1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Pierwsze symptomy anoreksji

Pierwsze symptomy anoreksji

fot.123rf
fot.123rf
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Wiek dorastania najbardziej sprzyja anoreksji. To najtrudniejszy biologicznie i emocjonalnie okres w życiu człowieka.

Pierwsze symptomy:

• Melancholijne usposobienie, lękliwość, wycofanie społeczne mogą zapowiadać anoreksję.

• Niepokój powinny wzbudzić: obsesyjne skupienie nastolatka na wyglądzie i na ilości jedzenia, rezygnacja z ulubionych aktywności.

• Alarmem dla rodziców są: restrykcyjna dieta lub głodówka, środki przeczyszczające, prowokowanie wymiotów, wielogodzinne ćwiczenia.

• Anorexia nervosa zaczyna się przy wskaźniku BMI (Body Mass Index – współczynnik masy ciała, który obliczamy, dzieląc masę ciała podaną w kilogramach przez wzrost podniesiony do kwadratu podany w metrach) poniżej 17,5.

Oprac. na podstawie książki „Nastolatki na głodzie” Agnieszki Sztyler-Turovsky.

Jak powinni zareagować rodzice:

• Wysłuchajmy, nie osądzajmy. Nie obwiniajmy siebie. Chory potrzebuje bezpieczeństwa i wsparcia.

• Nie zwlekajmy z wizytą u internisty, szybsza diagnoza zwiększa szanse całkowitego wyleczenia.

• Niezbędne BADANIA to: elektrokardiogram, badania laboratoryjne (morfologia pełna z rozmazem, OB, mocznik, kreatynina, cukier, enzymy wątrobowe; elektrolity (potas, magnez, sód, fosforany, chlor), lipidogram.

• Ważne jest skierowanie do psychiatry! Nie wystarczy psycholog.

• Często wymagane jest leczenie farmakologiczne.

Anoreksja w domu oznacza ciągły konflikt, bo chory nie je, manipuluje bliskimi. Z miłością, ale stanowczo egzekwujmy jedzenie.

• W trakcie choroby najlepiej unikać komentowania wyglądu, każda pochwała nasila lęk, że się przytyło.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Bulimia - zaburzenie odżywiania, zaniżona samoocena, głód miłości

Relacje z rodzicami mają duży wpływ na proces leczenia czy zmagania się z bulimią. (Fot. iStock)
Relacje z rodzicami mają duży wpływ na proces leczenia czy zmagania się z bulimią. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Bulimia, jak wszystkie zaburzenie odżywiania, jest ściśle związana z emocjami. Dlatego nie sposób jej zwalczyć bez terapii. Aleksandrze Dejewskiej to się udało i dziś sama jest terapeutką. W rozmowie z nami wyjaśnia, jak rozpoznać tę chorobę u bliskich i jak im pomóc. 

Za słowo kochamnie kupi się chleba – powtarzała pani mama. Jakie informacje ukrywa to zdanie? Takie zdanie dewaluuje okazywanie uczuć za pośrednictwem słowa. Jako dziecko nie odbierałam działań mamy jako przejawów miłości – pracowała od 8 do 20 po to, by zapewnić mi wyżywienie, ubranie i edukację. W jej świecie oznaczało to okazywać uczucia. Tymczasem ja potrzebowałam bliskości i wspólnego czasu, którego miałyśmy mało z powodu jej pracy i napiętej atmosfery w domu. To przekładało się na zmęczenie i niedostępność emocjonalną mojej mamy, sądzę, że w ten sposób starała się siebie bronić, a czasem już nie miała sił. Dopiero jako dorosła nauczyłam się dorosłego okazywania uczuć. Ważny jest też kontekst, w którym mama wygłosiła cytowane przez ciebie słowa – usłyszałam je, kiedy mówiłam, że ją kocham. W takiej sytuacji staje się to podwójnym ciosem. I sprzyja tworzeniu blokady emocjonalnej.

W książce „Bulimia. Moja historia choroby” dzielisz się osobistymi przeżyciami: chorowaniem, przemocą i zdrowieniem. Kiedy uwierzyłaś w to, że musisz być szczupła?To było już w gimnazjum, a może nawet w podstawówce, w czasie, kiedy trenowałam siatkówkę. Chociaż wtedy tylko pojawiały się myśli, działania zaczęłam podejmować w gimnazjum. Byłam przekonana, że jestem za gruba. Pragnęłam być szczupła, bo to miało dać mi szczęście i lepsze samopoczucie. W tym czasie popularny był trend spodni biodrówek, przy których najlepiej wyglądał wklęsły brzuch. Nie chciałam odstawać od koleżanek, pragnęłam przynależeć do grupy – jak każda nastolatka. Miałam przekonanie, że powinnam zmieniać siebie pod kogoś. Taką postawę wyniosłam z domu, w którym brakowało przestrzeni dla mojej autonomii. Potwierdzeniem mojej hipotezy: „gdy stanę się szczupła, to będę szczęśliwa” okazał się moment, w którym założyli mi aparat ortodontyczny i dużo schudłam. Poczułam się dumna z nowej wagi. Dzisiaj wiem, że było to poczucie wpływu, którego mi wówczas brakowało. W końcu w jakimś obszarze miałam kontrolę.

Kiedy zdałaś sobie sprawę, że jesteś poważnie chora? Gdy poczułam konsekwencje choroby – silny ból w mostku, zaburzoną pracę serca, krew w ślinie. To był wstrząs, który zmotywował mnie do podjęcia leczenia. Złamałam opór w sobie. Przekonałam się, że bulimia to nie fanaberia. Czytałam coraz więcej na temat tej choroby, a moje samopoczucie pogarszało się z dnia na dzień. Pamiętam taką sytuację, gdy siedziałam sama w domu i zaczęłam płakać, a potem wyć. Miałam wrażenie, jakby otaczała mnie tylko szarość. Wyparowała cała radość, myślałam, że nic dobrego mnie już nie spotka. Nie umiałam sobie z tym poradzić. Tego dnia osiągnęłam swoje dno, a mama wreszcie zrozumiała, że to naprawdę poważna choroba.

A co było punktem zwrotnym w leczeniu, momentem, od którego zaczęłaś szybciej wracać do zdrowia? Na pewno poznanie aktualnego partnera – doświadczyłam wtedy, co to jest bezwarunkowa miłość. Zaczęłam uczyć się akceptacji, co było dla mnie ogromnym szokiem. Dorastałam w przekonaniu, że na wszystko muszę sobie zasłużyć. Za małe rzeczy nieraz spotykała mnie nieadekwatna kara. Informacja, że ktoś mnie kocha i akceptuje taką, jaką jestem, była dla mnie czymś nowym. Odkryciem zupełnie innego świata, bez osądów, umniejszania i krytyki. Dużo czasu mi zajęło, by porzucić dotychczasową normatywność i nauczyć się nowej.

Uważasz, że ojczym i mama są odpowiedzialni za twoją chorobę? Jaką rolę w chorowaniu na bulimię odgrywają relacje z rodzicami? Nie, to byłoby wygodne obarczyć kogoś winą. Faktem jest, że rodzice mają duży wpływ na budowanie samooceny u dziecka. Niemniej należy pamiętać, że oprócz tego mamy pewne predyspozycje – temperament, z którym się rodzimy, no i osobowość, która się kształtuje nie tylko wskutek kontaktu z rodzicami, ale i środowiskiem. Wiemy, na podstawie badań, że pewne cechy osobowości zwiększają ryzyko wystąpień zaburzeń odżywiania. W badaniach „Personality prototype as a risk factor for eating disorder” Antonia J. Sanchez-Guarnido wykazano, że ryzyko wystąpienia zaburzeń odżywiania jest większe u osób niedostatecznie kontrolujących (mających wysoki wynik w neurotyczności, niski w ugodowości i sumienności) oraz nadmiernie kontrolujących (mających wysoki wynik w neurotyczności, niski w ekstrawersji i otwartości na doświadczenia) w porównaniu z grupą wysoko funkcjonującą. Relacje z rodzicami mają duży wpływ na proces leczenia czy zmagania się z bulimią. Na przykład styl przywiązania niedający bezpieczeństwa przyczynia się do zwiększenia niezadowolenia z własnego ciała i masy. Wsparcie i zaangażowanie rodziców w znaczący sposób skraca też czas terapii. Najtrudniej jest, gdy rodzic przyprowadza dziecko do gabinetu, licząc na to, że terapeuta je naprawi. Tak to nie działa.

Obecnie pracujesz jako dietetyczka i terapeutka zaburzeń odżywiania. Jakich metod i technik używasz w swojej pracy? Głównym paradygmatem, z którego korzystam, jest terapia skoncentrowana na rozwiązaniach. Korzystam również z elementów terapii poznawczo-behawioralnej oraz terapii koherencji. Swoją pracę opieram na zasobach danej osoby. To my decydujemy, na co wykorzystamy własny zasób: czy na leczenie, czy na prowokowanie wymiotów. Umiejętności same w sobie nie są ani dobre, ani złe, różnica tkwi w ich zastosowaniu. Często w gabinecie posługuję się dosyć kontrowersyjnym porównaniem: co łączy Martina Luthera Kinga i Hitlera? Jeden i drugi byli świetnymi oratorami, potrafili porywać tłumy. Nie chcę wchodzić w moralność ich działań, pokazuję tylko, że ta sama umiejętność może zostać różnie wykorzystana. Tak jest też w terapii, jeżeli mam spryt w ukrywaniu choroby, determinację, by zwrócić wszystko, co zjadłam – to ten sam zestaw cech mogę użyć do innego celu.

Pracuję również nad obrazem własnego ciała. Ono jest tym obszarem, w którym możemy realizować potrzebę autonomii. Przyglądamy się wspólnie, jaką dany objaw pełni funkcję – czyli jaką realizuje potrzebę. Może zabrzmi to niedorzecznie, lecz zaburzenia odżywiania realizują nasze potrzeby. Nie jest to najzdrowszy sposób, ale czasem jedyny nam dostępny. Ja w momencie opychania się jedzeniem nie myślałam o niczym. Miałam święty spokój. Czasem zajadałam samotność, czyli realizowałam potrzebę bliskości. Innym razem nagradzałam siebie. Dopiero gdy zaczęłam realizować te potrzeby w bardziej zdrowy sposób, łatwiej mi było walczyć z chorobą.

Czym dokładnie charakteryzuje się bulimia? Spożywaniem dużej ilości jedzenia w krótkim przedziale czasowym. Następnie pojawia się poczucie winy i próba wyrzucenia tego jedzenia z siebie. Mamy dwa rodzaje bulimii – typ przeczyszczający się, który charakteryzuje się stosowaniem środków przeczyszczających, moczopędnych; typ nieprzeczyszczający, który po napadzie stosuje głodówkę lub ćwiczenia sportowe. Ten drugi uważam za najtrudniejszy do zdiagnozowania, ponieważ w dzisiejszych czasach mamy duży nacisk na bycie aktywnym i wysportowanym.

Kto jest najbardziej narażony na tę chorobę? Mężczyźni i kobiety wychowujący się w rodzinie, w której rodzice nie byli dla dziecka w wystarczającym stopniu dostępni emocjonalnie, a za to okazywali się intruzywni, nadmiernie kontrolujący czy też nadopiekuńczy. Ci, którzy wychowywali się w kulturze promującej szczupłą sylwetkę. Osiągający wysoki wynik w neurotyczności, której składnikami są nieśmiałość, nadwrażliwość, impulsywność, lęk, agresywna wrogość i depresja. Mający rodziców bardzo skoncentrowanych na wyglądzie swoim lub innych. Posiadający zaburzony styl przywiązania: lękowy lub unikająco-lękowy.

Jakie pierwsze objawy u siebie lub bliskiej osoby powinny wzbudzić nasz niepokój? U siebie wystarczy zaobserwować chęć sprowokowania wymiotów czy wyrzuty sumienia po zjedzeniu posiłku. Sygnałem jest oczywiście prowokowanie wymiotów i próba spalenia całego posiłku za pomocą ćwiczeń, ale też wahania nastroju, bóle w klatce piersiowej, prowadzenie głodówek lub restrykcyjnych diet, po których pojawiają się napady jedzenia. U bliskiej osoby będzie to: znikanie po posiłku w łazience, pojawiający się zapach wymiocin w toalecie, znikająca duża ilość jedzenia bez wyraźnej zmiany masy ciała, rany na kostkach na nadgarstkach, unikanie wspólnych posiłków słowami: „już jadłam”, „jadłam na mieście”, „brzuch mnie boli” i „niedobrze mi, nie zjem teraz”. Nie mówię, że zawsze takie wypowiedzi mają nas martwić, ale w połączeniu z pozostałymi zachowaniami stają się dosyć wyraźnym sygnałem. Poza tym obsesyjne myśli o ćwiczeniach, liczenie każdej kalorii w jedzeniu.

Co przyspiesza powrót do zdrowia oraz pomaga odzyskać zrównoważone postrzeganie rzeczywistości? Wsparcie ze strony bliskich – bycie; nie radzenie, ale słuchanie; akceptowanie; oddanie kontroli choremu; komunikowanie swoich uczuć i obaw; okazywanie uczuć; rozmawianie na inne tematy (nie tylko o jedzeniu); komplementowanie umiejętności, a nie wyglądu lub też tego, czy chory je.

A jakie zna pani najskuteczniejsze sposoby radzenia sobie z krytyką innych? Uświadomienie sobie, że nie jestem rosołem, by smakować każdemu. Dostrzeżenie, kto mnie krytykuje. Na ogół osoby z wysoką samooceną nie krytykują innych. Robią to ci, którzy to, co w sobie mają, przerzucają na innych. Mnie osobiście pomógł bardzo pewien happening, który sama zorganizowałam. Stanęłam na Monciaku w Sopocie w krótkich spodenkach, topie i z opaską na oczach. Po tej akcji pojawiło się dużo komentarzy w Internecie – część obraźliwych. Wybrałam jeden z nich, który był najbardziej abstrakcyjny: „ale musi być słabą dietetyczką, skoro jest taka blada, widocznie ma mało witaminy D”. Ten komentarz tak bardzo mnie rozbawił, że reszta przestała mieć już znaczenie. No i crème de la crème – zapytałam siebie, co ja uważam na swój temat. Poświęciłam czas, by poznać siebie – w końcu łatwiej przyjmujemy zdanie drugiej osoby, gdy nie mamy wyrobionego własnego. Zobaczyłam, ile moich przekonań nie było de facto moimi. Tak długo powtarzałam kłamstwa na swój temat, aż w końcu stały się prawdą. Ale skoro nauczyłam się źle myśleć o sobie, to uznałam, że mogę się też tego oduczyć.

Sporo pisze pani o samoocenie. Bycie niezadowolonym lub zadowolonym ze swojego wyglądu jest wciąż pozostawaniem na skali oceny. Jak porzucić potrzebę uwzględniania ocen innych w swoim życiu? Czasem temat wyglądu staje się odskocznią od innych problemów. Pomaga zadanie sobie pytania, czy wygląd faktycznie ma wpływ na wszystkie sfery życia, takie jak relacje z bliskimi, rodzina czy praca. To, że Beata ma ładne nogi, nie oznacza, że moje są gorsze. Jej są długie, moje – krótsze i to też jest OK. Warto spojrzeć na swoje ciało oczami bliskiej osoby – co ona takiego we mnie widzi, co wie na mój temat? Ciekawe jest to, że przy zaburzeniach odżywiania często zarzuca się komplementującemu nieszczere intencje, ale krytykującemu – już nie.

Wiele terapeutek wybrało zawód związany z pomaganiem ze względu na osobistą, trudną historię, ale niewiele osób dzieli się tą historią z innymi. Czy to nie przeszkadza w pracy terapeutycznej? Z jednej strony ją ułatwia – mogę bez problemu przyjąć perspektywę osoby w gabinecie przez to, że przeżyłam coś mniej lub bardziej podobnego. Często słyszę: „pani będzie wiedziała, jak ze mną pracować, bo pani to przeżyła”. Albo: „czytając pani książkę, czułam się, jakbym czytała swoje myśli”. Z drugiej strony zawsze mam na uwadze, że dana osoba nie jest mną i nie mogę patrzeć na jej historię przez pryzmat własnego doświadczenia, nie wsadzam jej w swoje schematy.

Największą trudnością jest jednak oczekiwanie drugiej osoby, że pokażę jej prosty i sprawdzony sposób na wyjście z choroby, bo sama już z niego skorzystałam. Wszystko ma swoje plusy i minusy. Nauczyłam się korzystać z plusów, mając na uwadze minusy i nieustannie pracując nad nimi. Dlatego też regularnie poddaję się superwizji.

Aleksandra Dejewska dietetyczka, terapeutka zaburzeń odżywiania, w trakcie certyfikacji na terapeutkę TSR. Prezes fundacji Aż Sobie Zazdroszczę, autorka książek „Bulimia. Historia mojej choroby” oraz „Uwolnij się! Poradnik eks bulimiczki”, organizatorka charytatywnych pokazów mody

  1. Styl Życia

Miła i szczupła - anoreksja od kuchni

Katie Green, autorka komiksu dokumentującego jej zmagania z anoreksją (Fot. materiały prasowe)
Katie Green, autorka komiksu dokumentującego jej zmagania z anoreksją (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Jak narysować anoreksję? W komiksie Katie Green to niepokojąca ciemna chmura bazgrołów, która się rozrasta… Green sama przeszła najpierw anoreksję, potem zaburzenia odżywiania, kiedy to na przemian kompulsywnie się objadała i głodziła, katując ćwiczeniami. Dziś jest zdeterminowana, żeby dzielić się swoimi doświadczeniami.

Jak narysować anoreksję? W komiksie Katie Green to niepokojąca ciemna chmura bazgrołów, która się rozrasta… Green sama przeszła najpierw anoreksję, potem zaburzenia odżywiania, kiedy to na przemian kompulsywnie się objadała i głodziła, katując ćwiczeniami. Dziś jest zdeterminowana, żeby dzielić się swoimi doświadczeniami.

Skąd wiem, że jestem głodna? Skąd wiedzą to inni? To pytania, które cię kiedyś prześladowały. Z pozoru odpowiedź wydaje się oczywista. Dostajemy zewsząd mnóstwo komunikatów na temat jedzenia. Mówi się nam, co powinniśmy jeść, a czego nie, o jakich porach i jak często. Wszystkie te informacje przepracowujemy w głowie. Efekt jest taki, że wolimy słuchać, co podpowiada nam umysł, a nie ciało. I dotyczy to nie tylko ludzi z problemami odżywiania, ale każdego z nas. Dla mnie jedną z najważniejszych lekcji, jakie musiałam odrobić, było nauczenie się, jak słuchać ciała, a nie tego, co podpowiada mi umysł.

Z twojego komiksu pamiętam scenę, w której terapeutka mówi ci, że problemy z jedzeniem to kwestia nie tyle braku kontroli, ile silnych emocji, które w tobie są. Zaburzenia odżywiania to rodzaj języka, komunikowania się z samym sobą i z otoczeniem. Sposób, w jaki radzisz sobie z jedzeniem, jest metaforą tego, jak radzisz sobie z emocjami. Anoreksja to próba przejęcia kontroli nad swoim życiem, bo czujesz, że wszystko cię przytłacza. Z kolei nieopanowane kompulsywne jedzenie oznacza poddanie się, złożenie broni. Nie zależy ci już na przejęciu kontroli, na jej odzyskaniu.

Narysowałaś swoją rodzinę, która je obiad, i tylko ty grzebiesz w talerzu. Rodzice namawiają cię do skończenia posiłku i nie pozwalają wstać od stołu. Zastanawiałam się, czy takie metody mogą pchnąć człowieka w stronę zaburzeń odżywiania. Gdybym nie zachorowała, ta scena nie byłaby niczym niezwykłym. W ilu domach odbywają się takie obiady, podczas których rodzice walczą, żeby ich dzieci coś zjadły? To normalne. Poza tym, jeśli mówimy o zaburzeniach odżywiania, nigdy nie ma jednej przyczyny. W moim przypadku były też inne rzeczy, choćby nękanie w szkole, czy to, że moje ciało nagle zaczęło się zmieniać, dojrzewać, co mnie przerażało. A wraz z tą zmianą przyszła presja, jak mam wyglądać, co jeść, co na siebie włożyć.

W „Lżejszej od swojego cienia” nie czujesz się rozumiana przez rodziców, mimo że o ciebie walczyli. Uwiera cię, że cię nieustannie kontrolują. Niezwykle mi zależało, żeby pokazać, że mama i tata bardzo mnie kochali i zrobili wszystko, żeby mnie ratować. Ludzie często starają się zrzucić winę za zaburzenia odżywiania na rodziców właśnie, a ja naprawdę nie mam za co winić moich. Wiem, że nie mogli zrobić więcej. Ale kiedy jesteś nastolatkiem, robisz wszystko, żeby się jakoś spod tej kontroli wyrwać. W tamtym okresie życia z jednej strony wiedziałam, że potrzebuję pomocy, z drugiej – byłam zwyczajną nastolatką, której koleżanki miały chłopaków i chodziły na imprezy na długo, zanim ja zdążyłam tego doświadczyć. Nie chciałam siedzieć z rodzicami w domu.

A jak z tym, co działo się z tobą, czuła się twoja siostra? W komiksie pozostaje w cieniu, prawie jej nie ma. Jest młodsza ode mnie o cztery lata, rodzice starali się ją chronić, więc nie rozumiała za bardzo, co się tak właściwie dzieje, dlatego faktycznie była nieobecna. Chcę przez to powiedzieć, że nie miała takiego udziału w procesie mojego leczenia jak mama i tata.

Wróćmy do przyczyn choroby. Wspominałaś o nękaniu – w „Lżejszej…” pokazujesz, jak koledzy i koleżanki w ramach podłych żartów obrzydzają ci drugie śniadanie, śmiejąc się, że jest zepsute, przez co później nie masz w ogóle ochoty nic jeść. Ważne są tu także wyśrubowane, nierealne wzorce kobiecej urody, do których dążą nastolatki. Katowanie się dietami, porównywanie się z innymi – to było w moim życiu wszechobecne, cały czas przewijało się we wszystkich rozmowach, nie tylko z rówieśnikami. To znaczy moi najbliżsi akurat nigdy nie byli na diecie, ale pamiętam spotkania z dalszą rodziną, podczas których zawsze mi mówiono: „Jesteś taka miła i szczupła! Ładna i szczupła!”. Powtarzali to w kółko. I nagle stajesz się nastolatką, twoje ciało się zmienia i pierwsza rzecz, jaką o sobie myślisz, to to, że nie jesteś już miła i szczupła.

Trudno być w kontakcie z własnym ciałem, kiedy słyszy się takie słowa. No właśnie. Pilnowanie wagi i bycie na diecie odchudzającej kojarzą się automatycznie z dbaniem o siebie. Tak to przedstawiają reklamy, telewizja i kolorowe magazyny, a ludzie im wierzą. 

Co było najtrudniejsze, kiedy walczyłaś z chorobą? Nie wiem, czy jestem w stanie jednoznacznie odpowiedzieć, ale walka o zdrowie nierozerwalnie wiąże się z tym, co zrobił mi pewien terapeuta, który, jak sam mówił, stosował alternatywne metody leczenia.

W komiksie pokazujesz, że na początku waszej pracy jego metody zdawały się pomagać. Dopiero po jakimś czasie dotarło do ciebie, jak bardzo ten człowiek nadużył twojego zaufania, jak nieszczere miał intencje. Pokazujesz czytelnikom, jak w pewnych momentach uciekałaś mentalnie, nie dopuszczałaś do siebie myśli, co tak naprawdę się dzieje. Moment, gdy dotarło do mnie, że ten człowiek mnie molestował, był ekstremalnie trudny. Podobnie jak wyrwanie się z tej relacji. Świadomość, że osoba, o której myślałam, że mi pomaga, tak naprawdę cały czas mnie krzywdziła i mną manipulowała, była bardzo bolesna. I zamiast wychodzić z choroby, pogrążałam się w niej coraz bardziej właśnie przez niego... Tak, to było chyba najtrudniejsze – stanąć na nogi po tej historii.

Jest też inna scena, kiedy w gabinecie specjalisty słyszysz, że wszystko jest z tobą w porządku. Opowiadasz, że masz ataki obżarstwa – zresztą na zmianę z katorżniczą dietą i ćwiczeniami, które kończą się m.in. omdleniem – a specjalista odpowiada z uśmiechem, że każdy czasem zajada smutki jedzeniem. Ten brak kompetencji brzmi znajomo. W Polsce brakuje specjalistów w publicznej służbie zdrowia, którzy potrafiliby się zająć dzieciakami z zaburzeniami odżywiania. Jak jest w Wielkiej Brytanii? Z tego, co wiem, brytyjska służba zdrowia nie ma funduszy, żeby dbać o ludzi wymagających długoterminowego wsparcia. Łatwiej jest pomóc tym, którzy wymagają natychmiastowego działania ratującego życie. Pacjenci z zaburzeniami odżywiania są trochę pośrodku, bo choć nie mają się dobrze, to nie są też przypadkami wymagającymi szybkiej interwencji. Dzieci i młodzież do 18. roku życia są i tak w lepszej sytuacji, ale kiedy stajesz się dorosła, możliwości wsparcia w państwowej służbie zdrowia są bardzo ograniczone. No i nikt ci nie pomoże, jeśli sama się nie zgłosisz. A zaburzenia odżywiania są zdradliwe, bo dopóki nie jest z tobą tragicznie, nie przychodzi ci do głowy, że potrzebujesz pomocy.

Tobie w powrocie do zdrowia pomogło rysowanie. Rysowałam już jako dziewczynka i w tym trudnym dla mnie okresie życia rysowanie mnie uratowało. Przyszedł taki moment, kiedy uznałam, że nie mam siły walczyć z moją chorobą, ze wspomnieniami tego, co zrobił mi terapeuta, że to już za dużo. Wtedy postanowiłam popełnić samobójstwo. Ale zanim do tego doszło, miałam refleksję, że kiedyś rysowałam, żeby poczuć się lepiej. I postanowiłam do tego wrócić, dać temu szansę, zacząć to robić na poważnie. Uznałam, że dopiero jak ta próba się nie powiedzie, wrócę do pomysłu odebrania sobie życia.

Wiele osób spodziewałoby się pewnie tradycyjnego podejścia do tematu: zapisania wspomnień w formie dziennika czy nawet fabularyzowanej powieści. Sama zawsze wyobrażałam sobie, że będę opisywać historie, a nie opowiadać je poprzez obrazki. Ale też czytałam komiksy. „Blankets. Pod śnieżną kołderką” Craiga Thompsona był jednym z pierwszych, po które sięgnęłam. Odkryłam, że to doskonały środek przekazu, bo w obrazku możesz zastosować metafory, które nie są możliwe w przypadku tekstu. Mogłam na przykład uczynić widzialną chorobę, której przecież nie widać.

Przelać na papier własne traumatyczne doświadczenia – to była niełatwa decyzja, skoro wiązała się z rozpamiętywaniem zdarzeń i osób, do których pewnie wolałabyś nie wracać. Wiedziałam, że muszę to zrobić, jeśli chcę pójść do przodu. Z drugiej strony – grzebanie we własnej przeszłości trwało latami i prawdopodobnie skomplikowało mój powrót do zdrowia. Z dzisiejszej perspektywy nie wiem, czy to było najzdrowsze posunięcie, ale po prostu musiałam to zrobić.

Pomogło? Nie, w ogóle. Pomijając cały wysiłek emocjonalny, jaki włożyłam w tworzenie „Lżejszej…”, już po publikacji ludzie chcieli wciąż ze mną rozmawiać o mojej chorobie. Mieli mnóstwo pytań.

Coś się od tamtego czasu zmieniło? Od wydania komiksu w Wielkiej Brytanii minęło już sześć lat, a ty jeździsz na spotkania z czytelnikami po całym świecie. Dziś jest mi zdecydowanie łatwiej, miałam czas już do tego przywyknąć. No i dokonałam innego wyboru, który był o wiele poważniejszy niż napisanie książki.

Co masz na myśli? Zdecydowałam się, że dla dobra innych nadal będę się utożsamiać ze sobą z tamtych czasów, czyli z osobą, która przeszła chorobę. Że będę publicznie o tym rozmawiać. Ten komiks nie jest już dla mnie, jest dla dzieci w potrzebie, dla ich rodziców. Jeśli ktoś ma mówić o swoich doświadczeniach, o tym, jak było mu ciężko i jak stanął na nogi, to mogę to być ja. Niech to usłyszą ode mnie, niech mnie zobaczą. To inni mają się poczuć lepiej, nie ja.

W jednym z wywiadów podkreśliłaś, że choroba dotyka nie tylko jedną osobę, ale wszystkich domowników. Jak twoja rodzina pamięta dzisiaj tamte ciężkie lata? Jesteśmy blisko, ale nie rozmawiamy już o tym, co się wydarzyło. Moja rodzina radzi sobie z przeszłością inaczej niż ja. Oni chcą żyć dalej i zapomnieć o tym okresie życia.

Jak się z tym czujesz? Muszę to uszanować, bo oni uszanowali moją decyzję o wydaniu komiksu. W końcu publicznie opowiedziałam historię, która jest opowieścią nie tylko o mnie, ale o naszej rodzinie, naszym życiu prywatnym. Teraz ja robię coś dla nich. Mam terapeutkę, partnera i przyjaciół, z którymi mogę rozmawiać o przeszłości, więc z rodzicami już nie muszę. Jednocześnie bardzo wspierali mnie w mojej pracy, przyszli na spotkanie autorskie, byli ze mnie dumni, gdy komiks się ukazał. Chociaż do dziś nie wiem, czy go czytali.

W pewnym sensie to choroba zadecydowała o twoim zawodzie. Dziś jesteś rysowniczką. Ponieważ sama czynność rysowania okazała się w moim przypadku terapeutyczna, długo uważałam, że nie mogę brać za nią pieniędzy. Jak mogłabym zarabiać na czymś, co lubię i co robię, żeby pomóc samej sobie!

Co się zmieniło? Dziś już rozumiem, że należy mi się wynagrodzenie za pracę, nieważne, jak dobrze mi ona robi. Przystałam więc na ten model biznesowy. Narysowałam m.in. książkę dla dzieci i nadal rysuję komiksy. Niewielkie w porównaniu z obszerną i osobistą „Lżejszą od swojego cienia”.

Powiedziałaś kiedyś, że zrobiłaś ten komiks dla siebie 14-letniej. To chyba dobre medium dla nastolatków, którzy chętniej sięgają po kulturę obrazkową. Mnie też się wydaje, że historia opowiedziana w taki sposób jest dla nich bardziej dostępna. Nawet jeśli waży ponad dwa kilogramy!

Katie Green, studiowała nauki przyrodnicze oraz ilustrację sekwencyjną. Tworzenie graficznego pamiętnika „Lżejsza od swojego cienia” rozpoczęła w ramach pracy dyplomowej.

  1. Zdrowie

Jedzenie jako wróg, czyli jak pomóc dziecku cierpiącemu na zaburzenia odżywiania?

Dzisiejsze niezwykle mocne przywiązanie do wyglądu zewnętrznego, stereotypowe myślenie nas wszystkich, że szczupłym, czyli ładnym, żyje się lżej, a grubi ludzie są leniwi - powoduje, że dzieci są pozbawione wzorca normalnego, zdrowego ciała. (fot. iStock)
Dzisiejsze niezwykle mocne przywiązanie do wyglądu zewnętrznego, stereotypowe myślenie nas wszystkich, że szczupłym, czyli ładnym, żyje się lżej, a grubi ludzie są leniwi - powoduje, że dzieci są pozbawione wzorca normalnego, zdrowego ciała. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Z jednej strony mamy epidemię otyłości, z drugiej jeden na sto młodych Europejczyków cierpi na anoreksję... Tylko z pozoru jest w tym sprzeczność. Psycholożka i psychoterapeutka Magdalena Mastalerz tłumaczy, dlaczego w naszych relacjach z jedzeniem ujawniają się problemy psychologiczne, i radzi, jak pomóc dziecku cierpiącemu na zaburzenia odżywiania.

Otarłaś się kiedyś o zaburzenia odżywiania?

Tak. Miałam 16 lat, ważyłam 60 kg i postanowiłam schudnąć. Po sześciu tygodniach ważyłam 51 kg. Stanęłam przed lustrem i zobaczyłam… grubą dziewczynę. Pomyślałam, że coś tu jest nie tak. Schudłam dziewięć kilogramów, wszystko na mnie wisi, a ja widzę grubasa? W dodatku, zanim zaczęłam się odchudzać, nie miałam nadwagi i nie uważałam się za grubą. To mnie zastanowiło.

Dlaczego nie wpadłaś wtedy w anoreksję? Co cię uchroniło?

Genetyczna odporność na stres? Silne poczucie własnej wartości? Bezwarunkowa miłość, której zaznałam? Dzisiaj mogę jedynie spekulować, w istocie jest tysiąc czynników, które powodują, że anoreksja się ujawnia: geny, gospodarka hormonalna, biologia organizmu, osobowość, zaburzone relacje z najbliższymi, presja środowiska... Nigdy do końca nie wiemy, który był decydujący. Na szczęście jest też całkiem spora grupa czynników chroniących przed zaburzeniami łaknienia, zwłaszcza jeden: dobre, bezpieczne i pełne wolności relacje w rodzinie.

Chory na anoreksję chce tracić na wadze, ale wciąż uważa się za osobę grubą. Powiedz mi, jak to możliwe?

Jedno z kryteriów diagnozy anorexia nervosa to waga o 15 proc. mniejsza niż minimalna prawidłowa przy zaburzonej percepcji zagłodzonego mózgu. Dziecko czy nastolatek się odchudza, robi to skutecznie i schodzi poniżej prawidłowej wagi, niedożywiony mózg przestawia się na tryb długoterminowego głodowania, w efekcie wydaje mu się, że działa na rzecz organizmu i dla jego bezpieczeństwa. Z powodu niedożywienia mózgu dziecko naprawdę postrzega się jako otyłe.

To dlatego dziewczynki anorektyczki poddaje się przymusowej hospitalizacji i bezwzględnie zmusza do przyjmowania posiłków. Trzeba zasilić mózg, a wtedy zacznie widzieć swoje ciało takim, jakie ono w rzeczywistości jest?

Tak. Doprowadzenie do wagi bezpiecznej to pierwszy, absolutnie niezbędny krok w terapii przy takim stopniu zagłodzenia. Mózg musi zostać na powrót tak odżywiony, żeby przestał funkcjonować w trybie zorientowanym tylko na przetrwanie.

Powiedziałam: "dziewczynki anorektyczki". Czy ta choroba nie dotyka chłopców?

Dotyka, ale odsetek dziewcząt jest 10 razy wyższy. Badania pokazują, że po trzech minutach oglądania pisma prezentującego zdjęcia szczupłych modelek nastolatce spada samoocena o 25 proc. Presja mediów, kolegów i mody jest dziś niewyobrażalna. Chłopcy też wpadli w spiralę kultu ciała, ale u nich kanalizuje się to częściej w obsesyjnym budowaniu muskulatury, co też jest diagnozowanym zaburzeniem.

Eksperci grzmią, że rośnie liczba otyłych, a jednocześnie osób z anoreksją czy bulimią. Widzisz w tym sprzeczność?

Żadnej. Obszar odżywiania się to dobra arena do ujawnienia psychologicznych problemów człowieka.

Najgroźniejszy dla zdrowia jest syndrom ponownego odżywienia. leczenie anoreksji musi odbywać się pod okiem psychiatry. (fot. iStock) Najgroźniejszy dla zdrowia jest syndrom ponownego odżywienia. leczenie anoreksji musi odbywać się pod okiem psychiatry. (fot. iStock)

Jakie są osoby z zaburzeniami łaknienia, np. z anoreksją?

Niezwykle staranne – aż do perfekcji, pozornie dostosowujące się do innych, wewnątrz o bardzo silnej, za silnej woli. Poza tym są bardzo różne. O płci już mówiłyśmy. A czy wiesz, że diagnozuje się również anoreksję niemowlęcą? Wykrywamy ją od szóstego miesiąca życia. Bywa, że sześciomiesięczne niemowlę konsekwentnie odmawia przyjmowania jedzeniaStres towarzyszący jedzeniu na początku życia – zwłaszcza gdy mama jest przerażona, boi się, że będzie złą mamą, że nie będzie mogła karmić piersią – powoduje, że dziecko może uciekać od tej sytuacji poprzez odmowę jedzenia. Ale to inny rodzaj anoreksji.

Z domowych opowieści wiem, że mój starszy brat po urodzeniu się nie chciał jeść. Jedna położna zatykała mu nos, a druga wtykała sutek mamy do ust. Został wypisany z ranami na nosku, w końcu zaczął sam jeść. Żyje, ma 56 lat…

A czy jest szczęśliwy? To, że noworodek przeżył, jest ważne dla statystyka, a nie dla psychologa. Liczy się jakość tego życia. Jak bardzo musiało cierpieć dziecko zmuszane w ten sposób do jedzenia, co pamięta jego ciało?!

Jestem przerażona…

Słusznie. Pamiętajmy, że niektóre statystyki mówią, że 10 proc. zdiagnozowanych przypadków anoreksji kończy się zgonem, w tym często poprzez samobójstwo. To oznacza, że poziom cierpienia w tej chorobie jest trudny do opisania. Dlatego tak ważne jest wczesne zdiagnozowanie. Im wcześniej dziecku i jego rodzinie zostanie dostarczona pomoc, tym większe są szanse na wyleczenie.

Jakie jest ryzyko psychofizyczne zaburzeń odżywiania? Brak miesiączki, wypadające włosy...

Najgroźniejszy dla zdrowia jest syndrom ponownego odżywienia. Jeśli za szybko przywrócimy choremu bezpieczną wagę ciała, może się to zakończyć zgonem. Uczulam na to rodziców. Leczenie anoreksji musi odbywać się pod okiem psychiatry. Zmuszając do jedzenia, można zrobić dziecku krzywdę. Poza tym ryzyko psychofizyczne jest takie samo jak w przypadku każdego wyniszczenia organizmu; przy bulimii dochodzi jeszcze przepuklina przełyku, która też może prowadzić do śmierci.

Co robić, jeśli dziecko zachoruje na anoreksję?

Wszystko, żeby zrozumieć świat, w którym żyje i potwornie cierpi, a nie szukać winnego. Celem jest rozbrojenie mechanizmów obronnych dziecka i pomoc w wydostaniu się ze spirali cierpienia, a nie pastwienie się nad rodziną.

Dokąd wtedy się udać?

Najlepiej, gdyby dziecko i jego rodzica zostali objęci systemem wsparcia, czyli siecią lekarz-psychiatra-psycholog. Możemy zacząć od wizyty u lekarza pierwszego kontaktu. Warto jak najwięcej czytać na ten temat, interesować się, pytać fachowców. Za wszelką cenę szukać pomocy. Zaburzenia odżywiania same nie przejdą.

Mam koleżankę, którą odbieram jako świetną mamę, a jej córka ma anoreksję. A to przecież toksyczna relacja z matką warunkuje tę chorobę. Potwierdzasz to?

Już nie mogę o tym słuchać! Gdy byłam na studiach, obowiązywała wredna teoria, że dziewczynka zapada na anoreksję, ponieważ odstręcza ją kobiecość, którą reprezentuje matka.

Matka nie ma nic wspólnego z chorobą dziecka?

Ma, bo jest częścią rodziny dziecka. Może nawet na szczęście ma bardzo dużo wspólnego, ponieważ poprawa relacji z matką może pomóc dziecku wyzdrowieć. Relacja zawsze decyduje o jakości naszego życia. Anoreksja to choroba systemowa - dotyczy całej rodziny i cechuje się uwikłaniem. Jadłowstręt psychiczny to jak rzucenie systemowi wyzwania. Przez przemoc czynioną sobie dziecko próbuje wydrzeć odrobinę wolności, uciec z układu, w którym nie może wyrazić siebie. Przynajmniej w jednym obszarze - utraty masy ciała - ma władzę nad sobą i rodziną. Pamiętajmy, że w rodzinach z chorymi dziećmi cała uwaga bywa skupiona tylko na nich. Zdrowym dzieciom często nawet nie wolno się poskarżyć, bo "twoja siostra jest ciężko chora". Została też udowodniona korelacja dodatnia między zachorowalnością na zaburzenia odżywiania a ostrym konfliktem między rodzicami dziecka. Dorośli już do niego przywykli, a dzieci wciąż musza odreagowywać, bo jest dla nich doświadczeniem prawdziwej, wyniszczającej wojny, podstawowym zagrożeniem bezpieczeństwa.

I pewnie dlatego rodzice nie chcą iść do lekarza, żeby zdiagnozował zaburzenie? ja też bym nie chciała usłyszeć, że stworzyłam złą rodzinę i dziecko przeze mnie cierpi.

Toteż nie wolno nikomu, a tym bardziej specjaliście obwiniać rodziców. Jak już powiedziałyśmy, nie wiemy, co zadziałało, że dziecko choruje. Specjalistom ma zależeć na zbudowaniu RAZEM z rodziną systemu wsparcia. Nie chodzi o szukanie winnego, a jedynie o to, żeby zmienić dotychczasowe zachowania, normy i rodzinne standardy, bo te się nie sprawdziły i można poszukać skuteczniejszych. Niestety, wielu rodziców, kiedy słyszy diagnozę przykręca dziecku śrubę. Zmusza do jedzenia, bije, krzyczy, zabrania wychodzenia z domu, zamiast zastanowić się wraz z psychologiem - bo sam człowiek sobie z takim problemem nie poradzi - co trzeba zmienić.

Ja bym się załamała i obwiniała do końca życia.

A ja zadałabym ci pytanie: "Do czego ci, Ewo, to obwinianie się jest potrzebne?". Obwinianie się nic nikomu nie da. Ani tobie, ani tym bardziej dziecku. To kotwica, która trzyma cię na mieliźnie problemu. Dopóki się obwiniasz, nie robisz kroku w innym kierunku.

A w jakim kierunku powinnam?

W kierunku uważności i zmiany. Dzisiejsze niezwykle mocne przywiązanie do wyglądu zewnętrznego, stereotypowe myślenie nas wszystkich, że szczupłym, czyli ładnym, żyje się lżej, a grubi ludzie są leniwi - powoduje, że dzieci są pozbawione wzorca normalnego, zdrowego ciała. Bez naszej uważności, bez życzliwego sprawdzania, czego teraz potrzeba naszemu dziecku, bez brania jego potrzeb pod uwagę zawsze, a nie tylko wtedy, gdy nam się przypomni, będzie jeszcze gorzej. A potrzebą dziecka jest także to, by rodzic lubił swoje życie i swoje ciało, a nie starał się sprostać oczekiwaniom innych. Dziecko potrzebuje zaledwie wystarczająco dobrej mamy: w miarę spokojnej, w miarę znającej swoje potrzeby, uważnej, ciepłej. Perfekcja, superdyscyplina i poczucie winy - do zsypu.

Czytałam, że rodzice anorektyków powinni z nimi spędzać nieagresywnie czas, na przykład tańczyć, żeby w swobodnym ruchu pomóc dziecku zaakceptować swoje ciało, a przy okazji otworzyć je na dotyk. To prawda?

Tak, o ile dziecko tego chce. Znam dziesiątki dzieci zabieranych przez rodziców na rower, które tego nienawidzą, bo nikogo nie interesuje, że boją się jechać ulica albo zjechać z górki. Rodzic myśli, że skoro był z dzieckiem na rowerze, to ma odhaczony czas z nim. Dlatego bym zapytała: "Chcesz ze mną potańczyć?" - i poczekała na odpowiedź. A gdyby nie było pewne, potańczyłabym sama, mówiąc, że jeśli zechce, to może dołączyć. Małymi krokami ku dziecku.

 

Magdalena Mastalerz - psycholożka, psychoterapeutka, specjalizująca się m.in. w pracy z dziećmi i młodzieżą. Członek założyciel Polskiego Stowarzyszenia Neuro-Lingwistycznej Psychoterapii.

 

  1. Psychologia

Jakie cechy mężczyźni lubią u kobiet? Bo chciałabym być perfekcyjna...

Nie ma takich cech, których chcą mężczyźni, bo każda kobieta ma w sobie coś specjalnego i ludzie się dobierają wedle wzoru, który jest nie do przewidzenia. (Fot. iStock)
Nie ma takich cech, których chcą mężczyźni, bo każda kobieta ma w sobie coś specjalnego i ludzie się dobierają wedle wzoru, który jest nie do przewidzenia. (Fot. iStock)
Ryzykując pokazanie się facetowi taką, jaka jesteś możesz zyskać go naprawdę, na długo. Udając kogoś innego, kogoś łatwego w życiu i przyjemnego do patrzenia skazujesz siebie na to, że cały czas trzeba będzie ten wizerunek pielęgnować i poświęcać mu dużo czasu i wysiłku.

Na pewno faceci mają kilka ulubionych cech u kobiet, ale chyba po prostu są to cechy, które są doceniane zarówno przez kobiety, jak i przez mężczyzn. Do nich można zaliczyć: poczucie humoru, optymizm, ciekawą osobowość, dojrzałość emocjonalną, poczucie własnej wartości.

Najważniejsze, żeby najpierw polubić siebie i swoje wady, a nie tylko zalety! Żeby potem móc polubić kogoś innego, również z jego zaletami i wadami.
Jeżeli masz takie wysokie oczekiwania w stosunku do siebie – to nie będziesz też akceptować normalności i wad u mężczyzny – to obusieczna broń.

To, ile jesteśmy w stanie dać swobody innym – tyle możemy dać akceptacji sobie. I odwrotnie!
Nie pytaj więc, jak możesz być atrakcyjniejsza dla facetów, tylko jak być sobą w relacji z facetami..,

  • Mężczyzna może się w tobie zakochać, jeśli pokażesz mu siebie. Jeżeli będziesz się starała byś perfekcyjna, to zakocha się w idei, o ile w ogóle się zakocha, a nie w tobie.
  • Jeżeli pozwolisz mu na to, żeby mężczyzna się zakochał w koncepcie ciebie idealnej, to jesteś zamknięta w celu, w jaskimi, w klatce własnego wizerunku.
  • Bycie w tej celi oznacza, że musisz umniejszać swoje prawdziwe "ja" cały czas. Oznacza, że będziesz coraz bardziej rozgoryczona i ściśnięta.
  • Dlaczego tak się dzieje? I co powoduje, że kobiety same zamykają się w więzieniu, nie mówią i nie pokazują siebie, a co gorsze - boją się siebie?
  • Bierze się to z tego, że przez dłuższy czas lub całe życie twoje pragnienia nie były ważne i nikt nie zachęcał cię żebyś je okazywała, a wręcz przeciwnie: Twoje pragnienia były nieważne, a ty żeby przeżyć, musiałaś być nieobecna.
  • Kobiety z takim syndromem są często bardzo pomocne, chętne do dawania, bardzo miłe, chętnie do uśmiechu, wyglądają bosko, tak też się prezentują, a w środku jest lęk, że ktoś odkryje, że nie są takie świetne, że mają fałdkę na brzuchu.
  • Uwierz, że mężczyźni chcą poznać ciebie, a nie twój obraz ciebie. Bo przy kobiecie, która akceptuje się ze wszystkim i potrafi być wyluzowana i normalna - oni także mogą poczuć się swobodnie.
  • Musisz budować granice, a nie mieć ich coraz mniej, a twoje pytanie brzmi, jakbyś jeszcze i tę resztkę chciała usunąć.
  • Budowanie granic to uczenie się tego, co lubisz lub nie lubisz, chcesz lub nie chcesz, godzisz się lub nie godzisz, a potem okazywanie tego. Dla przykładu takie stwierdzenie "Nie lubię, jak mężczyzna moich marzeń mnie ignoruje. Nie chce być ignorowana". To jest hasło do ciebie, o tobie, to nie jest hasło, które ma zmienić jego. Jest związane z tobą. Ty musisz najpierw wiedzieć, czego nie chcesz i nie zgadzać się na to.
  • Masz się uczyć poznawać swoje potrzeby i wyrażać je. Wprost.
  • Z czasem będzie cię coraz bardziej drażnić, że nie masz czegoś, co chcesz lub masz coś, co cię nie spełnia. Coraz lepiej będziesz wiedziała, co robić. Ale na to potrzeba czasu, bo też przez długi czas zagłuszałaś swoje pragnienia.
  • Wracając do twojego pytania. Nie ma takich cech, których chcą mężczyźni, bo każda kobieta ma w sobie coś specjalnego i ludzie się dobierają wedle wzoru, który jest nie do przewidzenia. Ta sama wada u jednej kobiety jest zaletą według innego faceta. Trzeba trafić na swojego, na tego, który będzie lubił twoje duże biodra, to że śpisz do południa i to że lubisz się kochać po kilka razy dziennie lub odwrotnie.
  • To co jest ważne, to bycie sobą i stanie za sobą. Taka kobieta jest bardzo atrakcyjna, gdyż związek z nią ma duże szanse być długi i spełniający. Kobieta, która umie powiedzieć: "Nie, dziękuję" jest dla mężczyzny atrakcyjna. Oznacza, że jest silna i dba o swoje potrzeby przez co on nie musi się bać, że ją skrzywdzi.

Więcej w książce "Instrukcja obsługi faceta" Katarzyny Miller i Suzan Giżyńskiej, wyd. Zwierciadło.

  1. Psychologia

Samokrytyka  - wewnętrzna mowa, która cię osłabia

Twoja świadomość, twoje wartości, twoja intuicja – wszystko to jest ściśle związane z twoim głosem wewnętrznym. (Fot. iStock)
Twoja świadomość, twoje wartości, twoja intuicja – wszystko to jest ściśle związane z twoim głosem wewnętrznym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Jeśli zaprogramujesz swój głos wewnętrzny, aby mówił ci pozytywne rzeczy, może on stać się twoim najwierniejszym kibicem i siłą napędową, która będzie cię pchać ku sukcesowi.

Komunikaty, które otrzymałaś i uwewnętrzniłaś w dzieciństwie, zespoliły się z twoim obrazem ciebie samej i nadały ton twojemu wewnętrz nemu głosowi, który często określa się mianem „mowy wewnętrznej”, „monologu wewnętrznego” lub „autorozmowy” (ang. self-talk). Składają się na niego wszystkie nasze myśli, zarówno te świadome, jak i podświadome. Przez cały dzień coś myślimy – formułujemy opinie na własny temat, analizujemy zdarzenia i rozważamy przeszłe, teraźniejsze i przyszłe zamiary.

Zatrzymaj się na moment i zastanów, jakie myśli przebiegają przez twoją głowę dokładnie w chwili, gdy czytasz to zdanie.

Myślę, że: ….

Niektórzy ludzie opisują mowę wewnętrzną jako „głos” w swoich głowach, a jeśli nie masz skłonności do introspekcji, uświadomienie sobie, że ty też go słyszysz, może sprawić, że poczujesz się lekko zwariowana, lecz w rzeczywistości jest to całkiem normalne. Wszyscy go słyszymy i nie ma to nic wspólnego z halucynacjami ani z rozdwojeniem jaźni. Jest to po prostu część bycia człowiekiem i następstwo posiadania wysoce rozwiniętego mózgu – i, tak między nami, może to być cudowny dar. Twoja świadomość, twoje wartości, twoja intuicja – wszystko to jest ściśle związane z twoim głosem wewnętrznym. W rzeczywistości samo uświadomienie sobie, że się go posiada, jest niezmiernie ważnym krokiem na drodze do samopoznania i pełniejszego zrozumienia własnego sposobu myślenia. Najważniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że jeśli zaprogramujesz swój głos wewnętrzny, aby mówił ci pozytywne rzeczy, może on stać się twoim najwierniejszym kibicem i siłą napędową, która będzie cię pchać ku sukcesowi.

Mowa wewnętrzna a wczesne przekazy

Naszą mowę wewnętrzną często kształtują komunikaty, które faktycznie odbieramy lub tylko dopowiadamy sobie w trakcie dorastania; nie kiedy rozbrzmiewają w niej te same głosy, które słyszeliśmy jako dzieci. Jeśli byłaś stale krytykowana lub ganiona przez innych, to istnieje większe prawdopodobieństwo, że wykształciłaś silny krytyczny wewnętrzny głos, na okrągło powtarzający reprymendy, które otrzymywałaś – lub nadal otrzymujesz – od innych ludzi. Kiedy zaczniesz już wsłuchiwać się w swój wewnętrzny głos, bądź szczególnie czujna w chwilach, gdy zdaje się on odzwierciedlać lub naśladować komunikaty na twój temat, które otrzymywałaś lub w które uwierzyłaś w przeszłości. (…)

Wpływ negatywnej mowy wewnętrznej na poczucie własnej wartości

Kobiety z niskim poczuciem własnej wartości wykazują zazwyczaj negatywne wzorce myślowe, zwłaszcza gdy dotyczą ich samych. Gdy sytuacja wymyka się spod kontroli, głos w naszej głowie może przyjąć postać wewnętrznego krytyka, który osądza każdy nasz krok. U kobiet z niską samooceną ten wewnętrzny cenzor ma tendencję do surowego potępiania ich poczynań i deprecjonowania ich jako ludzi. Jeśli cechujesz się niskim poczuciem własnej wartości, prawdopodobnie wyrzucasz sobie w nieskończoność najdrobniejsze potknięcia, podajesz w wątpliwość własne decyzje i surowo ocenisz każde swoje posunięcie w nieustającym strumieniu mowy wewętrznej.

W książce opisane są historie Suzanne i Caroline Obie znajdo wały się w tym samym położeniu: musiały sobie radzić z napastliwym szefem. Różnice w samoocenie i sposobie mówienia do siebie sprawiły jednak, że czuły się i reagowały zupełnie inaczej.

Koncepcja mowy wewnętrznej opiera się na założeniu, że o tym, co czujemy, nie decydują same zdarzenia; wyznacznikiem naszych emocji, nastroju i ostatecznego toku postępowania jest natomiast sposób, w jaki o nich myślimy. Suzanne zżerały myśli, że nie jest dostatecznie dobra i bystra. Czuła się bezsilna i tkwiła w pracy, w której była niedoceniana, a nawet molestowana seksualnie. Natomiast Caroline ta sama sytuacja sprowokowała do myślenia, że takie traktowanie jest niedopuszczalne. Postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i zrobić coś, aby poprawić swoje położenie. Poniższa historia również jest przykładem tego, jak wielką moc ma wewnętrzny głos.

Niskie poczucie własnej wartości może uniemożliwić ci obiektywne spojrzenie na sprawy w sytuacji, gdy coś idzie nie tak, jak powinno. Możesz zakładać, że to wszystko twoja wina, i nie dostrzegać szerszego kontekstu, gdyż wychodzisz z założenia, że to ty jesteś zła lub niegodna. Zamiast wziąć pod uwagę, że istnieje wiele możliwych wyjaśnień – szef właśnie się rozwodzi, u kasjerki dopiero co zdiagnozowano raka, a przyjaciółka ma kiepski dzień – będziesz zakładać, że przyczyną każdego konfliktu jest to, że z tobą jest coś nie w porządku.

Więcej w książce „Poznaj, zaakeptuj i pokochaj siebie” Megan MacCutcheon. Została ona napisana z myślą o kobietach stojących przed wyzwaniami związanymi z niską samooceną oraz o tych, które pragną zyskać pewność siebie i większą wewnętrzną siłę. Stanie się również wsparciem dla każdej kobiety, która czuje się zniechęcona lub ma poczucie niespełnienia w jakiejś sferze życia. To dobre narzędzia służące do podniesienia samooceny i mogące przynieść korzyść niemal każdemu, niezależnie od tego, z jakiego rodzaju przeciwnościami się mierzy.