1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Pokora. Na czym polega? Jak się jej nauczyć? Tłumaczy Wojciech Eichelberger

Pokora. Na czym polega? Jak się jej nauczyć? Tłumaczy Wojciech Eichelberger

Pokora, czyli
Pokora, czyli "nie wiem" (fot. iStock)
Gdy widzimy, że jest inaczej, niż ludzie mówią, nie ulegajmy im. Szukajmy odpowiedzi na niepokojące nas pytania i podważajmy dotychczasowe przekonania – jeśli chcemy, aby nasze życie było spełnione. Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, trener i doradca biznesowy, przybliża nam osiem etapów programu rozwoju wewnętrznego Quest. Pierwszym etapem Questu jest pokora.

Gdy widzimy, że jest inaczej, niż ludzie mówią, nie ulegajmy im. Szukajmy odpowiedzi na niepokojące nas pytania i podważajmy dotychczasowe przekonania – jeśli chcemy, aby nasze życie było spełnione. Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, trener, doradca biznesowy, przybliża nam osiem etapów programu rozwoju wewnętrznego Quest. Pokora jest pierwszym etapem.

Czym więc jest pokora, jeśli nie uległością wobec innych?
To pokora wobec własnego doświadczenia, intuicji, wizji i marzeń pochodzących z najgłębszych, najbardziej prywatnych przestrzeni naszych serc i umysłów. Te doświadczenia podważają nawykowe, odziedziczone przekonania – również te uznane za fundamentalne. Pokora drąży nasze ograniczone „wiem”, niepokoi, każe pytać i sprawdzać, aż uwalnia nas, przenosi w przestrzeń „nie wiem” – i każe ruszać w dalszą drogę. Gdy pokora ujawni iluzoryczność jakiegoś przekonania, w tym momencie rozpoczyna się w nas cudowny, acz niełatwy, twórczy proces poszukiwania nowej prawdy. Jeśli uda się ją znaleźć, to znak, że zakończył się kolejny cykl Questu. Ale mądrzejąc po drodze, wiemy, że następny jest nieuchronny i że spoczywanie na laurach czyni z nas głupców i dogmatyków.

Jeśli więc jestem przekonana, że nie umiem zbudować domu, blokuję siebie w skutecznym działaniu.
Pokora to też zdolność do zakwestionowania ulubionych przekonań na własny temat: to mogę, a tamtego nie mogę, tego nigdy się nie nauczę, niczego już nie zmienię. Z pokorą pozbywajmy się starych przekonań, bo to nieodzowny warunek, żeby proces poznawania, kreowania rzeczywistości mógł się rozpocząć. To brak pokory – czyli pycha – nie pozwala nam dostrzec rzeczywistości i odkrywać jej niepoliczalnych manifestacji. Pycha sprawia, że ignorując rzeczywistość, żyjemy w swoim filmie.

Czyli pokora to odrzucenie projekcji, nawyków, lęków.
Pokora przejawia się na wiele sposobów, ale wyrażające ją „nie wiem” jest pierwszym, koniecznym krokiem do wszelkiej wiedzy i zmiany. Jeśli uznamy, że coś wiemy raz na zawsze, to przestaniemy zadawać sobie i światu pytania, a więc zatrzymamy się w rozwoju i przestaniemy nadążać za zmianami. A przecież poznawanie rzeczywistego to proces, który nigdy się nie kończy. Nauka od niepamiętnych czasów usiłuje poznać rzeczywistość, a miliony naukowców pracujących w różnych krajach świata nadal mają co robić, ciągle zadają nowe pytania.

Czyli pokorny człowiek to ten, który wobec życia przyjmuje postawę naukowca, badacza?
W pewnym sensie tak. Moim ulubionym przykładem człowieka, który miał wielką pokorę, czyli ufał swoim zmysłom, rozumowi i intuicji, jest Giordano Bruno. Jeszcze przed Kopernikiem bez przyrządów i obliczeń zobaczył, że uświęcone przekonanie o Słońcu krążącym wokół Ziemi jest iluzją. I mimo więzienia, tortur i groźby kary śmierci bronił swojego doświadczenia do końca. Tuż przed zapaleniem stosu nakłaniano go raz jeszcze do odwołania uznanych za bluźniercze poglądów, jednak nie wyparł się ich i zginął w płomieniach.

Trudno Giordana Bruna nazwać pokornym, skoro wszyscy, w tym wielkie autorytety jego czasów, głosili coś odwrotnego niż on.
Giordano Bruno był pokorny – powtórzmy – wobec świadectwa swoich zmysłów i rozumu. Nie mógł czuć pokory wobec tych, którzy kazali mu wierzyć w coś, co się kłóciło z jego doświadczeniem. Uległość wobec dogmatyków nie ma nic wspólnego z pokorą. Jest hipokryzją lub żałosnym konformizmem. I to właśnie paradoks pokory, która z punktu widzenia zastanego porządku zdaje się zmieniać w swoje przeciwieństwo. Kiedy jednak mimo wszystko i wbrew wszystkim dochowujemy wierności sobie, to pokora rodzi autonomię, kolejną cnotę Questu.

Doszliśmy więc do tego, dlaczego św. Teresa z Ávila mówiła, że pokora jest prawdą.
Pokora polega na tym, żeby umieć przyznać się przed sobą: „nie wiem”. Jezus był uosobieniem tak rozumianej pokory. W rezultacie zobaczył rzeczywistość tak dalece inaczej niż pozostali członkowie korporacji religijnej, w której wyrósł, że najbardziej pokorny z pokornych został uznany za buntownika i zabity, choć podobnie jak wszyscy pokorni nie szukał rozgłosu, nikogo nie namawiał do zmiany poglądów – i miał zaledwie 12 uczniów i jedną uczennicę.

Jak pokora przekłada się na codzienne życie zwykłego człowieka z korporacji, dziennikarza czy nawet psychoterapeuty?
Przekonania, których pełno w naszych umysłach, przesłaniają nam cudowność tego, co rzeczywiste. Potrafią być tak ugruntowane i trwałe, że same się potwierdzają i rozmnażają. Ilustruje to dowcip o panu Brownie i sekatorze. Pan Brown był tak przekonany, że Smith nie pożyczy mu sekatora, że gdy zapukał do drzwi sąsiada, a ten otworzył mu z uśmiechem, pytając: „Witaj, Brown, co mogę dla ciebie zrobić?”, tak odpowiedział: „Mam gdzieś twój sekator, Smith!”.

W starciu z naszymi przekonaniami rzeczywistość nie ma szans. Źródłem naszych cierpień – czyli wypędzenia z mitycznego raju – są wyłącznie przekonania. Stąd zapewne konstatacja św. Teresy, że pokora – czytaj: brak przekonań – jest prawdą.

Ale przyznanie się do niewiedzy nawet przed samym sobą jest trudne, budzi lęk. Jeszcze gorzej, gdy mamy to powiedzieć innym.
Gdy za Sokratesem przyznam, że „wiem, że nic nie wiem”, to w tym samym momencie otwieram się całkowicie na to, żeby się czegoś nowego dowiedzieć, przesunąć granicę poznania. Wtedy niczego z góry nie zakładam, po prostu patrzę, słucham, jestem coraz bardziej zadziwiony cudem istnienia. Tak więc pokora to uświadomiona niekompetencja i to dzięki niej my sami i nasza cywilizacja – na zasadzie dwa kroki do przodu, krok do tyłu – jakoś się rozwijamy.

Pokora to też przyznanie się do błędu, a to bywa niebezpieczne, zwłaszcza w pracy. Łatwo wtedy stać się kozłem ofiarnym.
Przyznanie się do niewiedzy często wyzwala w innych ochotę, by nas upokorzyć. Ale pokorni nie doświadczają upokorzenia, nie są przywiązani do konkretnego obrazu samych siebie, którego musieliby bronić. Gdy na życiowym zakręcie postępujemy w zgodzie z naszą wewnętrzną prawdą, to nikt nie jest w stanie nas upokorzyć.

Quest to przede wszystkim program dla biznesmenów, ale mówienie o nich jako ludziach pokornego serca, którzy walczą o prawdę, wydaje się fikcją.
Wcale nie. Szczególnie w biznesie – w tej błyskawicznie i nieustannie zmieniającej się grze – trzeba i warto wiedzieć, czego się nie wie. Tylko wtedy jesteśmy skłonni się tego dowiedzieć albo powołać zespół ekspertów czy wybrać trudną drogę przekształceń. Popatrzmy na toczący się spór klimatyczny. Jedni mówią: „Jakie ocieplenie? My nie mamy z tym nic wspólnego. To normalne fluktuacje klimatyczne”. Drudzy: „Zmiany klimatu są skutkiem nadmiaru konsumujących wszystko ludzi, rozwoju motoryzacji, przerostu miejskich aglomeracji itd.”. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że ci pierwsi są pokorni. Ale ich przekonanie jest podejrzanie wygodne, nie zmusza do refleksji i nie każe brać odpowiedzialności. Ci, którzy twierdzą, że to my, ludzie, jesteśmy winni ociepleniu, nie próbują zaprzeczać temu, co widać gołym okiem, choć jest to dla wszystkich niewygodne, wymagające zmian i wyrzeczeń. Pokora wybiera trudniejszą drogę i każe brać odpowiedzialność na siebie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy każdy może być kim chce? Czy każdy może osiągnąć sukces?

Na czym tak naprawdę polega sukces? Czy możemy go osiągnąć jeśli nie znamy siebie? - Każdy z nas ma różne cele i potrzeby. Jednak często to inni wmawiają nam, czego mamy chcieć. (fot. iStock)
Na czym tak naprawdę polega sukces? Czy możemy go osiągnąć jeśli nie znamy siebie? - Każdy z nas ma różne cele i potrzeby. Jednak często to inni wmawiają nam, czego mamy chcieć. (fot. iStock)
Każdy może odnieść sukces, zrobić karierę, być znany. Reklamy, filmy, życiorysy celebrytów z „Pudelka” wmawiają nam, że możemy wszystko, że każdy może być gwiazdą. Poradniki i samozwańczy guru sprzedają recepty, jak to zrobić. Medycyna daje jeszcze więcej – możliwość zmiany płci i zachowania pięknego ciała. A więc czy to na pewno mit, że możemy być, kim chcemy? – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Dużo jest kursów, które obiecują każdemu możliwość stania się milionerem, liderem, miss, celebrytą... Czy to prawda, że każdy może zostać człowiekiem sukcesu?
Teoretycznie tak. W każdym razie bezpieczniej i sprawiedliwiej jest tak powiedzieć. Tylko wtedy możemy mieć pewność, że nikogo nie dyskryminujemy. Jeśli powiedzielibyśmy, że nie każdy może odnieść sukces, to trzeba by wówczas stworzyć jasne kryteria: kto może, a kto nie może. Należałoby jednak mówić o tym inaczej, tak jak buddyjski mistrz, który zapytany o to, czy zen jest dla każdego, odpowiedział: „Zen jest dla wszystkich, ale nie dla każdego”. W tym samym duchu opowiada się żołnierzom, że każdy z nich niesie w plecaku buławę marszałkowską, ale to nie znaczy, że każdy zostanie marszałkiem. Dzięki temu w wojsku nie mamy samych marszałków. Tak więc teoretycznie każdy z nas może odnieść sukces, ale nie sposób przewidzieć, którego z nas udziałem się on stanie. A skoro tak, to nie powinniśmy nikomu odbierać nadziei ani motywacji. Dlatego mądrzej jest powiedzieć, że wszyscy mogą, ale nie wszyscy go odniosą.

Czyli jednak sukces nie jest dla wszystkich?
Znów odpowiem tym samym porównaniem, zen jest dla wszystkich, ale nie wszyscy wybiorą zen. Jedni o zen nigdy nie słyszeli. Drudzy słyszeli, ale nie przychodzi im do głowy, że to mogłoby być dla nich. Mogą być i tacy, którzy spróbują i uznają, że to za trudna droga. Każdy ma ograniczenia i preferencje, które mu to mogą uniemożliwić. Podobnie jest z sukcesem i zostaniem marszałkiem w armii.  Ale zasadniczo ważniejsze od kwestii, czy każdy może odnieść sukces, jest pytanie: „co jest dla mnie sukcesem?”. Przysłano mi ostatnio pouczającą wiadomość. Ktoś zadał sobie trud, aby prześledzić życiorysy kilku nieżyjących już ludzi, którzy odnieśli spektakularne sukcesy. Znaleźli się między nimi wielcy wynalazcy, przywódcy, finansiści. Okazało się, że wszyscy źle skończyli. Jeden odebrał sobie życie, inny zmarł w ubóstwie, jeszcze inny zwariował, ktoś został zamordowany itd. Natomiast prawie nikomu nieznany wielbiciel jazdy na motocyklach umarł w dostatku i spokoju, po szczęśliwym i długim życiu. Nie chodzi oczywiście o to, abyśmy wszyscy dali sobie spokój z sukcesem i beztrosko włóczyli się po świecie na motorach, ale o to, by zrozumieć, czego każdy z nas naprawdę pragnie. Bo czy nie jest największym sukcesem umrzeć z poczuciem, że przeżyliśmy pożyteczne, satysfakcjonujące życie? Czyż nie jest najważniejsze to, jak kończymy, a nie jak zaczęliśmy? Jeśli treścią tak przeżytego życia jest jazda na motorze, to niech będzie, ale może to być jeszcze tysiąc innych rzeczy.

Jednak mass media karmią nas od małego jedną wizją sukcesu.  Pewnie dlatego do tej pory jazda na motorze nie przyszła mi do głowy.
Nader często decydując się na wypełnienie naszego życia określoną treścią, ulegamy manipulacji mediów i mitom konsumeryzmu. Dlatego to takie ważne, by zmienić w ludzkich głowach rozumienie słowa „sukces”.  Prawdziwy sukces to nie posiadanie, lecz bycie – dobrze przeżyte życie. Możemy go osiągnąć tylko wtedy, gdy nie zapomnimy o ważnych życiowych potrzebach. Życie jest jak tort składający się z kilku różnych, ale głęboko ze sobą powiązanych kawałków. Każdy kawałek to obszar, który trzeba zagospodarować, np.: zdrowie, ruch, praca, relacje z ludźmi, rodzina, seks, edukacja, kultura, pasja, zabawa, relaks, pieniądze. Poczucie życiowego sukcesu odczuwamy wtedy, gdy uporządkujemy sobie te obszary życia we właściwej dla nas kolejności i zadbamy o przyzwoity poziom satysfakcji przynajmniej w tych najważniejszych. Widać gołym okiem, że praca i pieniądze to może być dużo za mało, aby uznać nasze życie za spełnione.

Rozumiem, że to możliwe, jeśli uznamy, że jedni są zadowoleni, gdy mają tort od Magdy Gessler, a drudzy od babci Józi. Są tacy, którzy chcą tylko jeden, ale za to olbrzymi jego kawałek. Ten o smaku kariery, sławy, kasy. Nie myślą o szczęściu rozumianym jako równowaga, harmonia czy bliskie relacje z ludźmi.
Właśnie. Ważna jest równowaga, harmonia. I jeszcze coś: wierność osobistym korzeniom, swojemu społecznemu i kulturowemu dziedzictwu. W przeciwnym razie, gdy idąc za wzorami lansowanymi w mediach, zbudujemy sobie wymyślone życie i wymyślonych siebie, to zabrniemy w narcystyczną pozę i będziemy bardzo nieszczęśliwi, żyjąc w lęku, że się wyda, że kogoś udajemy, że ktoś nas pokochał tylko dlatego, że nas nie zna itd. Nie dość powtarzać, że bez poznania siebie i swoich prawdziwych potrzeb – czyli życia w zgodzie ze sobą – nie mamy co marzyć o szczęściu.

Mój przyjaciel przez całe życie uciekał przed wspomnieniem o śmierci kuzyna alkoholika. Ale niedawno zdał sobie sprawę, że dzięki niemu sam ustrzegł się przed nałogiem. Uznał więc, że to najważniejsze jego doświadczenie.
Inny przykład: wyjeżdżamy ze swojego miasteczka, gdzie wszyscy nas znali i wiedzieli, że pochodzimy np. z rodziny doświadczonej alkoholizmem. W dużym mieście budujemy swoją nową tożsamość, ale im lepiej nam to idzie, tym bardziej boimy się, że uprawiamy zagrożoną kompromitacją mistyfikację. Wtedy jest czas, by uznać i docenić  okoliczności, które uformowały nasze charaktery, rozpoznać w nich impuls, który pozwolił nam wykształcić nasze unikalne właściwości, umiejętności i wiedzę. Odkryjemy wtedy, że nasza ukrywana biografia w istocie jest źródłem siły i poczucia wartości. Dzięki temu dołączymy do licznej grupy wybitnych ludzi, których życiorysy uznawane były przez ogół im współczesnych za zawstydzające.

Czyli możemy być tym, kim chcemy, ale nie zawsze warto?
To, kim chcemy i możemy się stać w dorosłym życiu, jest w znacznym stopniu zdeterminowane tym, czego doświadczyliśmy w dzieciństwie. Dzieje się to na dwa sposoby: przez powielanie/odwzorowanie lub przez bunt, odcięcie się i nadkompensację. W pierwszym wypadku ślepo naśladujemy to, co w zachowaniu ważnych osób z naszego otoczenia w dzieciństwie było najbardziej powierzchowne, neurotyczne, niemądre i nawykowe, np.: „Ojciec pił i bił, to i ja piję i biję”. W drugim wypadku odcinamy się od wszystkiego, co było naszym udziałem w trudnym dzieciństwie, i postanawiamy zbudować się od nowa na zasadzie przeciwieństwa, czyli: „nie wezmę do ust kropli alkoholu i nigdy na nikogo nie podniosę ręki ani głosu”. Z pozoru wygląda to dobrze, ale niestety w praktyce zatruwamy sobie i innym życie obsesyjną i mentorską postawą albo nie jesteśmy w stanie obronić siebie ani innych. W obu wypadkach rozstajemy się z prawdziwym sobą. Jedynym wyjściem z tego impasu jest poznanie siebie, swoich prawdziwych potrzeb, skłonności, zdolności i talentów.

A gdy siebie nie znamy, nie wiemy, kim jesteśmy?
To trzeba coś zrobić, żeby siebie poznać, nie negując swojej biografii ani korzeni. To nie jest proste. Bo jeśli wychowywaliśmy się w biedzie, to wydaje nam się często, że naszą naturalną, prawdziwą potrzebą jest stać się bogatym. Jednak z reguły jest to pozorna potrzeba. Aby uniknąć czyhających na nas manowców, warto odpowiedzieć sobie na pytanie: „Co jest prawdziwym bogactwem dla mojego serca, dla mojej istoty, a nie dla portfela?”. Nie wszystkich nas uszczęśliwi praca w korporacji, ktoś o łagodnym, refleksyjnym usposobieniu nie poczuje się dobrze w roli menedżera. Podobnie nie wszystkich z nas uszczęśliwi praca w wiejskim gospodarstwie.

Nawet jeśli pójdzie się na odpowiedni kurs albo poczyta odpowiednie poradniki?
Nawet wtedy. Na ogół mamy trafne przeczucia na temat naszych predyspozycji i talentów. Pod warunkiem że nastawiamy się na to, co upragnione, a nie na to, co niezgodne z naszym powołaniem i sumieniem, powodowane chciwością, agresją, chęcią odegrania się, zaimponowania. Bo to się zazwyczaj kończy bardzo nieprzyjemnie – depresją, załamaniem nerwowym, wypaleniem albo jakąś psychosomatyczną, autoagresywną chorobą. Dopiero wtedy przychodzi opamiętanie.

Ale zanim to nastąpi, żyjemy tak, jakbyśmy nie mieli litości ani dla siebie, ani dla innych. Jesteśmy bezwzględni wobec pracowników, wobec rodziny. No bo tacy jesteśmy wobec siebie.
Przeistaczając się we własny projekt, całkowicie oderwany od naszego dziedzictwa, tak naprawdę odrywamy się od swojego serca i duszy. Stajemy się aktorami, którzy zapomnieli, że odgrywają rolę, i utożsamiamy się w pełni z graną postacią. Dobry aktor nie zapomina, kim jest naprawdę. Będąc dobrym człowiekiem, może zagrać tyrana tak znakomicie, że wstrząśnie publicznością. Lecz gdy wróci do domu, będzie znowu sobą – czułym ojcem i mężem. Ci z nas, którzy bez reszty angażują się w swój narcystyczny projekt, w swoją wymyśloną rolę, grają ją bez przerwy i w pracy, i w domu, zapominają, kim są. A jeśli jednym z atrybutów odgrywanej postaci jest np. bezwzględność i agresja albo głupota, to staną się bezwzględni, agresywni i głupi.

Jak można się wyzbyć swojego człowieczeństwa? Przecież litość, współczucie to jego podstawa.
Problem w tym, że w porównaniu z dramatycznie trudnym dzieciństwem przebranie się za kogoś innego niesie przez jakiś czas ulgę i zapomnienie. Lecz prędzej czy później okazuje się, że lekarstwo jest gorsze od choroby, bo koszty odcięcia się od korzeni bywają bardzo poważne.

Może sukces konsumpcyjny nie jest dla każdego, ale nadal uważam, że możemy być, kim chcemy.
Na przykład kim?

Mogę nawet zostać mężczyzną, coś sobie obciąć, coś doszyć... Dla wielu ludzi tragedią jest nie czuć się sobą w swojej skórze. Ale pamiętam przejmującą scenę z filmu „Trans-akcja” (reż. Sławomir Grunberg), kiedy młody mężczyzna zastanawia się, czy nie będzie bardziej sobą jako kobieta. Mówi to tak, jakby chodziło o zmianę koloru włosów.
Hasło „mogę być, kim chcę” otwiera odwieczną dyskusję o wolnej woli. Na ile nasz los jest zdeterminowany niewyobrażalnie ogromną ilością czynników, z których tylko niewielkiej części zdajemy sobie sprawę. Czy nasze decyzje, które określamy jako akty wolnej woli, naprawdę takimi są? Może są wyborami całkowicie zdeterminowanymi, a my tylko ulegamy złudzeniu, że dokonaliśmy wolnego wyboru? Czy np. kobiety, które zdecydowały, że zostaną mężczyznami, mogłyby postąpić inaczej? Czy robią to, co chcą, czy – nie wiedząc o tym – nie mają wyboru?

Jak to sprawdzić, kim chcę być, a kim muszę? I co jest ważniejsze: chęć czy konieczność? Czym się kierować?
Nie da się tego sprawdzić. Nigdy nie będziemy wiedzieć, co by było, gdybyśmy postąpili inaczej, niż postąpiliśmy. Dlatego lepiej uważać z wiarą w hasło „mogę, być, kim chcę”, bo to może być groźna mieszanka pychy i omnipotencji. Każdy z nas ogarnia świadomością tylko niewielki zakres strumienia zdarzeń, którego jest częścią i który nazywa swoim losem. Chociaż ogromne możliwości wyboru, jakie dziś są do naszej dyspozycji, i sprytny marketing tworzą złudzenie, że możemy być, kim chcemy, to w istocie możemy być tylko tym, co pozostaje w zgodzie z treścią i dynamiką naszej biologii, psychiki i naszego ducha.

Łatwo się pogubić. Tym bardziej że wszyscy nam mówią, jacy mamy chcieć być: bogaci, szczupli, znani.
Jeśli wiemy, czego potrzebujemy, to szybko uwalniamy się od tego, co niepotrzebne, i zmierzamy prostą drogą do właściwej odpowiedzi. Wtedy naśladowanie innych przestaje być naszą podstawową strategią na życie.

Może więc pojawi się pokolenie, które nie straci kontaktu ze sobą. Nadal jednak, z tego co widać, dzieci mają talenty, chcą czegoś, ale rodzice narzucają im kierunki rozwoju.
Jeśli rodzice wpisują w swoją wizję sukcesu to, że ich dzieci będą realizować ich scenariusz i ich wartości, to one mają małe szanse na samorealizację. Jeśli koncepcja rodziców rozmija się z ich talentami i oczekiwaniami, to będą nieszczęśliwe, dopóki się nie zbuntują i nie zaczną realizować tego, co dla nich ważne. Prawdziwy rodzicielski – i każdy inny – sukces życiowy powinien zależeć od innych w jak najmniejszym stopniu. Rodziców najbardziej powinno uszczęśliwiać, gdy dzieci zrealizują własny projekt na szczęśliwe życie. 

  1. Psychologia

Oparcie w sobie. Na czym polega? Jak je odnaleźć? – wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Bez dobrego kontaktu ze swoim ciałem i bez rozumienia jego potrzeb trudno znaleźć w sobie prawdziwe oparcie. (fot. iStock)
Bez dobrego kontaktu ze swoim ciałem i bez rozumienia jego potrzeb trudno znaleźć w sobie prawdziwe oparcie. (fot. iStock)
Mogłoby się wydawać, że nie ma nic bardziej oczywistego niż ciało. A jednak w naszej kulturze mało kto ma świadomość ciała. Co to takiego i jak wpływa na radzenie sobie ze stresem, tłumaczy psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Są sytuacje, kiedy mamy poczucie, że nadmiar stresu, spraw, trudnych decyzji do podjęcia nas przytłacza. Wówczas szukamy kogoś, na kimś możemy się oprzeć. Przyjaciela, partnera...
I nic w tym złego, warto szukać wsparcia w trudnych chwilach. Ale wsparcia, a nie oparcia. To zupełnie inny ciężar. Oparcie zdrowy człowiek musi mieć w sobie. Inaczej będzie dla innych i siebie ciężarem, co się dla nikogo dobrze nie kończy.

Co to jest oparcie w sobie?
Poczucie, że mogę na sobie polegać, że znam swoje mocne i słabe strony, mam poczucie sprawczości, jestem w kontakcie z tym, co się dzieje. To solidny fundament, na którym stoję. Jeśli go mam, mogę przeżywać chwile zachwiania, zamętu, życie może mi się walić, ale jakoś się odbuduję. Na oparcie w sobie składa się wiele rzeczy, ale przede wszystkim ugruntowana świadomość własnego ciała. Gdy ciało nie jest uświadomione, staje się naszym wrogiem – a wtedy świat też stanie się naszym wrogiem i będziemy się od niego odwracać.

Uświadomione ciało, czyli co?
Ciało zaakceptowane. Takie, jakie jest. Z wszystkimi jego zaletami, ale i z „wadami fabrycznymi”. Z tym, jak się rusza, pachnie, co wydziela, wydala, czego nie umie i czego mu się zachciewa. Z tym, że się starzeje, robią mu się zmarszczki, łysieje, słabnie. Jeśli nie zaakceptujemy ciała, to nie będziemy chcieli sobie go uświadamiać w pełni. Wszystko, co w nas niezaakceptowane lub/i odrzucone, bezproduktywnie wiąże jakąś część naszej świadomości, a to ogranicza możliwość pełnego uczestniczenia w tym, co się w tej właśnie chwili dzieje.

Dlaczego tak wiele osób nie uświadamia sobie ciała?
Jest to związane z negatywnym przekazem kulturowym. Temat rzeka, więc tylko zasygnalizujmy: z jednej strony mamy wyśrubowany i odrealniony wizerunek wiecznie młodego, szczupłego ciała, w zderzeniu z którym żadne normalne ciało nie ma szans. Z drugiej – ciało było i nadal jest (choćby przez różne religie) uznawane za siedlisko ciemnych mocy, popędów, nieczystości. Dlatego odruchowo dystansujemy się od ciała, uciekając w domenę „czystego” ducha lub intelektu. W rezultacie ciało jest odchudzane, zmieniane, a jednocześnie dyscyplinowane, karane, ograniczane, krytykowane, wpychane do ciemnego lochu nieświadomości. Tymczasem dopiero w pełni zaakceptowane, uświadomione ciało otwiera się zmysłowo na świat. I dopiero wtedy możemy myśleć o urealnieniu, czyli byciu w realnym, zmysłowym kontakcie ze światem.

A jak to się ma do obecności?
Do tej pory mówiliśmy o obecności jako o wewnętrznej decyzji, by świadomie kierować reflektorem naszej uwagi. A teraz mówimy o tym, co mimo tej decyzji i szczerych usiłowań może zaburzać i ograniczać nasz kontakt z tym, co rzeczywiste. Urealnienie ma bowiem wymiar bardzo fizyczny. Uświadamiamy sobie ciało, mamy poczucie oparcia w jego strukturze kostnej, mięśniowej i zmysłowej. Dzięki temu odbieramy wrażenia i sygnały zmysłowe z kontaktu ze światem. Wszystko to razem daje poczucie ugruntowania, oparcia, mocnego stania na ziemi. Ugruntowanie to tak ważny element świadomości ciała, że zasługuje na osobny komentarz. Dziś skupmy się na ciele zmysłowym. Nie wszyscy wiedzą, że oprócz takich zmysłów, jak węch, wzrok, słuch, smak i dotyk, mamy jeszcze zmysł czucia ciała, czyli priopriocepcję. To on pozwala nam czuć ciało, jego przestrzeń, rozmiary, a także rozpoznawać jego obecny stan. Dzięki niemu wiemy, czy ciało jest zmęczone, napięte, zimne, ciepłe, rozluźnione, czy chce się położyć, czy dobrze oddycha itd. Gdy wiemy, co się dzieje z naszym ciałem, lepiej funkcjonujemy. To szczególnie ważne w trudnych sytuacjach, by mózg mógł „widzieć” ciało mimo znieczulającego efektu adrenaliny.

W takich sytuacjach zapominamy, że mamy ciało... Dlatego rozwijanie w sobie świadomości ciała jest ważne zwłaszcza w przypadku ludzi bardzo obciążonych odpowiedzialnością i obowiązkami, którzy przez większość czasu działają pod wpływem dużych dawek adrenaliny. Tylko ktoś, kto ma dobrą świadomość ciała, zdaje sobie sprawę z tego, co się z nim dzieje, mimo że jest znieczulony adrenaliną. To pomaga lepiej działać, dbać o siebie i nie doprowadzać się do energetycznego wypalenia.

 
W filmie „Monty Python i Święty Graal” sparodiowano taką postawę: Czarny Rycerz broniący mostu nie chce przepuścić króla Artura na drugą stronę. Dochodzi do walki, w której rycerz po kolei traci obydwie ręce i nogi, zamieniając się w sikający krwią kadłubek, a mimo to wzywa króla do dalszej walki, krzycząc, że to, co się stało, to zaledwie draśnięcie...
To nie jest odległe od prawdy. Nasze czasy produkują znieczulonych i ogłuszonych walką wojowników, którzy nie zauważają, że tracą zdrowie i życie. Są jak kierowca tira, który bez odpoczynku pędzi po krętych alpejskich trasach, nie patrząc na tablicę wskaźników. Więc nie wie, że mu się silnik przegrzewa, że brak mu benzyny, że hamulce ledwie działają. Zmierza ku katastrofie. I ktoś taki przychodzi na terapię, twierdząc, że nie było żadnych sygnałów ostrzegawczych i że nie wiadomo, dlaczego z poniedziałku na wtorek wszystko się posypało.

Co robić, by do tego nie dopuścić?
Między innymi ćwiczyć świadomość ciała. To pomaga ratować się przed wypaleniem stresowym i chorobami.

Ale jak ćwiczyć?
Regularnie uprawiać różne formy ruchu. Ciała uczymy się od urodzenia. Przychodzimy na świat prawie bez dziedziczonego programu sterowania ciałem. Działają tylko podstawowe funkcje dotyczące oddychania, pobierania pokarmu i wydalania. Świadomość ciała rozwija się przez doświadczenie i jest to proces, który może trwać całe życie. Dlatego każdy, kto chce żyć pełniej i być bardziej odpornym na trudy życia, powinien znaleźć sobie dyscyplinę ruchową, która daje okazję do uczenia się ciągle nowych ruchowych algorytmów.

Moshe Feldenkrais, którego system ćwiczeń i filozofię proponujemy w IPSI, wychodził z założenia, że chcąc świadomie używać ciała, musimy zmieniać nawyki ruchowe, które często nie są dla naszego przetrwania i rozwoju optymalne. Mogą wręcz niepotrzebnie obciążać, a w konsekwencji uszkadzać ciało. Żaden ruch nie jest nam dany raz na zawsze. Wśród istot zamieszkujących Ziemię człowiek ma wyjątkowe możliwości modyfikowania swojego sposobu poruszania się, zdobywania nowych „terytoriów” ruchowych. A teraz bardzo ważna wiadomość: wraz z ciałem uczy i rozwija się także nasz mózg.

Udowodniono, że nowy ruch powoduje tworzenie nowych ścieżek neuronowych w mózgu.
Uczenie się nowych sportów, pozycji jogi rozwija nie tylko potencjał ruchowy i świadomość ciała, ale też usprawnia działanie mózgu. Sprawia, że tworzą się nowe neuronowe połączenia, a to z kolei zwiększa naszą zdolność do myślenia w sposób dynamiczny, przestrzenny i intuicyjny. Jak to się dzieje? Powiedzmy, że dziecko uczy się łapać piłkę. Ileż danych jego biologiczny komputer musi uwzględnić, jak szybko je zanalizować i wydać rozkazy do mięśni, by w końcu ono tę piłkę mogło złapać. W mgnieniu oka musi ocenić parametry lotu piłki i skoordynować je z parametrami ruchu ciała tak, by w odpowiedni sposób i w odpowiednim momencie przeciąć parabolę lotu piłki i ją pochwycić – czyż to zadanie nie jest porównywalne z programowaniem procedury spotkania dwóch obiektów w przestrzeni kosmicznej? W ten sposób uświadomiony ruch, odbywający się w określonym czasie i przestrzeni, pomaga nam wyobrazić sobie skomplikowane procesy przestrzenno-czasowe. Bez tego nie bylibyśmy w stanie uporać się ani z geometrią przestrzenną, ani z chemią molekularną, ani z astrofizyką, ani nawet ze szczegółowym zaplanowaniem dnia. Tak więc ci z nas, którzy uważają, że mogą w pełni rozwinąć swój intelektualny potencjał, dbając wyłącznie o umysł i ignorując ciało, są w błędzie. Z pewnością dokonaliby więcej, gdyby systematycznie trenowali uświadamianie sobie ciała i ruchu, gdyby dogadali się z ciałem.

  1. Psychologia

Czasem zamiast kroku do przodu warto rozejrzeć się uważnie i docenić to, co już masz

Każda zmiana zaczyna się od poczucia: „Chcę i mogę”. (Fot. iStock)
Każda zmiana zaczyna się od poczucia: „Chcę i mogę”. (Fot. iStock)
Gdy próbuję dokładnie zdefiniować zmianę, to, co ona dla mnie znaczy, dochodzę do wniosku, że najbliższa jest jej wizja koła. Zmiana to przecież proces, który zaczyna się w jednym punkcie, postępuje, a potem wraca do tego samego punktu.

Kiedy próbuję wyrazić definicję zmiany za pomocą spontanicznego ruchu, robię krok do przodu, potem zatrzymuję się i rozglądam dookoła. Zmiana jest albo dążeniem do przodu, ku nowemu, albo pozostaniem w miejscu, w którym jestem, i uważnym rozejrzeniem się dookoła, by ocenić to, co mam. Może teraz łatwiej ci będzie zastanowić się, jakiej zmiany tak naprawdę potrzebujesz, by nie zaprzepaścić dobrej energii nowego roku. Żeby było jeszcze prościej, wybierz tylko jedną rzecz, jaką chcesz zmienić, a ja rozpiszę ci to na kolejne etapy.

Przemyśl błędy z przeszłości

Jeśli spróbujesz przeanalizować, dlaczego poprzednie listy z noworocznymi postanowieniami wylądowały na dnie szuflady, okaże się, że zwykle koncentrowałaś się na przeszłości, na swoich brakach, negatywnych stronach, np. „Muszę schudnąć” albo: „Muszę rzucić palenie”. Może właśnie dlatego twój słomiany zapał wypalał się w okolicach lutego. Tym razem skoncentruj się na „nowym” zamiast na „starym”, na przyszłości, a nie na tym, co już było i na co nie masz wielkiego wpływu. Nowe, choć może budzić lęk, pobudza również ciekawość, a ta może spowodować, że stare samo wygaśnie. Jeden z moich znajomych rzucił palenie z dnia na dzień. Kiedy wszyscy pytali, jak udało mu się to zrobić, filozoficznie stwierdzał, że papierosy pewnego dnia same od niego odeszły. Dopytałam go, co tak naprawdę się stało, i opowiedział mi o warsztatach pracy z emocjami, na których nauczył się nazywać i przeżywać emocje – efekt był taki, że papierosy, jako regulator napięcia, przestały mu już być potrzebne.

Wybierz jedną rzecz, którą chcesz zmienić

Na kartce papieru narysuj koło swoich sfer życiowych. Żeby było ci łatwiej określić te sfery, przeanalizuj swój jeden dzień i zaznacz w kole sprawy, którymi się zajmowałaś. Moje koło zawiera sfery: zawodową, finansową, relacji, pasji, rodziny, odpoczynku i przyjemności. Przeanalizuj każdą ze sfer i sprawdź, która z nich twoim zdaniem wymaga zmiany. Która pożera ci najwięcej energii, przynosząc najmniej satysfakcji. Umówmy się, że chcesz zająć się sferą finansową. Teraz dokładnie nazwij, co zamierzasz w niej zmienić, pamiętając, by koncentrować się na przyszłości, a nie na przeszłości: „Chcę zarabiać więcej” zamiast: „Będę bardziej oszczędzać”.

Zadaj sobie pytanie: po co chcę dokonać zmiany?

To zadanie ma na celu oddzielenie pragnień od potrzeb. Bo jeśli twoje pragnienia są inne niż potrzeby, możesz wygenerować konflikt wewnętrzny, który będzie sabotował twoje działania. Wracając do naszego przykładu: potrzebujesz więcej pieniędzy, bo masz duże zobowiązania finansowe, ale chcesz mieć więcej czasu na rozwijanie swoich pasji, a nie tkwić przed komputerem. I konflikt gotowy. Sprawdź, czy i jak można pogodzić te dwie motywacje.

Nie zapominaj o marzeniach, one są doskonałym motywatorem do zmian. Możesz zrobić mapę marzeń – kolaż ze zdjęć, wycinków z gazet. Zrób z nich obraz, kierując się intuicją. Odkryj symbolikę zdjęć. Może rysunek przedstawiający kobietę siedzącą przed komputerem na tarasie z widokiem na ocean to twoja wizja nowej pracy, którą pokochasz i przyniesie ci ona tyle pieniędzy, ile potrzebujesz? Porównaj obecne marzenia z tymi z dalekiej przeszłości (to jedyny moment w procesie zmiany, kiedy możesz do niej wrócić). Co udało ci się zrealizować? Czy dawne marzenia są aktualne?

Określ swoje zasoby

Motywacja silnie łączy się z poczuciem wewnętrznej mocy. Moim zdaniem każda zmiana zaczyna się od poczucia: „Chcę i mogę”. Bardzo często największą przeszkodą w osiągnięciu celu są fałszywe przekonania, które odbierają nam moc. Te wszystkie: „Nie mogę”, „Nie dam rady” czy „Nie należy mi się” – poczuj związek tych przekonań ze swoją sferą finansową. Czy jesteś na sto procent przekonana, że energia, umiejętności i zaangażowanie, które wkładasz w twoją pracę, powinny być bardziej doceniane?

Czasami nasze poczucie mocy jest nadmiarowe i jednokierunkowe – bagatelizujemy swoje sukcesy albo przypisujemy je ślepemu losowi, jednocześnie obwiniając się za wszystkie porażki. To ma związek z naszymi przekonaniami. Może myślisz: „Chciałabym więcej zarabiać, ale skoro szef sam nie proponuje mi podwyżki, to znaczy, że na nią nie zasługuję”, jesteś gotowa wziąć dodatkową pracę i nawet ci do głowy nie przychodzi pomysł, że może powinnaś się bardziej cenić i negocjować kwestię podwyżki.

Nowe wymaga nie tylko zmiany w tobie, ale także w świecie zewnętrznym. Czasami to właśnie tam warto zrobić rewolucję. Nie ma w firmie pieniędzy na nowe projekty? OK. Przedstaw swój pomysł w taki sposób, by pieniądze się znalazły, a jeśli nie, odważnie powiedz, że pójdziesz z nim do konkurencji.

Wytrop zgubne nawyki

Jeśli jakiś sposób działania w dojściu do celu nie daje efektów, to znajdź nowy, zamiast naiwnie wierzyć, że w końcu je da. Chcesz więcej zarabiać? Zmień strategię działania albo poszukaj firmy, która cię doceni. Rób inaczej, efektywniej i tylko to, co się sprawdza. Eksploruj, rozwijaj swoje talenty, próbuj wszystkiego, czego jeszcze nie sprawdzałaś. Jednak pamiętaj, że nie jesteś robotem, nie możesz pracować bez końca. Daj sobie odpocząć, a światu podziałać. Nie masz obowiązku zmieniać tylko siebie, możesz również kreatywnie zmieniać świat.

Odkryj swój indywidualny rytm zmian

Zmiana jest procesem podobnym do oddychania: wdech – zatrzymanie – wydech – zatrzymanie. W procesie zmian określ własne tempo: zwyżki i zniżki energii, a także fazy zatrzymania. W pełni korzystaj ze swoich naturalnych zasobów. Jeśli np. zimą potrzebujesz więcej odpoczynku, a mniej pracy – uszanuj ten fakt. Fazy zatrzymania, analizy tego, co udało ci się już zrobić, są naturalnym i bardzo cennym momentem na niedziałanie i refleksję.

Wróć do punktu wyjścia

Jeszcze raz uważnie przyjrzyj się swojemu kołu sfer życiowych i poczuj, czy naprawdę chcesz (a nie musisz) coś zmienić. A może to tylko przymus, moda, obowiązek? Może zamiast kroku do przodu warto zatrzymać się i rozejrzeć, odnaleźć w tym, co już masz? I z całego serca to docenić. Jeśli tak, to oznacza to, że w kole sfer wracasz do punktu wyjścia, nie ruszając się z miejsca.

Moje tegoroczne postanowienie noworoczne brzmi: „Cieszyć się tym, co udało mi się osiągnąć. Rozsiąść się wygodnie, odetchnąć pełną piersią. Pochwalić i docenić samą siebie. Dać się podziwiać. Zbierać plony tego, co posiałam”.

Ewa Klepacka-Gryz psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trener warsztatów rozwojowych dla kobiet. 

  1. Psychologia

Jak na co dzień kochać i szanować siebie?

Mądra miłość do siebie to po prostu przekonanie, że zasługuję na szacunek. (Fot. iStock)
Mądra miłość do siebie to po prostu przekonanie, że zasługuję na szacunek. (Fot. iStock)
Różne ścieżki prowadzą do kobiecości – relacja z matką, babką, przyjaciółką… Ale ta najważniejsza droga zaczyna się w twoim sercu. Prawdziwe poczucie więzi z innymi kobietami może dać ci tylko dobry kontakt ze sobą.

Dawno, dawno temu… kobiety, skazane na obcowanie ze sobą w gromadzie, musiały się wspierać, by zapewnić sobie przetrwanie. W wielu kulturach rdzennych i plemiennych starsze kobiety gromadziły wokół siebie młodsze – córki i wnuczki – i dzieliły się mądrością i doświadczeniem. Gdy wspólnoty były małe, żyło się razem – gotowało, wychowywało dzieci, pracowało dla dobra plemienia. Wszystko było wspólne, nikt nie miał więcej. Rywalizacja nie była potrzebna. Dziś, w epoce cywilizacji przemysłowej, konkurujemy ze sobą często równie zaciekle jak mężczyźni, ale coraz częściej tęsknimy za solidarnością kobiet, za byciem razem.

– Podejmując męskie role, kobiety uznają solidarność kobiecą za niebezpieczną, niepotrzebną, hamującą i ograniczającą – uważa socjolog dr Tomasz Sobierajski. – Obserwacje i badania przeprowadzane chociażby w korporacjach pokazują, że mężczyźni nadal potrafią się zjednoczyć we wspólnej sprawie, żeby zdobyć przysłowiowego mamuta, czyli duży łup, natomiast kobiety na polowaniu walczą przeciwko sobie. Stawiają nie na współpracę, tylko na indywidualizm – ja będę najlepsza! Badania pokazują również, że zjawisko „szklanego sufitu”, czyli blokowanie awansu kobietom, generują nie tylko mężczyźni, ale również kobiety, które zdobyły lub wywalczyły więcej i nie chcą się tym dzielić. Oczywiście, jest wiele pięknych przykładów solidarności kobiecej, które pozwalają im uwierzyć w siebie i przetrwać. Jednak ta solidarność kończy się w momencie, kiedy w grę zaczyna wchodzić polityka, władza lub mężczyzna.

W słusznej sprawie

Są jednak chwile, gdy się jednoczymy „w słusznej sprawie” – przeciw dyskryminacji kobiet, w walce o równe prawa, o parytety. Po stuleciach zależności od mężczyzny – ekonomicznej, obyczajowej, kulturowej i prawnej – łączą nas, obok idei samostanowienia o sobie, także zrozumienie dla wspólnych tylko kobietom, związanych np. z biologią, doświadczeń. – To poczucie więzi i solidarności między kobietami, w dużej mierze instynktowne, jest jeszcze ciągle silne w przypadku świata kulturowo przynależnego kobietom – potwierdza dr Sobierajski. – Świata, który dotyka pierwotnych zagadnień, takich jak ciąża, urodzenie i wychowanie dziecka. Silne jest też w przypadku uczucia poniżenia czy porzucenia przez mężczyznę.

Z tęsknoty za bliską relacją z innymi kobietami powstała idea kobiecych spotkań, tzw. siostrzeństwo. Ma ono swój odpowiednik w kręgach kobiet, tworzonych – podobnie jak przed wiekami – przez tzw. Starsze, czyli „kobiety, które wiedzą”. Maria Ela Lewańska, prowadząca kobiece spotkania w kręgu, a także tłumaczka książki „13 Pierwotnych Matek Klanowych”, za kluczową sprawę w kwestii więzi kobiet z kobietami uznaje szacunek do samej siebie. – Jestem kobietą, więc jeśli nie mam szacunku do siebie, to nie mam szacunku do innych kobiet. Jak mam więc odczuwać siostrzeństwo? – pyta Lewańska.

Większość klanowych matek mówi o dobrym traktowaniu siebie. Warto posłuchać mądrych Indianek, bo miłość do siebie to podstawa wszystkich relacji. Jeśli masz kontakt ze swoimi uczuciami, emocjami, wiesz, skąd one się biorą, jesteś świadoma swoich mocnych stron, ale i ograniczeń, to na pewno nie skrzywdzisz świadomie ani siebie, ani nikogo innego.

Święte pięć minut

Jak na co dzień praktykować miłość i budować szacunek do samej siebie? W tym zabieganym świecie, pełnym wyzwań? Bo nie problem usiąść w kręgu i przez godzinę czy dwie być wspierającą dla innych kobiet. Ale jak budować ten szacunek na całe życie, nie na chwilę?

– To jest praca ze świadomością – mówi Maria Ela Lewańska. – Bo właśnie kiedy kobieta jest tak zaganiana, ma na głowie pracę, dom, to jest to jej najbardziej potrzebne.

A pięć minut można znaleźć zawsze. Pięć minut, podczas których nie ma nas dla nikogo. Taki święty czas. Maria mówi, że sama, mimo że urodziła dwoje dzieci, dostrzegła pewnego dnia, że potrzebuje się dowiedzieć czegoś o kobiecości. – I moje myślenie było takie – jak mam się dowiedzieć, co znaczy być kobietą? Od kogo? No przecież nie od mężczyzny! Kto może lepiej ode mnie wiedzieć, kim jestem, co mi jest potrzebne, niż ja sama? – pyta.

I zaleca każdej kobiecie, by dała sobie prawo do tych pięciu minut dziennie, obiecując, że dzięki temu nasza świadomość może się rozrosnąć. A zmiana ta przebudowuje stosunek do samej siebie.

Inna Maria – Maria Rotkiel, psycholog i znana terapeutka par, zgadza się, że jeżeli chcemy utrzymywać dobre relacje z najbliższymi, powinniśmy zacząć od okazania sobie miłości. W swojej książce „Nas troje, czyli rodzinne nastroje” pisze: „Kochanie siebie to pielęgnowanie pozytywnej energii, którą możemy obdarzyć innych. Kochanie siebie nie jest równoznaczne z samozachwytem czy brakiem krytycyzmu wobec siebie. Mądra miłość to po prostu przekonanie, że zasługuję na szacunek. To danie sobie prawa do szczęścia. To wiara w siebie i swój potencjał”. I poleca, by zacząć od prostych rzeczy. Może skorzystasz?

1. Zacznij każdy dzień od jakiejś przyjemności. To może być smaczne śniadanie, posłuchanie ulubionej muzyki w drodze do pracy, założenie ubrania, które lubisz. 2. W ciągu dnia dbaj o chwile odpoczynku, by spokojnie wypić kawę czy pospacerować. 3. Przynajmniej raz w tygodniu spraw sobie jakiś prezent. Cokolwiek, nawet niedrogi drobiazg! 4. Zjedz lunch lub obiad, nie zajmując się pracą i nie myśląc o problemach i obowiązkach. 5. Zaplanuj na wieczór jakąś przyjemność. To może być kolacja z mężem po pracy lub wyjście z koleżankami do kina. 6. Codziennie mów sobie afirmację, czyli swoją mantrę, swoje pozytywne hasło, które poprawia ci nastrój i motywuje. Np. „Dziś wszystko ci się uda”, „Jesteś wyjątkowa i zasługujesz na to, co najlepsze”. 7. Codziennie powiedz sobie też jakiś komplement. Spójrz w lustro, pochwal siebie za coś. 8. Mów bliskim, czego potrzebujesz i co jest dla ciebie ważne. 9. Nigdy nie mów i nie myśl o sobie źle, koncentruj się na pozytywnych myślach i emocjach. 10. Uśmiechnij się do siebie!

  1. Seks

Energia seksualna pomoże ci pokonać lęk

Energia seksualna to źródło mocy i siły. (fot. iStock)
Energia seksualna to źródło mocy i siły. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kiedy jesteśmy zamknięci na energię seksualną, nie potrafimy kochać. Jeśli się na nią otworzymy, wypełni nas pierwotna siła, dzięki której będziemy mieli odwagę skonfrontować się z lękiem.

Kultura, w której żyjemy, sprzyja odbieraniu nam wewnętrznej siły płynącej właśnie z energii seksualnej. Postrzeganie ciała jako grzesznego, wpajanie przekonań zamykających na swobodne bycie w kontakcie seksualnym z drugą osobą, tłumienie emocji, takich jak złość czy smutek – przyczyniło się do rozwoju cywilizacji ludzi zalęknionych i zamkniętych w sobie, coraz częściej doświadczających poczucia bezsensu i zagubienia. Drogą do wyzwolenia jest otworzenie się na prawdziwą bliskość z drugim człowiekiem.

Nazwij swoje ograniczenia

Seks ma swój początek w mózgu, dlatego nie dojdzie do stanu spełnienia, jeśli umysł na to nie zezwoli. Zatem pierwszym krokiem na drodze do wolności seksualnej jest przyjrzenie się naszym przekonaniom i temu, co dla nas jest wstydliwe, czyli tak naprawdę granicom, które przejęliśmy w spadku po rodzicach. Dobrze jest na nowo je nazwać i świadomie zracjonalizować, czyli zobaczyć, na ile są słuszne, aktualne, zdrowe i wspierające, a w jakim stopniu nas ograniczają i sprawiają, że życie traci blask – a my uznajemy to za coś naturalnego, szukając spełnienia na zewnątrz.

Zaakceptuj swoje lęki

Zawsze przyciągamy do siebie partnera, który odwzajemnia naszą gotowość do otwarcia się na seksualność. Jeśli masz zamknięte serce i spięte ciało, będziesz spotykała mężczyzn o podobnych problemach, często nieobecnych, odciętych od uczuć. Dlatego bardzo ważne jest zaakceptowanie siebie ze swoimi lękami i blokadami, z intencją otwarcia się – to drugi krok, który należy uczynić. Wyrażenie jasnej intencji – kierunku, w którym zmierzamy, spowoduje, że podświadomość otrzyma jasny komunikat. Wyjdźmy więc poza ramy aktualnych przekonań. Jeśli przeszłość dostarczyła nam wielu traum, jeśli miłość nas zraniła, nic dziwnego, że obawiamy się przyszłości. Jednak poprzez wyrażenie szczerego pragnienia doświadczenia prawdziwej bliskości, zamiast koncentrowania uwagi na poczuciu bycia ofiarą – sprawimy, że koleje losu powoli zaczną się zmieniać.

Przestań dążyć do ideału

Kiedy wkraczamy na drogę rozwoju osobistego, często dostrzegamy w sobie tyle niedoskonałości, że naprawiania siebie nie widać końca, tymczasem nie ma nic bardziej zamykającego na prawdziwą bliskość, jak maniakalna potrzeba udoskonalania siebie. Masz prawo odczuwać złość, masz prawo czuć się źle, masz prawo wyobrażać sobie, że jest wiele kobiet bardziej atrakcyjnych od ciebie. Usiądź spokojnie i obserwuj, jak powstają te ciągi myśli, jak dana teoria kiełkuje w świadomości i jak wpływa na twoje uczucia i wybory, bądź świadoma, że każde uczucie jest stwarzane przez myśl. Pozwól pojawić się emocji, pozwól na drżenie ciała. Otul się kocem i obserwuj.

Zacznij wyrażać uczucia

Co robi dziecko, kiedy jest przestraszone? Krzyczy, płacze. Co robią dorośli, kiedy się czegoś boją? Najczęściej udają, że nic nie czują. Jeśli udajesz, że się nie boisz, będziesz tak samo udawała, że jest ci dobrze – w konsekwencji stracisz odwagę do poszukiwania przyjemności dotyku i bliskiego kontaktu. Jeśli nie zdążysz przekształcić myśli we wspierające, i zawładnie tobą trudna emocja, przejdź do kroku czwartego, czyli do pozwolenia sobie na wyrażenie tego, co czujesz. Jeśli chce ci się płakać, to płacz naprawdę, jeśli czujesz złość, to znajdź sposób na szczere, ale bezpieczne dla otoczenia danie jej ujścia. Ten, kto poddał się takiemu doświadczeniu, wie, że na dnie każdej trudnej emocji czeka niespodzianka – pełne wyrażenie smutku sprawia, że możemy doświadczać czystej, niczym nieskrępowanej radości, a poddanie się złości jest kluczem do dzikiej, pozbawionej lęku seksualności, która otwiera serce na miłość.

Skieruj się ku ciału

Gdy zauważysz moment, w którym zaczynasz funkcjonować jak na automatycznym pilocie: jesteś spięta, boli cię głowa, zatrzymaj się i poszukaj spokojnego miejsca. Zacznij powoli oddychać, przypominając sobie miejsce i czas, w którym czułaś najgłębszy spokój. Teraz skieruj uwagę w stronę serca, potem połącz je z centrum twojej seksualności, czyli dolnymi partiami ciała, delikatnie oddychając. Uświadom sobie, że wszystko, co blokuje twoje ciało na swobodny przepływ energii, jest wynikiem twoich myśli. To spowoduje, że znowu się odprężysz i przestaniesz się wstydzić. Twoje ciało zaczyna żyć, a ty, bez względu na wiek, emanujesz kobiecością i seksualnością. Zadomowienie się w ciele jest podstawową zasadą atrakcyjności. Każdą komórką ciała czujesz, że żyjesz!

Dorota Hołówka: Prezeska Stowarzyszenia Nowa Psychologia, terapeutka pracy z ciałem, certyfikowana terapeutka pracy z traumą Somatic Experiencing.