zwariowanej epoki jazzu. Rozpoznawana i pożądana w każdym towarzystwie, kompletnie nie zważała na etykietę. Mówiła z silnym brooklyńskim akcentem i klęła jak szewc, a postaci, które grała, czyli głównie kelnerki, sprzedawczynie czy manikiurzystki, obdarzała sporą dawką ciepła i humoru, co sprawiało, że ludzie czuli, iż jest jedną z nich. Nocami, zamiast z hollywoodzką śmietanką, wolała grać w pokera ze swoim szoferem, kucharką i pokojówką. Często można ją było zobaczyć, jak sunęła po Sunset Boulevard jaskrawoczerwonym packardem z towarzyszącym jej na siedzeniu pasażera psem rasy chow-chow, ufarbowanym pod kolor auta. Była inna, wyjątkowa, przyciągająca uwagę. I takie też były jej stroje.

Ikona kina niemego Clara Bow. (Fot. BEW) Ikona kina niemego Clara Bow. (Fot. BEW)

Kult niedoskonałości

Początkowo i prasa, i krytycy byli ostrożni z tytułowaniem znanych kobiet tym mianem. It-girl miało się łączyć z wyjątkowymi cechami i szczególnym zainteresowaniem. Clara Bow nosiła je z dumą latami, co nie znaczyło jednak, że był to termin zarezerwowany jedynie dla niej.

It-girl z założenia nigdy nie miała być perfekcyjna. Z tym określeniem zawsze wiązał się pewien chaos. Bardziej niż idealny wygląd liczyły się styl życia, obecność w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. I, naturalnie, oryginalny sposób ubierania się. Prawdziwe it-girls wzbudzały fascynację przez to, że ich życie było dalekie od fałszywej doskonałości. Anita Pallenberg, ikona stylu lat 60. i 70. XX wieku, spopularyzowała sukienki boho, minispódniczki, wysokie buty i futra, ale też wzbudzała duże zainteresowanie swoim prawdziwie rockandrollowym stylem życia i zawiłą relacją z członkami zespołu The Rolling Stones, których w zasadzie nie opuszczała na krok.

Anita Pallenberg, ikona stylu lat 60. i 70. XX wieku, która spopularyzowała sukienki boho, minispódniczki, wysokie buty i futra. Na rękach Marlon Richards, pierwsze dziecko Pallenberg i Keitha Richardsa. (Fot. Getty Images) Anita Pallenberg, ikona stylu lat 60. i 70. XX wieku, która spopularyzowała sukienki boho, minispódniczki, wysokie buty i futra. Na rękach Marlon Richards, pierwsze dziecko Pallenberg i Keitha Richardsa. (Fot. Getty Images)

To samo tyczy się Brytyjki Jane Birkin, która wyprowadziła się z rodzinnego, swingującego Londynu, by spróbować sił we francuskim kinie. Nie znała języka, ale była absolutnie czarująca. I tym urokiem zdobywała kolejne role. Nawet Francuzi z czasem wybaczyli jej błędy i silny akcent. Koszula, dżinsy, prosty T-shirt i słynny pleciony koszyk, z którym nie rozstawała się nawet na wieczorowych galach, tworzyły styl, który dzisiaj tak mocno kojarzony jest z Paryżem. Miasto świateł wchłonęło estetykę Jane tak bardzo, że wydaje się, jakby zawsze była po prostu stylem paryskim.

Jane Birkin - brytyjka, która podbiła serca Francuzów. (Fot. East News) Jane Birkin - brytyjka, która podbiła serca Francuzów. (Fot. East News)

To, co sprawiało, że osoby takie jak Jane Birkin czy Anita Pallenberg były tak czarujące, to także ich pozorna obojętność wobec sławy. Nie prosiły się o nią, to ona znalazła je sama. A gdy to zrobiła, nie chciała opuścić. It-girls otaczały zawsze tłumy paparazzich, bo każda nowa fotografia była na wagę złota. Szczególnie uciążliwe było to dla Brigitte Bardot, której nadmorska willa La Madrague w Saint-Tropez była regularnie nawiedzana przez fotografów, fanów i turystów. Podglądali ją lornetkami z lądu, morza (nierzadko podpływali do brzegu nurkowie) i z powietrza (helikoptery). Wszystko po to, by czytelnicy gazet na całym świecie mogli zobaczyć, jak tego dnia wygląda ikona stylu, kopiowana w latach 60. już przez większość Francuzek, które fryzowały się jak Bardot, mocno podkreślały oczy czarną kredką, próbując jednocześnie naśladować jej specyficzny sposób chodzenia i charakterystycznie wydęte usta. Dlatego kiedy była w ciąży, wynajęła mieszkanie obok szpitala, by ukradkiem chodzić na wizyty. Nic z tego. Jej nowy adres szybko wyciekł do mediów. Ostatnie tygodnie ciąży spędziła zamknięta w apartamencie z zasłoniętymi firankami.

Brigitte Bardot była regularnie nagabywana przez fotografów, fanów i turystów. (Fot. Getty Images) Brigitte Bardot była regularnie nagabywana przez fotografów, fanów i turystów. (Fot. Getty Images)

Dzisiejsze infuencerki nie uciekają od kamer, ale same je na siebie kierują. Łaknąc coraz większej publiki, nawet wyręczają paparazzich i same robią sobie zdjęcia telefonem.

Ze świata analogowego w wirtualny

Wystarczy sporządzić listę nazwisk kobiet uznawanych za it-girls w danej dekadzie, by zobaczyć, jak bardzo na przestrzeni lat ich liczba zaczyna rosnąć. Te najbardziej znane, jeszcze z czasów analogowych, były raczej uosobieniem słowa „cool”. To aktorka Chloë Sevigny i sprawnie bawiąca się trendami prezenterka telewizyjna i modelka Alexa Chung. O pierwszej „New York Times” w 1994 roku pisał, że w wyjątkowy sposób wpływa na ludzi, choć nie jest ani wyjątkowo piękna, ani seksowna. Jest po prostu inna i ma w sobie elektryzującą nonszalancję. „Ta pozorna obojętność na promowanie siebie jest jej najbardziej atrakcyjną cechą. Choć może to też świadczyć o jej sprycie” – komplementował ją dziennikarz Jay McInerney. Nazwał ją wtedy „najbardziej wyluzowaną dziewczyną na świecie”. Do dziś pozostała ikoną kina niezależnego, a każdy jej nowy film jest uznawany za kontrowersyjny.

Aktorka Chloë Sevigny. (Fot. Getty Images) Aktorka Chloë Sevigny. (Fot. Getty Images)

Alexa Chung to z kolei pełna humoru Brytyjka, dziewczyna z sąsiedztwa, która po pokazie Chanel zamiast na elegancki bankiet chętniej poszłaby do klimatycznego pubu, zatopiona w rockandrollowym stylu życia. Kiedy tworzyła zgraną parę z liderem zespołu Arctic Monkeys, Alexem Turnerem, w prasie pojawiały się ich zdjęcia z ulic Londynu, po których spacerowali w trampkach, wyciągniętych podkoszulkach i ramoneskach. W przeciwieństwie do Sevigny Chung z czasem zaczęła jednak sprawnie prowadzić swoją karierę, płynnie przechodząc ze świata analogowego w wirtualny i w pełni korzystając z możliwości, jakie dają media społecznościowe. Wydała nawet książkę, znów zatytułowaną „It”, w której zdradza tajniki pielęgnacji swojej urody, swoje modowe wybory i upodobania. Książka miała premierę w 2013 roku, dokładnie w tym samym czasie rozpoczęła się era Instagrama.

(Fot. Getty Images) (Fot. Getty Images)

Siła filtrów

Clara Bow czy Edie Sedgwick, gwiazda filmów Andy’ego Warhola i it-girl lat 60., nie miały kolekcji ubrań, programu telewizyjnego ani nie wydały książki o sobie. Dzisiejsze it-girls jak Alexa Chung, ale też blogerka Leandra Medine czy rosyjska ikona stylu Miroslava Duma, to prawdziwe marki, a ich blogi, linie ubrań czy kosmetyków – sprawnie działające biznesy. Nie trzeba już ich łapać na ulicach Nowego Jorku czy Paryża, same codziennie dostarczają nam swoje zdjęcia i filmiki ukazujące je w prywatnych i bardziej oficjalnych sytuacjach.

Ale coś jeszcze się zmieniło. Instagram, dzięki filtrom, pozwala nakładać maski, sztucznie zbliżające nasze twarze do narzuconej przez estetykę sieci perfekcji. Coraz popularniejsze stają się nierealne w rzeczywistości cybertwarze – szczupłe, z zadartymi nosami, dużymi ustami i rozciągniętymi w kształt migdała oczami. Takie, jakie za sprawą operacji plastycznych mają siostry Kardashian-Jenner, które i tak korzystają z filtrów, by jeszcze mocniej to podkreślić. Obsesja na punkcie rodziny Kardashian czy sióstr i modelek Hadid nie wynika z ich osobowości, zachowania czy wyjątkowego stylu, ale z powodu ich pozornej doskonałości. Mają perfekcyjnie skrojone twarze, ładne ciała i (pozornie) idealne, pełne luksusu życie. Tymczasem prawdziwa it-girl musi mieć pewne niedoskonałości, a nawet wady. Czerpie z życia pełnymi garściami. Robi wszystko, na co każdy z nas miałby ochotę, a nie ma na to wystarczającej odwagi. Nieznane są jej zwykłe troski, więc jej życie jest często autodestrukcyjne, a tym samym fascynujące. Dziś influencerki, by nie stracić obserwatorów, starają się być nieskazitelne i jak najbardziej neutralne. W tej walce o perfekcję często zatracają człowieczeństwo. „Typowy influencer jest całkiem przeciętny – to przeciwieństwo awangardy” – pisze Natasha Stagg w książce „Sleeveless: Fashion, Image, Media, New York 2011–2019”.

Rosyjska ikona stylu Miroslava Duma. (Fot. Getty Images) Rosyjska ikona stylu Miroslava Duma. (Fot. Getty Images)

It-girls wyznaczały trendy. Dzisiaj, by być popularnym, często powiela się utarte schematy. Podczas gdy one nie walczyły o swój tytuł, influencerki mają ambicję, by się nimi stać i czerpać z tego ekonomiczne i społeczne korzyści. Często więc kopiują to, co u innych okazało się skuteczne. I tak jak kiedyś it-girls tworzyły swój styl, obecnie coraz częściej widzimy influencerki przebrane w pełne looki od projektantów, które wysyłają im marki czy domy mody.

Podobnie widzi to teoretyk popkultury Mark Fisher, który twierdzi, że it-girls uosabiały styl życia, który przez paraliżujący wpływ mediów społecznościowych wymiera. W książce „Realizm kapitalistyczny. Czy nie ma alternatywy?” pisze, że „oderwana od rzeczywistości chęć bycia widzianym zastąpiła prawdziwe zaangażowanie”. Realne, nieprzewidywalne życie zastąpiliśmy jego namiastką. Przez paranoję, w jaką wpędzają nas media społecznościowe, które wręcz zachęcają do tworzenia jednowymiarowej osobowości, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej przejmujemy się opinią innych. A prawdziwe it-girls miały ją za nic. Robiły to, co uważano za nieakceptowalne, dopóki same nie sprawiły, że w końcu zostało zaakceptowane.

  1. Zdrowie

Naturalne sposoby na zdrowe włosy

Włosy są barometrem naszej kondycji. Problemy z włosami najczęściej są objawem zaburzeń gospodarki hormonalnej, elektrolitowej, niedomagań układu wegetatywnego, a także poważniejszych schorzeń, których jeszcze nie zdiagnozowano. (Fot. iStock)
Włosy są barometrem naszej kondycji. Problemy z włosami najczęściej są objawem zaburzeń gospodarki hormonalnej, elektrolitowej, niedomagań układu wegetatywnego, a także poważniejszych schorzeń, których jeszcze nie zdiagnozowano. (Fot. iStock)
Lśniąca, gęsta czupryna to świadectwo zdrowia. Jeśli włosy tracą połysk, stają się łamliwe albo przez dłuższy czas wypada nam ich więcej niż 50−100 dziennie, to znaczy, że nasz organizm ma kłopoty.

Dr Marek Bardadyn, naturoterapeuta

Pojawienie się problemów z włosami, np. ich łamliwość, rozdwajanie się, zmiana zabarwienia oraz wypadanie, najczęściej jest konsekwencją niedoborów składników mineralnych w organizmie oraz obecności szkodliwych substancji. Aby poprawić kondycję włosów i zachęcić je do odrastania i intensywnego wzrostu, należy sięgnąć po naturalne środki uzupełniające składniki odżywcze oraz oczyszczające tkanki. Efekty kuracji będą zależały od naszej systematyczności i wytrwałości. W takiej sytuacji niezastąpione są leki homeopatyczne, ale należy je dobierać indywidualnie, w zależności od przyczyny problemów z włosami oraz od objawów.

Na przykład Arsenicum album będzie doskonałe, jeśli stan włosów pogarsza się w czasie ogólnego osłabienia spowodowanego ciężką lub przewlekłą chorobą. Z kolei Kalium phosphoricum jest polecane osobom, które przeżyły silny stres lub obserwują u siebie symptomy nerwicy. Jeżeli mamy kłopot z określeniem przyczyny wypadania włosów, polecałbym najbardziej uniwersalny środek − Thallium sulfuricum. Preparat ten jest skuteczny m.in. w leczeniu łysienia plackowatego.

Dr Partap S. Chauhan, specjalista medycyny ajurwedyjskiej

Ajurweda widzi ścisły związek między wzmożonym wypadaniem włosów, ich matowieniem czy przedwczesnym siwieniem a nieodpowiednią dietą oraz stresem. Włosy i paznokcie uznawane są za ten sam rodzaj tkanki (dhatus) co kości. Dlatego to, co potrzebne układowi kostnemu − wapń i magnez − korzystnie wpłynie także na włosy. Zalecane są więc przetwory z mleka (niepasteryzowanego!), np. naturalny jogurt i biały ser, a także rzodkiewki, rzodkiew japońska (długa, biała) oraz orzechy kokosowe, gotowane jabłka i kapusta. Każdego ranka warto zjeść garść ziarna sezamowego (zawiera wapń i magnez) oraz wypić 1/2 szklanki mleczka kokosowego.

Ponadto ajurweda zaleca zażywanie ziół. W Polsce jest dostępny suplement diety Elevation Plus. W jego skład wchodzą: ashwagandha (zwana indyjskim żeń-szeniem), spirulina, korzeń szparaga dzikiego oraz ekstrakty z nasion jęczmienia, kozieradki i soi. Poprawa wyglądu włosów (jak również skóry i paznokci) zaczyna być widoczna po 3–4 tygodniach. Kurację należy dla podtrzymania efektów kontynuować przez 3–6 miesięcy.

Dopełnieniem terapii powinno być regularne wykonywanie ćwiczeń jogi, które pomogą rozładować stres i wzmocnić układ nerwowy.

Dr n. med. Ocz Batyn, specjalista chorób wewnętrznych i medycyny orientalnej

Lekarz medycyny mongolskiej ocenia zdrowie pacjenta m.in. na podstawie stanu jego włosów. Są one barometrem naszej kondycji. Problemy z włosami najczęściej są objawem zaburzeń gospodarki hormonalnej, elektrolitowej, niedomagań układu wegetatywnego, a także poważniejszych schorzeń, których jeszcze nie zdiagnozowano. Niekiedy są też następstwem obfitych miesiączek, długotrwałego napięcia oraz chorób z wysoką gorączką (ok. 38 st. C). Dlatego nie bagatelizujmy wypadania włosów. Najpierw przyjrzyjmy się swojemu życiu. Niedawno przechodziłeś grypę albo anginę? Przez kilka dni dręczył cię stres? Wiesz już, co zaszkodziło twoim włosom.

Jeżeli nic takiego się nie zdarzyło, przyjrzyjmy się swojej diecie. Zrezygnujmy z dań typu fast food, pokarmów wysoko przetworzonych. Zapomnijmy o kawie, alkoholu i papierosach. Jadajmy mniej surowych warzyw i owoców oraz rzadziej sięgajmy po zieloną herbatę (przyspieszają wypłukiwanie z organizmu składników odżywczych). Postawmy na chude mięso, nabiał, zboża. Posiłki powinny być lekkostrawne i niskokaloryczne. Zamiast wody pijmy słabą czarną herbatę z imbirem. Do potraw dodawajmy kurkumę, goździki, kardamon, gałkę muszkatołową. Wysypiajmy się, każdego dnia znajdźmy czas na relaks, hobby, spacer. W okresie bardzo intensywnej utraty włosów unikajmy wysiłku fizycznego i seksu.

Stosujmy suplementy diety zawierające witaminy z grupy B i skrzyp polny. Nastawmy się na pozytywne myślenie i nie przejmujmy drobiazgami. Jeżeli w ciągu 2−3 tygodni nie będzie poprawy, idźmy do lekarza, bo być może przyczyna wypadania włosów jest poważniejsza, np. niedobór hormonów. Warto wiedzieć, że bez względu na powód kłopotów, poprawę mogą przynieść akupunktura i moksoterapia, dzięki którym zostanie przywrócony właściwy przepływ energii i poprawione krążenie krwi.