1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Nie deptać swoich granic

Nie deptać swoich granic

Zajęcia ekstremalne nie są ani z gruntu złe, ani wyłącznie dobre. Zawsze trzeba popatrzeć, jak służą konkretnej osobie – mówi  dr Mirosława Huflejt-Łukasik, psycholog z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego.

 

– Jesteśmy bardziej skorzy do ekstremalnych i ryzykownych zachowań niż nasi przodkowie?
– I tak, i nie. Bo chęć do podejmowania ekstremalnych wyzwań może mieć parę powodów. Pierwszy, podstawowy to nasz temperament, a on implikował zachowania ludzi od zawsze. Zawsze były osoby, dla których dużym przeżyciem jest już rozmowa z kimś nieznajomym i które najbezpieczniej czują się, kiedy czytają książkę, czyli gdy dociera do nich mało bodźców. U tych osób już takie czynności wystarczają do zaktywizowania układu nerwowego. Natomiast inni ludzie potrzebują wielu bodźców, żeby ich układ nerwowy czuł, że coś się dzieje. Pierwsi to introwertycy, drudzy – ekstrawertycy. Ekstrawertycy nie tylko lubią spotykać ludzi, ale też lubią natłok zdarzeń. Dlatego sprawdzają się w pracy, gdzie jest dużo zmian, wyzwań. Optymalny poziom pobudzenia ich układu nerwowego jest wtedy, gdy są w ruchu, działają.

– A gdy życie tych podniet nie dostarcza, szukają ich?
– Tak. Pamiętam, jak rozmawialiśmy ze studentami na temat zachowań ludzi za kierownicą. Że są kierowcy mniej więcej przestrzegający przepisów, a są tacy, którzy traktują ulicę jak tor przeszkód. Wszyscy zgodzili się, że ci drudzy są nieodpowiedzialni. I wtedy nieśmiało głos zabrał jeden ze studentów – powiedział, że on jest taką osobą i żeby go zrozumieć, bo ilekroć grzecznie jedzie w korku, to wjeżdża w inne samochody. On osiąga optymalną koncentrację wtedy, gdy coś się dzieje. Ten przykład pokazuje, że każdy z nas potrzebuje czego innego, żeby funkcjonować optymalnie, żeby czuć się dobrze. I tak było zawsze, że różniliśmy się na poziomie biologicznym, neurologicznym.

– Co zatem się zmieniło?
– Mamy nowe możliwości atrakcyjnego spędzania czasu wolnego, a co za tym idzie – nowe wartości i wyzwania. W czasach komunistycznych nie były promowane ekstremalne sporty ani wzorce urozmaicania sobie czasu, a ludzie nie mieli środków, żeby w ogóle się tym interesować. Współcześni studenci to zupełnie inne pokolenie, z innymi wartościami, inaczej walczące o stopnie, które znaczą dla nich co innego. Mają zdecydowanie inne aspiracje, nie tylko zawodowe.

– Dlaczego jeszcze ludzie szukają mocnych doznań?
– Psychoterapeuci zauważyli związek między skłonnością do podejmowania ekstremalnych wyzwań a negatywną historią w rodzinie. Mówią nie tyle o zaburzeniu, bo dotyczy to zdrowych ludzi, ile o destrukcyjnym wzorcu wpisanym w tożsamość. Ludzie o takim wzorcu tożsamości identyfikują się z kimś z bliskich, kto zmarł śmiercią tragiczną. Pewna dziewczyna opowiadała, że jej brat zmarł, kiedy miał dwa lata, po jakimś czasie urodziła się ona, ale nikt jej o zmarłym braciszku nie mówił. A gdy nie ma pamięci o zmarłej osobie, to tak, jakby w systemie rodzinnym była luka. Terapie systemowe podkreślają, jak ważna jest pamięć o zmarłym. Rodziny pielęgnujące pamięć komunikują, jakie jest miejsce wszystkich członków, do kogo jest podobny każdy z nich. Gdy natomiast dziecko rodzi się niejako w zastępstwie kogoś innego, czyli ma wypełnić lukę po zmarłym, to jest trochę sobą, a trochę tym, kim nie jest. Psychoterapeuci odkryli, że takie osoby zachowują się, jakby śmierć nie miała dla nich znaczenia – zastępując zmarłego, w jakiejś mierze są umarli. Podejmują ekstremalne wyzwania, bo nie boją się śmierci, oswoili ją. Ale trzeba być ostrożnym w wyciąganiu takich wniosków. Pamiętam pacjenta, który powtarzał, że życie nie jest dla niego ważne, że mógłby przenieść się na tamten świat. Zastanawiałam się, czy to jest owa identyfikacja ze zmarłym rodzicem albo rodzeństwem, a okazało się zupełnie co innego. Pozytywnych doświadczeń dostarczyli mu sąsiad i babcia, którzy zmarli, kiedy był mały. A zatem uważał, że wszyscy kochający go ludzie są na tamtym świecie i on powinien być razem z nimi.

– Ludzi wyżywających się w sposób niestandardowy nazywa się szaleńcami. – Trzeba odróżnić to, co jest zdrowe, od tego, co niezdrowe. Jeżeli uprawianie ekstremalnych sportów sprawia komuś satysfakcję, a przy tym nikogo nie krzywdzi, wszystko jest w porządku. Mam w rodzinie taką osobę, która mimo dwóch wypadków nadal lata na paralotni. To jej pasja, sposób na życie, źródło satysfakcji. Niektórzy czasem odwodzą ją od tego sportu, ale moim zdaniem to bez sensu, bo latanie na paralotni jest dla niej czymś wartościowym i pozytywnym. Stoi za tym zdrowy motyw. Jest wiele dyscyplin sportu, niekoniecznie ekstremalnych, też wiążących się z kontuzjami. Jeżeli dostarczają one ludziom satysfakcji, pozytywnych przeżyć, to nie ma powodu, żeby przestać je uprawiać tylko dlatego, że są kontuzjogenne.

– Co jest wyznacznikiem tego, czy nasze ekstremalne hobby jest zdrowe, czy nie? – Pozytywne doznania konkretnego człowieka. Nawet jeśli przez chwilę się boi, zaraz cieszy się, bo pokonał lęk, bo udowodnił sobie, że jest w stanie czegoś dokonać. Jeżeli natomiast ktoś przekracza granicę swojej wytrzymałości tylko dlatego, żeby poczuć, że żyje, to znaczy, że ma kłopoty z własną tożsamością, co nazywa się zaburzeniem borderline. Ludzie z tym zaburzeniem na przykład tak długo biegną, aż zaczyna im lecieć krew z nosa. Biegną nie dlatego, że ich to cieszy, ale po to, żeby sprawdzić, czy są żywi, realni. Człowiekowi zdrowemu intensywność doznań jest potrzebna, by intensywniej żyć. Cierpiącemu na zaburzenia – żeby sprawdzić, czy w ogóle żyje. Jeżeli ekstremalny sport jest naszą pasją, nie ma znaczenia, jak jesteśmy oceniani przez kogoś z boku.

– A czy taki sport nie jest ucieczką od życia?
– Może stać za tym potrzeba zapewnienia sobie wielu bodźców. Jeżeli człowiekowi nie zapewnia ich praca zawodowa, będzie uprawiał ekstremalne sporty i tam szukał doznań.

– Gdzie leży granica, której nie wolno przekraczać?
– To indywidualna sprawa. Psychologowie nie mają lepszych sposobów niż sprawdzenie, jak coś komuś służy. Podobnie jest z poziomem stresu. Ten sam może być dla jednych mobilizujący, dla innych destrukcyjny. Tak też jest z presją czasu. Są osoby, które – jeśli nie mają czasu – bardzo się stresują, co im dezorganizuje pracę, i ludzie, którzy mobilizują się dopiero, gdy mają nóż na gardle. Jak to wpływa na konkretnego człowieka, można ocenić po efektach – jeżeli w sytuacji presji zaczyna on lepiej funkcjonować, to znaczy, że dla niego jest to stan do przyjęcia. Jeżeli natomiast kogoś to rozkłada psychicznie, jest dla niego źródłem stresu, to znaczy, że przekroczył swoje granice.

– Poszukiwanie mocnych wrażeń nie rzutuje negatywnie na relacje z bliskimi?
– Wszystko da się pogodzić. Można uprawiać sport z rodziną lub przyjaciółmi. Takie zajęcia też tworzą okazje do pogłębiania społecznych relacji. Zazwyczaj ludzie szukają innych, aby dzielić się swoimi pasjami.

– Dlaczego więc ekstremalny sport ma tyle negatywnych konotacji?
– Bo lubimy uproszczenia. Jeśli coś odbiega od średniej statystycznej, to na ogół budzi podejrzenia. Wszelkie normy tworzy się na bazie doświadczenia większości. A trudne, ryzykowne zajęcia to mniejszość. Nie bez powodu nazywa się je ekstremalnymi.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze