1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Gdy jedzenie staje się obsesją

Gdy jedzenie staje się obsesją

Anoreksja, bulimia oraz ortoreksja są jak lotne piaski: wpada się w nie niepostrzeżenie, a żeby się z nich wydobyć, niezbędna jest pomocna dłoń.

Jedzenie, przyjemność i jedna z podstawowych potrzeb organizmu, może stać się źródłem udręki, a nawet potrafi zabić. Zaburzenia odżywiania wyniszczają ciało oraz psychikę, dotyczą nie tylko konkretnych osób, również ich bliskich. I to bliscy odgrywają decydującą rolę w procesie leczenia.

Jak być szczupłym i najedzonym?

Anoreksja polega na drastycznym ograniczaniu sobie jedzenia, co prowadzi do wychudzenia i wyniszczenia organizmu. Bulimię cechują napady żarłoczności, tyciu mają zapobiec prowokowane wymioty, środki przeczyszczające. Ortoreksja oznacza wewnętrzny przymus spożywania wyłącznie tych pokarmów, które uznaje się za właściwe. Zaburzenia te nie są „wynalazkiem” naszych czasów: o bulimii wspominał już w II w. grecki lekarz Galen, a pierwszy opis anoreksji pochodzi z X w. Co jednak sprawia, że praktyki te stały się dziś powszechne jak nigdy dotąd? Winowajcą jest obowiązujący w kulturze Zachodu kanon piękna: za atrakcyjne uznajemy osoby szczupłe, dbałość o zdrowie utożsamiamy ze smukłą sylwetką. Około 90% ofiar to nastolatki i młode kobiety, bo to one są najbardziej podatne na społeczny wymóg uzyskania właściwej – czytaj: szczupłej – sylwetki. Obfite kształty kojarzymy z zaniedbaniem i niską pozycją społeczną. Zmieniła się też funkcja i znaczenie jedzenia. Dla naszych przodków stanowiło niezbędne do przeżycia paliwo dla organizmu, a zdobycie go i przygotowanie wymagało dużego wysiłku. Dziś żywność jest łatwo dostępna, a wspólne przyrządzanie posiłków, spożywanie oraz zachęcanie do konsumpcji są wyrazem troski, miłości i przywiązania. Tak dochodzi do zderzenia dwóch komunikatów: że powodzenie i szczęście daje zarówno bycie szczupłym, jak i najedzonym. Próba odnalezienia się wśród tych sprzeczności wiedzie niektórych na manowce – do anoreksji, bulimii i ortoreksji.

Rodzinne piętno

Decydujący wydaje się wpływ najbliższych. Koncentracja na jedzeniu jest z reguły wynikiem niezaspokojenia kluczowych potrzeb: uwagi, bezpieczeństwa, ciepła, miłości. Rodziny, w których ujawniają się zaburzenia odżywiania, mają wiele cech wspólnych. Anoreksji sprzyja zatarcie indywidualności wśród bliskich. Domownicy deklarują wobec siebie duże przywiązanie, ale zarazem nie potrafią się porozumieć. Wielką wagę przywiązuje się do przestrzegania zasad i panowania nad sobą. Rodzice – zwłaszcza matki – mają wobec dzieci wygórowane oczekiwania, a jednocześnie są wobec nich nadopiekuńczy i nadmiernie kontrolujący. Konfliktów nie rozwiązuje się, lecz przemilcza, a dzieci są wciągane w małżeńskie rozgrywki.

Gruntem, na którym rozkwita bulimia, jest chaos i brak jasnych reguł postępowania. Domownicy są często rozdrażnieni, skonfliktowani, nierzadko impulsywni lub wręcz agresywni (dotyczy to zwłaszcza ojców). Co do ortoreksji, to sprzyjają jej problemy zdrowotne – własne lub dotyczące osoby bliskiej, takie jak alergia pokarmowa czy cukrzyca, które zmuszają do koncentracji uwagi na rodzaju spożywanych pokarmów. Na zaburzenia odżywiania bardziej podatne są osoby mające skłonność do skupiania się na sobie i perfekcjonizmu – szczególnie zagrożone są jedynaczki, z którymi rodzice wiążą wielkie nadzieje – oraz dziewczęta wyrastające w rodzinach trapionych skrywanymi przed otoczeniem patologiami, np. alkoholizmem czy przemocą. Jedzenie staje się wtedy ostatnim bastionem niezależności i sferą, wokół której organizuje się życie.

 

Taniec na linie

Zaburzenia odżywiania to schorzenia psychosomatyczne, leczyć trzeba więc i ciało, i psychikę, lecz dotknięta nimi osoba konsekwentnie zaprzecza, iż ma jakikolwiek problem z jedzeniem.b Gwałtowność protestów studzi jednak słabnące ciało, pogarszające się samopoczucie, depresja i wyobcowanie. Prędzej czy później bliscy pokonują bezradność i wstyd, uznają, że niezbędna jest fachowa pomoc. Chory reaguje atakami furii lub nieustępliwym oporem, bo kontrolowanie diety daje mu poczucie siły i panowania nad swym życiem. A tego nikt nie odda bez walki. Im później rozpoczyna się terapię, tym większe są spustoszenia w organizmie i tym mniejsze szanse na pełny powrót do zdrowia. Zaburzenia odżywiania są potencjalnie śmiertelne w skutkach – co dziesiąty przypadek anoreksji ma finał w postaci samobójstwa lub zgonu z powodu skrajnego wygłodzenia Podstawą leczenia jest terapia rodzinna. Nie znaczy to, że w każdym spotkaniu biorą udział wszyscy domownicy, ale każdy z pomocą psychologa musi zaakceptować chorobę i nauczyć się, jak pomagać córce, siostrze lub wnuczce ją przezwyciężać.

Celem terapii jest udzielenie bliskiej osobie wsparcia, tak by znalazła rozwiązanie dręczących ją problemów emocjonalnych – źródła zaburzeń odżywiania. Korekta, czasem budowa od podstaw, stosunków rodzinnych, to podstawa kuracji. Z reguły musi włączyć się w nią lekarz doświadczony w leczeniu zaburzeń odżywiania. Najczęściej zleca podawanie suplementów uzupełniających brakujące elektrolity i witaminy oraz leków, np. zwiększających apetyt, przeciwlękowych, antydepresyjnych. W zaawansowanej anoreksji niezbędne jest leczenie szpitalne i podanie kroplówek. Wyjście z choroby ułatwia pomoc wyspecjalizowanego w tej dziedzinie fizjologa żywienia (dietetyka). W anoreksji, bulimii i ortoreksji częste są chwile załamania i nawroty choroby, sprzyja im stres wywołany powrotem do przyczyn tych zaburzeń lub komplikującą się sytuacją zawodową albo osobistą.

Czy to już problem? - Odpowiedz na poniższe pytania:

  1. Czy jesz mało i niechętnie?
  2. Czy wszystko, co zjesz, przeliczasz na kalorie i znasz na pamięć większość tabel kalorycznych?
  3. Czy odmówienie sobie kolejnej dawki pokarmu sprawia ci przyjemność?
  4. Czy wciąż wydaje ci się, że jesteś za gruba?
  5. Czy domownicy mówią ci, że jesz za mało i/lub jesteś za chuda?
Odpowiedź TAK na 3 lub więcej z ww. pytań może świadczyć o anoreksji.
  1. Czy czasem objadasz się ogromną ilością pokarmu?
  2. Czy objadając się, czujesz, że nie możesz tego powstrzymać?
  3. Czy potem zmuszasz się do wymiotów?
  4. Czy zdarza ci się nie jeść z myślą, że zaraz i tak wszystko to miałabyś zwymiotować?
  5. Czy używasz dużo środków przeczyszczających?
Odpowiedź TAK na 3 lub więcej z ww. pytań może świadczyć o bulimii.
  1. Czy planowanie posiłków oraz zakupy produktów spożywczych zajmują ci 3 godziny dziennie lub więcej?
  2. Czy już dziś rozmyślasz, co będziesz jadła jutro?
  3. Czy zwykle robisz zakupy w sklepach ekologicznych?
  4. Czy zdarza ci się unikać jakiejś imprezy z powodu niezdrowego menu?
  5. Czy czujesz się winna, gdy zjesz coś niezdrowego?
Odpowiedź TAK na 3 lub więcej z ww. pytań może świadczyć o ortoreksji. W każdym wypadku niezbędny jest kontakt z psychologiem!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Odchudzanie dzieci - dietę powinna zmienić cała rodzina

Dziecko z nadwagą to problem rodzinny. Zmianą nawyków żywieniowych powinno się objąć wszystkich domowników. (fot. iStock)
Dziecko z nadwagą to problem rodzinny. Zmianą nawyków żywieniowych powinno się objąć wszystkich domowników. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Dziecko samo nie schudnie. Musi czuć czynne wsparcie bliskich. Zmiana nawyków żywieniowych rodziny nie może być też smutnym, nieprzyjemnym i dokuczliwym procesem. Aby się udało, koniecznie znajdźmy wspólnie korzyści i cieszmy się tym, jak nasze życie ulega poprawie.

Mamy problem?

Najprostszym sposobem jest ocena i porównanie na siatkach centylowych, które są w każdej książeczce zdrowia dziecka. Jeżeli obserwujemy nagły skok dziecka na wyższy poziom centylowy, to jest to powód do niepokoju i obserwacji w celu znalezienia przyczyn. W przypadku 5 proc. otyłości u dzieci jest to choroba: problemy genetyczne, zaburzenia hormonalne, najczęściej nieprawidłowe funkcjonowanie tarczycy. W 95 proc. jednak to przekarmienie, czyli nadmierna liczba spożywanych kalorii w stosunku do zapotrzebowania. To, że rodzice mają nadwagę i ich potomstwo również, nie znaczy, że dziecko jest genetycznie obciążone do gromadzenia tkanki tłuszczowej. Znaczy to, że dziecko uczy się od rodziców zwyczajów, sposobu spędzania czasu i stosuje najczęściej taką samą dietę co reszta rodziny. Z tego się nie wyrasta.

Energia i ruch

U dorosłych sprawa jest prosta, zmniejszamy liczbę przyjmowanych kalorii, i już. Dzieci rosną, budują swoje ciało i muszą jeść wszystkie niezbędne im składniki. To jest trochę jak ze starą wagą. Na jednej szali kładziemy wszystko, co dostarcza nam energii. Jedzenie i picie. Na drugiej kładziemy wydatek energetyczny. Podstawowa przemiana materii (PPM) to to, co spalamy, oddychając, myśląc, pompując krew i żyjąc sobie spokojnie. Im więcej w ciele mięśni, tym PPM jest wyższa. Drugą składową wydatku energetycznego jest ruch. Jeżeli szalki wagi są na tym samym poziomie, to w naszym ciele nic się nie powinno zmieniać. U dzieci z szalki przyjmowanej energii nie możemy za dużo odjąć, ale różnicę możemy stworzyć, dokładając aktywność fizyczną – dzieciom zaleca się jej minimum 60 minut dziennie.

Nasz zdrowy dom

Dzieci uwielbiają zadania, wspólnie z całą rodziną odbywać misje, planować i realizować plan. Nam, dorosłym, też o wiele przyjemniej jest podjąć wyzwanie, rozpocząć jakąś grę, zamiast liczyć kalorie, myśleć o spożywanych witaminach i katować się na siłowni, „bo to zdrowe i tak trzeba”. Zapraszam zatem wszystkich do udziału w zabawie „nasz zdrowy dom”.  Pamiętajcie, że cała rodzina chce być zdrowa i piękna. Nigdy zatem nie mówicie dziecku: „Masz problem z nadwagą, więc teraz się wszyscy dla ciebie poświęcimy i zrobimy rewolucję”.

Rachunek jedzenia

Na początek spiszcie przez kilka dni WSZYSTKO, co jecie i pijecie, a także ile czasu dziennie poświęcacie na sport. Usiądźcie potem przy stole w spokojny dzień w sobotę lub niedzielę, kiedy macie dużo czasu, i razem przeanalizujcie wszystko. Jednym kolorem zaznaczcie słodkie posiłki – chałka z dżemem, jogurt owocowy i woda smakowa również się do nich zaliczają. Już w tym momencie można zrobić pierwszy krok, stawiając na tym stole zamiast ciasta dzbanek wody z plasterkami cytryny, talerz z pokrojonymi w ćwiartki jabłkami, marchewką, kilkunastoma śliwkami i garścią świeżych orzechów do łupania.

Zapytajcie dziecko, jak jego zdaniem powinniśmy realizować nasz cel. Jeżeli podchwycimy pomysł, który wyszedł od dziecka, pochwalmy go i wpiszmy do programu rodziny, będzie realizowało to z większym zapałem, niż gdy to będzie rada lekarki, mamy albo pani nauczycielki. Jeżeli  dziecko ma kilka lat, zmiany wprowadzajcie powoli, wyjaśniając mu, co się dzieje. „Można porozmawiać nawet z dwu-, trzylatkiem, który rozumie proste komunikaty, np. „Teraz wszyscy robimy dobre jedzenie”. Przekazujmy wszystko, co chcemy i co powinniśmy mu wytłumaczyć, oraz jaki mamy plan, oczywiście, w sposób dla niego przystępny. Dzieci wiele rozumieją”– mówi psycholog Dorota Minta. Dzieci też świetnie pilnują – jeżeli mają na to szansę – siebie i otoczenie. Nastawcie się na to, że będą też was rozliczać z wypełniania planu.

Wypracowanie zdrowych nawyków żywieniowych przychodzi łatwiej, gdy angażuje się w to cała rodzica (fot. iStock) Wypracowanie zdrowych nawyków żywieniowych przychodzi łatwiej, gdy angażuje się w to cała rodzica (fot. iStock)

Wsparcie eksperta

Po sporządzeniu takiego planu warto skonsultować się ze specjalistą, który sprawdzi, czy nasze zamierzenia faktycznie pokierują nas w odpowiednią stronę. Dobry dietetyk da nam wędkę, a nie rybę – tzn. niekoniecznie rozpisze restrykcyjną dietę z gramami marchewki, które musimy zjeść, ale podpowie, jak delikatnie zmodyfikować to, co znamy, aby było lepiej i zdrowiej. Dzieciom nie obniżamy kaloryczności diety, ale dbamy o jej zbilansowany skład. Nie trzeba w tym celu liczyć kalorii. Jeżeli w każdym posiłku będą warzywa, dwa razy dziennie owoce, źródłem węglowodanów złożonych będzie kasza, razowe pieczywo lub brązowy ryż, białko pochodzić będzie głównie z roślin strączkowych, ryb, jajek, a dieta będzie oparta na sezonowych produktach z wykluczeniem źródeł pustych kalorii, czyli słodyczy, przetworzonych dań, słodkich napojów i tłustych potraw, to wystarczy. Dodanie do tego regularnej aktywności fizycznej przez co najmniej cztery dni w tygodniu (poza lekcją WF-u) przyniesie pożądany rezultat.

Bądź wzorem!

„Wszyscy muszą jeść to samo” – podpowiada Dorota Minta. Jeśli tata będzie jadł kotlet schabowy, mama sałatkę, a dziecko kanapkę z razowym chlebem, misja się nie uda choćby dlatego, że zbyt kłopotliwe jest tak zróżnicowane menu pod jednym dachem. Nie można też wymagać od dziecka, żeby powstrzymało się od zjedzenia ciastka, jeżeli widzi, że ty je jesz.

Gdy przychodzi do mnie rodzic i mówi: „Niech pani wytłumaczy córce, że ma schudnąć, a czekolada w domu nie jest dla niej, bo jest za gruba”, to mam ochotę przełożyć takiego rodzica przez kolano. Z kolei jeśli siedzicie całymi dniami w fotelu, trudno wam będzie przekonać dziecko do zajęć sportowych. Ruszajcie się jak najwięcej razem z dziećmi.

Rodzinne menu

Razem planujcie jadłospis. Jeżeli umówicie się, że zamiast smażonej ryby w panierce będzie ryba pieczona w piekarniku – to potem łatwiej będzie wam przełamać pierwsze opory do zmiany nawyków. Jeżeli ktoś z rodziny będzie nalegał na coś innego, umówcie się, że wpiszecie to do kolejnego jadłospisu, ale trzymajcie się ustalonego planu. Wspólne jedzenie to także szansa na zbliżenie się do siebie, bo mamy czas na spokojną rozmowę. Zapomnijcie o jedzeniu przed telewizorem. To powoduje, że jecie dużo więcej, niż wam się wydaje, a najwięcej podjada się w trakcie programów sensacyjnych!

Odchudzający sen

Sen jest niezwykle ważny dla utrzymania prawidłowej masy ciała, dla zdrowia i spokoju psychicznego. Dbanie o higienę życia rodziny to również regularny, odpowiednio długi sen, który w przypadku dzieci powinien trwać osiem godzin dziennie. Niedobór snu rozregulowuje gospodarkę hormonalną organizmu. Spada poziom leptyny – hormonu, który sygnalizuje nam, że już jesteśmy najedzeni. Dodatkowo w wyniku powiązanego mechanizmu endokrynologicznego w organizmie wzrasta poziom insuliny, która przyspiesza magazynowanie węglowodanów w formie tkanki tłuszczowej.

Polisa na wypadek

Jeżeli pojawia się wyjątkowa okazja, np. urodziny kolegi itp., daj dziecku przed wyjściem pełnowartościowy posiłek. Potem jeśli zje tort, czipsy albo inne przekąski, to na pewno w mniejszych ilościach, niż gdyby poszło głodne. Podczas świąt też zadbajcie o to, aby nie spędzić całego dnia, siedząc na zmianę przy stole lub w fotelu. Wybierzcie się na rodzinny spacer lub wycieczkę rowerową. Warto też pomyśleć o zdrowych zamiennikach w tradycyjnych daniach.

Lista, której się trzymamy:

  • Codziennie rano jemy pełnowartościowe śniadanie, które nie jest słodkie.
  • Wychodzimy z domu z drugim śniadaniem.
  • Ustalamy godziny posiłków, aby było ich 5 w ciągu dnia, w odstępach 2,5-, 3-godzinnych.
  • Nie kupujemy niezdrowych rzeczy.
  • Pijemy wodę, kompoty czy świeże soki zamiast słodkich napojów.
  • Zamiast oglądać telewizję, wprowadzamy wspólną aktywność fizyczną.
  • Razem przygotowujemy zdrowe posiłki, staramy się też wspólnie robić zakupy lub chociaż tworzyć ich listę.
  • Wzajemnie się motywujemy.
  • Co tydzień weryfikujemy listę
Katarzyna Błażejewska: dietetyk kliniczny, psychodietetyk. Proponuje pacjentom diety powiązane z produktami sezonowymi, regionalnymi i naturalnymi. Autorka książki „Odżywianie. Dzieci mądre i zdrowe...” i dwóch części bestsellera „Koktajle dla zdrowia i urody”. 

  1. Psychologia

Bulimia - zaburzenie odżywiania, zaniżona samoocena, głód miłości

Relacje z rodzicami mają duży wpływ na proces leczenia czy zmagania się z bulimią. (Fot. iStock)
Relacje z rodzicami mają duży wpływ na proces leczenia czy zmagania się z bulimią. (Fot. iStock)
Bulimia, jak wszystkie zaburzenie odżywiania, jest ściśle związana z emocjami. Dlatego nie sposób jej zwalczyć bez terapii. Aleksandrze Dejewskiej to się udało i dziś sama jest terapeutką. W rozmowie z nami wyjaśnia, jak rozpoznać tę chorobę u bliskich i jak im pomóc. 

Za słowo kochamnie kupi się chleba – powtarzała pani mama. Jakie informacje ukrywa to zdanie? Takie zdanie dewaluuje okazywanie uczuć za pośrednictwem słowa. Jako dziecko nie odbierałam działań mamy jako przejawów miłości – pracowała od 8 do 20 po to, by zapewnić mi wyżywienie, ubranie i edukację. W jej świecie oznaczało to okazywać uczucia. Tymczasem ja potrzebowałam bliskości i wspólnego czasu, którego miałyśmy mało z powodu jej pracy i napiętej atmosfery w domu. To przekładało się na zmęczenie i niedostępność emocjonalną mojej mamy, sądzę, że w ten sposób starała się siebie bronić, a czasem już nie miała sił. Dopiero jako dorosła nauczyłam się dorosłego okazywania uczuć. Ważny jest też kontekst, w którym mama wygłosiła cytowane przez ciebie słowa – usłyszałam je, kiedy mówiłam, że ją kocham. W takiej sytuacji staje się to podwójnym ciosem. I sprzyja tworzeniu blokady emocjonalnej.

W książce „Bulimia. Moja historia choroby” dzielisz się osobistymi przeżyciami: chorowaniem, przemocą i zdrowieniem. Kiedy uwierzyłaś w to, że musisz być szczupła?To było już w gimnazjum, a może nawet w podstawówce, w czasie, kiedy trenowałam siatkówkę. Chociaż wtedy tylko pojawiały się myśli, działania zaczęłam podejmować w gimnazjum. Byłam przekonana, że jestem za gruba. Pragnęłam być szczupła, bo to miało dać mi szczęście i lepsze samopoczucie. W tym czasie popularny był trend spodni biodrówek, przy których najlepiej wyglądał wklęsły brzuch. Nie chciałam odstawać od koleżanek, pragnęłam przynależeć do grupy – jak każda nastolatka. Miałam przekonanie, że powinnam zmieniać siebie pod kogoś. Taką postawę wyniosłam z domu, w którym brakowało przestrzeni dla mojej autonomii. Potwierdzeniem mojej hipotezy: „gdy stanę się szczupła, to będę szczęśliwa” okazał się moment, w którym założyli mi aparat ortodontyczny i dużo schudłam. Poczułam się dumna z nowej wagi. Dzisiaj wiem, że było to poczucie wpływu, którego mi wówczas brakowało. W końcu w jakimś obszarze miałam kontrolę.

Kiedy zdałaś sobie sprawę, że jesteś poważnie chora? Gdy poczułam konsekwencje choroby – silny ból w mostku, zaburzoną pracę serca, krew w ślinie. To był wstrząs, który zmotywował mnie do podjęcia leczenia. Złamałam opór w sobie. Przekonałam się, że bulimia to nie fanaberia. Czytałam coraz więcej na temat tej choroby, a moje samopoczucie pogarszało się z dnia na dzień. Pamiętam taką sytuację, gdy siedziałam sama w domu i zaczęłam płakać, a potem wyć. Miałam wrażenie, jakby otaczała mnie tylko szarość. Wyparowała cała radość, myślałam, że nic dobrego mnie już nie spotka. Nie umiałam sobie z tym poradzić. Tego dnia osiągnęłam swoje dno, a mama wreszcie zrozumiała, że to naprawdę poważna choroba.

A co było punktem zwrotnym w leczeniu, momentem, od którego zaczęłaś szybciej wracać do zdrowia? Na pewno poznanie aktualnego partnera – doświadczyłam wtedy, co to jest bezwarunkowa miłość. Zaczęłam uczyć się akceptacji, co było dla mnie ogromnym szokiem. Dorastałam w przekonaniu, że na wszystko muszę sobie zasłużyć. Za małe rzeczy nieraz spotykała mnie nieadekwatna kara. Informacja, że ktoś mnie kocha i akceptuje taką, jaką jestem, była dla mnie czymś nowym. Odkryciem zupełnie innego świata, bez osądów, umniejszania i krytyki. Dużo czasu mi zajęło, by porzucić dotychczasową normatywność i nauczyć się nowej.

Uważasz, że ojczym i mama są odpowiedzialni za twoją chorobę? Jaką rolę w chorowaniu na bulimię odgrywają relacje z rodzicami? Nie, to byłoby wygodne obarczyć kogoś winą. Faktem jest, że rodzice mają duży wpływ na budowanie samooceny u dziecka. Niemniej należy pamiętać, że oprócz tego mamy pewne predyspozycje – temperament, z którym się rodzimy, no i osobowość, która się kształtuje nie tylko wskutek kontaktu z rodzicami, ale i środowiskiem. Wiemy, na podstawie badań, że pewne cechy osobowości zwiększają ryzyko wystąpień zaburzeń odżywiania. W badaniach „Personality prototype as a risk factor for eating disorder” Antonia J. Sanchez-Guarnido wykazano, że ryzyko wystąpienia zaburzeń odżywiania jest większe u osób niedostatecznie kontrolujących (mających wysoki wynik w neurotyczności, niski w ugodowości i sumienności) oraz nadmiernie kontrolujących (mających wysoki wynik w neurotyczności, niski w ekstrawersji i otwartości na doświadczenia) w porównaniu z grupą wysoko funkcjonującą. Relacje z rodzicami mają duży wpływ na proces leczenia czy zmagania się z bulimią. Na przykład styl przywiązania niedający bezpieczeństwa przyczynia się do zwiększenia niezadowolenia z własnego ciała i masy. Wsparcie i zaangażowanie rodziców w znaczący sposób skraca też czas terapii. Najtrudniej jest, gdy rodzic przyprowadza dziecko do gabinetu, licząc na to, że terapeuta je naprawi. Tak to nie działa.

Obecnie pracujesz jako dietetyczka i terapeutka zaburzeń odżywiania. Jakich metod i technik używasz w swojej pracy? Głównym paradygmatem, z którego korzystam, jest terapia skoncentrowana na rozwiązaniach. Korzystam również z elementów terapii poznawczo-behawioralnej oraz terapii koherencji. Swoją pracę opieram na zasobach danej osoby. To my decydujemy, na co wykorzystamy własny zasób: czy na leczenie, czy na prowokowanie wymiotów. Umiejętności same w sobie nie są ani dobre, ani złe, różnica tkwi w ich zastosowaniu. Często w gabinecie posługuję się dosyć kontrowersyjnym porównaniem: co łączy Martina Luthera Kinga i Hitlera? Jeden i drugi byli świetnymi oratorami, potrafili porywać tłumy. Nie chcę wchodzić w moralność ich działań, pokazuję tylko, że ta sama umiejętność może zostać różnie wykorzystana. Tak jest też w terapii, jeżeli mam spryt w ukrywaniu choroby, determinację, by zwrócić wszystko, co zjadłam – to ten sam zestaw cech mogę użyć do innego celu.

Pracuję również nad obrazem własnego ciała. Ono jest tym obszarem, w którym możemy realizować potrzebę autonomii. Przyglądamy się wspólnie, jaką dany objaw pełni funkcję – czyli jaką realizuje potrzebę. Może zabrzmi to niedorzecznie, lecz zaburzenia odżywiania realizują nasze potrzeby. Nie jest to najzdrowszy sposób, ale czasem jedyny nam dostępny. Ja w momencie opychania się jedzeniem nie myślałam o niczym. Miałam święty spokój. Czasem zajadałam samotność, czyli realizowałam potrzebę bliskości. Innym razem nagradzałam siebie. Dopiero gdy zaczęłam realizować te potrzeby w bardziej zdrowy sposób, łatwiej mi było walczyć z chorobą.

Czym dokładnie charakteryzuje się bulimia? Spożywaniem dużej ilości jedzenia w krótkim przedziale czasowym. Następnie pojawia się poczucie winy i próba wyrzucenia tego jedzenia z siebie. Mamy dwa rodzaje bulimii – typ przeczyszczający się, który charakteryzuje się stosowaniem środków przeczyszczających, moczopędnych; typ nieprzeczyszczający, który po napadzie stosuje głodówkę lub ćwiczenia sportowe. Ten drugi uważam za najtrudniejszy do zdiagnozowania, ponieważ w dzisiejszych czasach mamy duży nacisk na bycie aktywnym i wysportowanym.

Kto jest najbardziej narażony na tę chorobę? Mężczyźni i kobiety wychowujący się w rodzinie, w której rodzice nie byli dla dziecka w wystarczającym stopniu dostępni emocjonalnie, a za to okazywali się intruzywni, nadmiernie kontrolujący czy też nadopiekuńczy. Ci, którzy wychowywali się w kulturze promującej szczupłą sylwetkę. Osiągający wysoki wynik w neurotyczności, której składnikami są nieśmiałość, nadwrażliwość, impulsywność, lęk, agresywna wrogość i depresja. Mający rodziców bardzo skoncentrowanych na wyglądzie swoim lub innych. Posiadający zaburzony styl przywiązania: lękowy lub unikająco-lękowy.

Jakie pierwsze objawy u siebie lub bliskiej osoby powinny wzbudzić nasz niepokój? U siebie wystarczy zaobserwować chęć sprowokowania wymiotów czy wyrzuty sumienia po zjedzeniu posiłku. Sygnałem jest oczywiście prowokowanie wymiotów i próba spalenia całego posiłku za pomocą ćwiczeń, ale też wahania nastroju, bóle w klatce piersiowej, prowadzenie głodówek lub restrykcyjnych diet, po których pojawiają się napady jedzenia. U bliskiej osoby będzie to: znikanie po posiłku w łazience, pojawiający się zapach wymiocin w toalecie, znikająca duża ilość jedzenia bez wyraźnej zmiany masy ciała, rany na kostkach na nadgarstkach, unikanie wspólnych posiłków słowami: „już jadłam”, „jadłam na mieście”, „brzuch mnie boli” i „niedobrze mi, nie zjem teraz”. Nie mówię, że zawsze takie wypowiedzi mają nas martwić, ale w połączeniu z pozostałymi zachowaniami stają się dosyć wyraźnym sygnałem. Poza tym obsesyjne myśli o ćwiczeniach, liczenie każdej kalorii w jedzeniu.

Co przyspiesza powrót do zdrowia oraz pomaga odzyskać zrównoważone postrzeganie rzeczywistości? Wsparcie ze strony bliskich – bycie; nie radzenie, ale słuchanie; akceptowanie; oddanie kontroli choremu; komunikowanie swoich uczuć i obaw; okazywanie uczuć; rozmawianie na inne tematy (nie tylko o jedzeniu); komplementowanie umiejętności, a nie wyglądu lub też tego, czy chory je.

A jakie zna pani najskuteczniejsze sposoby radzenia sobie z krytyką innych? Uświadomienie sobie, że nie jestem rosołem, by smakować każdemu. Dostrzeżenie, kto mnie krytykuje. Na ogół osoby z wysoką samooceną nie krytykują innych. Robią to ci, którzy to, co w sobie mają, przerzucają na innych. Mnie osobiście pomógł bardzo pewien happening, który sama zorganizowałam. Stanęłam na Monciaku w Sopocie w krótkich spodenkach, topie i z opaską na oczach. Po tej akcji pojawiło się dużo komentarzy w Internecie – część obraźliwych. Wybrałam jeden z nich, który był najbardziej abstrakcyjny: „ale musi być słabą dietetyczką, skoro jest taka blada, widocznie ma mało witaminy D”. Ten komentarz tak bardzo mnie rozbawił, że reszta przestała mieć już znaczenie. No i crème de la crème – zapytałam siebie, co ja uważam na swój temat. Poświęciłam czas, by poznać siebie – w końcu łatwiej przyjmujemy zdanie drugiej osoby, gdy nie mamy wyrobionego własnego. Zobaczyłam, ile moich przekonań nie było de facto moimi. Tak długo powtarzałam kłamstwa na swój temat, aż w końcu stały się prawdą. Ale skoro nauczyłam się źle myśleć o sobie, to uznałam, że mogę się też tego oduczyć.

Sporo pisze pani o samoocenie. Bycie niezadowolonym lub zadowolonym ze swojego wyglądu jest wciąż pozostawaniem na skali oceny. Jak porzucić potrzebę uwzględniania ocen innych w swoim życiu? Czasem temat wyglądu staje się odskocznią od innych problemów. Pomaga zadanie sobie pytania, czy wygląd faktycznie ma wpływ na wszystkie sfery życia, takie jak relacje z bliskimi, rodzina czy praca. To, że Beata ma ładne nogi, nie oznacza, że moje są gorsze. Jej są długie, moje – krótsze i to też jest OK. Warto spojrzeć na swoje ciało oczami bliskiej osoby – co ona takiego we mnie widzi, co wie na mój temat? Ciekawe jest to, że przy zaburzeniach odżywiania często zarzuca się komplementującemu nieszczere intencje, ale krytykującemu – już nie.

Wiele terapeutek wybrało zawód związany z pomaganiem ze względu na osobistą, trudną historię, ale niewiele osób dzieli się tą historią z innymi. Czy to nie przeszkadza w pracy terapeutycznej? Z jednej strony ją ułatwia – mogę bez problemu przyjąć perspektywę osoby w gabinecie przez to, że przeżyłam coś mniej lub bardziej podobnego. Często słyszę: „pani będzie wiedziała, jak ze mną pracować, bo pani to przeżyła”. Albo: „czytając pani książkę, czułam się, jakbym czytała swoje myśli”. Z drugiej strony zawsze mam na uwadze, że dana osoba nie jest mną i nie mogę patrzeć na jej historię przez pryzmat własnego doświadczenia, nie wsadzam jej w swoje schematy.

Największą trudnością jest jednak oczekiwanie drugiej osoby, że pokażę jej prosty i sprawdzony sposób na wyjście z choroby, bo sama już z niego skorzystałam. Wszystko ma swoje plusy i minusy. Nauczyłam się korzystać z plusów, mając na uwadze minusy i nieustannie pracując nad nimi. Dlatego też regularnie poddaję się superwizji.

Aleksandra Dejewska dietetyczka, terapeutka zaburzeń odżywiania, w trakcie certyfikacji na terapeutkę TSR. Prezes fundacji Aż Sobie Zazdroszczę, autorka książek „Bulimia. Historia mojej choroby” oraz „Uwolnij się! Poradnik eks bulimiczki”, organizatorka charytatywnych pokazów mody

  1. Styl Życia

Miła i szczupła - anoreksja od kuchni

Katie Green, autorka komiksu dokumentującego jej zmagania z anoreksją (Fot. materiały prasowe)
Katie Green, autorka komiksu dokumentującego jej zmagania z anoreksją (Fot. materiały prasowe)
Jak narysować anoreksję? W komiksie Katie Green to niepokojąca ciemna chmura bazgrołów, która się rozrasta… Green sama przeszła najpierw anoreksję, potem zaburzenia odżywiania, kiedy to na przemian kompulsywnie się objadała i głodziła, katując ćwiczeniami. Dziś jest zdeterminowana, żeby dzielić się swoimi doświadczeniami.

Skąd wiem, że jestem głodna? Skąd wiedzą to inni? To pytania, które cię kiedyś prześladowały. Z pozoru odpowiedź wydaje się oczywista. Dostajemy zewsząd mnóstwo komunikatów na temat jedzenia. Mówi się nam, co powinniśmy jeść, a czego nie, o jakich porach i jak często. Wszystkie te informacje przepracowujemy w głowie. Efekt jest taki, że wolimy słuchać, co podpowiada nam umysł, a nie ciało. I dotyczy to nie tylko ludzi z problemami odżywiania, ale każdego z nas. Dla mnie jedną z najważniejszych lekcji, jakie musiałam odrobić, było nauczenie się, jak słuchać ciała, a nie tego, co podpowiada mi umysł.

Z twojego komiksu pamiętam scenę, w której terapeutka mówi ci, że problemy z jedzeniem to kwestia nie tyle braku kontroli, ile silnych emocji, które w tobie są. Zaburzenia odżywiania to rodzaj języka, komunikowania się z samym sobą i z otoczeniem. Sposób, w jaki radzisz sobie z jedzeniem, jest metaforą tego, jak radzisz sobie z emocjami. Anoreksja to próba przejęcia kontroli nad swoim życiem, bo czujesz, że wszystko cię przytłacza. Z kolei nieopanowane kompulsywne jedzenie oznacza poddanie się, złożenie broni. Nie zależy ci już na przejęciu kontroli, na jej odzyskaniu.

Narysowałaś swoją rodzinę, która je obiad, i tylko ty grzebiesz w talerzu. Rodzice namawiają cię do skończenia posiłku i nie pozwalają wstać od stołu. Zastanawiałam się, czy takie metody mogą pchnąć człowieka w stronę zaburzeń odżywiania. Gdybym nie zachorowała, ta scena nie byłaby niczym niezwykłym. W ilu domach odbywają się takie obiady, podczas których rodzice walczą, żeby ich dzieci coś zjadły? To normalne. Poza tym, jeśli mówimy o zaburzeniach odżywiania, nigdy nie ma jednej przyczyny. W moim przypadku były też inne rzeczy, choćby nękanie w szkole, czy to, że moje ciało nagle zaczęło się zmieniać, dojrzewać, co mnie przerażało. A wraz z tą zmianą przyszła presja, jak mam wyglądać, co jeść, co na siebie włożyć.

W „Lżejszej od swojego cienia” nie czujesz się rozumiana przez rodziców, mimo że o ciebie walczyli. Uwiera cię, że cię nieustannie kontrolują. Niezwykle mi zależało, żeby pokazać, że mama i tata bardzo mnie kochali i zrobili wszystko, żeby mnie ratować. Ludzie często starają się zrzucić winę za zaburzenia odżywiania na rodziców właśnie, a ja naprawdę nie mam za co winić moich. Wiem, że nie mogli zrobić więcej. Ale kiedy jesteś nastolatkiem, robisz wszystko, żeby się jakoś spod tej kontroli wyrwać. W tamtym okresie życia z jednej strony wiedziałam, że potrzebuję pomocy, z drugiej – byłam zwyczajną nastolatką, której koleżanki miały chłopaków i chodziły na imprezy na długo, zanim ja zdążyłam tego doświadczyć. Nie chciałam siedzieć z rodzicami w domu.

A jak z tym, co działo się z tobą, czuła się twoja siostra? W komiksie pozostaje w cieniu, prawie jej nie ma. Jest młodsza ode mnie o cztery lata, rodzice starali się ją chronić, więc nie rozumiała za bardzo, co się tak właściwie dzieje, dlatego faktycznie była nieobecna. Chcę przez to powiedzieć, że nie miała takiego udziału w procesie mojego leczenia jak mama i tata.

Wróćmy do przyczyn choroby. Wspominałaś o nękaniu – w „Lżejszej…” pokazujesz, jak koledzy i koleżanki w ramach podłych żartów obrzydzają ci drugie śniadanie, śmiejąc się, że jest zepsute, przez co później nie masz w ogóle ochoty nic jeść. Ważne są tu także wyśrubowane, nierealne wzorce kobiecej urody, do których dążą nastolatki. Katowanie się dietami, porównywanie się z innymi – to było w moim życiu wszechobecne, cały czas przewijało się we wszystkich rozmowach, nie tylko z rówieśnikami. To znaczy moi najbliżsi akurat nigdy nie byli na diecie, ale pamiętam spotkania z dalszą rodziną, podczas których zawsze mi mówiono: „Jesteś taka miła i szczupła! Ładna i szczupła!”. Powtarzali to w kółko. I nagle stajesz się nastolatką, twoje ciało się zmienia i pierwsza rzecz, jaką o sobie myślisz, to to, że nie jesteś już miła i szczupła.

Trudno być w kontakcie z własnym ciałem, kiedy słyszy się takie słowa. No właśnie. Pilnowanie wagi i bycie na diecie odchudzającej kojarzą się automatycznie z dbaniem o siebie. Tak to przedstawiają reklamy, telewizja i kolorowe magazyny, a ludzie im wierzą. 

Co było najtrudniejsze, kiedy walczyłaś z chorobą? Nie wiem, czy jestem w stanie jednoznacznie odpowiedzieć, ale walka o zdrowie nierozerwalnie wiąże się z tym, co zrobił mi pewien terapeuta, który, jak sam mówił, stosował alternatywne metody leczenia.

W komiksie pokazujesz, że na początku waszej pracy jego metody zdawały się pomagać. Dopiero po jakimś czasie dotarło do ciebie, jak bardzo ten człowiek nadużył twojego zaufania, jak nieszczere miał intencje. Pokazujesz czytelnikom, jak w pewnych momentach uciekałaś mentalnie, nie dopuszczałaś do siebie myśli, co tak naprawdę się dzieje. Moment, gdy dotarło do mnie, że ten człowiek mnie molestował, był ekstremalnie trudny. Podobnie jak wyrwanie się z tej relacji. Świadomość, że osoba, o której myślałam, że mi pomaga, tak naprawdę cały czas mnie krzywdziła i mną manipulowała, była bardzo bolesna. I zamiast wychodzić z choroby, pogrążałam się w niej coraz bardziej właśnie przez niego... Tak, to było chyba najtrudniejsze – stanąć na nogi po tej historii.

Jest też inna scena, kiedy w gabinecie specjalisty słyszysz, że wszystko jest z tobą w porządku. Opowiadasz, że masz ataki obżarstwa – zresztą na zmianę z katorżniczą dietą i ćwiczeniami, które kończą się m.in. omdleniem – a specjalista odpowiada z uśmiechem, że każdy czasem zajada smutki jedzeniem. Ten brak kompetencji brzmi znajomo. W Polsce brakuje specjalistów w publicznej służbie zdrowia, którzy potrafiliby się zająć dzieciakami z zaburzeniami odżywiania. Jak jest w Wielkiej Brytanii? Z tego, co wiem, brytyjska służba zdrowia nie ma funduszy, żeby dbać o ludzi wymagających długoterminowego wsparcia. Łatwiej jest pomóc tym, którzy wymagają natychmiastowego działania ratującego życie. Pacjenci z zaburzeniami odżywiania są trochę pośrodku, bo choć nie mają się dobrze, to nie są też przypadkami wymagającymi szybkiej interwencji. Dzieci i młodzież do 18. roku życia są i tak w lepszej sytuacji, ale kiedy stajesz się dorosła, możliwości wsparcia w państwowej służbie zdrowia są bardzo ograniczone. No i nikt ci nie pomoże, jeśli sama się nie zgłosisz. A zaburzenia odżywiania są zdradliwe, bo dopóki nie jest z tobą tragicznie, nie przychodzi ci do głowy, że potrzebujesz pomocy.

Tobie w powrocie do zdrowia pomogło rysowanie. Rysowałam już jako dziewczynka i w tym trudnym dla mnie okresie życia rysowanie mnie uratowało. Przyszedł taki moment, kiedy uznałam, że nie mam siły walczyć z moją chorobą, ze wspomnieniami tego, co zrobił mi terapeuta, że to już za dużo. Wtedy postanowiłam popełnić samobójstwo. Ale zanim do tego doszło, miałam refleksję, że kiedyś rysowałam, żeby poczuć się lepiej. I postanowiłam do tego wrócić, dać temu szansę, zacząć to robić na poważnie. Uznałam, że dopiero jak ta próba się nie powiedzie, wrócę do pomysłu odebrania sobie życia.

Wiele osób spodziewałoby się pewnie tradycyjnego podejścia do tematu: zapisania wspomnień w formie dziennika czy nawet fabularyzowanej powieści. Sama zawsze wyobrażałam sobie, że będę opisywać historie, a nie opowiadać je poprzez obrazki. Ale też czytałam komiksy. „Blankets. Pod śnieżną kołderką” Craiga Thompsona był jednym z pierwszych, po które sięgnęłam. Odkryłam, że to doskonały środek przekazu, bo w obrazku możesz zastosować metafory, które nie są możliwe w przypadku tekstu. Mogłam na przykład uczynić widzialną chorobę, której przecież nie widać.

Przelać na papier własne traumatyczne doświadczenia – to była niełatwa decyzja, skoro wiązała się z rozpamiętywaniem zdarzeń i osób, do których pewnie wolałabyś nie wracać. Wiedziałam, że muszę to zrobić, jeśli chcę pójść do przodu. Z drugiej strony – grzebanie we własnej przeszłości trwało latami i prawdopodobnie skomplikowało mój powrót do zdrowia. Z dzisiejszej perspektywy nie wiem, czy to było najzdrowsze posunięcie, ale po prostu musiałam to zrobić.

Pomogło? Nie, w ogóle. Pomijając cały wysiłek emocjonalny, jaki włożyłam w tworzenie „Lżejszej…”, już po publikacji ludzie chcieli wciąż ze mną rozmawiać o mojej chorobie. Mieli mnóstwo pytań.

Coś się od tamtego czasu zmieniło? Od wydania komiksu w Wielkiej Brytanii minęło już sześć lat, a ty jeździsz na spotkania z czytelnikami po całym świecie. Dziś jest mi zdecydowanie łatwiej, miałam czas już do tego przywyknąć. No i dokonałam innego wyboru, który był o wiele poważniejszy niż napisanie książki.

Co masz na myśli? Zdecydowałam się, że dla dobra innych nadal będę się utożsamiać ze sobą z tamtych czasów, czyli z osobą, która przeszła chorobę. Że będę publicznie o tym rozmawiać. Ten komiks nie jest już dla mnie, jest dla dzieci w potrzebie, dla ich rodziców. Jeśli ktoś ma mówić o swoich doświadczeniach, o tym, jak było mu ciężko i jak stanął na nogi, to mogę to być ja. Niech to usłyszą ode mnie, niech mnie zobaczą. To inni mają się poczuć lepiej, nie ja.

W jednym z wywiadów podkreśliłaś, że choroba dotyka nie tylko jedną osobę, ale wszystkich domowników. Jak twoja rodzina pamięta dzisiaj tamte ciężkie lata? Jesteśmy blisko, ale nie rozmawiamy już o tym, co się wydarzyło. Moja rodzina radzi sobie z przeszłością inaczej niż ja. Oni chcą żyć dalej i zapomnieć o tym okresie życia.

Jak się z tym czujesz? Muszę to uszanować, bo oni uszanowali moją decyzję o wydaniu komiksu. W końcu publicznie opowiedziałam historię, która jest opowieścią nie tylko o mnie, ale o naszej rodzinie, naszym życiu prywatnym. Teraz ja robię coś dla nich. Mam terapeutkę, partnera i przyjaciół, z którymi mogę rozmawiać o przeszłości, więc z rodzicami już nie muszę. Jednocześnie bardzo wspierali mnie w mojej pracy, przyszli na spotkanie autorskie, byli ze mnie dumni, gdy komiks się ukazał. Chociaż do dziś nie wiem, czy go czytali.

W pewnym sensie to choroba zadecydowała o twoim zawodzie. Dziś jesteś rysowniczką. Ponieważ sama czynność rysowania okazała się w moim przypadku terapeutyczna, długo uważałam, że nie mogę brać za nią pieniędzy. Jak mogłabym zarabiać na czymś, co lubię i co robię, żeby pomóc samej sobie!

Co się zmieniło? Dziś już rozumiem, że należy mi się wynagrodzenie za pracę, nieważne, jak dobrze mi ona robi. Przystałam więc na ten model biznesowy. Narysowałam m.in. książkę dla dzieci i nadal rysuję komiksy. Niewielkie w porównaniu z obszerną i osobistą „Lżejszą od swojego cienia”.

Powiedziałaś kiedyś, że zrobiłaś ten komiks dla siebie 14-letniej. To chyba dobre medium dla nastolatków, którzy chętniej sięgają po kulturę obrazkową. Mnie też się wydaje, że historia opowiedziana w taki sposób jest dla nich bardziej dostępna. Nawet jeśli waży ponad dwa kilogramy!

Katie Green, studiowała nauki przyrodnicze oraz ilustrację sekwencyjną. Tworzenie graficznego pamiętnika „Lżejsza od swojego cienia” rozpoczęła w ramach pracy dyplomowej.

  1. Zdrowie

Jedzenie jako wróg, czyli jak pomóc dziecku cierpiącemu na zaburzenia odżywiania?

Dzisiejsze niezwykle mocne przywiązanie do wyglądu zewnętrznego, stereotypowe myślenie nas wszystkich, że szczupłym, czyli ładnym, żyje się lżej, a grubi ludzie są leniwi - powoduje, że dzieci są pozbawione wzorca normalnego, zdrowego ciała. (fot. iStock)
Dzisiejsze niezwykle mocne przywiązanie do wyglądu zewnętrznego, stereotypowe myślenie nas wszystkich, że szczupłym, czyli ładnym, żyje się lżej, a grubi ludzie są leniwi - powoduje, że dzieci są pozbawione wzorca normalnego, zdrowego ciała. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Z jednej strony mamy epidemię otyłości, z drugiej jeden na sto młodych Europejczyków cierpi na anoreksję... Tylko z pozoru jest w tym sprzeczność. Psycholożka i psychoterapeutka Magdalena Mastalerz tłumaczy, dlaczego w naszych relacjach z jedzeniem ujawniają się problemy psychologiczne, i radzi, jak pomóc dziecku cierpiącemu na zaburzenia odżywiania.

Otarłaś się kiedyś o zaburzenia odżywiania?

Tak. Miałam 16 lat, ważyłam 60 kg i postanowiłam schudnąć. Po sześciu tygodniach ważyłam 51 kg. Stanęłam przed lustrem i zobaczyłam… grubą dziewczynę. Pomyślałam, że coś tu jest nie tak. Schudłam dziewięć kilogramów, wszystko na mnie wisi, a ja widzę grubasa? W dodatku, zanim zaczęłam się odchudzać, nie miałam nadwagi i nie uważałam się za grubą. To mnie zastanowiło.

Dlaczego nie wpadłaś wtedy w anoreksję? Co cię uchroniło?

Genetyczna odporność na stres? Silne poczucie własnej wartości? Bezwarunkowa miłość, której zaznałam? Dzisiaj mogę jedynie spekulować, w istocie jest tysiąc czynników, które powodują, że anoreksja się ujawnia: geny, gospodarka hormonalna, biologia organizmu, osobowość, zaburzone relacje z najbliższymi, presja środowiska... Nigdy do końca nie wiemy, który był decydujący. Na szczęście jest też całkiem spora grupa czynników chroniących przed zaburzeniami łaknienia, zwłaszcza jeden: dobre, bezpieczne i pełne wolności relacje w rodzinie.

Chory na anoreksję chce tracić na wadze, ale wciąż uważa się za osobę grubą. Powiedz mi, jak to możliwe?

Jedno z kryteriów diagnozy anorexia nervosa to waga o 15 proc. mniejsza niż minimalna prawidłowa przy zaburzonej percepcji zagłodzonego mózgu. Dziecko czy nastolatek się odchudza, robi to skutecznie i schodzi poniżej prawidłowej wagi, niedożywiony mózg przestawia się na tryb długoterminowego głodowania, w efekcie wydaje mu się, że działa na rzecz organizmu i dla jego bezpieczeństwa. Z powodu niedożywienia mózgu dziecko naprawdę postrzega się jako otyłe.

To dlatego dziewczynki anorektyczki poddaje się przymusowej hospitalizacji i bezwzględnie zmusza do przyjmowania posiłków. Trzeba zasilić mózg, a wtedy zacznie widzieć swoje ciało takim, jakie ono w rzeczywistości jest?

Tak. Doprowadzenie do wagi bezpiecznej to pierwszy, absolutnie niezbędny krok w terapii przy takim stopniu zagłodzenia. Mózg musi zostać na powrót tak odżywiony, żeby przestał funkcjonować w trybie zorientowanym tylko na przetrwanie.

Powiedziałam: "dziewczynki anorektyczki". Czy ta choroba nie dotyka chłopców?

Dotyka, ale odsetek dziewcząt jest 10 razy wyższy. Badania pokazują, że po trzech minutach oglądania pisma prezentującego zdjęcia szczupłych modelek nastolatce spada samoocena o 25 proc. Presja mediów, kolegów i mody jest dziś niewyobrażalna. Chłopcy też wpadli w spiralę kultu ciała, ale u nich kanalizuje się to częściej w obsesyjnym budowaniu muskulatury, co też jest diagnozowanym zaburzeniem.

Eksperci grzmią, że rośnie liczba otyłych, a jednocześnie osób z anoreksją czy bulimią. Widzisz w tym sprzeczność?

Żadnej. Obszar odżywiania się to dobra arena do ujawnienia psychologicznych problemów człowieka.

Najgroźniejszy dla zdrowia jest syndrom ponownego odżywienia. leczenie anoreksji musi odbywać się pod okiem psychiatry. (fot. iStock) Najgroźniejszy dla zdrowia jest syndrom ponownego odżywienia. leczenie anoreksji musi odbywać się pod okiem psychiatry. (fot. iStock)

Jakie są osoby z zaburzeniami łaknienia, np. z anoreksją?

Niezwykle staranne – aż do perfekcji, pozornie dostosowujące się do innych, wewnątrz o bardzo silnej, za silnej woli. Poza tym są bardzo różne. O płci już mówiłyśmy. A czy wiesz, że diagnozuje się również anoreksję niemowlęcą? Wykrywamy ją od szóstego miesiąca życia. Bywa, że sześciomiesięczne niemowlę konsekwentnie odmawia przyjmowania jedzeniaStres towarzyszący jedzeniu na początku życia – zwłaszcza gdy mama jest przerażona, boi się, że będzie złą mamą, że nie będzie mogła karmić piersią – powoduje, że dziecko może uciekać od tej sytuacji poprzez odmowę jedzenia. Ale to inny rodzaj anoreksji.

Z domowych opowieści wiem, że mój starszy brat po urodzeniu się nie chciał jeść. Jedna położna zatykała mu nos, a druga wtykała sutek mamy do ust. Został wypisany z ranami na nosku, w końcu zaczął sam jeść. Żyje, ma 56 lat…

A czy jest szczęśliwy? To, że noworodek przeżył, jest ważne dla statystyka, a nie dla psychologa. Liczy się jakość tego życia. Jak bardzo musiało cierpieć dziecko zmuszane w ten sposób do jedzenia, co pamięta jego ciało?!

Jestem przerażona…

Słusznie. Pamiętajmy, że niektóre statystyki mówią, że 10 proc. zdiagnozowanych przypadków anoreksji kończy się zgonem, w tym często poprzez samobójstwo. To oznacza, że poziom cierpienia w tej chorobie jest trudny do opisania. Dlatego tak ważne jest wczesne zdiagnozowanie. Im wcześniej dziecku i jego rodzinie zostanie dostarczona pomoc, tym większe są szanse na wyleczenie.

Jakie jest ryzyko psychofizyczne zaburzeń odżywiania? Brak miesiączki, wypadające włosy...

Najgroźniejszy dla zdrowia jest syndrom ponownego odżywienia. Jeśli za szybko przywrócimy choremu bezpieczną wagę ciała, może się to zakończyć zgonem. Uczulam na to rodziców. Leczenie anoreksji musi odbywać się pod okiem psychiatry. Zmuszając do jedzenia, można zrobić dziecku krzywdę. Poza tym ryzyko psychofizyczne jest takie samo jak w przypadku każdego wyniszczenia organizmu; przy bulimii dochodzi jeszcze przepuklina przełyku, która też może prowadzić do śmierci.

Co robić, jeśli dziecko zachoruje na anoreksję?

Wszystko, żeby zrozumieć świat, w którym żyje i potwornie cierpi, a nie szukać winnego. Celem jest rozbrojenie mechanizmów obronnych dziecka i pomoc w wydostaniu się ze spirali cierpienia, a nie pastwienie się nad rodziną.

Dokąd wtedy się udać?

Najlepiej, gdyby dziecko i jego rodzica zostali objęci systemem wsparcia, czyli siecią lekarz-psychiatra-psycholog. Możemy zacząć od wizyty u lekarza pierwszego kontaktu. Warto jak najwięcej czytać na ten temat, interesować się, pytać fachowców. Za wszelką cenę szukać pomocy. Zaburzenia odżywiania same nie przejdą.

Mam koleżankę, którą odbieram jako świetną mamę, a jej córka ma anoreksję. A to przecież toksyczna relacja z matką warunkuje tę chorobę. Potwierdzasz to?

Już nie mogę o tym słuchać! Gdy byłam na studiach, obowiązywała wredna teoria, że dziewczynka zapada na anoreksję, ponieważ odstręcza ją kobiecość, którą reprezentuje matka.

Matka nie ma nic wspólnego z chorobą dziecka?

Ma, bo jest częścią rodziny dziecka. Może nawet na szczęście ma bardzo dużo wspólnego, ponieważ poprawa relacji z matką może pomóc dziecku wyzdrowieć. Relacja zawsze decyduje o jakości naszego życia. Anoreksja to choroba systemowa - dotyczy całej rodziny i cechuje się uwikłaniem. Jadłowstręt psychiczny to jak rzucenie systemowi wyzwania. Przez przemoc czynioną sobie dziecko próbuje wydrzeć odrobinę wolności, uciec z układu, w którym nie może wyrazić siebie. Przynajmniej w jednym obszarze - utraty masy ciała - ma władzę nad sobą i rodziną. Pamiętajmy, że w rodzinach z chorymi dziećmi cała uwaga bywa skupiona tylko na nich. Zdrowym dzieciom często nawet nie wolno się poskarżyć, bo "twoja siostra jest ciężko chora". Została też udowodniona korelacja dodatnia między zachorowalnością na zaburzenia odżywiania a ostrym konfliktem między rodzicami dziecka. Dorośli już do niego przywykli, a dzieci wciąż musza odreagowywać, bo jest dla nich doświadczeniem prawdziwej, wyniszczającej wojny, podstawowym zagrożeniem bezpieczeństwa.

I pewnie dlatego rodzice nie chcą iść do lekarza, żeby zdiagnozował zaburzenie? ja też bym nie chciała usłyszeć, że stworzyłam złą rodzinę i dziecko przeze mnie cierpi.

Toteż nie wolno nikomu, a tym bardziej specjaliście obwiniać rodziców. Jak już powiedziałyśmy, nie wiemy, co zadziałało, że dziecko choruje. Specjalistom ma zależeć na zbudowaniu RAZEM z rodziną systemu wsparcia. Nie chodzi o szukanie winnego, a jedynie o to, żeby zmienić dotychczasowe zachowania, normy i rodzinne standardy, bo te się nie sprawdziły i można poszukać skuteczniejszych. Niestety, wielu rodziców, kiedy słyszy diagnozę przykręca dziecku śrubę. Zmusza do jedzenia, bije, krzyczy, zabrania wychodzenia z domu, zamiast zastanowić się wraz z psychologiem - bo sam człowiek sobie z takim problemem nie poradzi - co trzeba zmienić.

Ja bym się załamała i obwiniała do końca życia.

A ja zadałabym ci pytanie: "Do czego ci, Ewo, to obwinianie się jest potrzebne?". Obwinianie się nic nikomu nie da. Ani tobie, ani tym bardziej dziecku. To kotwica, która trzyma cię na mieliźnie problemu. Dopóki się obwiniasz, nie robisz kroku w innym kierunku.

A w jakim kierunku powinnam?

W kierunku uważności i zmiany. Dzisiejsze niezwykle mocne przywiązanie do wyglądu zewnętrznego, stereotypowe myślenie nas wszystkich, że szczupłym, czyli ładnym, żyje się lżej, a grubi ludzie są leniwi - powoduje, że dzieci są pozbawione wzorca normalnego, zdrowego ciała. Bez naszej uważności, bez życzliwego sprawdzania, czego teraz potrzeba naszemu dziecku, bez brania jego potrzeb pod uwagę zawsze, a nie tylko wtedy, gdy nam się przypomni, będzie jeszcze gorzej. A potrzebą dziecka jest także to, by rodzic lubił swoje życie i swoje ciało, a nie starał się sprostać oczekiwaniom innych. Dziecko potrzebuje zaledwie wystarczająco dobrej mamy: w miarę spokojnej, w miarę znającej swoje potrzeby, uważnej, ciepłej. Perfekcja, superdyscyplina i poczucie winy - do zsypu.

Czytałam, że rodzice anorektyków powinni z nimi spędzać nieagresywnie czas, na przykład tańczyć, żeby w swobodnym ruchu pomóc dziecku zaakceptować swoje ciało, a przy okazji otworzyć je na dotyk. To prawda?

Tak, o ile dziecko tego chce. Znam dziesiątki dzieci zabieranych przez rodziców na rower, które tego nienawidzą, bo nikogo nie interesuje, że boją się jechać ulica albo zjechać z górki. Rodzic myśli, że skoro był z dzieckiem na rowerze, to ma odhaczony czas z nim. Dlatego bym zapytała: "Chcesz ze mną potańczyć?" - i poczekała na odpowiedź. A gdyby nie było pewne, potańczyłabym sama, mówiąc, że jeśli zechce, to może dołączyć. Małymi krokami ku dziecku.

 

Magdalena Mastalerz - psycholożka, psychoterapeutka, specjalizująca się m.in. w pracy z dziećmi i młodzieżą. Członek założyciel Polskiego Stowarzyszenia Neuro-Lingwistycznej Psychoterapii.

 

  1. Psychologia

Zazdrość i wolność w związku – co tracimy próbując zawłaszczyć partnera?

Posiadanie znajomych przez naszego partnera dobrze o nim świadczy. Jeśli ludzie obojga płci go lubią to znaczy, że fajny z niego człowiek. Trzeba się raczej bać, gdy ludzie się od niego odsuwają, a nie wtedy gdy do niego lgną. (fot. iStock)
Posiadanie znajomych przez naszego partnera dobrze o nim świadczy. Jeśli ludzie obojga płci go lubią to znaczy, że fajny z niego człowiek. Trzeba się raczej bać, gdy ludzie się od niego odsuwają, a nie wtedy gdy do niego lgną. (fot. iStock)
Wiele osób, wiążąc się z kimś na stałe, ucina kontakty towarzyskie, zwykle z przyjaciółmi przeciwnej płci, często pod wpływem partnera... i odbywa się to powoli, prawie niezauważalnie. Partner nie daje drugiej połówce przestrzeni w związku, a ta połówka pozwala na to lub nie... Jak powstaje proces zawłaszczania i kiedy możemy mieć powody do niepokoju? – wyjaśnia psycholożka Dorota Krzywicka.

Biada tym, którzy po znalezieniu partnera odcinają go od jego znajomych i przyjaciół! Ten błąd popełniają ludzie którzy:

1. Żywią bezsensowne przekonanie, że od momentu zostania parą wystarczy im ich własne towarzystwo. Nie wystarczy. Czujemy się kompletni gdy pełnimy równolegle kilka ról: partnera, przyjaciela, znajomego, rodzica lub dziecka (dla własnych rodziców) itd. Oczywiście w różnych okresach czasu i sytuacjach w każdą z nich jesteśmy zaangażowani mniej lub bardziej, ale dobrze gdy nie ograniczamy się do jednej. Zamknięcie w jednej roli jest frustrujące o czym świetnie wiedzą wszyscy, którzy z jakichś powodów muszą w niej tkwić - albo pracować 14 godzin na dobę albo siedzieć tylko w domu i pilnować dzieci (oraz garów, pralki i odkurzacza), ale cierpią też ci, którzy tylko „balują” ze znajomymi – bycie non-stop imprezowiczem też po jakimś czasie przestaje wystarczać do szczęścia.

2. Uważają, że całe szczęście zaczerpną z jedynej, ukochanej osoby. Nie zaczerpną, bo nikt nie jest w stanie być jedynym źródłem szczęścia. Zadowolenie z życia bierze się z różnych sytuacji, bo ona np. nie zagra z nim w piłkę, a on nie pogada o nowych trendach w modzie, ją nie interesuje dyskusja o wyższości motoru Suzuki nad Hondą, on zaśnie oglądając komedię romantyczną, ona najlepiej relaksuje się w SPA, on na siłowni – lista różnych drobnych przyjemności, których każde z pary potrzebuje, a których spełnienia nie sposób oczekiwać od partnera jest nieskończona i jedno jest pewne – potrzebni są nam do towarzystwa inni ludzie, bo jeden człowiek (nawet najfajniejszy) nie udźwignie takiego obciążenia.

3. Żyją w lęku, że ktoś ukradnie im skarb. Tutaj potencjalnymi złodziejami są znajomi nie tej samej płci co „skarb”. Ten lęk miewa różne źródła. Wywołują go np.

- przykre doświadczenia z przeszłości - zaczyna działać zasada: „Kto raz się sparzył, ten na zimne dmucha” – głupie, bo przecież w kuchni parzymy się nie jeden raz, a mimo to gotujemy dalej.

- tkwiący w głowie stereotyp „Przyjaźń między osobnikami różnej płci jest niemożliwa, zawsze ma podtekst seksualny” – absurdalne, nie wszyscy jesteśmy nadpobudliwi seksualnie, nie wszystkim „tylko jedno w głowie”. Podejrzanym o zbytnie „rozseksualnienie” otoczenia jest raczej ten kto żywi takie przekonanie, a nie ci, których on się obawia (zgodnie z zasadą „Każdy sądzi według siebie”…).

- niska samoocena – ktoś, kto wątpi w swoją wartość czuje się zawsze zagrożony, bo przecież inni są lepsi, mądrzejsi, piękniejsi itd., więc partner tylko wtedy zostanie przy „wybrakowanym egzemplarzu”, gdy nie będzie widział „pełnowartościowych”. W tej sytuacji najlepiej byłoby trzymać partnera w piwnicy, bo uniemożliwienie mu kontaktu z przyjaciółmi odmiennej płci nic nie da, świat jest pełen osobników płci odmiennej.

- niska lub błędna ocena partnera – pogląd, że nasza druga połowa to wymagający nieustannego dozoru „pies na baby” albo „niestała trzpiotka” rzeczywiście popycha do czujnego sprawdzania z kim, gdzie i po co się spotyka, ale zamiast tracić energię na kontrolę jego kontaktów chyba sensowniej zużyć ją na zastanowienie się po co MY się z nim spotykamy?

Pozytywy posiadania przyjaciół przez naszego partnera

O tym, że dzięki nim nie musimy grać z nim w piłkę albo chodzić na romantyczne filmy, czyli uszczęśliwiać w każdej minucie życia już było i chyba każdy zgodzi się, że to bezcenne. Poza tym znajomi dają nam odsapnąć - nie musimy po raz dziesiąty słuchać tej samej historii, do której partner uwielbia wracać, są inne uszy, które nas odciążą, inni pośmieją się z jego ukochanego dowcipu, który nas już tylko denerwuje. Kolejny plus - partner z pogaduszek ze znajomymi wraca do nas zadowolony, bo miał przed kim błyszczeć, roztaczać pawi ogon – my ten ogon znamy na wylot, wiemy gdzie przetarty, gdzie podmalowany farbkami, więc wyszedłby na głupca próbując nas nim olśnić. Chwała znajomym, że od czasu do czasu są widownią w tym teatrze jednego aktora – większość ludzi lubi sobie czasem „poaktorzyć”, a jak to zrobić w związku, w którym partnerzy znają się jak łyse konie? Kolejna korzyść to fakt, że posiadanie znajomych przez naszego partnera dobrze o nim świadczy. Jeśli ludzie obojga płci go lubią to znaczy, że fajny z niego człowiek. Trzeba się raczej bać, gdy ludzie się od niego odsuwają, a nie wtedy gdy do niego lgną.

I jeszcze jeden plus – w każdym związku, nawet najfajniejszym, czasem coś zgrzyta. Reakcje na zgrzyt: albo kłótnia czyli mówimy za dużo, albo foch czyli w ogóle nie mówimy, albo chcemy pogadać, ale nie z „wrednym” partnerem (bo nie chodzi o rozwiązanie problemu tylko o wyżalenie się komuś, ponarzekanie - jak to zrobimy to nam ulży). Do kogo pójść? Jeśli partner pójdzie na „wyżalanki” do własnych rodziców to jest ogromne ryzyko, że jemu i nam na drugi dzień złość przejdzie, wszystko między nami wróci do normy… ale teściowie będą pamiętać „krzywdy” wyrządzone ich ukochanemu dziecku. Trudno się potem dziwić, że zaczną na nas krzywo patrzeć (co skutkuje tym, że my na nich z czasem będziemy patrzeć tak samo). Jeśli pójdzie do naszych rodziców może być jeszcze gorzej, bo krytykując ich dziecko krytykuje ich, wykazuje producentowi wady produktu. To już jest gol samobójczy. Tylko przyjaciele wysłuchają, pocieszą i nie będą robić afery czyli jest ulga bez przykrych konsekwencji. Warto mieć taką „grupę wsparcia”.

Największym jednak pozytywem jest to, że dzięki ludziom otaczającym nas i naszego partnera rozwijamy się i wzbogacamy związek. Szczególne przydatnymi w rozwoju osobami są właśnie te, które najczęściej kasujemy z życia partnera/partnerki – przedstawiciele płci przeciwnej, a im atrakcyjniejsi (zewnętrznie lub wewnętrznie) tym lepiej! Oni są jak szczupak w stawie pełnym karpi. Karpie czując zagrożenie szybciej rosną, podwajają muskulaturę, stają się rybą z prawdziwego zdarzenia, a nie gnuśnieją w bezruchu, stając się skarlałą i obrośniętą tłuszczem byle jaką rybką. Potencjalny „drapieżnik” wśród znajomych nie ma budzić panicznego lęku tylko motywować do starań. Świadomość, że musimy dbać o naszą atrakcyjność, bo nasz partner otoczony jest innymi ludźmi, popycha nas do dbałości o ciało i duszę. Nie pozwala „spocząć na laurach”, uznać że zostanie oficjalną parą zakończyło etap wkładania wysiłku w podobanie się wybrankowi/ wybrance. Bez tego wysiłku stajemy się z czasem do bólu przewidywalni więc nudni, bezbarwni, nijacy, wtapiamy się w tło, zamiast zawsze być dla ukochanej osoby barwnym akcentem skupiającym uwagę i wywołującym pozytywne emocje.

Wszyscy wiemy, że konkurencja jest zdrowa w gospodarce – tak samo jest zdrowa w związku. Widząc zadbane koleżanki partnera mądra kobieta nie traci czasu na zazdrość, tylko wykorzystuje go na zadbanie o siebie. Mądry mężczyzna nie obrzydza swojej kobiecie wysportowanych kolegów mówiąc o nich z pogardą „mięśniaki”, tylko bierze się za siebie. Słuchając toczącej się wartko rozmowy partnera z przyjaciółkami kobieta nie obgryza z wściekłości paznokci tylko zapamiętuje co warto poczytać, co obejrzeć, poszerza SWOJE horyzonty, a nie próbuje zawęzić ich partnerowi (mężczyznę obowiązuje ta sama zasada). Dobrze, że są „szczupaki”! Dzięki nim chce nam się dbać o siebie, a tym samym o związek.

Dla tych, którym przykład stawu z rybami nie przemawia do wyobraźni, przykład drogowy - „konkurencja” w postaci odmiennej płci jest jak wyboisty, chropawy brzeg szosy celowo w ten sposób zrobiony, by obudzić kierowcę, któremu przysnęło się za kółkiem i za chwilę wypadnie z trasy. „Konkurencja” budzi zasypiających w związku, więc cieszmy się, że jest!

Kiedy warto odciąć przyjaciół/ przyjaciółki?

Nigdy. Jeśli widzimy, że przyjaciele/ przyjaciółki stają się dla naszego partnera ważniejsi niż my, to nic nam nie da odizolowanie go od nich. Bo problem nie tkwi w nich tylko w naszym związku. Braku dobrej więzi nie uleczymy zamykając się przed światem. Co z tego, że partner nigdzie nie wyjdzie sam, z nikim się nie spotka, tylko z nami będzie chodził na spacer, do kina, a najlepiej, żeby siedział w domu i nigdzie nie wychodził, bo przecież wszędzie czai się „wróg”? Stanie się przez to milszy, cieplejszy, rozmowniejszy, czulszy, bardziej zainteresowany naszą osobą? Nie, i on i my staniemy się sobie jeszcze bardziej obcy, bo zgorzkniejemy, zanudzimy się, wszystkie nasze wady tylko rozkwitną a nie znikną, problemy zwiększą się a nie zmniejszą. Jeśli między partnerami wszystko gra to nikt się między nich nie wciśnie, nawet, gdy otacza ich tłum. Warto więc dokładać starań, by zawsze grało.

A gdyby jakiś „szczupak” zaczął nachalnie podskubywać naszego partnera to nie czynimy wyrzutów „podskubywanemu” ani nie uciekamy przed drapieżnikiem tylko dajemy mu delikatnie do zrozumienia: „Odpłyń na rozsądną odległość, jestem tu i też mam zęby”.