1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Przemoc emocjonalna powodem depresji poporodowej

Przemoc emocjonalna powodem depresji poporodowej

123rf.com
123rf.com
Badania wykazały, że 40 procent kobiet cierpiących na depresję po urodzeniu dziecka to ofiary przemocy ze strony partnera. Nadużywanie głównie przybiera formę krzywdzenia emocjonalnego.

- Depresja poporodowa jest ostatnimi czasy wnikliwie badana - powiedział Woolhouse Hannah z Murdoch Children Research Institute w Melbourne, w Australii. - Znanymi do tej pory czynnikami ryzyka rozwoju tej choroby były: złe stosunki partnerskie, stres, kłopoty ze zdrowiem, niskie dochody. Nasze badania pokazały, że depresję po urodzeniu dziecka wywołują przede wszystkim: przemoc emocjonalna, fizyczna, depresja w ciąży i bezrobocie.

Podczas badań aż 40 proc. kobiet chorych na depresję poporodową zgłosiło, że były ofiarami przemocy psychicznej. Z kolei emocjonalna przemoc była bardziej powszechna niż przemoc fizyczna (14 proc. do 8 proc).

Badanie zostało opublikowane w czasopiśmie An International Journal of Obstetrics and Gynaecology

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło poleca

Przemoc słowna wobec kobiet – rusza kampania społeczna „#NiePrzesadzam”

O przemocy werbalnej mówimy wtedy, gdy świadomie używamy języka do obrażania, poniżania, nękania lub marginalizowania. Wulgarne wyrażenia, seksistowskie uwagi, mobbing w pracy – to elementy przemocy słownej i języka nienawiści, który w dużym stopniu przeniósł się do Internetu. (ilustr. iStock)
O przemocy werbalnej mówimy wtedy, gdy świadomie używamy języka do obrażania, poniżania, nękania lub marginalizowania. Wulgarne wyrażenia, seksistowskie uwagi, mobbing w pracy – to elementy przemocy słownej i języka nienawiści, który w dużym stopniu przeniósł się do Internetu. (ilustr. iStock)
Język nienawiści? – To zwykle od słowna wszystko się zaczyna. Dlatego nowa kampania ma na celu uświadomienie, że przemoc wobec kobiet to nie tylko przemoc fizyczna. To również zwroty, do których przywykliśmy na co dzień, będące początkiem fizycznej agresji. Twarzą kampanii „#NiePrzesadzam” oraz główną ambasadorką została aktorka, dziennikarka i modelka – Anna Wendzikowska.  

Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych wyznaczyło 25 listopada Międzynarodowym Dniem Eliminacji Przemocy wobec Kobiet. Zdaniem ONZ przemoc wobec kobiet ma charakter prawdziwej epidemii, która nie objawia się jedynie w czynach. Każdego roku miliony kobiet i dziewcząt na całym świecie jest obrażanych czy poniżanych. W Polsce, według badań przeprowadzonych na zlecenie Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, przemocy psychicznej w rodzinie doświadczyło 27% badanych: 33% kobiet i 21% mężczyzn. Przemoc najczęściej jest stosowana w obrębie jednego gospodarstwa domowego. Warto też zauważyć, że  przemocy  psychicznej  ze  strony  aktualnego lub byłego partnera doświadcza niemal co druga kobieta (43%).

Kiedy możemy mówić o przemocy słownej i psychicznej?

Polacy w swoim otoczeniu najczęściej zauważają przemoc psychiczną - aż 54% respondentów przyznało, że zna przynajmniej jedną rodzinę, w której doszło do takiego aktu wobec kobiet. Według powszechnej definicji, przemocą psychiczną nazywamy takie zachowanie, które prowadzi do umniejszania poczucia własnej wartości ofiary, wzbudzania w niej strachu, pozbawiania poczucia bezpieczeństwa i kontroli nad własnym życiem.

- Przemoc na poziomie języka to niestety bardzo częste zjawisko, które możemy obserwować tak w życiu publicznym, w mediach czy na portalach społecznościowych, ale bywa stosowana także w związku czy rodzinie. Znamy przypadki klientek naszej fundacji, które przychodząc do nas wyrażają powątpiewanie, czy już należy im się pomoc – „on mnie nie bije, ale mnie wyzywa, obraża, szantażuje, grozi mi”… Tłumaczymy wtedy, że takie zachowania to także forma przemocy czy znęcania się, mimo że dzieją się „tylko” na poziomie języka. Tego typu sytuacje są nie tylko bardzo bolesne, ale stanowią również poważne zagrożenie dla zdrowia psychicznego – mówi Urszula Nowakowska, prezeska Centrum Praw Kobiet. - W każdej formie przemocy chodzi o sprawowanie władzy i kontroli, także na poziomie psychicznym. Aktualnie obowiązujące obostrzenia związane z pandemią sprzyjają stosowaniu przemocy, bo rodzą złość, frustrację, niepewność jutra, destabilizują sytuację finansową rodziny. To idealne warunki do gróźb i zastraszania, by wymóc na drugiej osobie posłuszeństwo. Nasze doświadczenia potwierdzają, że takich sytuacji jest w dobie pandemii niestety znacznie więcej.

Do wielu obraźliwych określeń, niestety, przywykliśmy

Słowna przemoc bywa też zawoalowana. Na niektóre określenia, przypisywane tradycyjnie kobietom, większość z nas po prostu nie zwraca już uwagi. Tak bardzo do nich przywykliśmy, że nie zastanawiamy się nad ich znaczeniem. Począwszy od histeryzowania, przez rozdrażnienie spowodowane PMSem, aż po brak zdolności kobiet do podejmowania męskich decyzji (taki język stosują zresztą same kobiety). Wśród społeczeństwa ciągle panuje powszechne przyzwolenie na pewnego rodzaju negatywne frazy, które mogą ranić potencjalnego odbiorcę i przyzwalać na rozwój przemocy. Nie bądź baba! Masz okres, czy co? Dziewczynce nie przystoi. Słaba płeć - to tylko przykłady.

- Nawet jeśli mizoginistyczne i nienawistne teksty czy komentarze są rozpowszechniane pośrednio w tekstach piosenek lub na forach internetowych, wpływają one na samoocenę milionów dziewcząt i kobiet - wyjaśnia Cornelia Lahmann, lingwistka z językowej aplikacji Babbel - Akt mowy, taki, jak np. obraźliwy post w social mediach to na pierwszy rzut oka ciąg słów. Dopiero to jego znaczenie może prowadzić do poważnych szkód emocjonalnych odbiorcy. Język kształtuje percepcję każdego człowieka i prowadzi od uprzedzeń i stygmatyzacji, aż do braku szacunku i agresywnego zachowania. Uznanie, że słowa mogą być źródłem przemocy jest zatem ważnym krokiem w dążeniu do stworzenia miejsca wolnego od przemocy - zarówno w codziennym świecie, jak i wirtualnej rzeczywistości.

Organizatorem tegorocznej kampanii #NiePrzesadzam jest firma Babbel – twórca jednej z najpopularniejszych aplikacji do nauki języków obcych. Partnerem wydarzenia została Fundacja Centrum Praw Kobiet. Organizacja, jak co roku przeprowadza głośną kampanię społeczną, której celem jest szerzenie świadomości poruszanego problemu związanego z przemocą wobec kobiet. W tym roku skupia się na kwestii kobietobójstwa i wszelkich aspektach, które mogą prowadzić do tej tragedii. Organizacja nieustannie wspiera wszystkie kobiety, które potrzebują pomocy. Obecnie, poza doradztwem prawnym obejmuje ona pomoc psychologiczną, asystowanie kobietom w sądach, zapewnienie bezpiecznego schronienia, prowadzenie grup wsparcia i telefonu zaufania, a także pomoc socjalną i doradztwo zawodowe.

  1. Psychologia

Kiedy kochasz za bardzo. Przemoc domowa ma różne oblicza

Ktoś kto żyje w sytuacji przemocy domowej sięga po pomoc, kiedy już jest na granicy. (Fot. Getty Images)
Ktoś kto żyje w sytuacji przemocy domowej sięga po pomoc, kiedy już jest na granicy. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Znamy takie obrazki. Ona nawet w największe upały w bluzce z długimi rękawami. Z grubą warstwą makijażu. Albo tłumacząca: „taka jestem niezdarna, znowu spadłam ze schodów”. Wszyscy wiemy: to przemoc domowa. Bo przemoc to pięść. Tyle że nie zawsze. Przemoc ma też inne oblicze. Trudniejsze do uchwycenia, ale równie raniące.

"Dlaczego nikt nie widzi, że umieram” – tak brzmi tytuł książki Renaty Kim, dziennikarki „Newsweeka”. Książki o przemocy psychicznej. Tu ofiara przemocy nie ma podbitych oczu. Mało tego, często jest uśmiechnięta, radosna. Jak sama Renata. Nikt niczego nie widzi. „Książka powstała między innymi dlatego, że sama przeżyłam taką historię. Opisałam ją, jest wśród innych. Trzy lata mojego życia. Byłam śmiertelnie zakochana i bardzo szybko uświadomiłam sobie, że ten związek mnie niszczy. I bardzo szybko postanowiłam się wyzwolić, ale nie umiałam”. Największą jej obawą podczas pracy nad książką było to, czy czytelnicy zrozumieją. „Bałam się, że nikt poza ofiarami nie będzie wiedział, na czym polega problem. Nie ma spektakularnych dramatów. Nie ma scen, po których robi ci się słabo. Nie opisuję horroru, tylko drobiazgi. Odwołał w ostatniej chwili spotkanie? Skrytykował sukienkę? Jaka tu przemoc? To się zdarza. Nic takiego. Ale czytelniczki świetnie to wychwytują. Dostaję dużo sygnałów, że książka działa, że terapeuci polecają ją swoim pacjentkom”.

Jak w bajce

Najpierw jest cudownie. Spotkałaś tego jedynego. Kogoś, kto cię rozumie. Kto ma takie samo poczucie humoru. Z kim się dobrze bawisz. Ale eldorado szybko się kończy. I zaczyna się testowanie granic. Twoich. Na co sobie pozwolisz? Czy się sprzeciwisz? Czy podporządkujesz? Pojawiają się małe kłamstwa, nie w ważnych sprawach, ale są. Mówisz o tym – dowiadujesz się, że nic takiego nie miało miejsca. Ale to wraca, powtarza się, nabiera intensywności, w końcu zaczynasz wątpić we własną zdolność oceniania rzeczywistości. Kawałek po kawałku jest ci zabierana pewność siebie, poczucie własnej wartości. Na końcu – godność. „Często ofiara ma – na poziomie mniej lub bardziej świadomym, a często nieświadomym – przekonanie, że to wszystko się dzieje, bo ona na to zasługuje – mówi psychoterapeutka Paulina Pawlak. – Niekiedy doświadczała przemocy domowej: fizycznej albo psychicznej. Jeśli czuję, że jestem gorsza, że nie poradzę sobie sama w życiu, to staję się łatwym łupem dla pewnego typu drapieżników. Choć z zewnątrz ofiara to często kobieta sukcesu. A w środku niepewna siebie, prosząca o miłość dziewczynka. Idąca przez całe życie z przekonaniami, które ją krzywdzą”. Mamy w głowach stereotypy, że przemoc w rodzinie dotyczy marginesu społecznego. Zahukanych biedactw siedzących cicho w kącie. A to często – zwłaszcza kiedy mowa o przemocy emocjonalnej – adwokatki, lekarki, psycholożki, pielęgniarki. Osoby wybierające zawody, w których „ja” jest na drugim miejscu. W ich życiu prywatnym bywa podobnie. „Popatrz na mnie – mówi Renata – czy ja wyglądam na ofiarę? Kogoś, kto da z siebie szmatkę zrobić? Tymczasem jestem z domu, w którym była przemoc, pamiętam niepokój: W jakim humorze wróci ojciec? Czy będzie bardzo pijany, czy tylko trochę? Czy zrobi awanturę, czy pójdzie spać? Wyszłam za mąż, pracowałam, praca jest dla mnie tak ważna, bo dawała mi poczucie pewności siebie, ważności, docenienia. To wszystko, co przez lata dostawałam także od mojego dobrego, czułego męża. Tyle że to wszystko przychodziło z zewnątrz, ja sama nie do końca w to wierzyłam”. Weszła w przemocową relację w momencie, w którym przeżywała kryzys. „Zmarli rodzice, z mężem się już psuło, w pracy dużo stresów – i nagle wylazło całe moje trudne dzieciństwo. Zapracowywałam się na śmierć, żeby zasłużyć sobie na zapewnienie, że jestem świetna. Kiedy wszystko się rozpada, mąż odchodzi, dziecko za granicą, jesteś słaba – i pojawia się ktoś, kto mówi, że jesteś cudowna – wchodzisz w to. Ja weszłam”. Jeśli taka kobieta, w dodatku – jak mówi Paulina Pawlak – obdarzona hiperempatią, spotka sprawnego manipulatora, zaczyna się związek oparty na przemocy. Na schemacie siły i słabości. Przemocowcy często w dzieciństwie byli ofiarami i znają tylko jeden sposób postępowania: albo dominujesz, albo jesteś zdominowany. Czarno-białe widzenie. I zaczyna się problem. On powoli wkracza na kolejne ważne dla kobiety terytoria. Jej przyjaciele? Odgradza ją od nich. Zawłaszcza. Pasje? Tylko jeśli robią to razem, ale on coraz częściej jakoś nie ma ochoty. Zaczyna się kontrolowanie. Ma ją na własność, na każde skinienie. Ona w jednej chwili musi zrewidować swoje plany, rzucić wszystko – bo on tak chce. Zaczyna się krytyka. Mówienie o niej jako o „tej, która ma problemy”. Czasem to przemocowiec prowadzi ofiarę do psychologa, terapeuty, psychiatry, „bo to jej trzeba pomóc”, „bo to z nią coś jest nie tak”. Okazuje się więc, że z nich dwojga to on jest ten wspaniały, on jest silny, a do tego się o nią troszczy. „Sprawcy przemocy szczerze w to wierzą – mówi Paulina Pawlak. – Myślą, że są idealni i że wszystkiemu winna jest ofiara. To z nią coś jest nie tak. I potem to ona funkcjonuje z jakiegoś rodzaju piętnem: to ty potrzebujesz pomocy, nie ja”.

Dlaczego nie dasz w pysk

Każda z bohaterek książki Renaty Kim słyszała w pewnym momencie od przyjaciół to samo: no dobrze, ale dlaczego nie dasz mu w pysk, dlaczego nie odejdziesz, dlaczego na to pozwalasz? Paulina Pawlak twierdzi, że ważny jest lęk przed zmianą albo przekonanie, że sama sobie nie poradzę. Doznaję krzywdy, ale to coś mi znanego. A świat zewnętrzny jest zagrażający. Może też działać poczucie winy. Bo w związku są i fajne momenty, więc ofiara myśli: „On chce dla mnie dobrze, był przecież czuły, coś mi dał, pogłaskał, nawet przeprosił. Nie mogę go zostawić”. Gra w niej masa emocji. W dodatku im więcej się w relację zainwestuje, tym trudniej z niej zrezygnować. A kobiety z reguły inwestują dużo. Niektóre – wszystko. Taką mają wizję miłości – oddać całą siebie, roztopić się w tym uczuciu. „Pamiętam, ile razy próbowałam zrywać, a on nie odpuszczał – mówi Renata. – Bo ja byłam mu potrzebna. Mój czas, moje pieniądze, to, że byłam w nim taka zakochana – to go podbudowywało. A mnie się wydawało, że on beze mnie nie może żyć. Spotykaliśmy się, przez pierwsze 15 minut było okej, potem zaczynały się wyrzuty, mój ból, jego lekceważenie. Czułam się coraz gorzej, nie mogłam jeść, spać. Ale kiedy powiedziałam koledze, w jakim jestem stanie, on stwierdził, że patrzy na moje zdjęcia na Facebooku i widzi promienną, uśmiechniętą osobę. Zaczęłam się nad tym zastanawiać – chyba bardzo nie chciałam przyjąć do wiadomości, że dzieje się coś naprawdę złego. Nie chciałam przyjąć do wiadomości sygnałów, które dawało mi moje ciało, bo wtedy musiałabym coś z tym zrobić. A na rezygnację z tej relacji nie byłam gotowa. I ciągle się łudziłam, że będzie dobrze. Codziennie słyszałam, że on mnie kocha. Nic w jego zachowaniu na to nie wskazywało, ale ja się tych słów czepiałam. Ważyłam 43 kg, nie spałam, nie jadłam, paliłam, piłam. Cud, że wypadku nie spowodowałam, nie straciłam pracy, dziecka… Straciłam małżeństwo, choć ono i tak się już wcześniej rozsypywało. Ale kiedy mąż przyszedł i powiedział: »rozwód«, to we mnie żadnej emocji nie było, żadnej chęci walki o ten związek”.

Ilustracja Joanna Gniady Ilustracja Joanna Gniady

Przychodzi w końcu czas, kiedy ofiara już wie, że to ją niszczy, a i tak w tym tkwi. Dlaczego wtedy nie ma odruchu: ratuj się, dziewczyno? Paulina Pawlak: „Trudno dostrzec konkretny moment, to proces, odbieranie poczucia własnej wartości, osłabianie, kawałek po kawałku. Trudno się zatrzymać i stwierdzić: »aha, to złe«. Poza tym to była moja decyzja, mój wybór. Jak przyznać, że się myliłam, że to wszystko trafiało w próżnię?”.

Odpychanie-przyciąganie

Wyjście z nałogu, każdego, czy jest to alkohol, czy narkotyki, jest ekstremalnie trudne. W relacji opartej na przemocy emocjonalnej działa podobny mechanizm – uzależnienia. Te związki polegają na odpychaniu i przyciąganiu. Zawsze po kiju ofiara dostaje marchewkę. Tyle że z czasem jest coraz więcej upokorzeń, coraz mniej chwil dobrych. Ale ciągle są.„Mogłam być nieszczęśliwa – mówi Renata – ale kiedy powiedział: »kocham«, ja o wszystkim, co złe, zapominałam. Umawiał się ze mną, po czym w ostatniej chwili odwoływał. Kiedy pytałam, dlaczego mnie tak traktuje, łaskawie godził się na spotkanie. A ja biegłam”. Bo kiedy jesteście razem – to kolejna charakterystyczna rzecz – uspokajasz się. Wydaje ci się, że masz kontrolę. Wprawdzie on na twoich oczach przegląda Tindera, zaznacza kobiety, które mu się podobają, pisze do nich, ale jest obok. Eksplozje dopaminy i adrenaliny też uzależniają, czekasz na to. I myślisz: „Bez tego moje życie stanie się puste”. A ta myśl przeraża. Renata: „To było we mnie bardzo silne. On zapełniał mój dzień. Pisaliśmy do siebie wiadomości, biegaliśmy razem, wieczorem oglądaliśmy seriale. Ale to, co ja brałam za chęć bycia ze mną, za zaangażowanie emocjonalne, to była z jego strony jedynie chęć wypełnienia sobie czasu. No i dawałam mu poczucie bezpieczeństwa, robiłam zakupy, rozmawiałam z nim inteligentnie”.

„Przemoc” to mocne słowo

Niewiele jest mocniejszych. A tu mamy do czynienia z rzeczami, które z przemocą się nie kojarzą. Ale jeśli wydarza się w ciągu dnia wiele sytuacji, które sprawiają ci ból, bo na przykład on przy tobie ostentacyjnie kogoś uwodzi, kłamie, obwinia ciebie o każde swoje niepowodzenie – w końcu zaczynasz rozumieć, że celowo cię rani. I z premedytacją to powtarza. Renata: „Prosiłam, żebyśmy poszli na terapię. Zgodził się, potem zaczął kręcić, że przecież nie mieszkamy razem, nie ma takich terapii. Kiedy opowiedziałam o tym mojej terapeutce, zobaczyłam zgrozę na jej twarzy: »Nie mediuje się ze sprawcami przemocy«. Wtedy pierwszy raz usłyszałam, co ona do mnie mówi”. Potwierdza to Paulina Pawlak. Według niej słowo „przemoc” ofiara słyszy często dopiero w gabinecie psychoterapeuty. A trafia do niego późno, z reguły dopiero wtedy, kiedy jest już w niej decyzja o rozstaniu. „I kiedy ja to słowo wypowiadam, kiedy nazywam to, co je spotyka – są zdziwione. W szoku – mówi psychoterapeutka. – Za chwilę jest płacz, ale i ulga – bo kiedy to usłyszą, spada z nich poczucie winy. Choć nie zawsze są gotowe, żeby to przyjąć. To zależy od etapu, na jakim jest relacja. Bywa, że ofiara wybucha śmiechem i wychodzi. Nie wierzy. Miałam taką historię. Po kilku miesiącach ta pani wróciła – już była inna. W smutku, rozpaczy. To słowo, którego nie »usłyszała«, gdzieś w niej jednak przez ten czas pracowało i pozwoliło w końcu zrozumieć, co się dzieje. Ale żeby tak się stało, ofiara musi dojrzeć do tego, żeby chcieć się ratować”. Wtedy jest już słaba fizycznie, wręcz wycieńczona, wydaje się jej, że zaczyna wariować, ma myśli samobójcze. Czuje, że dochodzi do granicy, jasno komunikuje to też jej ciało. Albo w końcu słyszy, co mówi terapeuta, albo zaczyna czytać. Blogi, książki. O narcyzach, psychopatach, socjopatach. O mechanizmach manipulacji. I nagle widzi: to jest o mnie.  „Pierwsza książka, którą dała mi terapeutka, to »Kobiety, które kochają za bardzo«. Wtedy zaczęłam rozumieć, o co chodzi ze mną – mówi Renata Kim. – Każda relacja to było dla mnie coś, czemu muszę poświęcić całą siebie. Czas, umysł, ciało, pieniądze. To samo robiłam w małżeństwie. Miałam szczęście, bo mój były mąż to doceniał, nie wykorzystywał tego. Szczęście się skończyło, kiedy weszłam w relację, która prawie mnie zniszczyła. Ale kobieta silna, znająca swoją wartość w taki związek nie wejdzie”.

Czy można pomóc?

Jeśli ktoś jest w środku takiej relacji, nie pomożesz. Musi sam dojść do ściany. Po pomoc i lektury sięga, kiedy już jest na granicy. Wtedy szuka ludzi, którzy powiedzą, że to nie tylko jego doświadczenie, że jest jakiś mechanizm, który kieruje relacjami sprawca–ofiara. Cholernie ważne jest móc się wygadać. Renata Kim: „Bez względu na to, jak bardzo cię irytuje, że ona znowu to samo, zaciskasz zęby i słuchasz po raz kolejny tej chaotycznej opowieści. I myślisz: »Ja też zawsze miałam przy sobie kogoś, kto mnie wysłuchiwał, kiedy byłam w rozpaczy«. To rodzaj zobowiązania”. Paulina Pawlak uważa, że choć związki przemocowe zostawiają w nas trwały ślad, nie zamykają drogi do stworzenia w przyszłości dobrej relacji. Najpierw jednak musi się wydarzyć zmiana na głębszym poziomie. Zmiana przekonań na własny temat. To sporo pracy, czasem na lata. Jeśli się jej nie wykona, można z jednej toksycznej relacji wpaść w drugą. Ale kiedy zmiana się dokona, będziemy silniejsze. I szczęśliwsze.

Najtrudniejszy przypadek

Różne są sposoby na odreagowanie przemocowej relacji. „Zawsze śpiewałam – opowiada Renata Kim. – Kocham to. Kiedyś razem byliśmy w towarzystwie, zaśpiewałam, on mnie skrytykował, a ja kompletnie się zablokowałam. Nie byłam w stanie śpiewać, choć do tej pory nuciłam non stop. Zapisałam się więc na lekcje śpiewu. I wymyśliłam, że zaśpiewam publicznie. Powiedziałam o tym koledze, który jest dyrektorem teatru Druga Strefa w Warszawie. Wyreżyserował przedstawienie. Ja zaśpiewałam wszystkie smutne piosenki, które ćwiczyłam z nauczycielką śpiewu, a między utworami przyjaciółka czytała relacje ofiar przemocy. Na przedstawienie przyszła moja terapeutka, powiedziała mi, że jest ze mnie dumna. Że to dobry koniec terapii. Kilka miesięcy wcześniej wyznała mi, że byłam jej najtrudniejszym przypadkiem. Nigdy nie miała do czynienia z kimś, kto tak kurczowo trzymałby się sprawcy przemocy”.

materiały prasowe materiały prasowe

  1. Psychologia

Dlaczego kobiety tkwią w związkach przemocowych?

Nie jest żadnym odkryciem, że w relacji przemocowej ofiara powiela stary, dobrze jej znany schemat, w którym ktoś inny – mąż, znajomy, przyjaciółka, szef czy partner – staje się ważniejszy od niej samej. (Fot. iStock)
Nie jest żadnym odkryciem, że w relacji przemocowej ofiara powiela stary, dobrze jej znany schemat, w którym ktoś inny – mąż, znajomy, przyjaciółka, szef czy partner – staje się ważniejszy od niej samej. (Fot. iStock)
Niczego nie zauważyłaś? Jak można być z kimś, kto krzywdzi? - pytają koleżanki, a często i my sami, kiedy słyszymy o kobietach tkwiących w złych relacjach. Ano można, jeśli czujesz, że nie masz wyboru. Tak samo jak czułaś to jako dziecko. W dodatku przemoc psychiczna sączy się niczym trucizna, niezauważalnie, powolutku – paraliżując zdrowy osąd sytuacji. 

Wszystkie ofiary mają ze sobą coś wspólnego – jakiś rodzaj gorączkowej ekscytacji, gdy opowiadają swoje historie. Łzy, żal, że nikt nie rozumie, co im się przytrafiło. Złość – że człowiek który im coś takiego zrobił nie poniósł żadnej kary…” – pisze Renata Kim w swojej najnowszej książce ,,Dlaczego nikt nie widzi, że umieram. Historie ofiar przemocy psychicznej”. Najgorsze w przemocy psychicznej jest właśnie owo poczucie niezrozumienia i samotność. I nadzieja, że gdzieś jest ktoś, kto spokojnie wysłucha, bez oceniania, bez komentarza: ,,Nie zauważyłaś, że on cię wykorzystuje?” albo: ,,Skoro byłaś z nim tak długo, to może sama tego chciałaś?”. Widziała, wiedziała, dość szybko zorientowała się, że to drań, oszust, manipulant, który ją i jej uczucia ma gdzieś, bo liczy się tylko on, jego, dla niego, o nim... I co z tego? Głowa mówiła, krzyczała: „Nie bądź głupia, rzuć go”, a brzuch wołał: „Daj mu jeszcze szansę, ostatnią, zaufaj mu jeszcze raz, on jedyny obiecywał ci miłość”. Właśnie ten głód bezwarunkowej akceptacji, uwagi, zainteresowania i miłości wepchnął ją w ramiona narcystycznego, toksycznego i przemocowego kochanka, ale i szefa, przyjaciółki – każdego, kto zauważył, popatrzył głęboko w oczy, wziął za rękę, wysłuchał, docenił, pochwalił… A potem wykorzystał, poniżył, zranił do żywego. Właśnie w tym momencie ofiary przemocy po raz pierwszy przychodzą do terapeuty.

Dam ci wszystko, czego nie dostałaś

„W jego oczach czuła się najpiękniejsza, najmądrzejsza, a kiedy ją upokarzał, płakała, ale czekała, że znowu będzie dla niego ta naj…, nie potrafiła żyć bez niego” – pisze o jednej ze swoich bohaterek Renata Kim. To samo mogłaby powiedzieć o sobie Krysia. Chciał mieć z nią dziecko, tak twierdził, a kiedy zaszła w ciążę, powiedział, że lepiej będzie dla nich (do dziś nie wie, kogo miał na myśli), jeśli przekona męża, że to jego. Nie mogła tego zrobić, z mężem nie sypiała, odkąd nawiązała romans, ale coś musiała mu powiedzieć. Najpierw jednak czekała, aż on – kochanek się zadeklaruje, przecież mówił o dziecku, obiecywał, że odejdzie od żony. Mąż powiedział, że wychowa jak swoje, pod warunkiem że dziecko nigdy się nie dowie, że nie jest jego ojcem. Kiedy synek miał cztery lata, po raz drugi zaszła w ciążę z kochankiem, a on po raz drugi się ucieszył, ale kiedy zaczęła krwawić, nie miał czasu pojechać z nią do lekarza, był bardzo zajęty, a w końcu ciąża to nie choroba. W taksówce dostała krwotoku, to były bliźniaki. Przychodziła na sesje przez rok i ciągle pytała: „Myślisz, że mamy jeszcze jakieś szanse? A może jeśli ja się zmienię, to…”.

Matka Krysi była piękna. Zaszła w ciążę z kolegą ze szkoły, miała 17 lat. Ucieszyła się, kiedy urodziła córkę. Gdy dziewczynka miała dwa lata, babcia, która się nią głównie zajmowała, zmarła. Od tego momentu matka stroiła ją jak lalkę, a potem sadzała przed lustrem i powtarzała: „Dlaczego odziedziczyłaś urodę po nim, a nie po mnie?”, często mówiła też, że powinna ją oddać zaraz po porodzie i że to wszystko przez jej matkę, która aborcji zrobić nie pozwoliła, a potem nagle zostawiła ją samą z bachorem.

Krysia dokładnie pamięta ten dzień, kiedy pierwszy raz się spotkali. On popatrzył jej prosto w oczy i powiedział: „Jaka ty jesteś piękna”.

„Karmi jego głodne ego – zachwyca się nim, zapewnia o miłości, rzuca wszystko, kiedy jest mu potrzebna, obsypuje prezencikami – jej główne zadanie i cel: sprawić, by czuł się przy niej pewnie i bezpiecznie, żeby był silny…” – kolejny cytat z książki.

Ojciec Ani był silny, bardzo. Sadzał ją sobie na kolanach i mówił: „Jesteś moją małą księżniczką”. A potem nagle pewnego dnia miał udar i… poddał się, nie chciał walczyć, zaległ z pilotem przed telewizorem i patrzył na nią takim niewidzącym wzrokiem.

Kiedy przyszła do mnie po raz pierwszy, płakała i pytała, jak on mógł jej to zrobić, dlaczego nie chce się leczyć. Mimo że od udaru minęło już 20 lat. Na razie ratuje innych mężczyzn, tych wszystkich, co to najpierw uwodzą, zabiegają, starają się, mówią, że jest silna, a potem… W tym momencie wersje scenariusza nieco się różnią: ten pierwszy – żonaty, wykorzystał i porzucił, a potem wrócił po kilkunastu latach i powiedział: „Proponuję ci romans i nic więcej”. Drugi nazywał to przyjaźnią z bonusem, trzeci nosił na rękach, nawet obraz dla niej namalował, a potem powiedział, że nie jest gotowy na związek. Kiedy zapytała, czy ma na niego czekać, wzruszył ramionami: „Jak chcesz”. Nie czekała, ale po jakimś czasie on sobie o niej przypomniał, zupełnie jakby na chwilę odłożył ją na półkę i sięgnął, bo była mu potrzebna.

„Wiem, że daję za dużo, że nie dbam o swoje potrzeby, że…” – powtarza to w kółko, a kiedy pytam, czy ciągle jeszcze chce uratować ojca – uśmiecha się smutno.

„Znajomi dziwili się, dlaczego z nim jest, nie chcieli już słuchać jej opowieści, może nawet za plecami się z niej śmiali” – to o innej bohaterce Renaty Kim. Ale mogłoby być o Iwonie. Jej terapeutka groziła, że zrezygnuje, jeśli ona nie zrezygnuje z romansu z tym mężczyzną. Matka Iwony była chora psychicznie, twierdziła, że nie pamięta, kto jest ojcem dziewczynki. Za to często powtarzała, że z pewnością był sk… A kiedy córka chowała jedzenie, żeby w nocy się nie objadała i nie robiła pod siebie – krzyczała, że skończy na ulicy, bo żaden jej nie zechce.

Na pierwszej sesji pokazała mi SMS-y od kochanka, zagroził, że jeśli przestanie mu przesyłać swoje nagie zdjęcia, zerwie z nią. Nigdy jej nawet nie przytulił, nie doszło do żadnej intymności. Za to było dużo słów; najpierw często mówił, że jest wyjątkowa i że ją kocha tak jak nikogo, ale nie pójdzie z nią do łóżka, bo nie chce zniszczyć tej magicznej relacji. A potem mówił, że jest nic niewartą suką i że kijem by jej nie tknął… „Tylko nie każ mi z nim zerwać, bo nie jestem w stanie” – powtarzała przez rok na każdej sesji.

Kat i ofiara

Gdy ofiara przemocy psychicznej po raz pierwszy pojawia się w gabinecie terapeuty, rzadko kiedy jest gotowa do rozstania z katem albo kolejny raz od niego odeszła i trzyma się „ostatkiem sił”, żeby nie wrócić. Zawsze prędzej czy później wraca, bo on nie pozwoli tak łatwo odejść. Za bardzo jej potrzebuje, no i wie, co dla niej najlepsze. „Wierzysz, że on naprawdę mnie kocha, tylko boi się bliskości/ unika intymności/ już tyle razy był odrzucony?” – pytają. Ofiary przemocy są zwykle doskonale wyedukowane w psychologicznej terminologii. Naprawdę chcą zrozumieć, o co tu chodzi, dlaczego zgadzają się na przemoc, dlaczego ta chora relacja wciąga jak bagno. Pierwsze kilka sesji to tysiące pytań i ten pełen nadziei wzrok, że znam na nie odpowiedź. Przy okazji opowiadania po raz setny swojej historii wylewają z siebie tysiące sprzecznych emocji. A ja cierpliwie słucham i czekam, jak ten dobry rodzic, który nie ocenia, nie krytykuje, nie daje rad, bo taka jest moja rola.

„Wiem, że powinnam z nim zerwać”, „Naprawdę go zostawię, już prawie jestem gotowa”, „Jakie to szczęście, że mnie nie oceniasz” – mówią, a potem pewnego dnia wypadają z terapii, bo dostały to, czego najbardziej potrzebowały: wysłuchania i obniżenia napięcia. Znów są silne i gotowe, żeby przyjmować ciosy. Rozumiem to, nie oceniam, to element procesu wychodzenia z uzależnienia. Jeden ze znajomych terapeutów powtarzał zawsze: ,,jeszcze delikwent nie wypił swojego, jeszcze musi dopić, ale wróci jak mu się przeleje”. Wracają, kiedy sięgną dna. Może będzie to choroba psychosomatyczna albo próba samobójcza, strata pieniędzy, dzieci, pracy czy przyjaciół – coś wystarczająco mocnego, żeby już nie dało się udawać, że wszystko jest w porządku. Wracają i płaczą, nie mają siły snuć w nieskończoność historii o tym, co on zrobił, jak zrobił i pytać dlaczego. Gdy wypłaczą już wszystkie łzy, są gotowe, by słuchać, więc mówię: opowiadam, przytaczam wyniki badań, rozrysowuję zależności, tłumaczę mechanizmy…

Dlaczego ja?

To bardzo ważne pytanie. Jeśli ofiara przemocy je sobie zadaje, prawdopodobnie jest już na tym etapie, że ma odwagę skonfrontować się ze swoimi uczuciami i poczuć zależność pomiędzy tym, co czuje obecnie a co czuła jako dziecko. Nie jest żadnym odkryciem, że w relacji przemocowej ofiara powiela stary, dobrze jej znany schemat, w którym ktoś inny – mąż, znajomy, przyjaciółka, szef czy partner – staje się ważniejszy od niej samej. Przecież doskonale to zna z dzieciństwa: warunkowa miłość, warunkowa akceptacja, warunkowa uwaga – na to wszystko musiała (i wydaje jej się, że nadal musi) zasłużyć. Jeśli zasłuży, to dostanie, a potem straci, żeby chcieć zasłużyć jeszcze bardziej. Tak właśnie ten cykl przebiega: kat daje i zabiera, a ofiara odchodzi i wraca – i ona musi dokładnie to poczuć. Poczuć tę nadzieję, że tym razem będzie inaczej, bo on się zmieni albo ona tyle dała, że na pewno zasłużyła na więcej. Poczuć to rozczarowanie i rozpacz, że znowu straciła coś, co było dla niej tak bardzo ważne.

W książce Renaty Kim najbardziej poruszyła mnie jedna z kobiet, która do dziś spłaca kredyt za iPhone’a. Kupiła go dla niego, bo o takim marzył. Od wielu tygodni nie są już razem, a jej co miesiąc ściągają z konta kolejną ratę kredytu. Pomyślałam, że tak naprawdę ona wciąż łudzi się, że ten rytuał ich łączy…

Ten moment, w którym podejmiesz świadomą decyzję że chcesz się ratować, to pierwszy dzień zdrowienia. Czujesz, że będzie bardzo trudno, ale wiesz, że nie ma innego wyjścia. Musisz poczuć całą sobą, że tego chcesz i że dasz radę, nawet jeśli on, gdy tylko wyczuje pismo nosem, stanie się wyjątkowo miły, kochający, zabiegający, będzie padał na kolana i prośbą albo groźbą próbował cię przywołać. „Tygodniami kontakt był intensywny, a potem on nagle znikał. Klasyczna gra w przyciąganie i odpychanie, która jest jednym z najskuteczniejszych mechanizmów manipulacji, silnie wiążącym” – pisze Renata Kim. Doskonale to znasz. Wiem, że to bardzo boli, ale to są właśnie te najważniejsze uczucia, które nosisz w sobie, zamrożone od lat. ,,A może tym razem tata naprawdę pojawi się na moich urodzinach?”, „A może tym razem mama pochwali mój rysunek?”. Od lat nosiłaś w sercu tę nadzieję, wnosisz ją do dorosłego życia, ukrywasz w brzuchu, tuż obok głodu miłości. Aż wreszcie pojawia się on i zauważa, chwali, patrzy prosto w oczy, kiedy do ciebie mówi. Nie robi rozczarowanej miny i jest taki cudowny. Do czasu. Znów znika, ale i znów się pojawia. Doskonale potrafi rozszyfrować twój głód: miłości, uwagi, zachwytu, wysłuchania. Wie, że będziesz jeść z ręki każdego, kto ci powie: „Tylko ja wiem, kochanie, czego potrzebujesz, co będzie dla ciebie najlepsze, tylko mi zaufaj”.

Już wiesz, dlaczego ty? Jeśli tak, to teraz poczuj to wszystko: rozpacz na przemian z nadzieją porzuconego czy zawiedzionego dziecka. Ten ból, choć może wydawać się straszny, nie zrobi ci krzywdy. Z każdym wydechem będzie go coraz mniej i mniej…

I jeszcze jedna rzecz, jeśli po jakimś czasie po rozstaniu poczujesz chęć, żeby się zemścić, nie rób tego, to kolejny etap gry. On się tym nie przejmie, za to z przyjemnością po raz kolejny wciągnie cię w cykl unikanie–przyciąganie. Wiej, kochana, gdzie pieprz rośnie. Dasz radę.

Ewa Klepacka-Gryz - psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet terapiavia.com Polecamy jej najnowszą książkę. 

  1. Zwierciadło

Zdrowe, orzeźwiające wody smakowe, które podnoszą poziom energii – nie tylko na piknik

5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki
5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki "Zdrowe wody")
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Pysznie i energetycznie to dwa słowa, którymi z powodzeniem można opisać każdą z moich wiosennych wód. Od ciebie zależy, którą wybierzesz, a i tak każdy wybór będzie właściwy.

Składniki:

  • grejpfrut (1 sztuka mała - 220g)
  • cynamon (laska)
  • rozmaryn (2 gałązki)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Grejpfruta nie obieramy, jedynie szorujemy porządnie szczoteczką pod bieżącą wodą. Pokrojonego w plastry wrzucamy do dzbanka. Dodajemy gałązki rozmarynu i laskę cynamonu. Całość zalewamy wodą średniozmineralizowaną. Pozgniatamy wszystkie składniki drewnianą łyżką i dokładnie mieszamy. Po dziesięciu minutach woda smakowa jest już gotowa.

5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki 'Zdrowe wody')5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki "Zdrowe wody")

Składniki:

  • cytryna (1 sztuka duża - 130g)
  • mięta cytrynowa (11 świeżych listków)
  • pokrzywa (11 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Cytryna chociaż wcale nie jest liderem wśród cytrusów pod względem zawartości witaminy C, to bogata jest w witaminy z grupy B, potas, wapń, o czym nie każdy wie. Oczywiście dzięki zawartej w niej witaminie C moja orzeźwiająca woda smakowa ma moc energetyzującą, natomiast dzięki witaminom z grupy B, takim jak B3, czyli niacynie i witaminie B6, czyli pirydoksynie, usprawnia pracę układu nerwowego i wzmacnia układ immunologiczny. Zalecam celebrowanie święta cytryny nie tylko pod koniec zimy w miasteczku Mentona, ale dużo, dużo częściej.

Składniki:

  • kawa (2 łyżeczki mielonych ziaren)
  • grejpfrut (1/3 sztuki - 90g)
  • limonka (1 sztuka - 100g)
  • mięta cytrynowa (10 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Kawa znalazła się w mojej wodzie smakowej nie tylko ze względu na zawartość kofeiny. Oczywiście jej właściwości pobudzające są najbardziej znane, co nie oznacza, że kawa nie może się też pochwalić innymi. Pozwólcie, że wymienię niektóre jeszcze przed wypiciem mojej wody smakowej: poprawia perystaltykę jelit, wzmacnia pamięć, przyspiesza metabolizm. Nie wymieniając dodatkowo zalet grejpfruta, limonki i mięty, czyli reszty składników mojej mieszanki, zapewniam, że jest to woda smakowa bardzo zdrowa.

Składniki:

  • zielona herbata (2 łyżeczki suszu)
  • pomarańcza (1/2 małej sztuki - 100g)
  • mięta cytrynowa (10 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Do dzbanka wsypujemy zieloną herbatę i zalewamy średniozmineralizowaną wodą o temperaturze 80 stopni. Czekamy, aż napar wystygnie i dodajemy listki mięty i plastry pomarańczy. Mieszamy całość drewnianą łyżką, rozgniatając plastry pomarańczy, a po chwili woda smakowa jest już gotowa.

Składniki:

  • czarny bez (2 łyżki soku z owoców)
  • ogórek gruntowy (3 sztuki - 90g)
  • mięta zwyczajna (6 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Ogórki myjemy pod bieżącą wodą i kroimy je w plastry, nie obierając ze skórki. Pokrojone warzywa wrzucamy do dzbanka i wlewamy dwie łyżki stołowe bezcukrowego, ekologicznego soku z czarnego bzu. Dodajemy listki mięty i całość zalewamy wodą średniozmineralizowaną. Mieszamy składniki drewnianą łyżką. Woda smakowa jest gotowa po 10 minutach od zamieszania.

Zdjęcia z książki „Zdrowe wody. Pyszne wody smakowe i izotoniki” Anety Łańcuchowskiej-Jeziorowskiej. Więcej przepisów na wody na każdą porę roku znajdziecie w książce dostępnej w naszym sklepie internetowym.

  1. Zwierciadło

Hanna Banaszak: "Mam za co dziękować"

"Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud". (Fot. Agata Preyss)
Przed dziesięciu laty zachwyciła się wierszem Wisławy Szymborskiej „Nienawiść”. Od tego czasu Hanna Banaszak myślała o płycie, na której opowie o człowieku i o planecie dźwigającej jego zło. Nagrała ją, bo wierzy w przebudzenie. „Stoję na tobie, Ziemio”, z jej autorskimi kompozycjami, właśnie się ukazała.

Pomyślałem, że pani płyta idealnie trafia w czas.
Zaczęłam ją tworzyć dziesięć, a może 11 lat temu. Tak się złożyło, że przerwałam tę pracę, ale rok temu postanowiłam skończyć. I rzeczywiście, trafia w swój czas. Zawsze trafiłaby, bo zawsze gdzieś toczy się wojna, ktoś coś dewastuje, roznieca ogień. Oczywiście, jest mnóstwo ludzi, którzy chcą coś dla planety zrobić, podczas gdy inni nawet nie myślą o następnych pokoleniach, które też przecież mają do niej prawo. Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud. Obchodzi mnie świat, obchodzi mnie Polska. Starałam się unikać moralizatorstwa. Do odbiorców należy ocena, czy to się udało. Nikogo nie pouczam, nie mówię: „Zobacz, co zrobiłeś”. Tekstami Wisławy Szymborskiej, Tadeusza Różewicza, Josifa Brodskiego, Witolda Gombrowicza, Wojciecha Młynarskiego, Doroty Czupkiewicz opowiadam o tym, co i mnie boli. Im dłużej żyję, tym bardziej męczy mnie ludzkość. Mimo wszystko ta płyta jest wołaniem o przebudzenie.

Można zatrzymać człowieka w jego obsesji czynienia zła?
Można to próbować robić większą uważnością, szacunkiem, edukacją, czułością i próbami zrozumienia, pokorą w stosunku do niego, nieocenianiem, głębszym słuchaniem… Zaczynając od siebie, mamy większe szanse na lepsze relacje. Dobrze jest się sobie przyjrzeć. Pracuję teraz nad książką o sobie, nie wiem, czy ją wydam, ale chciałam popatrzeć na siebie z dystansu, na dziecko, dziewczynkę, kobietę.

Jaka była ta dziewczynka?
Długo była nieśmiała, co trochę komplikowało jej życie. Mimo to miała dość duże poczucie własnej wartości. Potem przez przypadek zaczęła się jej muzyczna droga. Gdzieś zaśpiewała, ktoś ją zauważył, a ona wciąż nie przypuszczała, że to będzie jej zawód. Po prostu podążała za własną muzykalnością i miłością najpierw do dźwięków, a niedługo potem także do treści.

Tę nieśmiałość zamieniła pani później na osobność?
Lubię oddalać się od ludzi, co nie znaczy, że nie bywam z nimi blisko. W moim życiu to się odbywa pół na pół – obcowanie z samotnością jest twórcze i rozwijające, ale bycie z ludźmi daje też poczucie wspólnoty. Zwłaszcza gdy miewamy psychiczne upadki, potrzebujemy drugiego człowieka. Dobre bycie z ludźmi jest ważne, bo możemy się w sobie nawzajem przeglądać i uczyć, a także obdarzać niezbędnym do życia współodczuwaniem oraz czułością i serdecznością.

A jakie marzenia miała pani, będąc tamtą dziewczynką?
Nie przypominam sobie swoich marzeń. Może tylko jakieś błyski [śmiech]. W podstawówce bardzo chciałam zaśpiewać na szkolnej akademii. Jednak nikt nie wiedział, że śpiewać potrafię, a moja nieśmiałość nie pozwoliła mi się o to upomnieć. Marzyłam o dalekich podróżach, co na początku mojej kariery częściowo udało mi się zrealizować, ale zawsze były to wyjazdy połączone z koncertami. Obecnie, po milionach kilometrów, które przemierzyłam, większą atrakcją dla mnie jest zostać niż wyjechać.

W co była pani wtedy zasłuchana?
Uwielbiałam amerykańskie filmy musicalowe, z Ginger Rogers, Fredem Astaire’em, Marilyn Monroe. W domu było tylko radio i nieco później telewizor. Nie było jednak adapteru, z którego można odtwarzać płyty. Czasem udawało się złapać Radio Luxembourg, gdzie prezentowano muzykę z Zachodu, ale strasznie trzeszczało. Rodzice słuchali w nim też Radia Wolna Europa. Nie mogę powiedzieć, że swoją muzykalność kształtowałam na słuchaniu muzyki, może w pewnym stopniu. Największą muzyką była przyroda. Umiłowaniem przyrody zaraziła mnie mama. W dzieciństwie z naszego małego mieszkania wyjeżdżałam z rodzicami na całodniowe wycieczki za miasto. W okolicach Poznania jest mnóstwo pięknych miejsc. Jeździłyśmy do Puszczykowa, nad Jezioro Kierskie, i zwiedziłyśmy wszystkie okoliczne lasy.

Od kiedy stoi pani twardo na ziemi?
Dość wcześnie poczułam, że stoję na niej świadomie, ale nigdy nie przestałam mieć poczucia, że jestem w drodze. To ona jest istotna. Takim znaczącym przebudzeniem był rok 1980, kilka zdarzeń. Pierwszym był wypadek – spadłam z windą w stołecznym hotelu Warszawa. Miałam 23 lata, początek mojej popularności. Dwa dni wcześniej nakręciłam recital telewizyjny. Bardzo chwalono mnie za muzykalność. Polska telewizja chciała mnie wysłać na nauki do Londynu, ale nagle wszystko stało się nieaktualne. Szybko zrozumiałam, że tzw. sukcesy z piękną perspektywą nieoczekiwanie mogą się urwać. To dobra lekcja na początku kariery, bo od razu uczy dystansu i tłumi samozachwyty.

Miałam skomplikowane złamanie nogi. Recital oglądałam już po operacji w szpitalu, trzy tygodnie później. Mój powrót do zdrowia trwał około pół roku. Byłam po drugiej operacji i wciąż leżałam w szpitalu, kiedy umarł na serce mój ojciec, dla mnie wzór pracy i uczciwości. Wtedy stałam się dorosła. No i pojawiła się Solidarność, a wraz z nią nadzieja. To, co się działo, było wzniosłe i budujące. W lipcu 1981 roku graliśmy przez miesiąc z kabaretem Tey Zenona Laskowika w teatrze muzycznym w Gdyni. Na naszych występach pojawiały się znane solidarnościowe nazwiska, które po spektaklu odwiedzały nas za kulisami. Zdawałam sobie sprawę, że uczestniczę we fragmencie historii, dlatego wnikliwie się przyglądałam. To przykre, ale u niektórych z tych osób już wtedy dostrzegłam rodzącą się zawiść. To też mnie czegoś ważnego nauczyło. Że zawiść jest przyczynkiem do mniejszych i większych wojenek. Że ludzie nie umieją żyć skromnie, obrastają w tworzone mity, a w rzeczywistości są małymi nieszczęściami.

Mniej więcej wtedy, na początku lat 80., zdecydowała się pani na karierę solową.
Ha, ha, to raczej kariera zdecydowała się na mnie. Sama do mnie przyszła. Miałam dużo szczęścia, ale i nieskromnie powiem – talentu. Zaczęłam śpiewać muzykę i teksty, którymi mnie obdarowali wybitni twórcy. To były piękne piosenki dla młodej dziewczyny, ale w pewnym momencie dojrzałam do czegoś więcej i tu pojawił się Jonasz Kofta, który pozwolił mi się przeobrazić w artystkę znacznie dojrzalszą. Odtąd zaczęłam stawiać na głębsze treści i ich wiarygodny przekaz. Wiedziałam już, czego nie chcę.

Pani już nie chciała tamtej zalotnej?
Nie, bo z biegiem czasu stawała się coraz bardziej infantylna, a infantylizmu nie znoszę. Udało mi się wywalczyć prawo do scenicznego rozwoju. Ludzie, w tym także młodzi, przychodzą na moje koncerty, chociaż prawie nie ma mnie w mediach. Niektórzy napotkani przechodnie czasem mnie pytają, czy jeszcze śpiewam, a przecież nawet na chwilę nie przestałam, tylko ograniczyłam kontakt z mediami, które, zgodnie z moją filozofią uprawiania tego zawodu, specjalnie do niczego nie były mi potrzebne i raczej mnie męczyły, niż cieszyły. Mimo to publiczność wciąż obdarza mnie entuzjazmem, co znaczy, że chyba swój zawód wykonuję rzetelnie. Zwolennicy czynią mi wielki zaszczyt, odwiedzając mnie na koncertach. Mam dla nich czułość. Jestem wdzięczna. Ale nie traktuję śpiewania jako wielkiej misji, po prostu zapraszam do dialogu. Skoro dostałam od losu muzykalność, wrażliwość na słowo i udało mi się coś zrozumieć, to mam za co dziękować.

Fot. Agata Preyss Fot. Agata Preyss

Kiedy sobie pani uświadomiła, że może liczyć tylko na siebie?
To akurat uświadomiłam sobie dość wcześnie. Wiedziałam, że odpowiadam za całe moje życie. Nigdy nie oczekiwałam od nikogo pomocy. Musiałam sobie radzić. Dlatego nigdy nie rozpaczam z powodu chwilowej zawodowej ciszy. To zawsze świetny czas na tworzenie i głębsze przemyślenia.

Rekompensowała pani córce to, czego sama nie miała?
Córkę też nauczyłam odpowiedzialności za siebie. Nie posiadam wiele, ale do wszystkiego doszłam sama. To wielka wartość w życiu. Dając dziecku za dużo i za wcześnie, robi mu się krzywdę. Bo jaki ma mieć wtedy cel? Kiedy człowiek dorobi się czegoś sam, to szanuje innych, życie i świat.

Przez wiele lat pilnowała pani prywatności córki. A teraz?
Uważam, że to odrębny człowiek i nie mam prawa opowiadać o nim bez jego zgody. Zawsze tak uważałam, nawet jak Agata była małym dzieckiem. Niedawno zapytałam ją jednak, czy mogę coś czasem o niej napomknąć. Odpowiedziała: „Mamo, ja już urosłam, a ty sama masz wyczucie, gdzie jest granica”. Moja córka jest dziś mądrym i głębokim człowiekiem. Ma też wspaniałego synka, mojego ukochanego wnuka.

Jest znaną fotografką. Jak patrzy na mamę przez oko obiektywu?
Bardzo pięknie współpracuje. Potrafi stworzyć taką atmosferę, że osoba fotografowana czuje duży psychiczny komfort, co podczas sesji jest szalenie ważne, bo to dość intymna sytuacja. Kiedy czasami razem pracujemy, mogę rozjaśnić emocjonalnie twarz, zapomnieć o wszystkim, co problemowe, wyciszyć się. Poza tym Agata robi wspaniałe zdjęcia i zawsze w tym szuka piękna. Jak od dawna obserwuję, ludzie lubią z nią obcować zarówno w pracy, jak i w życiu.

Lubi panią na scenie?
Kiedyś powiedziała, że jest ze mnie dumna. To wielki komplement usłyszeć coś takiego od własnego dziecka. Czasem słucha moich nagrań, przy niektórych nawet się wzrusza. Pamiętam, że kiedy ją urodziłam, powiedziałam sobie, że muszę tak śpiewać i dobierać repertuar, żeby moje dziecko nigdy nie musiało się za mnie wstydzić.

Co to znaczy: „Jestem sałatką z twardych jesiennych orzechów”? To z pani wiersza.
Dalej jest tam jeszcze – „i świeżo zielonych listków”. To znaczy, że jestem silna i w drodze do mety, czyli nie stronię od świadomości śmierci. Staram się ją w sobie oswoić. Jednak te listki dopowiadają, że wciąż się czegoś uczę i miewam młodzieńczą nadzieję.

Wyobraża sobie pani życie bez śpiewania? Że scena mogłaby któregoś dnia się skończyć, widzowie – odmówić uwagi?
Scena tak, bo trochę nią jestem zmęczona, ale twórczość nie, ponieważ to paliwo dla mojej wyobraźni, napęd do spełnionego istnienia. Kocham tworzyć, różne zresztą rzeczy. A gdyby mnie opuścili widzowie, przyjęłabym to z godnością i poszukała innego zajęcia. Nie mam z tym problemu. W życiu jestem gotowa na różne ewentualności. Jestem dość mocno zahartowana.

Walczy pani o publiczność? Gusta się zmieniają, publiczność się zmienia.
Ale mówimy cały czas o tym samym – chcemy coś pięknego przeżyć, coś zrozumieć, kochać, dawać, brać… Rolą artysty jest proponować siebie widzowi, a nie dostosowywać się do jego niekoniecznie trafnych oczekiwań. Prawdziwy artysta nie wychodzi naprzeciw gustom. Raczej pracuje nad kolejnym ciekawym zaskoczeniem. To dużo trudniejsza droga, ale gdy się uda, przynosi znacznie większą satysfakcję. Ja tylko dbam o to, aby nie stawać się artystką przebrzmiałą, żeby być człowiekiem współczesnym.

Współczesnym, czyli jakim?
Takim, który dostrzega to, co dzieje się wokół niego teraz, i który do tego „teraz” ma prawo. Nie uważam, że jak się skończy ileś tam lat, to wypada się powoli wycofywać z wszystkiego. No, chyba że się tego pragnie albo nie ma się nic do powiedzenia. Dopóki jednak mamy siłę i coś sensownego do przekazania, to trzeba to robić.

Czy artysta może nie zauważyć, że przekracza granicę profesjonalizmu?
Tak, to się może zdarzyć, zwłaszcza gdy człowiek traci orientację na swój temat, a w zamglonym lustrze widzi tylko swoje piękne wspomnienie o dawnej sobie. Mam nadzieję, że zgodnie ze słowami piosenki Młynarskiego wyczuję, „kiedy w szatni płaszcz pozostał przedostatni”, i odejdę, zanim zacznę wzbudzać litość. Wierzę, że na razie tak się jeszcze nie dzieje…

Zdarza się pani patrzeć na młodych wokalistów i myśleć: „Nie tędy droga”?
Dla każdego, kto długo chce istnieć na scenie, podstawą jest być utalentowanym, pracowitym i innym niż wszyscy. To pozwala rozłożyć karierę na długie lata. Kiedy zaczynałam, stawiało się na robienie waloru z prawdy o sobie. Przykro mi to mówić, ale obecnie najczęściej odnoszę wrażenie, jakbym słuchała wokalistów z tej samej taśmy produkcyjnej. Czasem trudno odróżnić zarówno głosy, jak i wygląd. Prawie każdy kogoś naśladuje, próbuje komuś dorównać, zaśpiewać tak jak jego idol. Czasem mu nawet dorównuje, tylko po co. Szkoda, że tego rzetelnie się nie uczy. Indywidualizm w sztuce to zasada ponadczasowa. Kilka ciekawych, dobrze zapowiadających się młodych osobowości na szczęście jest. Ale na pewno mniej niż w czasach, gdy ja zaczynałam.

Kiedy w 1976 roku zaśpiewała pani „Summertime”, mówiono, że narodziła się polska gwiazda.
Ja też na początku śpiewałam znane kompozycje, ale zawsze to robiłam inaczej, od siebie. Gdy miałam 16 lat, jeden z moich starszych kolegów, muzyk Michał Szóstek, pokazał mi Gershwina, którego prawie nie znałam. Zagrał „Summertime” i od razu się w tym utworze zakochałam. Michał grał, ja śpiewałam tak, jak czułam. Nie znałam innych wersji, więc w głowie nie miałam żadnych porównań. Nie znałam nawet wykonań Elli Fitzgerald ani Janis Joplin. Dlatego z łatwością zbudowałam interpretację własną.

Hanny Banaszak na scenie i w życiu są różne?
Nie przypuszczam, ale nie mnie to oceniać. Staram się zachować równowagę pomiędzy pracą a życiem. Na scenie próbuję interpretować to, czym inspiruje mnie codzienność, a w życiu – czerpać energię ze scenicznego spełnienia. Specjalnie też nie zmieniam się wizualnie. Nie stosuję masek, staram się przekazywać prawdę.

Jakie wspomnienia, osoby, myśli pojawiają się, kiedy śpiewa pani piosenkę?
Coraz częściej brakuje mi ludzi z mojego świata. Jedni odeszli, inni odchodzą, a reszta, która została, czuje się coraz bardziej osierocona. Czasem śpiewam dla nich, myślę o nich. Odrywam się od dość smutnej rzeczywistości dźwiękami, które im posyłam na scenie.

A gdyby tak uciec światu, zgiełkowi?
Ja już trochę uciekłam. Od lat przecież jestem obok, a nie w mateczniku artystycznych zdarzeń. Sama tak wybrałam i tak mi się podoba. Podążam własnym, wytyczonym przez siebie szlakiem i nie jest mi z tym źle.

Amerykański poeta William S. Merwin, z którym rozmawiałem dla „Zwierciadła”, napisał w wierszu: „Ostatniego dnia świata chciałbym zasadzić drzewo”. Co zrobiłaby pani ostatniego dnia świata?
Przeprosiłabym za nas, bo drzewo nadziei na lepsze jutro byłoby już zasadzone.

Hanna Banaszak, ur. w 1957 r. Karierę wokalistki rozpoczęła pod koniec lat 70. Teksty i muzykę tworzyli i tworzą dla niej: Wasowski, Przybora, Kofta, Matuszkiewicz, Młynarski, Satanowski, Pawluśkiewicz, Preisner i inni. Nagrała kilkanaście płyt. Od kilku lat swe recitale dopełnia własnymi kompozycjami i tekstami. Wydała tomik wierszy, ma w dorobku trzy wystawy fotograficzne. Uhonorowano ją licznymi nagrodami i wyróżnieniami, m.in.: Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” i Bursztynowym Słowikiem.